kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
czwartek, 16 marca 2006

JAN WITOLD SULIGA

 

MOJA „DUCHOWA DROGA”

 

 

Doświadczyłem tego,

 byście Wy tego nie doświadczyli...

 

Światło ze Wschodu

      W pewnym sensie urodziłem się okultystą, a już na pewno z „okultystycznym obciążeniem”. Ojciec parał się różdżkarstwem ( kiedy umarł pozostawił mi w spadku swoje wahadełko ), moja babcia stawiała kabałę, ja zaś, będąc dziesięcioletnim chłopcem asystowałem jej przy tej czynności. Nie byli „zawodowcami”, posiadali natomiast paranormalne zdolności. Odziedziczyłem je po nich i już w 14 roku życia dane mi doświadczyć pierwszego okultystycznego „oświecenia”. Wydarzyło się to w Wielką Sobotę,  9 kwietnia 1966 roku na pewnej górze nieopodal Kielc ( dzień ten przez długie lata uznawałem za datę moich „duchowych narodzin” ). Ogarnęła mnie wtedy i wypełniła dziwna, wydobywająca się spod ziemi i zstępująca z nieba moc, która niosła ze sobą radość i poczucie „swojskości”. Czym była? Nie wiedziałem. Zdawałem sobie tylko sprawę, że jest odwieczna, pradawna.

     Wydarzenie to sprawiło, że zainteresowałem się mitologiami różnych ludów, a zwłaszcza Greków. Zeus, Hades, Dionizos byli dla mnie bardziej realni niż biblijny Bóg ( pierwszy kamienny ołtarz ku ich czci zbudowałem w wieku 17 lat ). Nie traktowałem tych bóstw jednak jako kogoś, kto realnie istnieje. Naczytawszy się dzieł Fryderyka Nietschego uważałem że personifikują oni różne aspekty jednej, potężnej „dionizyjskiej siły”, która przenika kosmos i nadaje mu dynamikę – jest mocą kreującą i niszczącą zarazem. 

     Potem zacząłem studiować etnografię i zafascynowałem się Orientem - Indiami, indyjską filozofią, religią i mistyką, a zwłaszcza taoizmem, buddyzmem i tantrą. Mój stosunek do chrześcijaństwa był bardzo krytyczny. Owszem, przeczytałem ewangelie, by poznać to, czego uczył Jezus i odkryłem w tym, o czym mówił wiele analogii do nauk orientalnych mistrzów, bliższy mi był nieosobowy Absolut buddyzmu zen oraz jogi ( praktykę medytacyjną rozpocząłem w 1972 roku ), niż nowotestementowy Bóg Ojciec. Najbardziej zaś odpowiadało mojej wizji świata to, o czym pisali w swoich księgach taoistyczni mistrzowie: Lao Tsy i Czuang Tsy. Tak naprawdę nie rozumiałem ich słów, choć opisy Tao – niepojętej i nieuchwytnej zasady wszechświata – zdawały mi się wtedy czymś, co najlepiej odzwierciedla naturę tej mocy, z którą zetknąłem się w kwietniu 1966 roku. Z tej też racji szukałem samotności, chciałem bowiem być jej jak najbliżej i wszystkie wolne chwile spędzałem w Bieszczadach, chadzając po nich sobie tylko znanymi ścieżkami.

     Tu czułem się najlepiej. Byłem tylko ja i ta moc, która „prześwietlała” kosmos, objawiając się podobnym mnie samotnikom w szumie drzew, w zachodach i wschodach słońca, w zwierzętach, które podchodziły pod mój namiot, by pić wodę ze strumienia... Tu też napisałem swoją pierwszą powieść – Księgi dolin ( została ona wydana w 1983 roku ).

     Latem 1977 roku po raz pierwszy pojechałem do Indii i zachwyciłem się Azją. Znałem już wówczas sanskryt, tłumaczyłem upaniszady, Bhagawatgitę, napisałem pracę magisterską o obrzędzie budowy domu w Indiach starożytnych i – planując doktorat - chciałem zająć się badaniami kultur indyjskich plemion. Marzenie to zrealizowałem w czasie dwóch dalszych „indyjskich wypraw”, które odbyłem w latach 1979 i 1984 – 1985. Jednocześnie pisałem swoją drugą i trzecią powieść – Miasto twarzy ( rok wydania 1993 ) i Jednorożec, albo traktat hermetyczny ( książka ta nigdy nie ukazała się w całości, jej fragmenty były publikowane w różnych czasopismach ).

     Obie te książki znamionuje odmienny niż wcześniej stosunek do Transcendencji. Mówiąc najkrócej lektura ewangelii, a potem całej Biblii (księga ta była jedyną książką w języku polskim, którą zabrałem ze sobą, wyjeżdżając na stypendium doktoranckie w Indiach), jak również religioznawcze studia nad sufizmem, hinduizmem i judaizmem sprawiły, że zacząłem wierzyć w osobowe Bóstwo; w kreatora świata, który stwarza go nieustannie mocą swojego Słowa i się w nim uobecnia. Najbardziej poruszył mnie Hymn o miłości apostoła Pawła. Bóg jest miłością, miłość do innego człowieka – przejawem trwania w Bogu. Tego właśnie brakowało mi w orientalnej duchowości. Tu też dużo mówiło się o niej, ale... No właśnie, ale... To „ale” wyrażało się tym, że orientalny mistyk nie kocha człowieka, lecz Boga w człowieku. Niby drobiazg, jednakże bardzo istotny. Ani Paweł, ani Jezus nie mówili – kochaj skryte w ludzkiej duszy bóstwo. Mówili o bliźnim. O kimś takim samym jak ja, z wszystkimi swymi przywarami i dobrymi cechami. Mówili o całym człowieku, o osobie, a nie o „cielesnym pokrowcu”, w który wciela się Bóg, by doświadczyć iluzji świata i szukać z niej uwolnienia na drodze duchowej iluminacji.

     Nie oznaczało to wcale, że stałem się chrześcijaninem. Przeciwnie. Uważałem, że we wszystkich duchowych tradycjach zawiera się prawda i że mogę szukać jej wszędzie, wszystkie bowiem duchowe ścieżki biegną do jednego, wspólnego punktu – do Boga. Jeśli więc w trakcie rozlicznych dysput, które prowadziłem w Indiach jawiłem się hinduistom jako chrześcijanin, indyjscy chrześcijanie dostrzegali mnie jako kogoś pozostającego pod wpływem hinduizmu. Nie mieściłem się w żadnych „standardach” i byłem z tego powodu bardzo dumny.

     Wróciwszy do Polski zacząłem pracować na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie szybko zyskałem uznanie dobrego wykładowcy, specjalizując się z geografii religii. Moje prywatne poszukiwania koncentrowały się teraz na ezoterycznej i mistycznej tradycji Zachodu. Najpierw ( przez przypadek ) zetknąłem się ze spirytyzmem, ten jednak szybko mnie zniechęcił ( nie chciałem służyć za medium, którym chcąc nie chcąc byłem ), potem z alchemią, hermetyzmem, astrologią, gnozą, no i oczywiście z kabałą. Ta ostatnia zachwyciła mnie i to nie tylko ze względu na swą emanacyjną wizję Bóstwa, lecz głównie dlatego, że wedle niej człowiek jest współpracownikiem Boga – kimś, kto poprzez swoje „powołanie” i uzyskane od Boga dary  realizuje Jego wolę.

     Ja je miałem. Moim powołaniem było pisarstwo, darem – umiejętność pisania powieści. Głowa kipiała mi od pomysłów, zeszyty pęczniały od notatek. Obraz Boga-artysty, Boga „opowiadającego” wszechświat swoim Słowem i kreującego nim naszą rzeczywistość zdominował mój umysł do tego stopnia, że odnosiłem wrażenie, iż wiem po co stworzył świat i dlaczego ciągle go stwarza. Byliśmy Jego „cząstkami”. Nasze słowa były Jego twórczymi słowami. Nasze oczy były Jego oczami. Nasze doznawanie świata było Jego doznawaniem świata. Ile tych światów istniało? Tyle, ile oczu, języków... Tyle, ile w nim istot... Miliardy kosmosów, a każdy inny, inaczej doświadczany i przeżywany. Dopiero w Bogu – twierdziłem - chaos ów stawał się porządkiem, a porządek – dynamiczną całością niezmierzonej przestrzeni boskiego umysłu, w którym przeszłość i przyszłość spotykają się w jednym punkcie. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych... – powtarzałem słowa Jezusa. W nim wszystko żyje, bo trwa zanurzone w wiecznym, boskim Teraz. Teraz żyje w Nim Mojżesz, Sokrates, Nietsche, a i ja kiedy umrę, tam będę. Więcej! Już tam jestem. Czasu przecież nie ma, czas jest złudzeniem. Jest ziemia, powietrze, woda, ogień. I stwórcze Słowo, ów boski ignis ardens ( ogień wiecznego pałania ) utożsamiany w hermetycznych tekstach z Merkuriuszem, a w traktatach różokrzyżowców z kosmicznym Chrystusem – Punktem Omega katolickiego teologa, Teilharda de Chardin...

