kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
niedziela, 15 lutego 2009
WALENTYNKA

Dostałem „walentynkę”. Specyficzną. Był nią e-mail od pewnego mego znajomego, który po blisko półrocznym milczeniu postanowił wreszcie napisać, co o mnie myśli, a myśli niezbyt przyjaźnie z rozmaitych względów. Ponieważ "walentynka" ma charakter prywatny, nie będę jej cytować. Wspomnę tylko o jednym z jej punktów. Jest nim SDU, a dokładniej – jego duchowe źródło. Co do tego bowiem, że zajmujący się ezoteryką ludziska miewają rozmaite „jazdy” i „odjazdy” mój znajomek nie ma żadnych wątpliwości. Problem leży raczej w tym, jaką rolę odgrywają w owych "jazdach" egregory. I czym/kim one są. Czy tylko ożywionymi wyobraźnią myślokształtami, czy może jednak czymś/kimś więcej.

Z terapeutycznego punktu widzenia problem ten jest nieistotny już to dlatego, że terapia skupia się na kształtowaniu właściwej relacji pacjenta z przedmiotem jego zainteresowań, a nie wyjaśnianiem natury uzależnienia od egregorów, już to dlatego, że terapeuta nikogo nie egzorcyzmuje i nie uwalnia od „astrali”, bo nie takie jest jego zadanie. Mówiąc najkrócej – pacjent może, ale nie musi wierzyć, iż egregory to okupowane przez duchowe byty myślokształty, zaś jego wiara w to czy brak wiary nie mają żadnego wpływu na skuteczność terapii. Podobnie pacjent może, ale nie musi wierzyć w Pana Boga, i nikt go w trakcie terapeutycznych konsultacji do tego nie przekonuje. Terapia SDU nie polega na indoktrynowaniu, lecz na nauce rozpoznawania mechanizmów uzależnienia.

Inną sprawą jest duchowe rozeznanie i świadomość rozróżniająca – dwa, podstawowe aspekty duchowego BHP. Na tym poziomie nie wolno pomijać milczeniem pytanie o naturę wielu paranormalnych zjawisk. Nie oznacza to jednak, że wszystkie one posiadają egregoryczną proweniencję.  Twierdzenie takie byłoby zbyt proste, a co gorsza – nazbyt bliskie temu, co głoszą na przykład dominikanie, którzy zwalczają wszelkie przejawy duchowości odmiennej niż katolicka i we wszystkim co niekatolickie widzą „dzieło szatana”. Nawiasem mówiąc, wedle nich, czcicielem tegoż jest również piszący te słowa. Gdybym chciał być złośliwy, powiedziałbym, że obwinianie za każdą duchową przypadłość jakiegokolwiek duchowego bytu to typowy przejaw SDU. Egregory nie są aż tak bardzo „pazerne”. Owszem, oddziałują na człowieka, lecz tylko w szczególnych przypadkach, zaś stwierdzenie takowego faktu wymaga wielogodzinnej rozmowy i weryfikujących ją obserwacji.

 

Koronnym argumentem na rzecz nieistnienia egregorów jest, oparte na medycznych doświadczeniach twierdzenie, że wrażenie czyjejś obecności uzyskać można u każdego człowieka, jeśli będzie się stymulować impulsami elektrycznymi określone partie jego mózgu. To prawda, lecz cóż z tego? Po pierwsze żadnego z moich pacjentów nie podłączano do takiej maszynerii. A po drugie, oznaczałoby to, że te same efekty można osiągnąć, stosując na przykład medytację transcendentalną bądź malując na podłodze magiczne mandale i ewokując duchy formułami zapisanymi w książkach Crowleya. Innymi słowy należałoby przyjąć, iż doznanie obecności niewidzialnego, acz odczuwalnego zmysłowo bytu można uzyskać najrozmaitszymi technikami. I że wszystkie te techniki, począwszy do praktyk medytacyjnych, skończywszy na oglądaniu kart tarota skutkują tak samo, jak wspomniane elektryczne stymulatory. Jeśli taka koncepcja da się obronić – proszę bardzo. Ten, kto tego bezspornie dowiedzie, zostanie przeze mnie zgłoszony do nagrody Nobla.

czwartek, 02 sierpnia 2007
BŁĘDNE KOŁO PRZERWANEJ TERAPII

     Wczorajsze spotkanie z jedna z moich byłych „pacjentek”, która przerwała terapię SDU uświadomiła mi, że powinienem powrócić na chwilę do tego, o czym pisałem niegdyś w CHANDERCE. Tekst ten zamieściłem na CTUD dość dawno temu i z tej właśnie przyczyny zapewne umyka on uwadze nowych gości CTUD-u, a także tym, którzy dopiero teraz szukają w terapii SDU metody rozwiązania trapiących ich problemów.
     Otóż metody te różnią się zasadniczo od metod stosowanych w kręgach ezoterycznych i religijnych, albowiem nie wynikają one z dążenia do zastąpienia jednego duchowego matrixa drugim poprzez wpojenie w „pacjencie” przekonania, iż matrix, w którym siedział jest iluzją, szatańskim płodem lub czymś w tym rodzaju, zaś nowy matrix to czysta i „odboska” prawda gwarantująca zbawienie, oczyszczenie i właściwe ukierunkowanie „duchowej drogi”. Nie ma w niej takich spektakularnych zabiegów jak egzorcyzmy, modlitwy o uwolnienie, rytuały „nowych narodzin” czy coś w tym stylu. Mówiąc najkrócej terapia jest nudna, ponieważ wymaga zastosowania bardzo ostrego „duchowego postu” i uświadomienia sobie, że nawet najpiękniejsze spirytualne doznania oraz generowane przez nie moralne postawy, romantyczne uniesienia i szlachetne uczynki służą tylko jednemu celowi – zniewoleniu człowieka.
     Tak, jak narkoman sdu-owiec musi przejść odwyk, innego wyjścia nie ma.  Musi przeżyć etapy łaknienia „duchowego narkotyku”, dostrzec, ze jego choroba jest
„chorobą kłamstwa”, która powoduje, że instynktownie będzie próbował oszukiwać sam siebie i terapeutę, byleby tylko usprawiedliwić to, że znów wdepnął w jakiś matrix i pozwala mu sobą rządzić. Jednym z najprostszych i najskuteczniejszych takich „wytłumaczeń” jest deklarowana chęć zrozumienia „o co w tym wszystkim chodzi”, czyli nieustanne analizowanie i doszukiwanie się sensu synchroniczności zdarzeń, przekazów i jawiących się wokół symboli, które, im dłużej trwa „post”, tym silniej się przejawiają. Bardzo często towarzyszą temu trudne do opanowania stany lękowe, bezsenność, osłabienie organizmu, choroby. W ich wyniku „pacjent” traci emocjonalną równowagę, której zresztą już wcześniej niewiele posiadał. Dodajmy do tego inne, bardzo charakterystyczne   zjawisko – natłok rozmaitych wydarzeń dokonujących się w „sferze materii” ( konieczność załatwiania różnych spraw, nadmiar pracy, niespodziewane i częste wizyty ludzi, z którymi „pacjent” nie utrzymywał dotąd zbyt bliskich kontaktów, itp. ). Czemu to wszystko służy? Jednemu. Chodzi o to, by „pacjenta”  zmęczyć. A kiedy już będzie „padał na pysk”, matrix nagle „zaofiaruje” mu rozwiązanie: ciąg „cudownych” i „wyzwalających” zdarzeń, spotkań i przekazów, za którymi poszedłszy dozna wspaniałej ulgi, odzyska – w swoim przekonaniu – przytomność, wolność itp.
     I tu kryje się największe niebezpieczeństwo, ponieważ przerwana w tej fazie bądź w jej podobnej terapia SDU sprawia, że „przeszkolony” w umiejętności kontrolowania swoich zachowań człowiek miast wyjść z matrixu zanurza się weń jeszcze głębiej, przechodząc z jednego etapu „duchowej inicjacji” w drugi. Droga ku wolności staje się ścieżką nowych zniewoleń, a „matrixowa wolność” – nowym, głębszym i trudniejszym do wyleczenia  uzależnieniem. Ponieważ fazie tej często towarzyszy skłonność do kompensacji uzależnień (zastępowania jednego uzależnienia drugim ) oraz „umysłowa nieprzemakalność” (odrzucanie wszelkich argumentów wykazujących, iż SDU rozwija się w najlepsze i tylko zmienia swą postać), terapeuta traci kontakt z „pacjentem” i jest bezradny. Istota terapii bowiem kryje się w owym
„chcę”, o który niegdyś pisałem, a skoro „pacjent” nie chce, cóż można zrobić?
     Nic. Terapeuta dobrze wie, jak to wszystko się skończy i ku czemu to zmierza, „pacjent” natomiast przeżywa euforię, by potem popaść w jeszcze gorsze tarapaty. Zdarza się tak, że wraca do terapeuty, zdarza się też, że sam kontynuuje terapię i mu się udaje. Ale bywa i tak, że niczym kamień wyrzucony z procy kręci się w kółko i coraz bardziej zagłębia w „matrix”. Terapia SDU bowiem, jak każde „lekarstwo” ma swoje „skutki uboczne”. Nie dlatego, że jest groźna sama w sobie. Dlatego, że narusza „interesy” bardzo potężnych sił, które uczynią wszystko, by niewolnik pozostał niewolnikiem, zaś terapeuta dostał w d…. Nie mogąc go wprost dotknąć w sferze astralne,j „dokopują” mu w innych sferach, do czego jest, mniej lub bardziej przyzwyczajony. To jednak jest inny problem i nie sądzę, bym musiał o nim pisać…

