kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
środa, 31 marca 2010
KABBALAH HA MAMON

W 1587 r., gdy Chaim Vital, najzdolniejszy uczeń wielkiego kabalisty rabbiego Izaaka Lurii Aszkenaziego, leżał złożony śmiertelną chorobą, jego brat nie mógł oprzeć się pokusie i za 50 tys. dukatów skopiował i sprzedał rękopisy Chaima i innych wielkich mistyków judaizmu. Krążyły one najpierw po Palestynie, a później w skupiskach żydowskich na całym niemal świecie. I tak to łapówka przekształciła Kabałę, klejnot mistycyzmu żydowskiego, z wiedzy tajemnej, zazdrośnie strzeżonej przez wąski krąg mędrców osiadłych w galilejskim miasteczku Sefad, w naukę dostępną każdemu, kto - z większym lub mniejszym powodzeniem - pragnął przeniknąć przez zewnętrzną powłokę Starego Testamentu.

Nie wiemy dokładnie, jaką wartość mają XVI-wieczne dukaty w przeliczeniu na dzisiejsze waluty, ale dla rabina dr. Philipa Berga z Beverly Hills w Kalifornii, założyciela i właściciela Centrum Nauczania Kabały, z całą pewnością jest to niewiele więcej niż sute kieszonkowe. Jedna tylko Madonna, która sprzedała dotychczas 250 mln płyt i zdobyła siedem nagród Grammy, zasiliła kasę Centrum sumą 13 mln dol. (niektóre źródła twierdzą, że "nawrócenie" kosztowało ją aż 20 mln). Uznane przez amerykańskie władze skarbowe za instytucję kościelną Centrum nie ma obowiązku składania CIT i nikt nie wie dokładnie, jakie są jego rzeczywiste dochody z opłat za nauczanie, za sprzedaż książek i dysków traktujących o Kabale, butelek napełnianych "uzdrawiającą" wodą oraz czerwonych nitek chroniących od uroków. Nie ulega jednak wątpliwości, że współczesny kabała-biznes rabina Berga jest jednym z bardziej intratnych przedsięwzięć naszego stulecia. Liczne naśladownictwa, niektóre prowadzone przez chasydów, inne stanowiące prywatną inicjatywę ogłaszających się w Internecie rabinów i pseudorabinów, nie dorastają mu do pięt.

W centrali w Los Angeles Bergowie zatrudniają 75 pracowników, nie licząc wielu wolontariuszy, którzy odbierają telefony, sprzątają pomieszczenia i sprzedają literaturę kabalistyczną w handlu door to door. Filie Centrum Nauczania rozsiane są po wszystkich większych miastach Stanów Zjednoczonych, działają w Kanadzie, Meksyku i we Francji, a ostatnio również w najstarszej dzielnicy izraelskiego Sefadu. Przed trzema laty rabin Berg nabył za 4,5 mln dol. pomieszczenia biurowe w Tel Awiwie; mieści się tam ośrodek nadzorujący działalność firmy w czterech izraelskich miastach. Lokalny dyrektor rabbi Mosze Rosenberg twierdzi, że ma rocznie 10 tys. uczniów.

Kosmiczna paramateria

Początków Kabały - takiej, jaka znana jest dzisiaj - szukać należy w Księdze Blasku, spisanej w Katalonii pod koniec XIII w. Księga ta opiera się na mistycznym związku między 22 literami hebrajskiego alfabetu a ich liczbowym znaczeniem. (W języku hebrajskim litery są równocześnie cyframi). Księga Blasku zakłada, że litery te istniały już przed powstaniem świata, są więc odwieczne i stanowią kosmiczną pramaterię. Wybitny badacz Kabały prof. Gershom Scholem wyjaśniał, iż kabaliści przeliczali poszczególne słowa, a nawet całe zdania na ich wartość liczbową i doszukiwali się wspólnego, ukrytego sensu w zwrotach posiadających identyczną wartość. Pozwalało to na całkowicie odmienną interpretację Pięcioksięgu. Była to praca misterna, wymagająca nie tylko doskonałej znajomości języka, ale także, a może przede wszystkim, niemal nadludzkiej cierpliwości i głębokiej wiary w możliwość rozszyfrowania tego co mistyczne.