 Tarot

    Pisząc rozmaite książki i artykuły, pracując nad fuzją rozmaitych systemów duchowych i raz po raz doświadczając osobistej relacji z Bogiem nawet nie dostrzegłem, że moje pierwsze małżeństwo zaczyna się „sypać”, a co gorsza popadliśmy z żoną w taką biedę, że ledwie wiązaliśmy koniec z końcem. Chcąc temu zaradzić, latem 1987 roku wyjechałem do Szwecji, gotów nawet wróżyć babcinymi kartami, byleby tylko zapewnić sobie i żonie jakieś godziwe życie. Tak też się i stało. Okazałem się bardzo dobrym wróżbitą, chętnie goszczonym w domach tamtejszej Polonii. Za pierwszą wypłatę kupiłem karty tarota, niedostępne ówcześnie w kraju. Był nim tarot marsylski. Kiedy otworzyłem opakowanie spostrzegłem ze zdumieniem, że choć pierwszy raz go widzę, że znam skądś te wizerunki i wcale nie muszę uczyć się ich dywinacyjnych znaczeń. Wystarczyło bym wziął do ręki jakąkolwiek kartę i natychmiast „przypomniało” mi się jej wróżebne znaczenie.   

     Tarot. Obrazkowa księga, przekaz, medium, zapisana w symbolach historia inicjacji Głupca... Tak, to było to! Coś dopasowane do mojej wyobraźni i sposobu interpretowania świata. Odkrywszy zaś jego związki z kabałą wpadłem w zachwyt. Wszak kabalistą byłem już od dłuższego czasu. Tarot pojawił się więc nie jako jakaś nowa opcja duchowych zainteresowań, lecz jako kontynuacja tego, do czego sam doszedłem i o czym pisałem, nie używając kabalistycznych terminów. Chłonąłem go, zaczytywałem się rozmaitymi książkami, kiedy zaś pewna, stara okultystka, z którą zetknąłem się  pod koniec mojego pobytu w Szwecji stwierdziła, ze nie musi mnie niczego uczyć o tarocie, ponieważ „mam go w sobie”, uznałem, że warto te zainteresowania pogłębić i wykorzystać je w przygotowywanej przeze mnie następnej powieści traktującej o piątej wyprawie Krzysztofa Kolumba ( książka ta pod tytułem Tajemnica z Puri została opublikowana w 1992 roku ).

     Wróciwszy do Polski kontynuowałem wróżbiarski proceder, wzbudzając zaciekawienie znajomych dziennikarzy. Za ich namową zabrałem się do pisania dwóch książek o tarocie: Tarota. Kart, które wróżą oraz traktującej o historii tych kart Biblii szatana. Obie te książki wyszły na początku lat dziewięćdziesiątych, stając się pierwszymi, oficjalnie wydanymi w Polsce pozycjami poświęconymi tarotowi.

     Lata 1990 – 1994 były jednym z najważniejszych okresów w moim życiu. Rozwiodłem się, zamieszkałem w Warszawie, ponownie ożeniłem, urodzili się moi dwaj synowie, opracowałem dwie talie tarota, publikowałem artykuły na łamach różnych pism ezoterycznych i będąc uznanym autorytetem w tej dziedzinie intensywnie zajmowałem się rozpowszechnianiem wiedzy na jego temat, jak również dywinacją, prowadzeniem kursów oraz szkoleń przeznaczonych dla przyszłych adeptów kartomancji. Nocami praktykowałem magię rytualną, rozmaite medytacje kabalistyczne polegające na intonowaniu imion Boga sygnujących dziesięć gałęzi kabalistycznego Drzewa Życia itp. Używałem do tego celu opracowanej przeze mnie talii kart zwanej Tarotem Magów. Wszystkie jego wizerunki namalowałem osobiście, zgodnie z wizjami, jakich doznawałem. Jego symbolikę wyjaśniłem w trzeciej książce o tarocie noszącej ten sam tytuł. Podobnie jak dwie pierwsze doczekała się ona dwóch wydań, talia zaś – po jej „artystycznej obróbce dokonanej przez Jana Opalińskiego - publikowana była kilkakrotnie i zyskała uznanie ludzi z ezoterycznych środowisk Polski, Francji i Hiszpanii. 

Inicjacja

 

      Tak stałem się jednym z ważniejszych liderów polskiego ruchu New Age. W maju 1992 roku znów spłynęło na mnie światło i doświadczyłem dotknięcia czegoś, co identyfikowałem z Bogiem.  Zdarzyło się to w katedrze Notredame w Paryżu, gdzie moje wnętrze przeniknęła „kosmiczna miłość”, a przed oczami ukazała się wizja serca okolonego złotym i niebieskim światłem. Jesienią tegoż roku poczułem przy sobie obecność jakiś bytów, czułem, że jestem obserwowany. Podczas wieczornej medytacji prześwietlił mnie jasny snop światła, jakiś głos zapytał, czy chcę przyjąć ten dar. Pewien, że mam do czynienia ze Stwórcą odparłem, że oczywiście tak, chcę, i to bardzo! W odpowiedzi otoczony zostałem białą aurą, zaś czyjeś niewidzialne ręce umiejscowiły na moim ciele trzy amulety z wyrytymi na nich kabalistycznymi imionami Boga.

     Niedługo potem zauważyłem obok siebie najpierw jedną, potem drugą świetlistą postać. Byli to moi „duchowi przewodnicy”, „mistrzowie”, którzy wtajemniczyli mnie w różne aspekty kabały. Oba te astralne byty były „jezusopodobne” i domagały się, bym je namalował, co też oczywiście zrobiłem. Towarzyszyły mi niemal cały czas, przekazując głęboką – jak mniemałem - wiedzę kabały. Buszowałem z nimi po astralnych krainach, uczestniczyłem w przedziwnych misteriach i inicjacjach. Ufałem im, a one odwdzięczały mi się na różnorakie sposoby, przestrzegając przed jakimiś zdarzeniami lub chroniąc przed energetycznymi aktami ze strony ludzi i innych astralnych istot. Wielokrotnie pytałem moich opiekunów kim są i skąd pochodzą, oni zaś odpowiedzieli, że przybyli do mnie z tej sfery duchowego świata, gdzie rezydują duchowi mistrzowie, i że należą do kongregacji „kapłanów-wojowników” – strażników kabalistycznej tradycji Melchizedeka. Ukazali mi moje wcześniejsze wcielenia, dowiedziałem się, czemu muszę teraz być tym, kim jestem i co powinienem uczynić, by zmazać ciążące na mnie „karmiczne obciążenia”. Medytowałem więc z zapałem, z dnia na dzień rzuciłem palenie papierosów, alkohol także poszedł w kąt, stałem się wegetarianinem. Moja wrażliwość na paranormalne zjawiska bardzo wzrosła. Zyskałem zdolność odczytywania myśli, wystarczyło, bym wziął w rękę jakiś przedmiot i już znałem całą jego historię, losy właściciela, miejsce pochodzenia. Najbardziej jednak pasjonowała mnie umiejętność ezoterycznego interpretowania rozmaitych symboli oraz religijnych tekstów. Ten ostatni dar wykorzystałem do analizowania Biblii, odnajdując w niej wiele ukrytych, tajemnych przesłań.

     I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie seria ostrzegawczych snów, które nawiedziły mnie w 1994 roku. Zauważyłem ponadto, że moi astralni opiekunowie zaczynają domagać się ode mnie czegoś, do czego nie czułem „powołania”: chcieli, bym został „magiem-wojownikiem” i żebym sporządził sobie magiczne bronie. W tym też kierunku szła ich „duchowa inicjacja”. To mi nie odpowiadało. Czując się osaczony, zmuszany do robienia rzeczy, do których się nie nadawałem, zwróciłem się o radę do pani Marii S., znanej warszawskiej wróżki i uczennicy słynnych przedwojennych okultystów. „No cóż, panie Janku – rzekła, wysłuchawszy mojej opowieści. – Szatan przybiera różnoraką postać...”.

     Jej słowa  podziałały na mnie niczym kubeł zimnej wody wylany na głowę. No i proszę! Szukałem Boga, odnalazłem diabła! Diabła? Nie wierzyłem w diabła. Diabeł był dla mnie jedynie symbolem mrocznego aspektu Boga. Więc diabeł jednak istnieje?

    Wróciłem do domu. Był pusty, żona z dziećmi wyjechała. Nie chciałem być sam. Zszedłem do sąsiedniego baru, by napić się bezalkoholowego piwa. Przy barze siedziały dwie dziewczyny – blondynka i brunetka. Zagadały coś do mnie, odpowiedziałem i tak wywiązała się rozmowa. Nagle zobaczyłem, że oczy blondynki zmieniają kolor, a głos staje się męski, chropowaty. „Przecież wiesz, kim jesteśmy” – rzekła. Wiedziałem. Zapaliłem papierosa i dmuchnąłem jej w twarz. „Spadaj – rzekłem – Nic tobie do mnie...”. „Nie zostawimy cię” – odparła, uśmiechnąwszy się cynicznie. „Zostawicie – stwierdziłem stanowczo. – Ja już nie chcę się z wami kontaktować...”. „A z kim chcesz?” – roześmiała się. „Z Bogiem” - odpowiedziałem. „Z Bogiem? – ryknęła śmiechem. – Bóg, kurwa mać, nie istnieje!”.