poniedziałek, 30 lipca 2007
DUCH MAMONA

     Jakiś czas temu nawiedził mnie pewien pan, który daremnie szukając pomocy u rozmaitego autoramentu szamanów i magów postanowił znaleźć antidotum na swoje duchowe bolączki u niejakiego JWS-a. Spędziliśmy razem kilka godzin ( tyle bowiem z reguły trwa pierwsza konsultacja ) im dłużej zaś z nim rozmawiałem, tym jaśniejszym się dla mnie stawało, że ów człowiek wcale nie chce uwolnić się od swych zniewoleń, pragnie tylko, by te, najbardziej mu ciążące ustąpiły i żeby dalej mógł tkwić w okultnym matrixie. Rzecz oczywiście nie w okultyzmie ( równie dobrze mógłby to być matrix religijny albo jakikolwiek inny ), lecz w jego rodzaju. A był on oparty na sado-masochistycznych związkach seksualnych stanowiących klasyczny przykład tego typu uwikłań, o jakich pisałem między innymi w ANIELSKIM SEKSIE. Rozwijany przez lata powoduje on ogromne spustoszenie w psychice człowieka, który zewnętrznie wydaje się być kimś ciepłym, empatycznym i miłym, w rzeczywistości zaś jest czymś w rodzaju „wydmuszki”, traci bowiem zdolność rzeczywistego przejawiania uczuć wyższych niezbędnych do tego, by się z owego matrixa wydostać.
     Jednym z najczęstszych przejawów takiego stanu jest rozdwojenie woli. Człowiek taki doskonale wie, że pewnych rzeczy nie powinien robić, a co więcej – manifestuje na zewnątrz wysoce „uduchowioną” moralność wspartą racjonalnym myśleniem w stylu:  „tego nie uczynię albo nie powiem, gdyż szkodzi to memu duchowemu rozwojowi”. Starczy jednak jakaś okazja, coś, co narusza owo „moralne ekwilibrium”, by doszło do manifestacji „drugiej strony lustra”, skutkiem czego nasz cieplusi i empatyczny duchoworozwojowiec jawi się jako swe „demoniczne” przeciwieństwo: mówi i robi coś, czego przed chwilą nie chciał, kiedy zaś „wraca do przytomności” szybciutko próbuje zatrzeć złe wrażenie i o wszystkim zapomnieć.
     To, że ludzka natura skrywa w sobie zarówno „anielskość” jak i „demoniczność” wiadomo od dawna, problem w tym, że u wielu duchoworozwojowców jej manifestacja ma charakter schizoidalny. Zmiana następuje w jednym ułamku sekundy, stanowiąc zaskoczenie tak dla „pacjenta”, jak i terapeuty, z tą może różnicą, że terapeuta dobrze zna mechanizmy jej powstawania, „pacjent” natomiast rzadko kiedy dostrzega jej wewnętrzną sprzeczność. Dzieje się tak ponieważ w obu przypadkach postępuję on całkowicie racjonalnie i znajduje dla swej postawy pełne usprawiedliwienie. Poniekąd słusznie, albowiem to, co w nim „anielskie” i „diabelskie” ma jedno, wspólne źródło. Jest nim on sam, a dokładniej pustka, jaka w nim powstała w skutek spirytualnych praktyk ukierunkowanych na bycie „bogiem dla samego siebie”.
     I tu docieramy do istoty zjawiska, do ducha, jakiemu duchoworozwojowe „wydmuszki”  oddają siebie w niewolę mniemając, iż osiągną potęgę, zdolność kierowania swoim życiem i mniej lub bardziej „absolutną wolność”. Jezus nazywał go Księciem Tego Świata albo Mamonem, o tyle słusznie, że ów fenicki ( o ile pamiętam ) bożek mamił swoich wyznawców iluzją życiowego powodzenia w zamian za materialne ofiary. Przeniesiona na płaszczyznę moralną relacja z Mamonem wyraża się przekonaniem, że skoro coś robię dla innych, sobie zagwarantuję szczęście ( albo zbawienie ). Do postawy takiej nawiązuje jezusowa przypowieść o sprytnym poborcy podatków, który będąc zagrożonym utratą pracy odpuszcza swoim dłużnikom część zaciągniętych u niego długów w nadziei, że mu się w przyszłości odwdzięczą. Tak samo postępuje „duchowa wydmuszka” – jest pełna empatii, miłości i ciepła, bo jej to przynosi korzyść. Sęk w tym, że ofiarowując Mamonowi tę cząstkę swoich „wyższych uczuć” musi ją uzupełnić ich przeciwieństwem. Ponieważ osią jego postępowania jest deklarowana wszędy miłość, domaga się miłości od innych i ją – jeśli tak można rzec – im zabiera. Stąd już niedaleko do wszelkich form energetycznego czy psychicznego wampiryzmu, rozkoszowania się władzą nad innymi ludźmi i rozdymania swego „ego” dokonywanymi „cudami”. Nadchodzi jednak moment, gdy wolność okazuje się więzieniem, potęga – niemocą, empatia – nienawiścią, a Mamon – przepastnym Nihilo. Co wtedy robić? „Wydmuszka” szuka pomocy u jej podobnych „wydmuszek”, stając się ich następną ofiarą. Dlaczego? Bo „wydmuszki” żywią się również innymi „wydmuszkami” tak, jak zgłodniałe wampiry krwią zwierząt. Podobne przyciąga podobne, nicość chłonie nicość, nicością się napełniając. W ten oto sposób duch Mamona poszerza swoje „królestwo” oparte na zasadzie „daję byś dał”. Sęk w tym, że „wydmuszki” niewiele już mogą dawać, gdyż pełne są Mamona. Jeśli nawet podejmą terapię, by się zeń uwolnić, szybko rezygnują ponieważ brakuje im tego „czegoś”, co pochodzi z innego ducha.
     Czym on jest? Nie jestem pewien, czy umiem go opisać, jednakże już po kilku minutach rozmowy wyczuwam, czy „pacjent” go „posiada”. Nie jest to kwestia tego, czy zgadza się on ze mną, czy przeciwnie – odrzuca to, co doń mówię i rezygnuje z terapii. Ostatecznie to nie ja „leczę” ludzi, lecz oni sami się „leczą”, prawdziwym Lekarzem wszakże jest ktoś całkowicie Inny. Fakt ten obserwuje często i do dziś budzi on we mnie najwyższe zdumienie, ilekroć zaś, czy to w skutek błędu, pychy czy nadmiernej wiary w swoje siły naruszam tę prawidłowość, dostaję niezłe cięgi. Nie od Niego. Od „bożka” we mnie. Wszak i ja byłem niegdyś jego zagorzałym czcicielem…

piątek, 22 czerwca 2007
NAUKA PUSTYNI

     - Możesz korzystać z wolności – powiedziałem gdy kilka dni temu jeden z uczestników terapii SDU zapytał, co dzięki niej osiągnie.
     - To dobrze! – wykrzyknął ucieszony i dopiero po chwili nieco posmutniał, gdy uświadomiłem mu, że nie przypadkowo słowo „wolność” poprzedziłem słowem „możesz” i wyjaśniłem co w mojej wypowiedzi oznacza słowo „korzystać”.
     Terapia SDU niczego bowiem nie gwarantuje ani niczego nie zapewnia, otwiera jedynie pewne możliwości, które wcale nie muszą zaowocować uwolnieniem ze starych problemów, a nawet przeciwnie – mogą je czasowo pogłębić, nie dlatego wszakże, iż je potęgują, lecz z tej przyczyny, że dopiero wtedy stają się one problemami rzeczywistymi, boleśnie doświadczanymi, odziedziczonymi po okresie „narkotycznego zaczadzenia” duchowością. Kwestia ścięcia więzów astralnych pętających „pacjenta” z egregorami to sporawa stosunkowo prosta ( co nie oznacza – łatwa ). Odmatrixowanie umysłu z ezoterycznych czy religijnych schematów myślowych jest procesem długotrwałym, lecz nie wywołującym zbyt wielkiego stresu, a nawet przyjemnym – wszak toczy się walkę z samym sobą, „coś się dzieje”, zaś cel tej operacji wydaje się być szczytnym i ze wszech miar godnym osiągnięcia. Owszem, pojawiają się, zwłaszcza na początku, trwające niekiedy nawet kilka miesięcy okresy depresji, osłabienia, poczucia bezsensu itp. Nie ma na nie dobrego „lekarstwa” ( po prostu trzeba to przeczekać, robiąc swoje ), w końcu jednak mijają. Lęki, wizje, rozmaite udręczenia, nagabywanie przez byłych przyjaciół z kręgów ezoterycznych albo religijnych, są nieprzyjemne, lecz motywują do walki. Z innymi problemami jest znacznie, znacznie gorzej, gdyż zazwyczaj nie są one duchowej natury, lecz wynikają z „materii”.
     O jakich problemach myślę? Z reguły są to problemy toksycznych relacji ( rodzinnych albo partnerskich ) oraz problemy finansowe ( brak pracy, długi, kredyty, kradzież itp. ). Do tego mogą dołączyć się problemy zdrowotne, no i oczywiście psychiczne, wynikające z powyższych. „Pacjent” żyje w dużym stresie, prowadzi „duchowe zmagania”, na które nakładają się, niezauważane wcześniej bądź traktowane jako mniej istotne, kłopoty z kasą, z bliskimi, z samym sobą. To wszystko było wcześniej „załatwiane” duchowymi metodami, teraz metody te wędrują „na półkę”, ich miejsce natomiast zajmuje… bezradność.
     Człowiek bezradny z niczego nie potrafi skorzystać, a zwłaszcza wolności, bo cóż mu z niej, skoro łudził się, że wraz z jej pojawieniem się wszystkie bolączki przejdą „jak ręką odjął” i będzie mógł hasać do woli i robić co mu się żywnie podoba. Ponieważ przyzwyczaił się, że na wszelkie swoje utrapienia i niedostatki znajdzie antidotum w ezoteryce lub religii, zdumiony spostrzega, że nie dysponuje żadną, bądź prawie żadną metodą ich rozwiązywania. Czuje się nieco jak dziecko zagubione we mgle, bo i też był takim dzieckiem i chociaż ma 30 czy 40 lat, de facto nim pozostaje. Mówiąc inaczej jest człowiekiem niedojrzałym, przed którym nagle spiętrzyły się rozmaite przeszkody ( wcale nie nagle, one już były, lecz albo ich nie dostrzegał, albo uznawał za mało istotne ). I tak oto kobieta lat 35 uświadamia sobie, że nieco już późno, żeby zostać mamą, facet po czterdziestce orientuje się, że nie założył rodziny, jakaś dziewczyna spostrzega, że zamiast dyplomu ukończonych studiów przechowuje w szufladzie nic nie warte dyplomy  ezoterycznych szkół oraz kursów, zaś niegdyś wzięty informatyk ze smutkiem zauważa, iż dziesięć lat pobytu w klasztorze sprawiło, że musi się uczyć informatyki od początku ( lecz głowa już nie ta, a ponadto trzeba jakoś na siebie zarabiać, tam zaś miał zapewniony „wikt i opierunek” ).  
     No cóż, wolność z pewnością jest wspaniałym darem, ale też „skokiem na głęboką wodę”. Nie ma czasu na naukę pływania w brodziku. Trzeba przejść przez pustynię, nim dojdzie się do Ziemi Obiecanej. A i tę należy zdobyć w „boju i znoju”, gdyż ludzie wolni nie dziedziczą swej ojczyzny z dziada pradziada, lecz wchodzą w jej posiadanie jako doświadczeni wojownicy. Oto dlaczego na synajskiej pustyni Izrael otrzymuje nowe, duchowe prawo, potem wymiera na niej całe pokolenie „zarażonych Egiptem” Izraelitów i dopiero wtedy ich dzieci wkraczają do Kaananu. Tu zaś nie ma Nilu, którego periodyczne wylewy zapewniają plony. Tu trzeba otworzyć się na nieznane i na Nieznanego. I zachować zyskaną na pustkowiu dojrzałość i wierność, bo w innym przypadku Kanaan staje się nowym Egiptem…

środa, 11 kwietnia 2007
BON APETITE...

 

     Mam dosyć. Dzieje się tyle rzeczy na raz, że z niczym nie nadążam. Tekst, który zacząłem pisać z jakieś trzy tygodnie temu wciąż niedokończony. Miliony spraw do załatwienia. A „pacjenci”, jeden po drugim, wpadają w coraz to nowe kłopoty i wszyscy wołają „ratunku!” O żesz to q… mać…

     Zdarzają się chwile, kiedy naprawdę mam tego dosyć. Nie dlatego, iżbym nie współczuł swoim „pacjentom”. Dlatego, że prokurenci ich duchowych matrixów stosują wciąż takie same, skuteczne niestety, zagrywki. Do jednej z najbardziej skutecznych należy tzw. synchroniczność zdarzeń.

     Jest to taki ciąg wypadków, które odczytywane są jako znaczące, symboliczne i korelujące z jakimiś wcześniejszymi zdarzeniami ( np. z przepowiednia, wróżbą, snem itp. ). Oczywiście byłoby przesadą twierdzić, że egregory swobodnie manewrują czasem i przestrzenią. Owszem, takie sprawiają wrażenie, mechanizm synchroniczności zdarzeń jest jednak nieco inny. Klucz do zaistnienia synchroniczności zdarzeń mieści się w centralnym układzie nerwowym człowieka, do którego – w skutek np. medytacji czy innych duchowych praktyk – zyskują dostęp astralne istności.