Natomiast początków Centrum Nauczania Kabały rabina Philipa Berga doszukać się można w małym, dwupokojowym mieszkaniu w kalifornijskim Westwood. Tam narodził się pomysł. Miał on niewiele wspólnego z ezoteryzmem i gnozą prawdziwej Kabały - tak jak rabin dr Philip Berg przypuszczalnie ma niewiele wspólnego ze swoimi tytułami. Jego prawdziwe nazwisko brzmi Fajwel Gruberger i jeszcze 30 lat temu był agentem ubezpieczeniowym. Jest absolwentem seminarium religijnego w nowojorskiej dzielnicy Queens, które nie udziela doktoratów. Na spekulacje prasowe dotyczące pochodzenia dyplomu odpowiadał skargami o zniesławienie. W sądach reprezentowali go najlepsi w tej dziedzinie adwokaci, więc szybko zamknął usta wątpiącym.

Jednemu tylko faktowi nie mógł zaprzeczyć: w pewnym okresie życia porzucił żonę, siostrzenicę znanego izraelskiego kabalisty Jehudy Cwi Brandweina, z którą miał dziesięcioro dzieci, zmienił nazwisko i związał się z nową towarzyszką życia Karen, autorką książki "Bóg nosi szminkę". Z nowego związku ma dwóch synów, Michaela i Jehudę. Obaj piszą traktaty o Kabale i objeżdżają świat, pilnując interesów ojca i matki. Po śmierci ekswuja Brandweina rabin dr Berg ogłosił się jego duchowym spadkobiercą. Wspólnie z Karen założył Centrum Nauczania Kabały i szybko zbił fortunę. Rodzina Brandweina w Jerozolimie odżegnuje się od wszelkich związków z Bergami.

Mimo iż religia żydowska zezwala na studiowanie Kabały wyłącznie Żydom płci męskiej, którzy osiągnęli czterdziesty rok życia i starannie przestudiowali Talmud, przedsiębiorcza para otworzyła na oścież drzwi swoich ośrodków dla każdego, kto jest skłonny zapłacić 60 dol. za wstępny kurs. Najmilej widziani są uczniowie pragnący osiągnąć wyższy stopień wtajemniczenia - za odpowiednio wyższą opłatę.

Dzisiaj większość "studentów" to kobiety i wyznawcy innych religii. Liczni twierdzą, że nauczyciele Centrum podają im esencję Kabały, w języku współczesnym, zrozumiałym dla każdego. W oczach ortodoksyjnych Żydów takie interpretowanie odwiecznego mistycyzmu stanowi grzech nie do wybaczenia. Niedawno jeden z najpoważniejszych żyjących kabalistów, jerozolimski rabin Itshak Kaduri, opublikował dokument stwierdzający, że "każdy, kto popiera Berga, naraża swoją duszę na niebezpieczeństwo".

Duchowe poszukiwania

Ostrzeżenie rabina Kaduri nie odstraszyło m.in. Madonny. Pieniądze, które łoży na rozwój instytucji i na cele dobroczynne wskazane przez jej duchowego idola, są niezwykle istotne, ale znacznie ważniejszy jest jej wkład reklamowy. Madonna (pełne nazwisko: Madonna Louise Veronica Ciccone) przekształciła Kabałę w wydaniu Berga w produkt zarówno ekskluzywny, jak i masowy. Ekskluzywny, bo swoim zainteresowaniem mistyką żydowską zaraziła kilkoro innych celebrytów, między innymi Britney Spears, Barbrę Streisand i Micka Jaggera. Masowy, bo dla tysięcy ludzi na świecie stała się przykładem w wyborze ich drogi duchowej.

Urodzona w praktykującej katolickiej rodzinie i uczęszczająca do zakonnej szkoły St. Andrews Patrick w Bay City niedaleko Detroit miała stać się porządną, wierzącą dziewczynką. Kilkanaście lat później zyskała przydomek etatowej grzesznicy Hollywood.