     Tej nocy po raz pierwszy zobaczyłem, jak demony zawłaszczają umysłami innych ludzi. Rankiem pozbyłem się części magicznych rekwizytów, obrazów, amuletów i innych rzeczy związanych z magią operatywną.  W odpowiedzi „mistrzowie” zaatakowali mnie z potężną siłą, strasząc i dręcząc rozmaitymi natręctwami. Udręczony, porażony strachem, szukałem ratunku w Bogu, w ewangelii, w Modlitwie Pańskiej. Zadzwoniłem także do żony, prosząc ją, by się za mnie modliła, pani Maria natomiast poradziła mi jak mam oczyścić mieszkanie i zbudować barierę odgradzającą je od demonów. Niewiele to pomogło, ale dawało nadzieję, że pokonam przeciwników. W lipcu pojechałem do rodziny na Mazury. Wiozłem ze sobą „najcenniejsze” magiczne rekwizyty, żeby je tam zakopać w lesie. Kiedy szedłem to zrobić, moi „opiekunowie” zlali się w jedną, gigantyczną  postać, stanęli na przeciw nie wielcy jak góra i naigrywali się z tego, że trzymam w dłoniach Nowy Testament, w nocy zaś ugodzili mnie swoją „magiczną bronią” w stopę. Od tej pory mogłem poruszać się tylko o lasce.    

     Z czasem  zawierucha ustąpiła. Jej miejsce zajęła pustka, poczucie zagubienia, zniechęcenia, bylejakości. Pewnego jesiennego znów owładnęła mną dziwna siła. Doznałem ekterioryzacji. Moje astralne ciało zostało rozerwane na strzępy i ponownie złożone. „Przeszedłeś” – oznajmił mi jakiś głos. Przeszedłem? Dobrze, ale dokąd? Tego już mi nikt nie wyjaśnił.

Wędrówka po kręgu

    Pomimo tych wszystkich przygód i demonicznych doznań nie chciałem pozbyć się tarota i wciąż uważałem siebie za kabalistę. Teraz wszakże zajmowała mnie jej mistyczna odmiana, tj. ten rodzaj „wysokiej magii”, który odwołuje się do najwyższych sfer Ducha - takich, z jakimi mieli do czynienia wielcy magowie oraz kabaliści pokroju Abulafiii czy Izaaka Lurii. W ten sposób począłem zgłębiać chasydyzm – mistyczną tradycję judaizmu, będącą czymś w rodzaju kabalistycznej bhakti-jogi.

     Z drugiej wszakże strony musiałem pamiętać, że nie jestem Żydem, lecz chrześcijaninem, tj. kimś urodzonym w katolickiej rodzinie ( tak wtedy rozumiałem przynależność do chrześcijaństwa ). Studiowałem przeto kabalistyczne traktaty i odnosiłem głoszone w nich nauki do symboliki tarota, a jednocześnie szukałem czegoś, co stanowiłoby chrześcijańską odmianę mistyczno-kabalistycznej medytacji, której to praktyki bardzo mi brakowało ( nie odebrałem tego jako uzależnienia, sadziłem bowiem, że medytacja i modlitwa są sposobami wiązania się z Bogiem i utrzymywania z Nim kontaktu ). On zdawał się zresztą odpowiadać na tę potrzebę, gdyż „sprawił”, że w trakcie jednego ze swoich wyjazdów natrafiłem na książki traktujące o hezychii - mistycznej tradycji wschodniego chrześcijaństwa. W tradycji uważa się, że mistyk winien trwać w medytacyjnej modlitwie zwanej „modlitwą Jezusową” albo „modlitwą serca”, która polega na powtarzaniu krótkiej formuły: Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym. Uznawszy to za „znak Boży”, a modlitwę – za „duchowy miecz” przeciw diabłu, przystąpiłem do jej systematycznego odmawiania oraz studiowania Filokalii – zbioru mistycznych tekstów napisanych przez najznamienitszych hezychastów ( mnichów i ludzi świeckich modlących się „modlitwą Jezusową” ).

     Wiosną 1995 roku przeżyłem jeszcze jedno, niezwykłe doświadczenie. Stojąc pośród drzew usłyszałem coś, co rychło okazało się być ich mową. Dosyć szybko nauczyłem się gadać z duchem każdego drzewa, kiedy zaś miesiąc później pojechałem do Stanów Zjednoczonych, gdzie zetknąłem się z szamanami Indian Lakota, uznali mnie oni za  kogoś kogo można wtajemniczyć w kilka swoich praktyk. Na dobrą sprawę niczego mnie zresztą nie musieli uczyć, wystarczyło bowiem bym się we właściwy sposób obrócił na pięcie, a już widziałem chmary elementali oraz innych, żyjących  w świecie natury astralnych bytów. Duchy drzew wtajemniczyły mnie w różne sprawy, począwszy od umiejętności odróżnienia „pana-brzózki” od „pani-brzozy”, skończywszy na przeżyciu „bycia drzewem” ( oglądany z jego perspektywy świat wygląda zdumiewająco ). Wokół mnie pojawiły się też inne stwory rodem z ludowych bajek, ja zaś, obcując z nimi, nauczyłem się odczytywać z przyniesionych przez moje dzieci kamieni rozmaite historie zapisane pismem elfów.

    

     „Twoja dusza jest duszą szamana, zrozumiesz więc, co chce ci pokazać” – powiedział mi pewnego dnia Leszek O., u którego mieszkałem w Nowym Jorku, po czym wyjął z szuflady lotnicze zdjęcia Czarnych Gór, świętego terytorium Indian Lakota. Miały one kształt ludzkiego serca i otaczał je, wyżłobiony przez wędrujące wokół nich stada bizonów, kanion. Widok tej naturalnej mandali zachwycił mnie i skłonił do poszukiwań podobnego kręgu, tyle, że na terytorium Polski. Znalazłem go: krąg ten formowały cztery święte miejsca kultu pogańskiego i chrześcijańskiego: Święty Krzyż zwany Łyścem na wschodzie, Wawel i jego kopce na południu, Ślęża na zachodzie i Gniezno na północy. Wyjąłem mapę i zarysowałem go, po czym ze zdumieniem spostrzegłem, że środek tej „polskiej mandali” wypada niemal dokładnie na Jasnej Górze. Krąg ten nazwałem „świętym kręgiem Polski” i postanowiłem zbadać go i opisać.

     Dziwnym zbiegiem okoliczności niemal natychmiast po moim powrocie ze Stanów otrzymałem propozycję przeprowadzenia wakacyjnego kursu tarota pod Łyścem. Propozycja ta bardzo mi odpowiadała, po pierwsze dlatego, że tam właśnie chciałem najpierw pojechać, a po drugie dlatego, że wracałem w ten sposób na ziemię moich ojców – stąd bowiem, tj. z Gór Świętokrzyskich, pochodzą wszyscy Suligowie. Tam też, latem 1995 roku przeprowadziłem pierwszą, wielką operację magiczną polegającą na układaniu kamiennego kręgu i otwieraniu go. Nie wiem skąd wiedziałem jak przeprowadzić ten rytuał. Po prostu to uczyniłem, nakazując uczestnikom kursu, by szli po wytyczonych przeze mnie, biegnących ze wschodu na zachód i z południa na północ ścieżkach łączących poszczególne fragmenty kręgu, i osadzali w nich zapalone świece oraz wylewali tam wodę. W trakcie tej wędrówki  przebudowywali krąg, który upodobnił się do wizerunku słońca o dziesięciu promieniach. Wszystko to razem symbolizowało ekspansję światła, narodziny kogoś świetlistego, kogoś, kto rozsadza utworzone przez siebie i przez wszystkie żywe istoty struktury, a przekroczywszy je rozsnuwa swój blask we wszystkich możliwych kierunkach. Potem stanęliśmy wokół kręgu i, na moje polecenie, skoncentrowaliśmy swoje modlitwy, myśli i uczucia w jego centrum. Zamknąłem oczy. Skupiwszy myśli w sercu zacząłem powtarzać „modlitwę Jezusową”. Powiał wiatr, kolista moc wzbiła się ku górze, poszybowała gdzieś wysoko, a następnie runęła na ziemię, wbijając się w jej najdalszą głębinę...

     W rok później inny taki krąg ułożyłem w czasie kursu tarota, który prowadziłem w Bielsku Białej. Krąg ów składał się z dziesięciu koncentrycznych kół przeciętych czymś w rodzaju ścieżki biegnącej od centrum ku wschodowi ( ideę tę odniosłem do jednego z rzadko przedstawianych wyobrażeń kabalistycznego Drzewa Życia ). Ponieważ ciągłe padało układaliśmy go w jednej z sal ośrodka, w którym odbywał się kurs. Dość szybko zrozumiałem, że formowana przez nas mandala tworzy wizerunek góry będącej zarazem dołem, fortecą o kolistych wałach i basztą wznoszącą się pysznie ku górze niczym biblijna wieża Babel, na której szczycie pragnie zająć miejsce przerażający stwór, produkt naszej zbiorowej wyobraźni; smok z którym, na podobieństwo Kraka, będę musiał się zmierzyć. Na efekty nie musiałem długo czekać. Piątego dnia ów „ktoś” uobecnił się i od tej pory systematycznie plątał moje myśli, przeszkadzał mi, jakby nie chciał dopuścić do zbudowania kręgu, im bardziej zaś skupiałem się na odpieraniu jego ataków i stosowaniu rozmaitych wybiegów, z tym większą zapalczywością aktywizował swoją moc i nękał mnie w demoniczny i przewrotny sposób.