     Powiedzmy, że ofiara manipulacji egregorów przyjechała do obcego miasta, gdzie ma zamiar odpocząć do nawału kłopotów i udręczeń. Znalazłszy się w tym mieście idzie na spacer główną ulicą miasteczka i nagle postanawia przejść na drugą jej stronę. Oczywiście czeka na zielone światło. Odpowiedni impuls ingerujący w pracę centralnego systemu nerwowego sprawia, że nagle zieleń ta kojarzy jej się z nową nadzieją. Rozluźniona, z uśmiechem na twarzy przyspiesza kroku i mija na pasach trzy osoby: staruszkę, małą dziewczynkę i młodego mężczyznę. Drugi impuls wywołuje w niej wrażenie, że twarz staruszki jest taka sama jak oblicze zmarłej babci, którą zostawiła w szpitalu, miast się nią opiekować. Zdumiona patrzy na nią, do jej uszu zaś docierają słowa: „Dzień dobry, kocham cię”. „Dzień dobry” powiedziała starsza kobieta, bo tak zawsze mówi do odwiedzających miasto turystów (obcych trzeba witać – zapomniany to już dzisiaj prawie obyczaj).  „Kocham cię” – rzekł młody mężczyzna do swej córki. Wszelako trzeci impuls powoduje, że ofiara egregorów  odbiera obie te wypowiedzi jako jedną całość, jako „przesłanie” od swej nieżyjącej babci. A ponieważ już wcześniej przytrafiło jej się kilka, podobnych sytuacji, doznaje olśnienia. Już wie, że nie ma przypadków, że babcia nie żywi do niej pretensji, a co więcej wciąż się nią opiekuje. A że w chwilę potem trafia na cmentarz i sprzątający groby facet oznajmia jej z uśmiechem: „Nie wszyscy tu trafiają” ( mając na myśli fakt, że niewielu turystów zwiedza cmentarze ), ofiara manipulacji przezywa drugą iluminację. Znalazła wreszcie cel swych duchowych poszukiwań. Wybrano ją, by pomagała zagubionym duszom w ich wędrówce ku Światłu. I faktycznie. Jest już do tego gotowa…

     No cóż, jak powiadają Francuzi: bon apetite mon cheri, bon apetite…

wtorek, 20 lutego 2007
SDU JAKO DUCHOWA NORMA

     Moje dotychczasowe doświadczenie w prowadzeniu terapii SDU oraz redagowania CTUD-u nauczyło mnie, że istnieje kilka rodzajów osób, dla których SDU stanowi pewną i oczywistą dla nich „normę rzeczywistości”, w związku z tym albo kwestionują jego istnienie, albo w ogóle go nie zauważają. Postawy te spróbuję krótko opisać, zaznaczając jednocześnie, iż  nie dokonuje w ten sposób żadnej klasyfikacji i ze notatka ta ma charakter roboczy i ciekawostkowy.
     Pierwszy typ to „racjonalista”. „Racjonalista” wcale nie musi być człowiekiem niewierzącym i odnoszącym się do duchowości z „racjonalną” rezerwą. „Racjonalista” to ktoś, dla kogo jego własne przekonania i praktyki ( zarówno religijne jak i nie religijne ) są czymś tak normalnym i oczywistym, że niejako „z marszu” odrzuca wszelkie inne postawy oraz poglądy, uznając je za „nieracjonalne” ( czyt. sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem ). Wizja świata „racjonalisty” wcale nie musi być uproszczona. Przeciwnie. Może on dysponować sporym zapleczem intelektualnym, filozoficznym czy teologicznym, którym swoją postawę uzasadnia i które go w jej słuszności utwierdza.
     W rozmowie o SDU „racjonalista racjonalny” ( ateizujący ) domaga się dowodów istnienia tego syndromu, chce zostać przekonany i odpowiada na argumenty kontr-argumentami  w stylu „to można inaczej wytłumaczyć”. Oczywiście, ze można, sęk w tym, iż „racjonalny racjonalista” z góry niejako odrzuca tę część argumentacji, która tyczy świata duchowego, uznając go albo za iluzję albo za przejaw np. kultury opartej na iluzorycznych paradygmatach.
     W ten sam sposób podchodzi do tego „racjonalista duchowy”, któremu dominująca w jego kraju religia wydaje się być wszechobowiązujacą normą boskiego pochodzenia. Podświadomie więc neguje wszelkie tezy o istnieniu SDU, ponieważ gdyby chciał je „racjonalnie” przyjąć, musiałby prędzej, czy później dostrzec, iż sam „choruje” na ów syndrom, choć „choroba” ta przejawia się stosunkowo łagodnie i nie powoduje w nim większych, osobowościowych zaburzeń. Negując SDU musi jednak jakoś sobie wyjaśnić, czemu pośród „duchowych racjonalistów”, z jakimi głównie ma kontakt, pojawiają się czasem „duchowi nawiedzeńcy”. Tu możliwości interpretacji tego zjawiska jest sporo, począwszy od mitycznego wytrychu ( szatan, diabeł ), skończywszy na  „ekumenii” ( we wszystkich religiach jest cząstka Prawdy, ale cała Prawda w mojej ).
     Drugi typ nazywam „hibernatusem”. Ma on wiele podobieństw z „duchowym racjonalistą” w tym sensie, iż traktuje prawdy swej duchowości jako oczywiste i niepodważalne. Podobnie też jak jego religijny kolega „hibernatus” szczyci się konsekwentnym trzymaniem się określonej „duchowej drogi” lub tradycji, którą uznaje za swoją i przez siebie „przetestowaną” bądź uformowaną. „Hibernatus” opiera się bowiem głównie na swoich spirytualnych doświadczeniach Nie musi on być, rzecz jasna, tylko przedstawicielem duchowości nieortodoksyjnej. „Hibernatusi” znajdują się tak w sferach new age, jak i pośród katolików czy buddystów, gdyż o stanie tym nie decyduje „duchowa przynależność”, lecz pewna postawa.
     Podobnie jak w przypadku "racjonalistów" istnieją dwa rodzaje „hibernatusów”. Pierwszy z nich to „hibernatus z przekonania”. W jego opinii SDU to pewna „inicjacyjna norma” – każdy, kto poszukuje Ducha musi (może) przez nią przejść, bo taka jest kolej rzeczy. A skoro tak, to SDU nie jest żadną „chorobą”, lecz zwykłą przypadłością na „inicjacyjnym szlaku”. Oczywiście „hibernatus religijny” nie będzie mówił o inicjacji, lecz np. o wspinaczce do Boga lub „ciemnej nocy zmysłów” albo o „walce z szatanem” i nękaniu przez siły zła, co było udziałem życia wszystkich świętych, od Jezusa zacząwszy, na ojcu Pio skończywszy. „Hibernatus magiczny” natomiast podeprze się wiarą, że droga ducha to droga oczyszczeń, zatem wszelkie związane z nią niedogodności to tylko przejawy spirytualnej puryfikacji, którą należy za wszelka cenę kontynuować, by zyskać oczyszczającą wolność. „Hibernatus z przekonania” argumentuje swoją postawę „racjonalnie”, zachowuje przytomność umysłu i rzadko manifestuje jakiekolwiek objawy swego „zahibernowania”. Czyni to tylko w konfrontacji z tezami o SDU, przy czym z zasady z nimi nie polemizuje i skupia się na krytyce ich „głosiciela”, który rzekomo nie rozumie w czym naprawdę rzecz bądź nie zdołał znieść trudów „spirytualnej inicjacji”. Tym różni się on zasadniczo od drugiego rodzaju „hibernatusa”, którego nazywam „hibernatusem całkowitym”.
      „Hibernatus całkowity” jest  tak dalece „zahibernowany” swoją duchowością, że nie tylko nie dopuszcza do siebie żadnych informacji o „sdu-owych” jej aspektach, ale i również traktuje wszystkich, którzy tego doświadczają jako idiotów, pomyleńców, nierozumnych bałwanów i „duchowych zboczeńców”.  W swoim przekonaniu dysponuje pełną wiedzą o Prawdzie i tylko ona go interesuje. Odnosząc się do wszystkich, którzy twierdzą coś innego z pogardą reaguje agresywnie na wszelkie racjonalne i irracjonalne argumenty podważające jego postawę. Gotów jest przyjąć nawet, że wszyscy „chorują” na SDU poza nim, sęk jednak w tym, iż wedle niego taka „jednostka chorobowa” nie istnieje, bo gdyby istniała i gdyby się nią zainteresował, musiałby dostrzec, że sam na nią cierpi.
     Trzeci i ostatni typ określam mianem „post-sdu-owca”. Łączy on cechy obu tych, wyżej opisanych, typów ludzi, dla których SDU stanowi pewną normę ich rzeczywistości. „Post-sdu-owiec” to ktoś, kto nic o tym nie wiedząc przeszedł wszystkie fazy SDU i dotarłszy do jego ostatniego etapu zyskał – w swoim mniemaniu – wolność. Wolność ta wyraża się zazwyczaj w ten sposób, że świadomie wiąże się on z jakiś jednym rodzajem spirytualnego „matrixa” i „dobywa” zeń te jego aspekty, które w duchowym uwolnieniu go utwierdzają. Podobnie bowiem, jak pozostali potrzebuje on jakiś stałych norm i prawd, które chronią go przed „relatywizmem” i zagubieniem.
     I tu znów spotykamy dwa podtypy „post-sdu-owca”. Podtyp pierwszy nazywam „post-sdu-owcem cynikiem”. Doskonale wiedząc, iż za uprawianą przezeń duchowością stoją siły imitatio dei, „postsdu-owiec cynik” współdziała z nimi po to, by przyciągnąć ku sobie jak największą rzeszę ich przyszłych ofiar. Czyni to często w dobrej wierze, mniemając, iż znalazł sposób na bezpieczną z nimi współpracę. Z reguły reprezentuje postawę „badacza”, „eksperymentatora” i „eksplorera nieznanego”. Podtyp drugi ( „post-sdu-owiec mistyk” ) żywi przekonanie, iż dobywszy się z odmętów dotarł do samego Boga i przebywa w Jego świetle i może od tej pory patrzeć z ironicznym bądź pełnym współczucia uśmiechem na tych, którzy dopiero tam gdzie on jest się wspinają. Miewa on czasem misjonarskie zapędy, z reguły jednak ich nie okazuje, chyba, ze dochodzi do konfrontacji. W takim przypadku, mając za sobą duchowe zaplecze swego „matrixa” reaguje w zbliżony sposób jak „religijny racjonalista”. Różnica wyraża się tym, iż nie jest on „zapiekłym ortodoksem”, lecz raczej „ortodoksem” przyjętych przez siebie norm, dlatego nie traktuje ich jako ułomnych narzędzi służących do opisu „nieopisywalnego”, lecz jako coś, co tę „nieopisywalność” niwelują ( w czym przypomina "hibernatusa" ). Bywa, że potrafi również umiejętnie łączyć ze sobą przeciwstawne w swych założeniach duchowe tradycje ( np. katolickie chrześcijaństwo z ezoteryką, gnozą albo astrologią ). W odczuciu „post-sdu-owca mistyka” nie ma w tym żadnej sprzeczności, gdyż wedle niego systemy te po prostu się uzupełniają. Nie istnieje również żadne SDU, a jeśli nawet, to stanowi ono margines duchowości. Bo gdyby było inaczej, to prędzej czy później musiałby dojść do przykrego wniosku, iż wcale się z niego nie wyzwolił…

poniedziałek, 08 stycznia 2007
PO PRZEBUDZENIU (1)

      Ja jak zwykle nie na temat – oznajmił jakiś czas temu w swoim komentarzu do MAPY STRONY gość CTUD-u występujący pod nickiem 11111 -  mam mianowicie propozycję abyś napisał coś może jak się żyje "ludziom wyzwolonym". Może być trochę odniesień do historii i literatury, ale koniecznie także trochę osobistych refleksji - tylko proszę szczerze, bez wzniosłych frazesów. Moje osobiste doświadczenia są takie, że nasi "aniołowie" stosują politykę kija i marchewki. Jeśli nawet pomimo szykan uda się człowiekowi wyrwać spod tej ich kurateli to życie wcale nie jest później wcale takie przyjemne i łatwe. Odczuwam to ja, doświadcza tego nasz Doktor, a i Ty także miałeś przecież ostatnio przejścia ze swoją pracą. Więc jak to wg Ciebie jest?