Skandale seksualne, otwarte popieranie małżeństw homoseksualnych, jak i prowokacyjne kreowanie własnego wizerunku scenicznego stały się tematem niezliczonych publikacji prasowych. Znacznie mniej pisano i mówiono o jej poszukiwaniach duchowych. Przed mistycyzmem żydowskim interesowała się buddyzmem i hinduizmem. O istnieniu Kabały dowiedziała się przypadkowo, ale szybko połknęła bakcyla. Wkrótce poświęciła Kabale jedną ze swych bardziej popularnych płyt, "Ray of Light" (Promień Światła). Stąd była już prosta droga do królestwa populistycznej gnozy, do Karen i Philipa Bergów.

Ostatnia podróż duchowa Madonny jest bardzo kosztowna. Oprócz bezpośrednich milionowych dotacji dla Centrum Nauczania Kabały w Kalifornii, scedowała na korzyść afiliowanego Ośrodka Nauczania Dzieci dochody ze swoich licznych książek. Niemal na każdym jej koncercie reflektory wyświetlają w tle 72 hebrajskie, kabalistyczne imiona Stwórcy, a na specjalnych stoiskach sprzedaje się książkę Jehudy Berga "72 imiona Boga; Technologia dla duszy" - 19,90 dol. za egzemplarz w miękkiej okładce.

Co dostała w zamian? W licznych wywiadach twierdziła, że "świat materialny to świat iluzji, który wydaje nam się prawdziwy. Żyjemy w tym świecie i jesteśmy przez niego zniewoleni. W końcu zostaniemy przez niego zniszczeni". Albo: "Zawsze szukałam odpowiedzi na pytanie: jak żyć? Co robię i dokąd zmierzam? Wszak istnieją w życiu cele ważniejsze od zarabiania dużych pieniędzy i odnoszenia sukcesów, a nawet zakładania rodziny i rodzenia dzieci. Wszystkie one stanowią tylko punkt wyjścia do poszukiwania jakiejś religii, bo religijność mamy we krwi; taka jest ludzka natura. Odpowiedź znalazłam w Kabale".

Swoją nową osobowość traktuje niezwykle poważnie. Mimo iż nie przeszła na judaizm - i nie zamierza uczynić tego w przyszłości - przestrzega nakazu sobotniego odpoczynku. Nigdy nie koncertuje w piątkowe wieczory, gdy Żydzi mają zwyczaj zasiadania do wspólnej rodzinnej kolacji. Także w tym roku obchodzić będzie święto Pesach upamiętniające wyjście Żydów z Egiptu; w wigilię święta, 29 marca, weźmie udział w tradycyjnej wieczerzy organizowanej przez Centrum Nauczania Kabały w hollywoodzkim hotelu Florida. Za zaszczyt zasiadania do stołu razem z rodziną Bergów trzeba zapłacić 4 tys. dol. - ale to na pewno nie stanowi dla niej problemu.

Mistyczne treści

Dowodem tożsamości nowych kabalistów jest czerwona nitka noszona na nadgarstku. W oryginalnych księgach Kabały, nieuznającej czarów i guseł, nie jest nawet wspomniana. Jej noszenie rozpowszechniło kalifornijskie Centrum, sprzedające paczkę dziesięciu takich nitek za jedyne 26 dol. (na Allegro można je kupić za 36 zł!). Jerozolimscy żebracy oferują czerwone nitki u wejścia do Ściany Płaczu za co łaska, a w sklepach dla turystów rozdawana jest za darmo jako dodatek do nabytych pamiątek. Czerwona nitka chronić ma przed Złym Okiem, czyli urokami. Dla Madonny jest niezwykle istotnym atrybutem jej nowej osobowości. W filmie "I am going to tell you a secret" - o podróży do Izraela i do kolebki Kabały, miasteczka Sefad - wielokrotnie pokazuje ją widzom.