     Kim był ten „ktoś”? Egregorem. Duchowym bytem okupującym „utkany” z mentalnej energii, a „wyprodukowany” i „ukształtowany” na drodze dokonywanej przez nas magicznej operacji myślokształt. Rozpoznałem w nim  przejaw tych samych demonicznych istot, które  spętały mnie kilka lat wcześniej. Myśl ta oraz niechęć do wiązania się z nimi dodały mi sił. Potrzebowałem jednak jakiegoś duchowego sojusznika. Znalazłem go, a dokładniej ją. Była nią Matka Boska; ta, która – wedle katolickich ( i pogańskich, lecz wtedy jeszcze tak nie myślałem ) wierzeń – kruszy stopą głowę „starodawnego węża”. Wspierany przez nią starłem się przeto ze „smokiem” i po dziesięciu dniach „magicznej batalii” odniosłem – jak sądziłem - zwycięstwo.

     Od tej pory niemal codziennie odmawiałem katolicki różaniec przeplatany „modlitwą Jezusową”, staczając coraz to nowe, duchowe boje z „diaboliczną” mocą, która zaczęła mnie coraz bardziej osaczać, paraliżując ciało, odbierając zdolność jasnego myślenia i oceny sytuacji. Na dodatek mój dom stał się miejscem przejawień najrozmaitszych astralnych bytów, elementali i innych stworów. Istoty te znikały co prawda podczas jego puryfikacji, lecz uparcie wracały i nie chciały odejść.

Zstąpienie do piekieł

  Wiosną 1997 roku wyszła moja ostatnia ezoteryczna książka: Wielcy magowie świata. Miesiąc później, znękany „duchowymi zmaganiami” wyjechałem na Słowację. Tam, przybrawszy postać szerszenia, demoniczny byt wstąpił w moje ciało, ja zaś, gnany lękiem „rzuciłem w diabły” całą ezoterykę i ruszyłem szukać ratunku w kościele katolickim.

     Opiekę nade mną objął ojciec Grzegorz, jezuita. Jego łagodność, spokój, pewność wiary, siła modlitwy zdawały się gwarantować, że wyjdę cało z tej opresji. To bowiem, co się ze mną działo przypominało horror. Mówiąc najkrócej doświadczyłem tego wszystkiego, co opętana przez diabła dziewczynka filmu  Egzorcysta. Im bardziej jednak srożył się „diabeł”, im bardziej dręczył mnie omamami, fobiami, lękami, straszliwymi wizjami, chorobami i psychofizycznymi dolegliwościami, z tym większą determinacją biegałem do kościoła, brałem udział w mszach, przyjmowałem komunię, modliłem się do Bogurodzicy i „mantrowałem” przed ikonami na różańcach. Uwierzyłem we wszystkie katolickie dogmaty. Spowiadałem się, pokutowałem, pościłem, modliłem, adorowałem eucharystię, Jezus nawiedzał mnie w wizjach, Matka Boska uleczyła jedną z moich chorób, w moim pokoju rosła góra przywiezionych ze „świętych miejsc” dewocjonaliów, a jego wystrój – jak powiadała ironicznie moja żona – z magicznego stawał się dewocyjno-kościelny.

     Pobożność wszelako w niczym mi nie pomogła i nie uchroniła przed napadami lęku, różnych fobii i narastającą manią samobójczą. Hostia przemieniała się w moich ustach w kawał mięsa. Odmawiany na głos w kościele przez dewotkę różaniec wywoływał u mnie dygot ciała. Gdy chcąc siebie chronić kupiłem w sklepie na Chmielnej krzyżyk i usiadłem w knajpce, by napić się kawy, dwa sąsiednie stoliki zaczęły fruwać w powietrzu, co wywołało zrozumiałą sensację i wystraszyło wszystkich gości. Byłem wyrywany z ciała, paraliżowany, bity, zmuszany do wyjawiania najbardziej wstydliwych tajemnic, pękł mi bębenek w uchu, dłonie i stopy miałem obrzmiałe od „ran”, które zaczęły przypominać stygmaty, ja zaś stałem się „barometrem” wyczuwającym wszystkie katolickie święta, ledwie bowiem jakieś z nich pojawiało się na horyzoncie, a już mną telepało i miotało na wszystkie strony.

     Musiałem znaleźć jakieś wytchnienie, ostudzić emocje, oderwać się na chwilę od tego horroru. Wziąłem się za malowanie obrazków – najpierw akwarelą, potem chińskim tuszem. Malowałem zwyczajne rzeczy: kalosze dziadka, kapelusz, owoce, butelki po mleku, drzewa, trawy... Proste formy wynurzające się z pustki. Najprostsza technika – czarny tusz, biała kartka papieru, lekko zamglone tło. Coś cudownego, coś, za czym tęskniłem, czytając Tao Kubusia Puchatka, pisma de Mello oraz Tomasza Mertona. W chwilach wewnętrznego kryzysu siadałem w medytacji zen. Nie po to, by czegoś doznać. Po to, by „zresetować” umysł, wyłączyć na chwilę kołowrót myśli, wątpliwości, niepokoju, mdłej nijakości.

     Ta była najgorsza. Opanowywała mnie, zawłaszczała moim sercem i umysłem, odbierała nadzieję i siły. Modliłem się „modlitwą Jezusową”, jednakże za namową ojca Grzegorza coraz bardziej skłaniałem się ku „Koronce do miłosierdzia Bożego”. Ale i ona nie przynosiła  wewnętrznego spokoju. Owszem, przychodziły chwile szczęścia, pewności, że „niebo przygarnie grzesznika”, zdarzały się one jednak coraz rzadziej. Msza była prawdziwym ukojeniem, lecz tylko na kilka godzin. Zapadałem się w ciemność. „Co mam robić?” – pytałem ojca Grzegorza. „Nic – odpowiadał. – Kiedy trwa „noc ducha” musisz zaniechać działania, musisz czekać”. Dzwoniłem do pani Marii, a ona mówiła to samo: o pustyni, o pokucie i czekaniu na łaskę Boga. Czekałem więc, przez długich pięć lat czekałem na jakiś cud, na wybawienie ze stanu pogłębiającej depresji. Cud nie nastąpił. Nastąpiło coś zupełnie innego. W moim umyśle zrodziła się świadomość potępienia i odrzucenia przez Boga.

     Byłem wszak potępiony i odrzucony. Nigdy nie miałem szansy na wyrwanie się z mroku. Bóg igrał ze mną jak zabawką, przyciągał mnie ku sobie a następnie odrzucał. Ja, który jeszcze do niedawna byłem człowiekiem twórczym, pełnym nowych pomysłów, zajętym pisaniem, wykładami, nauczaniem, udzielaniem wywiadów – wycofałem się z tego wszystkiego i straciłem cały mój zapał. Szukałem miłości, Boga, nieba – znalazłem nienawiść, diabła i piekło. Pożądałem światła, ogarnął mnie mrok. „Co oni mają, a czego ja nie mam? Co ja mam, a czego oni nie mają?” – pytałem sam siebie, przyglądając się moim dawnym znajomym, którzy dalej zajmowali się magią i nic – jak mniemałem – ich nie nękało. Setki, tysiące razy dochodziłem do wniosku, że przegrałem, okazałem się zbyt słaby, nieudolny, naiwny, i dlatego teraz muszę cierpieć. Byłem sam, nie miałem obok siebie nikogo, kto mógłby mi pomoc, coś doradzić. Znękany, zbity wewnętrznie, śmiertelnie znużony dręczącymi myślami o samobójstwie zadzwoniłem pewnego razu do ojca Grzegorza. „Ja chyba potrzebuję egzorcysty” – wydukałem w telefon. „Niech pan się leczy oglądaniem pięknych krajobrazów” – poradził. A ja właśnie siedziałem w takim miejscu nad morzem, skąd roztaczał się jeden z najpiękniejszych widoków i oglądałem cudowny zachód słońca...    

     Zdeprymowany postanowiłem wreszcie zgłębić swój wewnętrzny mrok, dobyć na wierzch wszystko, co stanowiło przeszkodę „na drodze do nieba”, i to uczyniłem, obserwując reakcje swego ciała i umysłu na wszelkiego rodzaju pokusy, z jakimi się zmagałem. Miast uciekać przed nimi wyszedłem im naprzeciw.