     Dobre pytanie. Pytanie często zadawane przez przechodzących terapię SDU „pacjentów”, na które z reguły odpowiadam wymijająco, nie dlatego, iżbym nie chciał czegoś wyjawić, i nie dlatego również, że kryje się za tym jakieś niebezpieczeństwo czy podstęp, lecz z tej prostej przyczyny, że cierpiący na SDU człowiek nie zrozumiałby jej lub zrozumiałby ją opacznie. Odpowiedź bowiem brzmi: żyje się „nadzwyczajnie zwyczajnie”. Sęk w tym, że komuś, kto cierpi na SDU, zwyczajność kojarzy się z szarzyzną i bezsensowną egzystencją „duchowych nierozwojowców” oraz stanem „duchowego regresu”, nadzwyczajność zaś z tymi wszystkimi „wspaniałościami” ( np. oświeceniem ), jakie były celem jego spirytualnych praktyk. Nie inaczej jawi się alkoholikom świat bez alkoholu. Taki świat jest dla nich światem nudy, światem, w którym nic się nie dzieje, światem wyzbytym kolorytu, a więc przeciwieństwem świata emocji, stanów upojenia, zachwytu i rozmaitych „odlotów”, w którym dotąd żyli.

     Prawdziwy sens stanu „po przebudzeniu” dociera do alkoholika dopiero wtedy, gdy z „mokrego” ( pijącego ) staje się alkoholikiem „suchym” ( niepijącym ) i odkrywa np., że może znacznie lepiej się bawić nie pijąc niż wtedy, kiedy pił. Najważniejsze jednak jest to, że zyskuje coś, czego wcześniej nie miał – pełną świadomość kim jest. A jest kimś różniącym się od „reszty świata”, w którym picie stanowi pewną, obyczajową normę. Mimo, że zwycięsko przeszedł terapię AA, wciąż pozostaje człowiekiem uzależnionym od alkoholu, w związku z czym inaczej postrzega i odbiera świat niż pozostali ludzie.

     Tak samo ma się rzecz z „suchym” sdu-owcem, który zakończywszy terapię SDU zyskuje „przebudzenie” z duchowych iluzji, a jednocześnie uzmysławia sobie, że do końca swych dni będzie kimś zasadniczo odmiennym od „zwyczajnych” ludzi. Owszem, wyjście z SDU czyni go człowiekiem umiejącym sobie radzić ze swym uzależnieniem, dostrzegać czyhające nań zagrożenia i właściwie na nie reagować, jednakże nie odcina go to od wpływu duchowych matrixów. Przeciwnie, jest na nie podatny i, zwłaszcza na początku swej nowej drogi, bywa „kuszony” powrotem do stanu zniewolenia. Egregory, z którymi się niegdyś związał raz po raz ślą mu sygnały: „jesteśmy, nie zapomnieliśmy o tobie”. W pewnym sensie on sam im w tym pomaga, albowiem wyuczona w trakcie terapii uważność oraz znajomość „matrixowych kalek” jakimi „nafaszerowany” był jego umysł sprawiają, że bez większego wysiłku dostrzega ich uobecnienia, zaś przeżyta po „przebudzeniu” radość sprawia, że czując się wolny pragnie ten fakt zamanifestować. Obiektem tej manifestacji mogą być zarówno egregory, jak i ludzie bliskiej mu niegdyś „duchowej opcji”. „Muszę pojechać do nich – oświadczyła jedna z moich „pacjentek” zaangażowana w działalność pewnej sekty  – i powiedzieć im, co o nich i o tym wszystkim teraz myślę”. Ja również popełniłem ten błąd. Co prawda stłumiłem w sobie chęć bezpośredniej konfrontacji z moimi dawnymi przyjaciółmi z ewangelicznego zboru, jednakże, gdy pojechałem odpocząć w Góry Świętokrzyskie wpadłem na pomysł, by pokazać znajomej  wzgórze, na którym jako dziecko doznałem pierwszego, magicznego „oświecenia”, po czym natychmiast  zostałem „zaatakowany” czytelnymi dla mnie znakami i przesłaniami moich „duchowych opiekunów”.

     „Przebudzenie” nie niweluje bowiem w człowieku „wewnętrznej lepkości” na rozmaite doznania i energie, które w każdej chwili może „podsunąć” mu spirytualny matrix.  Raz zyskana wolność winna być pielęgnowana i chroniona. Pielęgnacja wolności oznacza uznanie jej za naczelną wartość. Ochrona pociąga za sobą poszerzenie świadomości zagrożeń i nieufność wobec wszelkiego rodzaju „duchowych doznań”. Nie chodzi o to, by ich unikać, lecz o to, żeby pod nic się „nie podczepiać”. Konieczna zatem jest separacja, odsunięcie się od dawnych środowisk, odejście „na pustynię” i skupienie na pielęgnowaniu niezależności. I to też uczyniłem, zaś moje ówczesne życie stało się życiem „samotnego wilka”, który wędrując po lesie baczy na myśliwych, a jeśli już wpadnie w jakiś potrzask gotów jest odgryźć sobie łapę, byleby się z niej wyrwać.

     Wolność przynosi radość i poczucie spełnienia, ale i też doprowadza czasem do rozmaitych nadużyć tak w sferze duchowej, jak i w „materii”. Zachłyśnięcie się nią sprawia, że człowiek dokonuje czynów, których wcześniej się wystrzegał lub które uznawał za moralnie naganne. Ktoś, kto wyszedł z SDU nie staje się automatycznie „świętym”. Przeciwnie, rozpiera go chęć przejawiania siebie takim, jakim jest i jeśli, np. miał problemy z seksem, rządzą władzy, chęcią bogacenia się, psychiczną dominacją bądź chorobliwą uległością pozwala tym cechom charakteru się uzewnętrznić. Zjawisku temu towarzyszą często próby „duchowego usprawiedliwienia” takich poczynań poprzez głoszenie i realizację mistyki „wolności doskonałej”. Mówiąc najkrócej do głosu dochodzą, niczym już nie krępowane arymaniczne i lucyferyczne aspekty ludzkiej psyche, które mogą zawłaszczyć „przebudzonym” do tego stopnia, że aczkolwiek nie popada on znów w SDU, to stanowią one dlań surogat tego syndromu

DALEJ

PO PRZEBUDZENIU (2)

     Historie życia niektórych „przebudzonych” wyraźnie wskazują, że jeśli obie te skłonności nie zostają rozpoznane i właściwie skonfigurowane „przebudzony” zachowuje co prawda wolność od SDU, lecz czyni z niej nowy łańcuch zniewolenia samego siebie oraz otaczających go ludzi, wszyscy inni bowiem jawią się mu jako niewolnicy ducha, duszy i ciała ( modelowym przykładem takiego „przebudzonego” był Gurdżijew,  współcześnie zaś jest nim Osho ). Ponieważ „przebudzony” koncentruje swoją uwagę na priorytecie zachowania wolności dość szybko zapomina, iż nie on ją zdobył, lecz ją otrzymał od Boga, przypisując tedy głównie sobie tę zasługę staje się sam dla siebie „bogiem”.  To szybko zaś wiedzie do manipulowania innymi pod pozorem oferowania im technik i sposobów uwalniania się od rozmaitych „umysłowych kalek”, „zniewoleń karmicznych”, „grzesznej natury” czy czegokolwiek innego, z czym „przebudzony” rzekomo się uporał i odzyskał jasności widzenia. De facto pozostaje on pod wpływem egregorów już nie jako ich „niewolnik”, lecz jako źródło zniewalania arymaniczną i lucyferyczną wolnością. Im dłużej to trwa, tym wyraźniej oscyluje ku cynicznemu wykorzystywaniu swojej roli „przebudzonego” i zatajaniu swych prawdziwych intencji skrytych pod pozorami głębi poznania, wiedzy,  miłości do ludzi, życzliwości, mądrych i jakże słusznych stwierdzeń, wypowiedzi, artykułów, książek itp.

     Dlatego właśnie faza „samotnego wilka” jest tak ważna w okresie „po-przebudzeniowym”, ponieważ jedynie „wilk” potrafi zrozumieć, iż zachowuje wolność za cenę ograniczeń i dla swojego dobra nie stara się ich przekroczyć. Ograniczenia te mają dwojaki charakter: zewnętrzny i wewnętrzny. Ograniczenia zewnętrzne uczą tego, że świat ( las, myśliwi, pilnujące owiec psy ) rządzi się swoimi prawami, których nie można zmienić, można natomiast dostosować się do nich tak, żeby być wolnym w pewnych ramach. Ograniczenia wewnętrzne uświadamiają, iż ich niwelacja prowadzi wprost do erupcji arymanicznych i lucyferycznych skłonności i że to właśnie tam skrywają się owe potrzaski, jakich powinien  unikać „samotny wilk”. Nie należy ich omijać, ale też nie wolno pozwolić się im uwięzić. Tego, że są nie zmienimy. Możemy natomiast poddać obróbce swoje „ego” i miast nadymać je „absolutną wolnością”  oddawać w nim jak najwięcej miejsca Dawcy wolności oraz swoim najbliższym.

     Ten okres stanowił dla mnie czas powrotu do czegoś, z czego wyszedłem i o czym zapomniałem. „Jasiu! – napisała do mnie pewna okultystka wkrótce po tym, jak rzuciwszy swoją profesję zajęła się tym, czym zajmowała się w młodości. – Boże, co za radość, wróciłam do domu!”. Tak właśnie nazywa się ten typ przeobrażenia w niektórych duchowych  tradycjach. Odczucia takie towarzyszą zwłaszcza nawróceniu bądź innej formie gwałtownej zmiany „duchowego ukierunkowania”. Ten wszakże proces o jakim teraz piszę dokonywał się stopniowo, bez traumatycznych przeistoczeń, wolę go więc  nazywać „powrotem do samego siebie”. Nosił on charakter wewnętrznej konsolidacji i powolnej naprawy rodzinnych więzów.

     Naprawa ta dokonywała się w znacznej mierze samoistnie, obnażając zarazem ich wcześniejszy, toksyczny charakter, co zaowocowało powolną rezygnacją z ról, jakie niegdyś odgrywałem. Im bardziej się z nich „wycofywałem”, tym jaśniej widziałem ich zniewalający  wpływ na moje życie. Miało to ścisły związek z ujawnieniem się drugiego obszaru zniewolenia, na jaki wcześniej nie zwracałem uwagi, a który dotyczył mojej pracy w muzeum. W przeszłości praca ta „uziemiała” mnie, chroniąc przed odrywającym od „materii” duchowymi odlotami. Teraz wszakże, kiedy problem ten przestał istnieć okazało się, że muzeum niewoli mnie równie skutecznie jak SDU. Tym prostym sposobem odkryłem coś, co w psychiatrii zwie się „kompensacją uzależnień”.

      Kompensacja polega na tym, że jeden nałóg zastępuje drugi lub mu niewidzialnie towarzyszy. Tak więc narkoman wychodzi z uzależnienia od narkotyków, lecz w tym samym czasie często popada w alkoholizm, bądź ćpa i nie zauważa innych, zniewalających go nałogów. Podobnie dzieje się z wieloma sdu-owcami, którzy z jednego uzależnienia wchodzą w drugie, względnie je dostrzegają dopiero wtedy, gdy porzucają „spirytualne ćpanie”.  Najczęściej uzależnieniami tymi są rozmaite uwikłania rodzinne i materialne ( praca, biznes, długi, kredyty, sexoholizm, toksyczne relacje z rozmaitymi osobami, powtarzalność pewnych sytuacji, itp.). Co gorsza więzi te zdają się być nierozerwalne, a zniewolenia tak przez „los” kreowane, że w żaden sposób nie dają się przezwyciężyć. „Nie chcę już tego robić, co robię – skarżyła się pewna „pacjentka” – a jednocześnie wciąż muszę to robić, bo mam nowe zamówienia”. Podobnie było ze mną. Musiałem tkwić na dyrektorskim stołku, aczkolwiek ciążyło mi to coraz bardziej i odbierało wszelką kreatywność. Ona zaś jest jednym z największych darów wolności. Sęk w tym, że nowe-stare uzależnienie blokuje jej realizację.  