     Był to dramatyczny eksperyment, ilekroć bowiem sądziłem, że osiągnąłem dno, rozwierała się w moim wnętrzu następna przepaść, w którą z bólem i rozpaczą wkraczałem, by i ją zmierzyć i rozświetlić poznaniem. Rozeznałem wszystkie role, jakie w swoim życiu odgrywałem, zdarłem wszystkie maski, jakie nakładałem na siebie, dotarłem niemalże do początków swego istnienia i dotknąłem pustki mojego „nie bycia” – czasu, przed moim poczęciem. Wędrowałem przez wszystkie systemy duchowe i religijne, z jakimi się zetknąłem i wyławiałem z nich to, co mnie przy nich trzymało. Obnażyłem w sobie wszystkich bogów, jakim nieświadomie lub świadomie składałem cześć, uznawszy, że obrazują oni to, kim jestem i jaka jest natura mojego wnętrza. Stanąłem twarzą w twarz z wszystkimi swoimi lękami, fobiami, aż wreszcie przyszło mi się zmierzyć z najgorszym strachem – strachem potępienia i wiecznej śmierci. Dobrowolnie zanurzyłem się w tym piekle. Czułem czym jest separacja od Boga, ów żar tęsknoty za nim, który pali gorzej niż ogień roznieconego stosu. Nie oszczędziłem sobie niczego. Musiałem to zrobić. I zrobiłem. Odnalazłem dno. Pod nim nie było już niczego. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało...

     Jesienią 2000 roku pojechałem do Chin i przywiozłem stamtąd całe „oprzyrządowanie” niezbędne do malowania obrazów tuszem. Nie była to pasja, raczej konieczność; coś, co przynosiło ulotną przyjemność, zajmowało umyśl, angażowało ciało. Swoje myśli spisywałem w specjalnych kajetach i ubierałem w szaty „pseudo-haiku”. Czasami siadałem w medytacji za-zen. Wiosną 2001 roku nauczyłem się, opartych na czi-kungu, ćwiczeń religijnej sekty Falun Gong. Dzięki nim pozbyłem się męczących bólów kręgosłupa i poprawiłem trochę swoją zdrowotną kondycję.

     Nie traktowałem ich jednak jako nowej, „duchowej drogi”, choć zdawałem sobie sprawę, że wywodzą się one z magicznej tradycji Państwa Środka. Uważałem siebie za katolika i chciałem nim być. Szukałem pomocy u Jezusa i Matki Boskiej. Czytywałem katolickich teologów i mistyków. Chodziłem na msze, spowiadałem się, pokutowałem, pościłem. Lecz tak naprawdę nie czułem już żadnej ulgi. Wciąż miałem rozmaite wizje. Widywałem anioły zstępujące na ołtarz, wino zmieniające się w krew, Jezusa na krzyżu, Bogurodzicę w niebieskiej poświacie, świetliste kręgi spływające z nieba. Słyszałem anielskie pienia i wycie potępionych, wołanie zmarłych przodków. Czułem smród siarki i zapachy fiołków i róż, gdy odmawiałem różaniec. Każde pójście na mszę poprzedzało duchowe zmaganie. Każdą spowiedź – walka z „diabłem”. Nikt tego nie rozumiał, nikt nie chciał i nie był w stanie mi pomóc.  Do dziś pamiętam, jak pewien, znany z elokwentnych kazań i wielbiony przez tłumy biskup usłyszawszy, że zajmowałem się tarotem, wybiegł przerażony z konfesjonału i z malującym się na twarzy grymasem wstrętu udzielił mi błogosławieństwa po łacinie. Dopiero po chwili zorientowałem się, że nie było to błogosławieństwo, lecz egzorcyzm. Biskup przeganiał od siebie diabła! Diabła, czyli mnie. Człowieka, który spowiadając się ze swoich grzechów szukał pomocy u Chrystusa... 

Duchowa śmierć   

 

      Duchowa nędza i małostkowość kościelnych koryfeuszy raziła mnie zresztą coraz bardziej. Moi synowie weszli w wiek, kiedy mieli przystąpić do pierwszej komunii i bierzmowania. To, co z nimi wyrabiano, czego kazano się im uczyć, ceremonialność, barokowa, pusta religijność dotykała mnie bezpośrednio, ponieważ  identyfikowałem się z katolicyzmem i, w odróżnieniu do „zwyczajnych” katolików, mój wybór był wyborem świadomym, choć podyktowanym strachem przed „piekielnymi mocami” okultyzmu. Któregoś dnia jakiś „głos” w moim umyśle rzekł: „Zobaczysz, na końcu wszystko to okaże się jednym, straszliwym oszustwem”. Odrzuciłem go natychmiast, lecz pamięć o nim nieustannie wracała i nie dawała mi sppokoju.

     Aż wreszcie pojąłem, że daremnie szukam pomocy w katolickim kościele, ponieważ uczestnicząc w celebrowanych przezeń misteriach, modląc się przed „cudownymi obrazami”, nosząc na sobie szkaplerzne, medaliki, niczym nie różnię się od okultysty, który wykorzystuje „świętość” rzeczy po to, by przy ich pomocy odprawiać magiczne rytuały. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę w kościele katolickim wszystko jest magią, wszystko jest okultyzmem: począwszy od znaku krzyża uczynionego palcami zanurzonymi w „święconej wodzie”, skończywszy na  misterium przemiany wina w krew i chleba w ciało Jezusa. To, że działań tych nie identyfikuje się z magią niczego przecież nie zmienia. W środowiskach New Age również jak ognia unika się słowa „magia”, choć magię się uprawia. Tu zaś miałem do czynienia z nie byle jaką magią - z magią najwyższego lotu, magią przyciągającą duchowe byty z wysokich sfer astralu, magią usankcjonowaną autorytetem papieża, tradycji i specyficznej interpretacji nauk Jezusa i słów Biblii. Nie mogłem i nie chciałem uczestniczyć w czymś takim. Nie po to wychodziłem z magii, by znów dać się przez nią „pochwycić”...

     Myśl ta naszła mnie gdzieś na początku 2002 roku. Schowałem różańce, dewocjonalia, modlitewniki i książeczki do nabożeństwa i pojechałem w Góry Świętokrzyskie – tam, skąd wywodzą się wszyscy moi przodkowie. „Boże moich ojców – modliłem się z twarzą skierowaną ku Świętemu Krzyżowi  – wskaż mi drogę”. W odpowiedzi jakiś wewnętrzny głos kazał mi wyrzec się Jezusa, Biblii, chrześcijaństwa i wrócić do nauczania tarota. Zawahałem się, coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Z drugiej strony, co miałem do stracenia? Duszę? Przecież ją straciłem? Czego miałem się bać? Piekła? Już tam byłem. Kogo  lękać się ma potępiona dusza? Boga? Potępiwszy ją Bóg niczego gorszego nie może już jej uczynić. Co złego może się jej przytrafić? Druga śmierć, o jakiej napomyka Apokalipsa? Przecież – myślałem. - ta druga śmierć jest wybawieniem, bo oznacza kojącą nicość. W nicości nie istnieje ból, rozpacz, tęsknota za Bogiem. Nicość to nicość. Pustka, nic. Nicości boimy się póki żyjemy. Ja byłem martwy za życia. Wyzbyłem się strachu przed śmiercią, Bogiem i nicością. Śmierć jest Mesjaszem – napisał kiedyś Isaac Bashevis Singer. Śmierć jest wybawieniem – mówiłem do siebie. Umarłem, jestem więc wyzwolony nawet od „przekleństwa śmierci”...  

      Pół roku później, stojąc o zachodzie słońca na wierzchołku Świętego Krzyża, ponownie doznałem „objawienia”. Najpierw poczułem ogromną tęsknotę za Bogiem, rozpłakałem się, wolałem do Niego w rozpaczy, przyzywałem Go do siebie, myśląc o Jezusie i krzyżu, na którym skonał, by otworzyć ludziom drogę do nieba. Potem ogarnęło mnie światło, poczucie wolności i akceptacji, a także zbawiającej całą ludzkość miłości, która sprawia, że piekło pustoszeje, niebiosa zaś zapełniają się tłumami zmarłych wyrwanych z „diabelskich” sideł przez Ukrzyżowanego.

     I to wszystko. Nic więcej. Doznanie odeszło i „nie zagnieździło się” w mojej duszy. Wciąż pozostawałem takim, jakim byłem wcześniej: zagubionym, grzesznym człowiekiem pełnym poczucia wewnętrznej martwoty. Owszem, wyzbyty lęku przed piekłem mogłem robić wszystko. Mogłem uczyć tarota, czarować, medytować, modlić się albo szlajać po agencjach towarzyskich, zachlewać alkoholem, ćpać, mordować zwierzęta, składać je w ofierze szatanowi.. Mogłem czynić najgorsze i najchwalebniejsze rzeczy – żadna z nich mnie nie kalała, ale też nie prowadziła do świętości. Ugrzęzłem w przepastnym nihilo, w pustce, w której nie istnieje miłość, przyjaźń, współczucie. I uświadomiłem sobie, że nawet ta otchłanna nicość nie darzy człowieka wyzwoleniem z cierpień. Gdyż nicość „drugiej śmierci” jest w pewnym sensie „czymś”; jest śmiercią. Tą prawdziwą śmiercią. Śmiercią ducha i duszy. Mój duch skonał. Dusza – obumarła. Pozostało tylko odczuwające ból i mdłą rozkosz ciało.

Zmartwychwstanie

  Jesienią 2002 roku spotkałem Leszka K.. zwanego Korzeniem: byłego narkomana i  okultystę, który 12 lat temu nawrócił się na Jezusa Chrystusa i został przezeń wyzwolony. Rozmowy z nim wzbudziły we mnie iskierkę nadziei. A może i ja mógłbym to zrobić? Sięgnąć po Biblię, wczytać się w nią, znów prosić o ratunek Bożego Syna? Nic z tego. Przez następne pół roku nie mogłem nawet wypowiedzieć jego imienia. Nie mogłem się modlić, nie mogłem czytać Biblii ( jej widok napawał mnie obrzydzeniem i wstrętem ), a jeśli już to czyniłem, nie byłem w stanie zrozumieć jej słów. OK – pomyślałem – trud jest daremny, to nie dla mnie, Jezus mnie olał, więc ja olewam Jezusa...

     Mam jednak taką cechę charakteru, że jak już coś zaczynam robić, to idę aż do końca. Wyjechawszy latem 2003 roku na wakacje na Mazury wziąłem ze sobą Biblię. Każdego poranka wybierałem się na spacer po lesie, odnajdywałem jakieś ustronne miejsce i otwierając Księgę Psalmów na chybił trafił głośno je czytałem. Pomogło, lecz tylko częściowo. Wystarczyła chwila nieuwagi, a już zaczynałem czytać je wspak lub zamiast słowa „błogosławieństwo” wypowiadałem słowo „przekleństwo”.

     Księga ta otwierała mi się najczęściej na 53, pokutnym psalmie, gdzie moją uwagę przykuły te oto słowa: Przestępców będę nauczał dróg twoich i grzesznicy nawrócą się do ciebie... Zdumiały mnie one, ponieważ w sierpniu tegoż roku miałem przeprowadzić w Górach Świętokrzyskich ostatni kurs tarota, z którego, ze względu na osobiste zobowiązania, nie mogłem się wymigać, a który jednoznacznie kojarzył mi się ze zgromadzeniem takich właśnie „przestępców” i „grzesznych ludzi”. Czyżbym naprawdę miał pojechać nań po to, by nauczać ich „dróg Pana”. Ja? To jakaś bzdura! Poprosiłem Boga zwolnienie mnie z tego „obowiązku”. Daremnie. Ludzie zapisali się na kurs, jego organizator wzywał mnie pod Święty Krzyż. Chcąc nie chcąc musiałem tam się udać.

     Postępowałem ostrożnie. Nie epatowałem nikogo Biblią, do ostatniego dnia nie wyjawiłem swej decyzji o nawróceniu. Opowiadając o inicjacyjnych przygodach tarotowego Głupca krok po kroku obnażałem tylko  złudny splendor i wszystkie pułapki magicznej drogi ducha. Widziałem, że pośród kursantów są ludzie opętani i zniewoleni przez rozmaite mroczne siły, słabi psychicznie, nadmiernie wrażliwi i podatni na wpływ okultnych eksperymentów dokonywanych  przez pewne, znane w ezoterycznym środowisku osoby. Uzmysławiałem im to, nie kryłem niczego, wskazywałem mechanizmy zniewoleń i tłumaczyłem czemu one służą. Odsłaniałem sekrety magicznych operacji, obłudę i zakłamanie duchowych mistrzów, ich rządzę władzy, energetyczny wampiryzm, sposoby hipnotyzowania tłumów i psychicznego manipulowania uczniami. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Jednych miotało, skręcało ze złości i oburzenia, inni palili karty tarota, modlili się psalmami i czytali Biblię, ja zaś zbierałem liczne cięgi od „diabła” i wiodłem z nim bój mniemając, że tym razem stoję wreszcie po właściwej stronie.

środa, 15 marca 2006

     Wróciwszy do Warszawy sam znalazłem się w trudnej sytuacji – wydało mi sie bowiem, że obruszeni moim postępowaniem okultyści podjęli próbę „wszczepienia” mi „mentalnego implantu” – wprowadzonej za pomocą hipnozy do mojego umysłu sugestii skłaniającej do popełnienia samobójstwa. Znałem tą metodę z czasów, gdy studiowałem książki Aleistera Crowleya i badałem magię woodu, zasugerowany więc tym wrażeniem zacząłem sie bronić, wpadając raz po raz w stany psychozy i trudnego do opanowania lęku.  Kiedy emocje nieco opadły wziąłem się za organizowanie grupy „nawróconych okultystów”. Grupa ta rozrastała się powoli, zasilana przez rozmaite osoby, z których część poznałem na internetowym forum Wróżbiarstwo. Gazeta.pl., gdzie ostro „wojowałem” z opiekującymi się tym środowiskiem wróżkam, próbując uzmysłowić jego użytkownikom zagrożenia płynące z uprawiania magii.

     Pomysł stworzenia takiej grupy bardzo spodobał się Korzeniowi oraz jego przyjaciołom z Fundacji Ewangelia działającej przy jednym z protestanckich kościołów w Warszawie, którzy, będąc w pełni ukształtowanymi chrześcijanami, podjęli się  jej prowadzenia. Od tej pory spotykaliśmy się wszyscy raz w tygodniu, dzielimy się swoimi doświadczeniami, czytaliśmy Biblię, modliliśmy się i pomagaliśmy sobie w rozwiązywaniu trudnych problemów.

     A było w czym, ponieważ każdy nas przechodził podobny proces walki z uzależnieniem od magii i związane z nim stany panicznego strachu, depresji, pustki, nękania przez mroczne siły oraz manie samobójcze. Mnie dopadły one w miesiąc po powrocie spod Świętego Krzyża, w kilka dni po tym, jak Korzeń i jego narzeczona odprawili nade mną modlitwę uwolnienia z demonów ( prawdę mówiąc nie poczułem, by coś ze mnie „wyszło”, ale wierzyłem, że tak się stało i miałem nadzieję, że na tym cała sprawa się skończy ). Obudził mnie o trzeciej w nocy straszliwy jazgot w głowie – tysiące głosów, które domagały się, bym natychmiast popełnił samobójstwo. Nie mogąc opanować tego pragnienia siedziałem w swoim pokoju i kurczowo wczepiwszy się palcami w blat biurka wołałem: Jezu, Jezu ratuj! Po kilku minutach odzyskałem przytomność i uznawszy, że bez woli Boga nic mi się złego nie może mi się przytrafić, wróciłem do łóżka i zasnąłem.

     Następnego dnia, wściekły na Korzenia, który zapewniał, że jego modlitwy są skuteczne, zadzwoniłem do niego, on zaś bąknął tylko, że w moim przypadku trzeba je często powtarzać, albowiem mam w sobie wiele „demonów”. „No i chuj” – pomyślałem, wróciłem domu i całkiem „niechrześcijańsko” nalałem sobie kielicha, zapaliłem papierosa, po czym włączyłem magnetofon, ażeby posłuchać żydowskich, religijnych pieśni. Była wśród nich i ta najważniejsza, oparta na jednym z fragmentów Pisma stanowiącym rodzaj wyznania wiary, jaki wypowiada każdy, pobożny Żyd przed modlitwą. Szma Israel, Adonaj Elohejnu, Adonaj echad... ( „Posłuchaj Izraelu, Pan jest Bogiem twoim, Pan jest jeden...” ) – powtarzałem jej słowa. Potem zapaliłem drugiego papierosa i rozpłakałem się, prosząc Boga o ratunek. Nagle poczułem lekkość w sercu. Spokój. Ukojenie. Pewność, że nic mi nie grozi. Odtąd, aż do dzisiejszego dnia, nie zaznałem ani jednego ataku „diabła”, ani jednej samobójczej obsesji. Poczułem, że powstałem z martwych...     

W imię Jezusa...

     Od tamtych dni minęło kilka miesięcy – pisałem jakiś czas później. - Dziś mogę powiedzieć, że rok temu byłem martwy i spopielały. Teraz żyję i raduję się życiem. Przebudziłem się ze snu śmierci. Wiem, kto mnie uleczył i kto mnie ocalił. Kto jest sprawcą cudu mego nawrócenia. Kto sprawił, że narodziłem się na nowo. Jest Nim mój Pan. Mój Bóg. Mój Zbawiciel. Syn Boży.  JEZUS CHRYSTUS

      Słowa te kończyły napisany przeze mnie tekst noszący tytuł Świadectwo nawróconego okultysty, który zamieściłem w internecie i rozesłałem różnym ludziom. Wszystko w nich było prawdą oprócz tego, że nie wzywałem wtedy Jezusa Chrystusa, lecz Boga. Jedynego. Prawdziwego. Tego, który jest jeden. Pisząc je dokonałem myślowego skrótu i powiązałem  fakt wyleczenia z demonicznych opresji i powołaniem do nowego życia z wiarą w Mesjasza chrześcijan. Odwołując się do słów apostoła Tomasza z ewangelii Jana stawiałem znak równości między Bogiem a Jezusem, czemu dałem zresztą wyraz nie tylko w moim świadectwie, ale i również w emitowanych przez katolickie „Radio Józef” wywiadach oraz podczas kilku spotkań z ofiarami sekt i okultyzmu zorganizowanych przez Korzenia.