     Na sprawę tę trzeba popatrzeć trojako. Po pierwsze jako na efekt odzyskiwania „przytomności umysłu” i realnego wglądu w „moją rzeczywistość”. Po drugie jako rozłożony na etapy, toczący się bardzo wolno proces obumierania tego, co dotychczas krępowało człowieka i otwierania się nowych perspektyw. Po trzecie jako na kontynuację prób ingerowania egregorów w życie „przebudzonego” sdu-owca. Ten aspekt jest najgroźniejszy, choć „zagrywka” stosunkowo prosta. Skoro nie możemy cię zniewolić w punkcie „a” (duchowość) odnieś wrażenie, ze niewolimy ciebie w punkcie „b” ( „materia” ).  Im bardziej czujesz się zniewolony, tym szybciej będziesz chciał do nas wrócić, ażeby jakoś to wszystko rozwiązać. Wszak kiedyś już to robiłeś „z powodzeniem”, cóż ci zatem szkodzi teraz, kiedy już nie „chorujesz” na SDU skorzystać z naszej pomocy, wszak umiesz nawiązać z nami kontakt i się od nas odciąć.

DALEJ

PO PRZEBUDZENIU (3)

     Najkrócej mówiąc duchowe byty oferują „przebudzonemu” powtórkę z rozrywki: ucieczkę w kosmos ducha. W moim przypadku zbiegło się to z napisaniem i umieszczeniem w internecie artykułu o SDU, podjęciem terapii, a potem z założeniem CTUD-u oraz drugiego bloga. W pewnym sensie rzuciłem im więc wyzwanie i sam przyczyniłem się do tego, co mnie później spotkało. przyśpieszyłem ich reakcję. O próbach odwiedzenia mnie od tych zamiarów nie będę się rozwodził. Powiem tylko, że celowały w tym zwłaszcza osoby z „ezoterycznym” bądź „chrześcijańskim SDU” ( a więc mające jakiś związek z tymi duchowymi bytami, z którymi i ja w przeszłości przestawałem ). Metod zniechęcania było wiele, od cichej perswazji po bezpośrednie ataki w stylu „zdradziłeś Jezusa!”, bądź: „teraz mówisz to, kiedyś mówiłeś coś innego, a za parę lat znów zmienisz zdanie”. O kłopotach w pracy, o utracie archiwum SDU i tekstu książki o nim już pisałem. Wspomnę zatem tylko o jeszcze jednym aspekcie tego „osaczania”, o synchronizacjach zdarzeń mających na celu poddanie się kurateli duchowych bytów. Ot taki malutki przykładzik. Wracam zgnębiony do domu pewną wieścią z muzeum, pytam w duchu Boga o Jego wolę w tej sprawie, w chwilę potem dzwoni do mnie „nawrócona” znajoma i oznajmia, że od kilku dni otrzymuje przekaz od „Pana”, by się za mnie modlić, więc może się do niej dołączę i znów wpadnę do zboru. 

     Rację ma tedy 11111 pisząc, że nasi "aniołowie" stosują politykę kija i marchewki. Jeśli nawet pomimo szykan uda się człowiekowi wyrwać spod tej ich kurateli to życie wcale nie jest później wcale takie przyjemne i łatwe. Z tego właśnie względu konieczne jest zachowanie przytomności umysłu i nie przywiązywanie nadmiernej wagi do owej ingerencji, a przede wszystkim wystrzeganie się pójścia „na łatwiznę”. Trzeba też inaczej spojrzeć na ów proces, poddając się mu z pełnym zawierzeniem Bogu. Podobnie jak w trakcie terapii nie walczymy bowiem z egregorami, lecz je ignorujemy, nie dlatego izby ich nie było, lecz z tej przyczyny, że tego nie chcemy. Tu właśnie ważna jest wytrwałość, cecha, której mi zbrakło w dawnych czasach i dzięki której nie popadłem w całkowitą od nich zależność. Należało przeto wzbudzić ją w sobie mimo rozmaitych wahań i przeszkód. Paradoksalnie pomógł mi w tym CTUD, a raczej mój stosunek do niego.

     W pierwotnym założeniu służyć on miał przede wszystkim informowaniu o zjawisku, któremu nadałem nazwę SDU, dlatego  większość zamieszczanych na nim notek ( poza oczywiście starymi artykułami, fragmentami książek, wywiadami itp. ) cechował krytyczny stosunek do większości spirytualnych praktyk. Pisanie o negatywnych stronach duchowości nie nastręczało większych problemów, rozeznałem je wszak aż nadto dobrze i nie miałem do nich żadnych złudzeń. Jak jednak wyrazić jej „pozytyw”? Jak opisać stosunek do świata i Boga człowieka „przebudzonego” z koszmaru SDU? Jak zobrazować tę „nadzwyczajną zwyczajność” codziennych spraw, które przenika światło Nieuchwytnego? Można to robić rozmaicie, byle takim językiem, jaki ten stan najlepiej odzwierciedla. Dla mnie był nim język mistycznej kabały, symboliki tarota, buddyzmu zen oraz filozoficznego taoizmu ( choć równie dobrze mógłby to być język sufich albo nadreńskich mistyków średniowiecza ).

    Tak oto z „samotnego wilka” przemieniłem się w „terapeutę” i „nauczyciela”. Przemiana ta ma swoją analogię, niejeden bowiem „przebudzony” ( od Buddy zacząwszy ) wkraczał po swym „przebudzeniu” na ścieżkę nauczania i wskazywania sposobów „rozwiania iluzji”. Niebezpieczeństwo tej fazy ( na szczęście nie każdemu „przebudzonemu” sdu-owcowi jest ona „pisana” ) polega na tym, że „odmatrixowując” innych można wepchnąć ich i siebie w nowy matrix ( matrix „przebudzenia” ) i stać się „guru” dla spragnionych duchowego poznania potencjalnych albo rzeczywistych sdu-owców. Zapędy sekciarskie raczej mi nie groziły, a co bardziej gorliwym pomysłodawcom takiego rozwiązania szybko wybiłem to z głowy. Gorzej przedstawiała się rzecz z zapędami „mistrzowskimi” już to dlatego, że byłbym obłudny udając, że nie wiem, iż mam dar słowa oraz charyzmatyczną osobowość, już to z tej przyczyny, że jestem „urodzonym nauczycielem” ( fakt ten potwierdzą, mam nadzieję, moi studenci z uniwersyteckich czasów, kiedy jeszcze byłem zwykłym uczelnianym wykładowcą, a nie „wybitnym” znawcą tarota czy kabały ).

     W tym też punkcie zderzyłem się z drugim problemem, przed którym przestrzegała mnie pewna moja znajoma, a który początkowo zlekceważyłem. Jest nim możliwość uzależnienia się „pacjenta” od „terapeuty”. Stoi to w całkowitej sprzeczności z celem terapii SDU, rychło więc zabrałem się za jego rozwiązywania, stosując niekiedy dość brutalne metody „odcinania pępowiny” i „wrzucania na głęboką wodę”. Co jednak robić z tymi, którzy nie podejmują terapii a tylko ( czy tez aż ) czytają i słuchają tego, o czym mówię i piszę? Trzeba wszak pamiętać, iż w jaki sposób coś przekazujesz, taki obraz siebie stwarzasz w oczach odbiorców. Tu kluczowym problemem okazał się język przekazu, o czym szybko się przekonałem, daremnie niektórym tłumacząc, że nie jestem ani „tarocistą”, ani  „kabalistą”, ani „taoistą”, ani „zenistą”, ani człowiekiem widzącym w Biblii alfę i omegę wszelkich duchowych prawd ani wreszcie kimś, kto miesza te systemy, gdyż tak mu wygodnie, jak słusznie bowiem powiedział jeden z mistrzów zen, trzeba przestać patrzeć na palec wskazujący na księżyc i zwrócić twarz wprost ku księżycowi. A poza tym nie ma tu niczego do wskazywania.

     Dotykam w tym miejscu czegoś, o czym wcześniej rozmyślnie nie wspomniałem: o relacji, którą w siódmym „kierunku” terapii SDU nazywam „ja-świat-Bóg”. Relacja „ja-świat” daje „się opowiedzieć” ( jej wszak poświęciłem znaczną część tego tekstu ). Wyraża się ona  odwróceniem od „dusznych iluzji”, koncentracją na „realu” rozumianym jako to wszystko, co nas otacza, począwszy od najmniejszych drobin, skończywszy na  gwiezdnych systemach i galaktykach, a przejawia w czerpaniu z tego radości i przyjemności życia, ale i też nie unikaniu jego trudów pomocnych w poszerzaniu zakresu zyskanej wolności. Relacja „ja-Bóg” natomiast wymyka się słowom już to dlatego, że słowa ją „matrixują”, już to z tej przyczyny, że jeśli otwarta nas ona na Jego niepojętość i tajemnicę, nic tak naprawdę nie może jej wyrazić. Dlatego powiem o niej tylko tyle, że pozostając skrajnie intymna, budzi we mnie rozmaite uczucia, ot chociażby ową „bojaźń bożą” i jakiej kiedyś pisałem. Nie będąc żadnym euforycznym stanem nie zaciera oglądu rzeczy „kanciastych i twardych”, a jednocześnie nadaje im wymiar „lotności”, „świetlistości”, „bezpośredniości” i „jedyności”. I właśnie ta „bezpośrednia jedyność” relacji z Bogiem sprawia, iż korzystanie z „usług” egregorów lub wgapianie się w palec mistrzów w jakiś sposób ją „kala”. Nie dlatego, że nie wolno tego robić, lecz z tej prostej przyczyny, iż traci ona wtedy swe „do-boskie” ukierunkowanie. Mistrzem człowieka jest Bóg i tylko Bóg. Należy więc wciąż od nowa uczyć się rozpoznawania duchowych iluzji żywionych wobec spirytualnego świata i raz po raz rozdzierać tę zasłonę ułudy, ażeby uniknąć zniewolenia przez "bogów". Tak ja to przynajmniej rozumiem i tak to odczuwam… J

CZYTAJ TEŻ

niedziela, 13 sierpnia 2006
PRZEŁAMANIE PIECZĘCI

     Ledwie zamieściłem na CTUD-zie notkę opisującą SDU jako „chorobę osobowego rozwarstwienia”, a już następnego dnia jedna z moich „pacjentek” przesłała do mnie mail, którego fragment pozwalam sobie zacytować:
     Pacjent tudzież pacjentka SDU dlatego boi się i wstydzi przyznać do swojej choroby, bo to co teraz jest określane jako choroba, dotychczas było jego/jej życiem. Moim życiem. Stąd te trudności w przyznaniu się do niektórych spraw. Wiem, jak to zabrzmi, ale ja się nie czuję chora. Wybrałam jakąś ścieżkę, okazało się, że wiedzie ona donikąd, muszę teraz coś zmienić, zmodyfikować, generalnie - urodzić się na nowo - o czym zresztą rozmawialiśmy. Ale nie mogę i nie chcę myśleć, że przez ileś-tam-lat swojego życia byłam chora. Absolutnie nie.
A że wiedzie to do rozwarstwienia osobowości - jak to Pan określa... Jeśli tak się dzieje to dlatego, że łatwo jest ogarnąć intelektem, że się wlazło w chaszcze. Na tym poziomie sprawa jest bardzo bolesna, ale i bardzo prosta. Ale intelekt to nie wszystko. Intelekt można stosunkować łatwo przestawić; gdyby jeszcze chciały za tym pójść emocje, gdyby chciały równie łatwo i szybko zmienić się nawyki i przyzwyczajenia. Wie Pan jak to jest przejść kilka kroków w pokoju, żeby dojść do miejsca, gdzie jeszcze do nie dawna leżały książki o Tarocie i już ich tam nie zastać? Szok dla organizmu. Co z tego, że sama to zrobiłam; czyli sama, osobiście schowałam książeczki? Wiem o tym, czyli intelektualnie mam rzecz opanowaną? Kiedy wstaję i idę do tego miejsca, gdzie jeszcze niedawno piętrzył się wiadomy stosik, są we mnie tylko emocje; i jest dawna „ja” i dawna trajektoria, która prowadzi w dobrze znane miejsce...
     Przeczytawszy to natychmiast odpisałem, prosząc autorkę tego tekstu o pozwolenie na zamieszczenie go na CTUD-zie, dawno bowiem nie zdarzyło mi się czytać czy słuchać równie treściwego i wykazującego zdolność samoobserwacji opisu tego, co odczuwa człowiek, który rozpoczął terapię SDU i w związku z tym pozbył się duchowych książek i gadżetów. Rzecz oczywiście nie w książkach i gadżetach, lecz w owym „szoku dla organizmu” jaki wywołuje ich brak. A może nie tylko? Może gdzieś, w podświadomości nastąpiło zrozumienie ILE MIEJSCA W ŻYCIU te książki zajmowały. Nie książki oczywiście, lecz uprawiana dotąd duchowość.
     Podobną gehennę przechodzi alkoholik. Nerwowo szuka „zadołowanej” w lodówce butelki wódki. Wódki nie ma. Barek jest pusty. Alkoholik wie, że podjął słuszną decyzję przystępując do terapii AA. Lecz podjąwszy ją nie czuje się sobą.  Nowe się nie narodziło, stare – nie umarło. Jak to jest żyć bez alkoholu? – pyta terapeutę. Normalnie – tamten odpowiada. Sęk w tym, ze dla alkoholika normą jest picie wódki. Innej normy nie zna, wyjaśnianie mu więc co oznacza życie bez alkoholu jest rozmową widzącego ze ślepcem o kolorach...
     Ów normalny stan duszy można określić wolnością od uzależnienia oraz stanem jedności myśli, odczuć i czynów. Dopóty, dopóki uzależnieni trwamy w ich rozwarstwieniu jesteśmy „chorzy”. Podobnie jak terapia AA, terapia SDU obnaża ten fakt, gdyż w pierwszej jej fazie emocje oraz stare nawyki stają w sprzeczności z podjętą w umyśle decyzją zmiany „stylu życia”. W pewnym sensie więc terapia rozwarstwienie to pogłębia. Po co? Ano po to, by je dobyć na wierzch. Ono istniało wcześniej, lecz „pacjent” tego nie widział, a jeśli nawet chwilami sobie to uprzytaminiał, natychmiast uruchamiał w sobie mechanizm „zakłamywania” tego faktu. Nim bowiem osiągniemy wewnętrzną jedność musimy dojrzeć jej przeciwieństwo. Musimy nie tylko zrozumieć, ale i odczuć, że okłamywaliśmy siebie sądząc, że „stoimy w prawdzie” i w jedności. Temu między innymi służą „duchowe pamiętniczki”. Ich lektura uświadamia, ile w nas było kiedyś „spirytualnej schizy”. Im bliżej zaś wyzdrowienia, tym jaśniejszym się staje, że rozwarstwienie osobowości to nie wynik terapii, lecz coś, z czym ją rozpoczęliśmy. „Coś”, co "opieczętowało" naszą duszę tak mocno, że trzeba najpierw tę "pieczęć" przełamać na dwie części, nim dojdzie do jej  ostatecznego zerwania...

środa, 09 sierpnia 2006
"CHOROBA OSOBOWEGO ROZWARSTWIENIA"

    Napisałem kiedyś, że SDU, podobnie jak każdy inny syndrom uzależnień, jest „chorobą kłamstwa”, która z grubsza rzecz biorąc polega na tym, że dotknięty SDU człowiek tak bardzo boi się lub wstydzi przyznać do swej choroby, że znajduje wszelkie możliwe wykręty na to, by usprawiedliwić trwanie przy dotychczasowych praktykach. Weźmy jako przykład stawianie kart tarota. W pierwszej fazie terapii SDU zalecam pacjentom pełne  zaniechanie tej czynności. Pacjent kiwa głową, kiedy tłumaczę mu czym jest „duchowy post”, ( tj. całkowita rezygnacja z uprawianych praktyk wróżbiarskich ). Sprawia wrażenie, iż pojął, że "post" ów ma na celu oczyszczenie i powolną eliminację przymusu wróżenia. Na drugim jednak spotkaniu oświadcza, że mimo to sięgnął po tarota, po czym wyjaśnia, iż zrobił to po to by... spytać go jak ma dalej postąpić. Odpowiedź ta jest wedle niego jasna i logiczna, do tej pory wszak pytał tych kart niemal o wszystko. Na moją uwagę, że właśnie złamał „post” stwierdza, że to nieprawda. Wszak kiedyś rozkładał karty pięć razy dziennie, a teraz tylko raz w ciągu ostatniego tygodnia. Kiedy tłumaczę mu, że w przypadku SDU nie ma większego znaczenia, czy cierpiący nań człowiek ma „tarotowe ciągi” ( podobne do „ciągów alkoholicznych” ), czy „narkotyk” ten sobie dozuje ( alkoholicy również potrafią to czynić i to czasem przez długie miesiące ), oburza się, bo przecież nie jest alkoholikiem i być może wcale nie choruje na SDU.
     „Choroba kłamstwa” ma też drugą, współistotną ze sobą postać: „chorobę osobowego rozwarstwienia”.  Przejawia się ona w ten sposób, że cierpiący na SDU człowiek co innego mówi bądź pisze, a co innego robi, tak, jakby w jego jaźni manifestowały się dwie ( co najmniej ) osoby, z którymi się w pełni identyfikuje. Człowiek taki potrafi, na przykład, zamieszczać na necie ciekawe i mądre teksty na temat ezoteryki, dyskutować o niej na wysokim poziomie, zadawać trudne, świadczące o wrażliwości i głębi poznania pytania. Sprawia więc wrażenie człowieka wewnętrznie zrównoważonego, myślącego i mówiącego logicznie, racjonalnie. Szybko jednak się okazuje, że na necie wciela się on w rozmaite osoby, udaje kogoś innego ( np. młodą dziewczynę, choć jest dojrzałą kobietą ) i – wracając do naszego przykładu z tarotem – stawia go sobie przy byle okazji, nie widząc w tym żadnych zagrożeń. Załóżmy, że człowiek ten pragnie podjąć terapię SDU. W takim przypadku śle on terapeucie w swoich mailach dwa rodzaje sygnałów. Z jednej strony są to sygnały świadczące o zrozumieniu sensu terapii i akceptacji jej zasad. Towarzyszą im mądre uwagi i pełne wiedzy i duchowej wrażliwości komentarze. W chwilę potem terapeuta otrzymuje drugi mail, z którego dowiaduje się, iż jego pacjent „chlapnął kartami” tylko po to, by dowiedzieć się jakim rodzajem farb ma malować swój obraz. Przeczytawszy pokrętne uzasadnienie tej czynności terapeuta uświadamia pacjentowi, że tak właśnie najpełniej wyraża się jego uzależnienie. Na co pacjent oświadcza: „Wiedziałem, że tak pan powie. Wiedziałem, że głupio zrobiłem kładąc karty i że piszę głupoty w swoim mailu”. Po czym najspokojniej w świecie próbuje dowieść, że w pełni przestrzega „duchowego BHP”, kiedy przewiduje tarotem wyniki piłkarskich meczy oraz polityczne wydarzenia w kraju...

czwartek, 27 lipca 2006
CHANDERKA

    Mam chandrę... :-(  Nie dlatego, że od jakiegoś czasu trapią mnie rozmaite kłopoty i pracowo-domowe problemy. I nie dlatego również, że choroba mamy przedłuża się i wszystko  wskazuje na to, że diabli wezmą wymarzony urlop. Moja chandra, czy raczej chanderka ma inne przyczyny. Pojawia się ona zawsze, ilekroć „odpadnie” jakiś „pacjent” terapii SDU...
     Nie chodzi o kasę czy ambicję. Kasy zawsze brak, lecz nie ona jest najważniejsza, a co do ambicji... no cóż, nie podchodzę do tego ambicjonalnie tak, jak nikomu się z terapią SDU nie narzucam. Rzecz w czymś innym. Rzecz w wiedzy o pewnej prawidłowości, tej mianowicie, że przerwanie terapii SDU pociąga za sobą określone skutki.
     Tu muszę coś wyjaśnić. Terapia SDU ma, z grubsza rzecz biorąc, trzy główne fazy. Faza pierwsza służy temu, by koncentrując się na TU i TERAZ wydobyć jednocześnie to wszystko, co w sferze duchowej zniewalało człowieka, nazwać to i opisać. Działania te wydają się sprzeczne, z jednej strony bowiem trzeba nauczyć się „żyć teraźniejszością” ( tj. unikać wszelkich aktów skutkujących „podczepianiem się” pod astralny matrix ), z drugiej należy go „rozgrzebywać”, opisywać, nazywać i dostrzegać, czym jest, jkak sie jawi i czym kiedyś był. 
     Fazę tę można nazwać „spirytualnym postem” i oczyszczeniem. Pacjent „pości” zatem w tym sensie, że drastycznie redukuje wszelką spirytualną aktywność poza modlitwą do Boga. Sam „post” wszakże nie wystarczy. Trzeba jeszcze wyrzucić to wszystko z siebie, co „infekuje” zarażony SDU organizm. Służą temu powroty pamięcią do wcześniejszych zdarzeń oraz obserwacje tego, co teraz się dzieje i opisywanie tego w specjalnym zeszycie, który nieco ironicznie nazywam „duchowym pamiętniczkiem”. Pacjenci nienawidzą „pamiętniczków”. Nie chcę ich pisać, skarżą się, że brak im do tego motywacji i siły. Chcieliby jak najszybciej odciąć się od przeszłości i uwolnić do paranormalnych fenomenów, z jakimi wciąż się borykają. Nie rozumieją tego, że muszą raz jeszcze przejść przez to wszystko, przez co przechodzili wcześniej i spojrzeć na to z odmiennej perspektywy. Tu „nie ma zmiłuj”. Trzeba „wyrzygać” to, czym się dotąd karmiło swój „duchowy bebech”... Trzeba dobyć to na wierzch o rozświetlić prawdą o tym. Trzeba, gdyż w innym wypadku to, co nie rozświetlone – powróci. Tyle, że w innej postaci i w inny niż do tej pory sposób.
     Większość pacjentów „odpada” w tej właśnie fazie terapii oznajmiając, że robią sobie przerwę, a kiedy zgromadzą siły, terapię znów podejmą. Żaden z nich nie wrócił. Nie dlatego, że brakło im sił. Dlatego, że przerwana na tym etapie terapia miast zaowocować uwolnieniem z SDU powoduje tylko przejście z jednej fazy magiczno-duchowej inicjacji w drugą, w pewnym sensie „wyższą”. W tej fazie człowiek potrafi już dawać sobie radę z tymi siłami, które wcześniej nim „telepały”, umie też zbudować miedzy sobą a duchowością pewien dystans. Z „narkomana małolata” zamienia się w „narkomana starego wygę”. Sęk w tym, że wciąż jest „narkomanem”.  Jego SDU zmienia po prostu postać.  Jest trudniejszy, a często niemozliwy do wyleczenia, zaś podjęta i porzucona terapia okazuje się furtką do nowych duchowych uzależnień...
     Nie dziwcie się zatem, że myśląc o tym mam chandrę, jeżeli bowiem pacjent odchodzi w tej fazie terapii, skutek odejścia jest przeciwieństwem tego, czemu owa terapia służy. Co innego, gdy rezygnuje z niej w drugiej fazie, po pierwszym „przebudzeniu” i uzyskaniu kontroli nad sferą wolnej woli. W takim przypadku istnieje duża szansa, że da sobie sam radę i nie popadnie w nowe SDU ( choć może nastąpić kompensacja uzależnienia od czegoś innego niż „chorobliwa duchowość” ). Najlepiej oczywiście przejść wszystkie trzy fazy terapii zwieńczone ostatecznym przecięciem więzów i zerwaniem „pieczęci”. By  tego dokonać potrzebne jest jednak coś więcej niż strach przed „demonicznymi” doznaniami, czy zwykła determinacja. Potrzebne jest coś, co nazywam „umiłowaniem wolności w Bogu”. To „coś” buduje właściwą relację między Nim a człowiekiem, który żyjąc pośród duchowych matrixów nie pozwala żadnemu z nich sobą zawłaszczyć...