     Moje publiczne wystąpienia narobiły sporo hałasu, stając się powodem rozlicznych komentarzy, dysput oraz krytyk. Nic dziwnego. Mimo kilku lat milczenia wciąż byłem uważany za jednego z ważniejszych autorytetów polskiej ezoteryki i wybitnego znawcę tarota. Najszerzej komentowano moje nawrócenie na forum Cudownegoportalu, z którego użytkownikami wiodłem ostre spory i dysputy, przekonując się, iż zauroczeni „duchowym rozwojem” ludzie ci są z jednej strony całkowicie „nieprzemakalni” na jakiekolwiek, biblijne czy pozabiblijne  argumenty, z drugiej – otwarci na różnego rodzaju psychomanipulacje, jakich dokonywali na nich ich liderzy, wykorzystujący ten portal do głoszenia swoich przemyśleń i propagowania głębokiej – jak twierdzili – wiedzy o duchowym uniwersum.  

 

 

     Jednocześnie dostrzegłem, że moje rozumienie Biblii staje się coraz głębsze, jakby kierował mną jakiś duch, który oczywiście identyfikowałem z Duchem Świętym. Kiedy jednak w czasie jednej z modlitw zacząłem spontanicznie „modlić się językami”, w mojej głowie zapaliły się „lampki bezpieczeństwa”. Wiedziałem dobrze, że to samo przydarza się okultystom, sam zresztą czegoś takiego ( w fazie magicznej inicjacji ) doświadczyłem. Fakt, że „tamte języki” były bardziej „diabelskie”, te zaś bardziej „anielskie” bynajmniej nie napawał mnie otuchą.  Przeciwnie. Nawrócenie na „biblijnego Jezusa” i „biblijnego Boga” wywołało u mnie niechęć do wszelkich innych pośredników, począwszy od aniołów, skończywszy na Matce Boskiej i świętych. „Obaliłem” w sobie wszystkie „idole” i „bożki”, kierując się wprost ku Bogu, lecz – zgodnie z ewangelicznym zaleceniem – czyniłem to za pośrednictwem ( a dokładniej – w imieniu ) Jezusa Chrystusa.

     I tu rodził się problem, ponieważ nieustannie czułem, że coś mi w tym wszystkim nie pasuje. Nie dlatego, iżbym nie wierzył w Bożego Syna. Dlatego, że modląc się w jego imię, przed którym – wedle ewangelii – zginać ma kolano wszelkie stworzenie, wciąż odnosiłem wrażenie, iż stosuję jakąś magiczną formułę. Zbyt dobrze znałem zasady magii oraz mistykę bożych imion w kabale, by tego nie dostrzegać. Ten sam „kłopot” sprawiał mi Duch Święty. Intelektualnie rozumiałem co oznacza modlitwa „w Duchu”. Czasami nawet tak się modliłem. Sęk w tym, że po wszystkich moich okultnych doświadczeniach nie chciałem popadać w jakąkolwiek ekstazę i dlatego rugowałem najmniejsze nawet jej przejawy.  Moja ostrożność miała swoje bez przyczyny. Dobrze pamiętałem, jak w 1993 roku wybrałem się  na nabożeństwo do kościoła zielonoświątkowców, po której towarzyszący mi „astralni opiekunowie” tańczyli z zachwytu „opici” energią ludzkich emocji.  Dosyć trzeźwym okiem patrzyłem więc na to, co się wokół mnie dzieje podczas wspólnotowych modłów i nie pozwalałem Duchowi sobą „zawładnąć”. Mimo to regularnie uczęszczałem na nabożeństwa do jednego z protestanckich zborów i uczestniczyłem w spotkaniach naszej grupy. W czerwcu 2004 roku wziąłem chrzest, złożyłem przysięgę Jezusowi, wyrzekłem się szatana itp. Był to głęboki akt wiary, wdzięczności i miłości do Jezusa. Zawierzyłem mu, poddałem się Chrystusowi „w niewolę” pewien, że wiążę się z nim na całe życie. I że teraz zaczyna się ono na nowo. 

Przebudzenie

  

   Najgorszą bolączką, jaka trapiła wszystkich „nawróconych okultystów” były problemy finansowe oraz rodzinne konflikty. O ile źródła tych drugich dopatrywaliśmy się w naszych wcześniejszych, okultnych fascynacjach,  te pierwsze wynikały z faktu, że większość z nas straciła dochody z uprawianych dotychczas profesji. To samo działo się u mnie i w mojej rodzinie. Podjęte przeze mnie starania znalezienia dodatkowej pracy spełzły na niczym. Zaczęliśmy liczyć każdą złotówkę i nic nie wskazywało na to, że sytuacja ta poprawi się na lepsze. Z każdym miesiącem było coraz gorzej, długi rosły, ledwie wiązaliśmy koniec z końcem.

     Poruszyłem ten problem na jednym ze spotkań naszej grupy. W odpowiedzi usłyszałem, że dobrze byłoby, gdybym oddawał zborowi dziesięć procent swoich dochodów, tak bowiem zaleca postępować Boże Słowo i jeśli będę się trzymał tych wskazówek i uczynię to z miłością, wtedy Bóg mnie pobłogosławi i zyskam nową kasę. Odrzekłem, iż przypomina mi to starą magiczną zasadę opartą na prawie: „daję, byś dał” ( kierują się nią ludzie wszystkich duchowych tradycji, składając ofiary bóstwu i oczekując w zamian rewanżu ). Uwaga ta spotkała się z totalną krytyką zakończoną gromkim oświadczeniem jednej z „nawróconych okultystek”, która wymachując Biblią oznajmiła, że niepotrzebnie się mądrzę, tu bowiem jest „instrukcja obsług”, jak należy postępować i o co modlić się do Boga”. Wzruszyłem ramionami i nie podejmowałem więcej tego tematu.

     Wątpliwości i krytycznie spostrzeżenia mnożyły się jednak coraz bardziej. Na dodatek zacząłem mieć poważne kłopoty w pracy, które z najwyższym trudem udało mi się przezwyciężyć. W sierpniu 2004 roku pojechałem na krótki urlop na Mazury. Wybrałem się tam z mocnym postanowieniem rozprawienia się z wszystkimi moimi „demonicznymi wątpliwościami”, co też uczyniłem, niemalże egzrcyzmując sam siebie i wrzucając z siebie  „demony” w imieniu Jezusa Chrystusa. Efekt okazał się mizerny. „Demonów” nie ubyło, wzrósł za to narastający niepokój i spotęgowało się poczucie wewnętrznej niewygody.

     Zaraz po moim powrocie z Mazur zadzwonił do mnie znajomy „zborownik”. „Czy będziesz w niedzielę na nabożeństwie?” – spytał. „Będę” – odpowiedziałem. „To dobrze – ucieszył się. – Bo wiesz, przyjadą pewni ludzie ze Śląska, którzy kiedyś bardzo się o ciebie modlili i chcę się teraz z tobą zobaczyć”.

     Nie pierwszy raz słyszałem już, że ktoś modlił się w intencji mego nawrócenia ( czynił to wielokrotnie Korzeń, robili to różni protestanci i katolicy ), tym razem jednak wiadomość ta jakoś mnie nie ucieszyła. Mimo to spotkałem się z nimi. Przewodził im facet tak „opakowany” białą, „szklistą” energią, że aż mnie od niego odrzuciło. „Wiem, wiem – roześmiał się dostrzegłszy, że się cofam. – Wielu ludzi tak reaguje na mnie. Niektórzy nawet powiadają, że otacza mnie czterech aniołów!”. Mruknąłem coś pod nosem, siorbnąłem łyk kawy, on zaś zaczął opowiadać jak doszło do tego, że stałem się obiektem ich modlitw.

 

 

     „Wzięliśmy ciebie w obroty – mówił – od chwili, gdy parę lat temu obejrzałem nocny program w telewizji, w którym występowałeś jako znawca żydowskiej kabały. Słuchałem tego co mówisz o Biblii i doszedłem do wniosku, że ktoś tak doskonale znający Słowo Pana  nie może być okultystą. Dlatego modliliśmy się o to, by Bóg odciął mnie od dochodów, które zyskujesz z uprawiania magii, a od niedawna modlimy się o moje nawrócenie”. Zaniemówiłem z wrażenia. „No, toście załatwili moje życie” – warknąłem po chwili. „Jak to?” – zdziwił się. „Nie rozumiesz? – odpowiedziałem pytaniem. – Nie pojmujesz tego, coście zrobili? Kurde mol, przecież rzuciliście na mnie klątwę!” „Bóg czasami ...” – zaczął, ale nie pozwoliłem mu dokończyć. „Bóg nie ma tu nic do rzeczy! – stwierdziłem. – I powiem ci coś więcej. W tym programie pełniłem rolę eksperta, a nie okultysty. Równie dobrze mógłbym opowiadać o hinduizmie, szamanizmie albo o ludowych strojach z Podlasia, bo się na tym – jako etnograf – znam. Kiedy więc ty, kurwa, gmerałeś w moim życiu, dokonując na mnie, w imię Jezusa Chrystusa, czarnomagowskiej operacji, ja od dwóch lat nie byłem okultystą i nie czerpałem z magii żadnych finansowych zysków. Szlag by trafił! Nawet wtedy, gdy siedziałem po uszy w okultyzmie nie poważyłbym się zrobić czegoś takiego.”

     Tego dnia coś we mnie pękło. Wróciwszy do domu wyjąłem z szuflady biurka zeszyt, w którym od ponad dziesięciu lat odnotowuję wszystkie swoje dochody. Ponownie je podliczyłem. Bez wątpienia, pod połowy 1999 roku leciały w dół na łeb, na szyję. Czarnoksięska klątwa zadziałała. Miałem na to materialny dowód.