sobota, 17 czerwca 2006
CZYNNIKI SPRAWCZE SDU

     Duchowość jest człowiekowi niezbędna, byłoby jednak wielkim błędem twierdzić, że fascynacja nią nie powoduje żadnych zagrożeń. Jednym z nich jest skłonność do SDU, będącego takim samym rodzajem uzależnienia jak alkoholizm czy narkomania, choć różniącym się od nich w wielu szczegółach.
     Zagrożenia w tej dziedzinie wynikają z faktu, że człowiek dysponuje niemal całkowitą władzą manipulowania swoim myśleniem - pisze ks. dr Narek Dziewecki. - Może wmówić sobie wszystko to, w co tylko chce uwierzyć. Może wprowadzić się w świat absurdalnych przekonań, chorej subiektywności, trujących fikcji, w patologiczny system iluzji i zaprzeczeń, byle tylko negować lub "usprawiedliwiać" dotychczasowe błędy oraz unikać stawiania sobie wymagań na przyszłość. Uzależnienia prowadzą do ucieczki w świat fikcji. Do ucieczki, której nie można powstrzymać bez rozwoju w sferze duchowej. Tylko człowiek dojrzały duchowo potrafi używać swojego umysłu po to, aby obserwować otaczającą go rzeczywistość i żyć w świecie faktów, a nie fikcji. Taki człowiek potrafi posługiwać się własnym umysłem po to, by szukać prawdy, która wyzwala, a nie po to, by szukać miłych złudzeń, które zamykają w psychicznym więzieniu toksycznych iluzji. 
( http://narkomania.akcjasos.pl/naraduch.php ). -
     W pewnym więc sensie duchowość uzależniona jest przeciwieństwem "duchowości przebudzonej", wolnej od produkowanej przez umysł iluzji. Czy  jednak tylko umysł bywa "sprawcą" SDU? Moim zdaniem nie. Uważam, że na pojawienie się duchowości uzależnionej, wpływ mają przede wszystkim trzy inne, główne czynniki:
    Pierwszym z nich jest spowodowana rozmaitymi ( wewnętrznymi i zewnętrznymi )  przyczynami inklinacja do zajmowania się duchowością. Czynnik ten odczuwany jest jako swoista presja wzmacniana stanami lękowymi, poczuciem „życiowej niewygody”, niespełnienia, braku czegoś istotnego. Niejednokrotnie, towarzyszy temu również splot niepomyślnych życiowych przypadków, który przemija dopiero w chwili, gdy dana osoba daje ujście, niejasnym początkowo, „duchowym impulsom” i czując się powołana lub wybrana realizuje je w swoim życiu. Inklinacje te dzielę na: 1/ wrodzone; tj. nietypowe dla środowiska społecznego, w którym człowiek się wychowuje ( nikt z rodziny nigdy nie zajmował się duchowością, a mimo to dany osobnik od dzieciństwa przejawia skłonności do SDU – miewa wizje, kontakty ze zmarłymi, bawi się „w księdza” itp. ); 2/  odziedziczone ( przejęte po rodzicach albo dalszych bądź bliższych krewnych praktykujących duchowość ); 3/ nabyte w skutek rozmaitych przyczyn od osób spoza rodzinnego kręgu, które interesują się duchowością, propagują ją, organizują kursy, spotkania, piszą religijne czy ezoteryczne książki itd.
     Czynnikiem drugim są duchowe moce, potęgi, byty  zainteresowane wzbudzaniem w człowieku pragnienia transcendentacji swego życia: tj. nadania mu wymiaru duchowego i uwypuklenia w ten sposób swej inności, odmienności, wybrania i wyróżnienia, a w niektórych wypadkach także odkrycia swego „karmicznego” albo „genetycznego” pokrewieństwa z duchowymi istotami. Byty/moce te przejawiają się niezależnie od świadomie wyrażonej woli człowieka ( w przypadku SDU wrodzonego albo odziedziczonego ), bądź za jego świadomym lub podświadomym przyzwoleniem ( w przypadku SDU nabytego ). Bardzo często działają za pośrednictwem duchowych mistrzów, guru, nauczycieli, którzy są ich „przekaźnikami”. Jawią się także w wymiarze transcendentnym ( zewnętrznym ) jako boskie, anielskie, demoniczne hierofanie oraz w wymiarze immanentnym ( wewnątrz człowieka ) jako „głos intuicji”, „wewnętrzny demiurg”, niekontrolowane stany transowe, nagłe olśnienia, różne formy opętania itp. Ich celem jest modyfikowanie, wzmacnianie, pogłębianie i ukierunkowanie duchowych skłonności człowieka tak, by poddał się im i realizował je w praktyce. 
     Czynnik trzeci wyraża się mniej lub bardziej nieodpartą i różnorako uzasadnianą chęcią powtarzania spirytualnych zabiegów. Pragnienia te mogą przyjąć formę trudnego do opanowania imperatywu, względnie wynikać z wewnętrznego przekonania, że chce się to robić z własnej, nieprzymuszonej woli i w każdej chwili można tego zaprzestać. W obu przypadkach mamy do czynienia z tym samym problemem - z jawną lub ukrytą niemożnością zaprzestania duchowych praktyk ze względu na mniej lub bardziej uświadomiony strach ( niechęć, obawę, wstręt ) przed powrotem do dawnego trybu życia, który jest oceniany negatywnie. Ażeby zachować nowy, lepszy status człowiek kontynuuje duchowe zabiegi nawet wtedy, gdy doznaje nieprzyjemnych wrażeń, mniema bowiem, iż stając przed wyborem między duchowymi siłami Światła i Mroku ( Dobra i Zła itp. ) i wybrawszy te pierwsze, naraża się na konfrontację z tymi drugimi, które chcą zawrócić go z obranej drogi, która biegnie od grzechu do świętości, od duchowej niedoskonałości do doskonałości, od braku oświecenia ku oświeceniu itp.     
     Właściwe rozpoznanie tych czynników stanowi pierwszy etap terapii SDU. Pozwala on miedzy innymi uniknąć trzech podstawowych błędów, jakie popełniają niemal wszyscy, którzy chcą  przerwać pasmo dręczących ich czy niepokojących doznań. Błąd pierwszy polega na egzorcyzmowaniu duchów, gdyż skutkuje zastapieniem jednej hierarchii spirytualnych istot drugą, Błąd drugi wyraża się "duchową batalią", której celem jest uwolnienie się spod wpływu negatywnych mocy/bytów, oczyszczenie, puryfikacja z grzechów itp. Owocuje ona kontynuacją opętania na "wyższym" ( "duchowym" oczywiscie ) poziomie. Błąd trzeci sprawia, że człowiek doznaje nawrócenia, z okultysty staje się np. gorącym katolikiem lub z katolika - zagorzałym okultystą.  Postępowanie takie zmienia co prawda biegunowość SDU, ale go nie likwiduje. Przeciwnie. Pogłębia jedynie ów stan i czyni go "duchową normą"...

niedziela, 28 maja 2006
PRZECIĘCIE

     Bardzo ważnym elementem terapii SDU jest „kierunek szósty” ( rozpoznaj-odetnij ) wymagający od „pacjenta” pozbycia się wszelkich „duchowych” książek, czasopism, gadżetów i rekwizytów. Z pozoru wygląda to na bardzo drastyczny nakaz i kojarzy się ze stosami, na których płonęły książki wymienione w kościelnym indeksie ksiąg zakazanych. Mam za sobą i to doświadczenie. Widziałem ludzi rzucających w ogień okultystyczne dzieła i rekwizyty. Sam to także robiłem w czasach mego „nawrócenia na Jezusa Chrystusa”. Patrzyłem jak ludzie palą mojego „Tarota magów” czy „Biblię szatana”. Nie był to przyjemny widok, ale najwyraźniej i to musiałem w swoim życiu przejść...
     Może właśnie dlatego odwodzę moich „pacjentów” od takich drastycznych poczynań ( choć co bardziej zdeterminowani mają na to ochotę ). Zalecam im tylko wyniesienie z domu i schowanie ( np. w piwnicy ) tego wszystkiego, co KOJARZY IM SIĘ z tym, z czego chcą się uwolnić oraz tych wszystkich książek i przedmiotów, które jednoznacznie mają jakiś związek z uprawianą przez nich duchowością. Nie chodzi przy tym o jednorazowy akt, lecz o trwające jakiś czas uważne śledzenie otoczenia i „wyławianie” zeń wszystkich „rzeczy duchowych”. De facto jest to „praca nad umysłem”, bo to w nim rodzą się owe skojarzenia i związane z nim lęki, obawy itp. Ponieważ w pierwszej fazie terapii „pacjent” zazwyczaj czuje wewnętrzną potrzebę aktywności, działa w emocjach, trudno mu się skupić nad „kierunkiem drugim” ( tu i teraz ). Pracując zatem nad „kierunkiem szóstym” i wyszukując coraz to nowe „duchowe obiekty” nieświadomie wdraża „kierunek drugi”. A ponieważ przedmioty te mają swoją historię, budzą rozmaite wspomnienia, łatwiej mu pisać zalecane przeze mnie tygodniowe „raporty” stanowiące bazowy materiał jego „okultnej biografii”. Mówiąc inaczej „pacjent” przeżywa to wszystko, co do tej pory robił raz jeszcze, ale patrzy na to już z całkiem innej perspektywy... I o to właśnie chodzi. O uświadomienie sobie co mnie pęta/pętało i od czego byłem/jestem uzależniony...
     „Kierunek szósty” zazwyczaj inauguruje i kończy terapię SDU. Jego zwieńczeniem jest pisemna „deklaracja  zerwania pieczęci”. O niej wszakże, jak również o Ankiecie Rozeznania Uzależnień Duchowych ( ARUD ) napiszę kiedy indziej... :-)

środa, 19 kwietnia 2006
CHCIEĆ...

     Żeby podjąć terapię uwolnienia z SDU trzeba tego CHCIEĆ. Trzeba dostrzec nie tylko swoje uzależnienie, ale i zbuntować sie przeciwko niemu. Trzeba doznać jakiegoś traumatycznego doświadczenia, które - na chwilę - budzi człowieka z kolorowego snu i ukazuje mu kim jest i w co wdepnął...
     Terapeuta tego nie załatwi. To musi dokonać się "samo". Tu jest miejsce "na Boga", "los", "zbieg okoliczności" ( jak zwał, tak zwał, nie ma to większego znaczenia ). Terapeuta może uprzytamniać "pacjentowi" kim jest i w jakiej sytuacji się znajduje, lecz zazwyczaj "pacjent" nie przyjmuje jego argumentów, odrzuca je lub okrasza sążnistymi komentarzami w stylu: "prawo karmy głosi..." lub: "moje ukryte intencje sprawiają, iż..."... Terapeuta i "pacjent" mówią dwoma, różnymi językami.... Porozumienie miedzy nimi nie jest możliwe. Zachodzi ono dopiero wtedy, kiedy "pacjent" CHCE zyskać wolność. Nie dlatego, że rozumie na czym polega jego zniewolenie. Dlatego, że buntując się przeciw niemu odczuwa rozpacz, gdyż nie umie i nie potrafi sam sobie pomóc...
     W terapii SDU rozpacz ta jest początkiem wszystkiego... Nie histeria, nie chciejstwo, lecz właśnie rozpacz i bezsilność... Tych uczuć wszyscy się wstydzą, wszyscy chcą ich uniknąć, gdyż stoją one w sprzeczności z ich dotychczasową postawą, z rolą tych, którzy "wszystko wiedzą" i "zawsze sobie dają radę"... Tłumią je więc na wszelkie, możliwe sposoby. I popadają w błędne koło dalszych uzależnień...

wtorek, 18 kwietnia 2006
MANIPULACJA

     Ofiary SDU są do siebie podobne... Ten sam rodzaj omamienia, często połączony ze "schizoidalnymi" odjazdami i napuszonym, "ezoterycznym" słowotokiem. Jestem tym zmęczony; odnoszę wrażenie, że walczę z wiatrakami...
Słucham ich wywodów, patrzę w ich nieprzytomne oczy, obserwuję gestykulację i wiem, że są "nieprzemakalni". Że nie docierają do nich żadne argumenty, rzecz bowiem nie w argumentach, lecz w czymś całkiem innym... W czym? Mój Boże, nie wiem! Deprymuje mnie ta bezsilność. Nie dlatego, iżbym chciał "mieć rację". Dlatego, że znam mechanizmy  duchowego zniewolenia i uzależnienia... Znam ludzi, którzy żerują na tym, nabijając kasę i karmiąc swoją pychę. Znam ich, bo należałem do ich środowiska. Byłem jednym z nich. Byłem? Wciąż jestem; nie ukrywają więc przede mną swoich prawdziwych dążeń...
     I co z tego, że wiem? Nic. Ci, którzy żerują na duchowym zniewalaniu są nietykalni. Nie można im niczego udowodnić... A ofiary? Kogo interesują ofiary SDU, skoro nawet one nie czują się ofiarami...?
     Ot, taka smutna refleksja po rozmowie z jedną z ofiar SDU. To córka moich znajomych. Ofiara pana X i jego "terapeutyczno-ezoterycznych" metod, ktore doprowadziły ją do schizofrenii... Mógłbym napisać tu kim jest ów "pan X". Znam go od lat... Tyle, że wtedy ów "pan X" pozwałby mnie do sądu za "zniesławienie" i z pewnością wygrałby proces... No cóż, "pan X" potrafi dbać o swój biznes...  I czuje się świetnie. Ostatecznie, jak twierdzi, ofiary same są sobie winne... Czemu? Gdyż podświadomie chcą być chore psychicznie, zatem chorują, podświadomie chcą cierpieć, i cierpią... A ofiary w to wierzą i by pozbyć się tych nieświadomych intencji korzystają z terapii "pana  X"... I koło się zamyka...
     Starczy, bo zaraz szlag mnie trafi...

poniedziałek, 10 kwietnia 2006
CHOROBA KŁAMSTWA

     Syndrom Duchowego Uzależnienia, podobnie jak każda inna forma uzależnienia, jest "chorobą kłamstw". Najczęstsze kłamstwo SDU brzmi: "nie jestem uzależniony/a". Drugie, równie częste: "w kazdej chwili mogę zaprzestać". I trzecie: "ok, jestem uzależniony, wszyscy są od czegoś uzależnieni, jedni od alkoholu, drudzy od seksu, a jeszcze inni - od spraw duchowych, nie ma żadnej różnicy w tych uzależnieniach..."
Terapia SDU nie prowadzi do totalnego uniezależnienia od wszystkiego... Terapia SDU to terapia SDU, a terapia AA to terapia AA.. Są to różne terapie, choć wiele ich metod jest podobnych. Nie znam sie na terapii AA, nie znam się na terapii antynikotynowej czy uwalniającej od uzależnienia od sekoholizmu... Znam sie za to na terapii SDU...
     Terapia SDU nie jest żadną duchową drogą... Jest terapią, niczym więcej. Czemu służy? Wykształceniu zdolności wolnego wyboru w sferze duchowej. I uświadomieniu stopnia zależności od praktyk oraz sił duchowych, które za tymi praktykami stoją. To wszystko. Nic nadzwyczajnego. Tyle, że praktyce okazuje się ona bardzo trudna...
     Powiem szczerze: na 100 osób, które ją podejmują wytrwa może 10, a może jeszcze mniej. Czemu? Bo SDU to "choroba kłamstw". Choroba szukania rozmaitych wybiegów, by zajmować się tym, czym się człowiek wcześniej zajmował, ale inaczej niż wprzódy... I tu kryje się niebezpieczeństwo, ponieważ zamiast wyjść z SDU wchodzi się wtedy na inny etap "duchowego wtajemniczenia". W efekcie stan końcowy jest gorszy od początkowego...
     Skąd o tym wiem? Z praktyki. I nie powiem, by mnie to cieszyło...

czwartek, 06 kwietnia 2006
MILOŚĆ ILUZJI

     Człowiek kocha iluzje. Nawet te najgorsze. Człowiek boi się wolności, ponieważ spośród wielu rzeczy na świecie jedynie wolność jest prawdziwa. Można powiedzieć, że człowiek boi sie prawdy. Woli coś, co stwarza jej iluzję. Nazywa to "prawdą objawioną" lub "boską". Wierzy w "tak" i w "nie".
     Wolność wykracza poza "tak" i "nie". Dlatego wielu kusi, ponieważ wydaje się być anarchią, dowolnością. Tak nie jest i na tym polega jej paradoks. Czym zatem jest wolność? Nie wiem. Przestałem się nad tym zastanawiać...
     Pewna moja znajoma, przeczytawszy Moją "duchową drogę" rzekła: "Wiem, dlaczego cię to spotkało". "Dlaczego?" - spytałem. "Byłeś pyszny, to przez twoją pychę". "Być może -  odparłem po chwili namysłu. - Z drugiej strony znam wielu równie pysznych, którzy tego nie przeżyli...". "I nad tym się zastanawiałam" - orzekła. "A do jakich doszłaś wniosków" - zapytałem. "Myślę, że Bóg cię doświadczył, bo jesteś kimś dla niego ważnym, drogocennym" - oznajmiła...
Nie jestem. Nie jestem ani kimś ważnym, ani wyjątkowym. Ani tym bardziej wybranym. Nikt nie jest kimś takim. Kiedy patrzymy na rzeczy w świetle Tao - powiada Czuang Tsy - nic nie jest lepsze, nic nie jest gorsze. Każda rzecz, jako taka wyróżnia się na swój własny sposób...
I to jest najlepsza definicja wolności, jaką znam... Ale nie wiem, czy jest prawdziwa...   

wtorek, 04 kwietnia 2006
DWIE REAKCJE

     Terapia SDU wydaje się łatwa, kiedy o niej czytamy. Wydaje się prosta, zbyt prosta, oczywista, a zatem niewarta uwagi. Z takimi reakcjami stykam się najczęściej.
Wszystkim wydaje się, że są wyjątkowi, że nie mieszczą się w regułach, że ich przypadek jest inny, odmienny, wyjątkowy...  Mówią mi o tym albo piszą, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób... potwierdzają regułę.
      Wszystko to przerabiałem na własnej skórze i wiem, czym to jest. Przejaw "magiczno-ezoterycznej" megalomanii. Jeden z pierwszych symptomów choroby, którą nazywam SDU...
     Jest i drugi: "dam sobie sam/sama radę"... Nic bardziej błędnego. Ale jak przekonać o tym kogoś, kto jest "wyjątkowy" i "odmienny"?
     W terapii SDU terapeuta służy za zwierciadło. I w odróżnieniu do magicznego lustra ze znanej wszystkim bajki nie mówi: "tyś jest najpiękniejsza, wyjątkowa..."  To lustro obnaża prawdę... Można je znienawidzieć... Wiem o tym... :-)))
Czemu tak? Ano po to, by pacjent nie zastępował jednego matrixa drugim. Jednego wyobrażenia o sobie drugim wyobrażeniem. Pacjent musi się "odmatrixować" totalnie. Musi wydrążyć w sobie pustkę, którą zapełni się nim; prawdziwym nim - jego prawdziwą naturą.
     Terapia SDU to zdzieranie masek... Bolesny proces, ale konieczny... To odkrywanie sensu w ograniającym bezsensie... To zmagania z własną nicością poprzez okrywanie iluzorycznosci dawnej "pełni"... Inaczej nie można...

niedziela, 22 stycznia 2006
SIEDEM KIERUNKÓW TERAPII SDU

Terapia SDU zmierza do tego, by zająć wobec duchowości właściwą postawę; postawę człowieka uwolnionego od duchowych uzależnień i w pełni realizującego swoją wolną wolę. Przeszedłszy terapię SDU możesz zajmować się tym wszystkim, czym wcześniej się zajmowałeś, o ile bedziesz tego chcieć i uznasz, że jest to Ci potrzebne. A jeśli nie - pójdziesz inną drogą. Ale to bedzie Twój, samodzielny i wolny wybór. Zapewniam Cię, że niczego nie stracisz oprócz złudzeń. Wolność jest jest tego warta.
Terapię SDU podjąć ją każdy, w kim rozpoznano jego symptomy i kto wyraził wolę uwolnienia się od spirytualnyh zniewoleń. Wyodrębnić w niej można kilka, podstawowych kierunków działania: 
Kierunek pierwszy ( uważność ) prowadzi do wystudzenia emocji wywołanych przejawami duchowej praktyki oraz faktem podjęcia działań zmierzających do wyzwolenia. Nie chodzi w nim o to, by unikać tych doznań. Przeciwnie. Uczy on uważnego obserwowania tego, co się wokół dzieje i odnotowywania w pamięci jako jednego z wielu rozmaitych zjawisk.   
Kierunek drugi ( tu i teraz ) zmierza do tego, by pacjent koncentrował swoją uwagę na tym, co tu i teraz robi, słyszy i ogląda. W połączeniu z uważnością umożliwia likwidację uporczywych wspomnień, natręctw myślowych, stopuje pragnienie wglądu w przyszłość, zniechęca do snucia planów, marzeń itp.
Kierunek trzeci ( myśl prosto ) wyraża dążenie do wyrugowania z umysłu wszelkiego rodzaju, generowanych przez matrycę spirytualnego matrixa, „duchowych schematów” oceniania rzeczywistości. Schematy i towarzyszące im paranormalne zjawiska są zauważane, odnotowane w pamięci, lecz nie analizowane pod kątem ich znaczeń, sensów itp.
Kierunek czwarty ( nieznane ) uświadamia, że budując w człowieku pragnienie poznania przyszłości, zagwarantowania sobie dobrego życia, zbawienia itp., duchowość pozbawia go odwagi zmierzenia się z realnym światem. Ułatwia pogodzić się z tym, co nieuchronne, otwiera na to, co niespodziewane.
Kierunek piąty ( ja jestem... ) uczy skupienia się na swoim ciele, jego potrzebach, zdrowiu, na akceptacji siebie takim, jakim się jest ze wszystkimi swoimi dobrymi i złymi przymiotami. 
Kierunek  szósty ( rozpoznaj-odetnij ) kładzie nacisk na konieczność pozbycia się wszelkich „duchowych” książek, czasopism, gadżetów i rekwizytów. Pomaga też ocenić rodzaj, typ, charakter mechanizmów, które doprowadziły do uzależnienia. Pacjent pracuje nad Ankietą Rozpoznania Uzależnień Duchowych ( ARUD ), uzupełnia ją, poszerza na swój użytek, na końcu zaś pisze „duchową biografię”, dołączając do niej osobny tekst, w którym oświadcza, że zrywa nałożone na siebie „pieczęcie” i raz na zawsze przecina więzi z sektami, bractwami, duchowymi nauczycielami oraz mistrzami.
Kierunek siódmy ( ja – świat - Bóg ) rekonstruuje właściwą optykę widzenia siebie, świata i Boga. Uświadamia, że to, iż żyjący w tym, a nie w innym świecie i dysponujący jednym, niepowtarzalnym życiem człowiek może śmiać się, płakać, dotykać kory drzew, tańczyć, pisać wiersze, pracować w ogrodzie, uczyć się szydełkowania, jeździć na rowerze i robić wiele innych jeszcze rzeczy, jest wielkim, wspaniałym, cudownym darem. I że otrzymał go od kogoś, kogo nazywa Bogiem, a kto darmo dając mu wolność nie domaga się tego powodu niczego poza tym, by zechciał dar ten dobrze wykorzystać.