     Przez prawie tydzień borykałem się z wątpliwościami, w moim umyśle „Jezus” walczył z „szatanem”, znów pojawiły się „głosy” oraz znane z wcześniejszych doświadczeń „telepanie”. Miałem dosyć. Miałem dosyć „świętości”, „duchowości”, walki dobra ze złem, zbawienia i potępienia, wiary w ofiarę krzyża, całej tej biblijnej nowomowy, która moim „współbraciom” zastępowała zwyczajne słowa o życiu, szczęściu, troskach i kłopotach. Miałem dosyć ciągłego powoływania się na Biblię, ględzenia w Królestwie Bożym, modlitewnych jęków, ekstatycznych podrygów, powtarzania wyuczonych formuł, epatowania innych opowieściami o łaskach, jakie Bóg udziela wierzącym, wyznawania grzechów, przyzywania Jezusa, Ducha Świętego, misteryjnego spożywania chleba i wina, dopatrywania się w każdym „upadku wiary” działania „diabła” i przejawu „grzechu”. Zapragnąłem usiąść. Wyłączyć umysł. Przestać myśleć. Zanurzyć się w wewnętrzną pustkę. Wejść jak najgłębiej w ciszę we mnie i w ciszę na zewnątrz mnie. Zwrócić się wprost do Źródła mego istnienia.

 

     Był 1 wrzesień 2004 roku. Piękny, słoneczny poranek. Usiadłem i zamknąłem oczy. Ile to trwało? Pięć minut? Dziesięć? Nie pamiętam. Nagle wszystko odeszło. Wypełniła mnie kojąca cisza. Niezwykła cisza. Cisza pełna słów o tym, że życie jest najcenniejszym z darów. Że to koniec. Że jestem tu i teraz. Że jest świat. Że jest Bóg. I tylko to się liczy. Że to wszystko, co czynimy starając się „pochwycić” Boga nie ma najmniejszego sensu, bo i tak Go nie „pochwycimy”, gdyż „chwycić” możemy tylko nasze wyobrażenia o Nim. Że każda chwila jest czymś wyjątkowym, albowiem nigdy się nie powtórzy. To, co przeszłe, należy do przeszłości; nigdy nie wróci. To, co przyszłe jeszcze nie nadeszło, więc także nie istnieje. Życie to najwspanialszy cud; skupia się w nieuchwytnym teraz. W „teraz” skrywa się boska wola tego, by ono istniało. Gdyby Bóg chciał, dawno bym umarł, oszalał lub się nie narodził (lecz żyję i nie oszalałem). Jeśli przeprowadził mnie przez wszystkie piekła i czyśćce, to dlatego, że tak chciał. Jeśli uszanował moje wcześniejsze wybory, uszanuje i ten, bo dał mi wolną wolę – dar ponad wszystkie dary. Nie muszę się zatem martwić się o nic. Nic nie muszę. Nie muszę Mu nic dawać, a On niczego ode mnie nie żąda.  Dar życia dany jest całkowicie darmo i bez żądnych „warunków wstępnych”. W darze tym mieści się cała moja wolność. Wolność „od Boga” i „do Boga”. Wolność od Jego pożądania i wolność do Jego bezinteresownej miłości.

    Rozchyliłem powieki. Święciło słońce, ja zaś czułem się tak, jakbym budził się z koszmarnego snu. Jakbym wchodził w stan jawy, diametralnie odmienny od dręczących wcześniej sennych majaczeń. Tamten sen sczezł i nigdy nie powróci. Śniłem. Przez długie lata śniłem. I przestałem śnić. Przebudziłem się. Tylko tak potrafię ten stan nazwać...

   Pierwszym uczuciem, którego wtedy doznałem była radość. Radość z tego, że dane mi jest czuć, myśleć, dotykać, być; po prostu być. Jechałem samochodem, z rozkoszą niemal dotykając kierownicy i ciesząc się każdym dotykiem. Ujrzałem piękno świata – nie świata zbawionych, czy oświeconych, lecz  tego kosmosu, w którym żyjemy i którego - wpatrzeni w duchowe uniwersa - nie chcemy ani cenić, ani zauważać. W tym dniu zaprzestałem szukania i pragnienia Bóstwa, kiedy zaś potrzeba ta we mnie umarła, Bóg mnie znalazł. Nie objawił się jako miłość, zbawiciel, czy ktokolwiek inny. Dotknąłem Jego tajemnicy, lecz nie potrafię ująć jej w słowa. Wiem tylko, że zwróciłem się do Źródła mego bytu i ono mi odpowiedziało. 

  

     Moje odejście z chrześcijańskiego zboru wywołało sensację i liczne kontrowersje. Najbardziej dostało mi się od byłych okultystów, z których jedna osoba tak się przejęła moją „zdradą Jezusa”, że przesłała mi e-mailem pewien tekst, będący czymś w rodzaju „przekleństwa śmierci”. „Wierzę, że mimo wszystko spotkamy się kiedyś w Królestwie Ojca” – pisała do mnie w sms-sie inna „siostra w Chrystusie”. „A czy nie możemy się spotkać Tu i Teraz? – odpisałem. – Na przykład na kawie?”. Nie odpowiedziała. Dzwoniono do mnie, nawiedzano mój dom, by sprawdzić jak się miewam i czy już miotają mną „demony”. Nic z tych rzeczy. „Demony” odeszły, radość życia przemieniła się w codzienność bycia tutaj. Z dnia na dzień zdrowiałem, odzyskiwałem poczucie humoru, śmiałem się, pisałem, malowałem, snułem rozmaite plany. Po roku moja sytuacja finansowa zaczęła ulegać poprawie, domowe niesnaski uległy załagodzeniu, rodzinnie relacje – widocznej zmianie na lepsze, kłopoty w pracy przestały być groźnymi kłopotami, odczuwanie energii zanikło do tego stopnia, że jeśli jeszcze rok temu z najwyższym trudem wytrzymałbym spotkanie z jakimś gronem okultystów, dziś mogę się z nimi stykać, rozmawiać, obserwować co robią i nie wzbudza to we mnie jakiś większych emocji.

     Czuję za to coś innego. Wdzięczność. Wdzięczność za całe moje życie, za to wszystko, co mnie spotkało, za to, że wyszedłem z tego obronną ręką. I za to, że żyję. Że jem, śpię, chodzę, patrzę na niebo lub oglądam się za dziewczynami... Że piszę, maluję i opowiadam ludziom o tym, na czym się znam: o tarocie, kabale, szamanizmie...  Nie widzę powodów, dlaczego miałbym tego nie robić. Niektórzy mówią, że wróciłem do tarota. Zabawne. Równie dobrze można by rzec, że wróciłem do hinduizmu, kabały, szamanizmu czy gnozy. Tarot jest cząstką mnie, ale nie jest mną. Jest ważnym doświadczeniem, którym się mogę dzielić. Obok wielu innych, duchowych systemów jest jednym z przejawów i produktów „duchowego snu” ludzkości, opowiadam zatem o tym śnie i wyjaśniam co sprawia, że on się śni. Nadałem mu miano Syndromu Duchowego Uzależnienia. Piszę o nim książkę, prowadzę terapię wiodącą do przebudzenia. Nie jest to jakaś moja „misja” albo „powołanie”. Myślę jednak, że nie bez przyczyny musiałem przejść to, co przeszedłem. Gdyby nie to, trwałbym wciąż w iluzji. Nie zaznałbym radosci przebudzenia...

     „Popatrz – powiedziała mi we wrześniu zeszłego roku moja znajoma. – Minęło dwanaście miesięcy, a ty wciąż „to” masz.” Otóż nie mam, nie jestem bowiem oświecony ( cokolwiek to słowo oznacza ). Nie znam ani „drogi do Boga” ani samego Boga. Niewiele zresztą o Bogu rozmawiam. Nie modlę się doń, bo nie ma takiej potrzeby. Czasem medytuję w za zen, ale bardzo rzadko. Nie chodzę do kościoła, lecz go nie unikam. Do moich przyjaciół ze zboru czuję życzliwość, jednakże nie utrzymuję z nimi bliskiego kontaktu. Do moich okultnych adwersarzy nie mam pretensji, nie obdarzam ich wszakże uczuciem miłości. Niczego zbytnio nie planuję, ale i nie żyję bez celu. Nic nie zależy ode mnie, a jednocześnie o wielu sprawach swobodnie decyduję. Co do reszty spraw, to wolałbym w tym miejscu o nich nie opowiadać.

     Tekst ten jest w pewnym sensie moim „listem do Boga”. Trzecim z kolei. Pierwszy napisałem w 1989 roku i dziękuję Mu, że mnie wtedy wysłuchał. Drugi napisałem pod koniec 2001 roku i dziś wiem, że i on został wysłuchany. Co do tego „listu” mam świadomość, że coś on zamyka i coś we mnie otwiera. Ta historia nie ma wszak żadnego końca. I niczego takiego zresztą już nie oczekuję..

 Warszawa-Radość, 13 – 15  marzec 2006 roku

.

CZYTAJ TEŻ:  "PO PRZEBUDZENIU"

.