Miasteczko Sefad, położone niedaleko stoków góry Meron w Galilei, stało się nowym ośrodkiem mistyków pod koniec XV stulecia, po wygnaniu Żydów z Hiszpanii. Mędrcy Kabały ściągali tutaj nie tyle ze względu na świeże górskie powietrze sprzyjające klarowności myśli, ile ze względu na bliskość grobu rabina Szymona Bar Jochaja, uważanego, obok Mojżesza z Leonu, za jednego ze współautorów Księgi Blasku. Bar Jochai pochowany jest w grobowcu u podnóża góry Meron. Na starym miejskim cmentarzu też znaleźć można płytę nagrobkową Izaaka Lurii Aszkenaziego. Mała synagoga jego imienia stoi odnowiona w samym sercu malowniczego starego miasta.

Prace renowacyjne wykonano z funduszów Centrum Nauczania Kabały w Kalifornii, a przewodnik okazuje się związany z amerykańską centralą. W malowniczych zaułkach tej dzielnicy mieściły się kiedyś galerie znanych współczesnych izraelskich artystów malarzy. Napływ skrajnie religijnej ludności wypłoszył potencjalnych nabywców. Miejsce galerii zajęły jeszyboty i sklepy handlujące popularnymi akcesoriami Kabały. Tutaj prosperuje także filia Centrum Nauczania Kabały, prowadzona przez niezwykle charyzmatycznego nauczyciela, amerykańskiego rabina Riessa.

Obserwowałem, jak Riess naucza grupę czterdziestu turystek z Niemiec. Żadna z nich nie jest Żydówką, żadna nie zna hebrajskiego. Rabin Riess wykłada po angielsku, opowiada o Kabale i jej znaczeniu, nie wnika w skomplikowaną treść mistycznych ksiąg. Panie były zachwycone, niektóre zgłosiły już chęć pozostania na drugi miesięczny kurs, poświęcony samodoskonaleniu. Wszystkie mieszkają w pobliskim pensjonacie, wynajętym przez Centrum Nauczania w Kalifornii, i stołują się w koszernej restauracji obsługującej wyłącznie uczestników kursu. Jedna z nich kupiła właśnie ozdobne wydanie Księgi Blasku za 450 dol. Inne zadowalają się tańszą literaturą. Czytać jej i tak nie będą.

Wielcy kabaliści Sefadu XV i XVI w., Izaak Lurie Aszkenazi, Mojżesz Kordowero czy Josef Karo, przewracali się chyba w grobach, gdy przez uliczki starego Sefadu ciągnęła Madonna, za nią operatorzy kamer filmowych, a za nimi korowód trzech tysięcy wielbicieli - nie wiadomo - piosenkarki czy Kabały? Słusznie zauważyła polska religioznawczyni dr Izolda Topp, że "Kabała, rozprzestrzeniając się poza żydowski świat, oddaliła się od zgłębiania tajemnicy stworzenia czy mistycznych związków łączących Boga, świat i człowieka - i przestaje pełnić funkcję duchowej inicjacji, drogi do transcendencji i kontemplacji boskiego dzieła. Przekształciła się w narzędzie służące przewidywaniu przyszłości i bywa traktowana li tylko jako rodzaj towarzyskiej rozrywki".

Roman Frister, POLITYKA

wtorek, 23 lutego 2010
EGZORCYZMEM W HARREGO POTTERA

Egzorcysta, demonolog, byłe ofiary magii, autorka książek antymagicznych - zjeżdżają do Torunia na sobotnie sympozjum na wydziale teologicznym UMK.

Spotkanie "Magia - cała prawda" organizują oaza rodzin diecezji toruńskiej wraz z wydziałem teologicznym toruńskiego uniwersytetu. Obrady odbędą się w sobotę w gmachu wydziału przy ul. Gagarina 37. - Na podobnych spotkaniach w innych miastach było nawet do 3 tys. osób. Mamy już sygnały, że w Toruniu zainteresowanie też będzie ogromne - mówi ks. Dariusz Iwański z WT UMK.

Prelekcje odbędą się w sali na 300 osób, ale ci, którzy się nie zmieszczą, będą mogli obserwować je w internecie na stronie uczelnianej telewizji oraz w 200-osobowym pomieszczeniu, gdzie stanie rzutnik.

Pierwszy referat " Magia w Biblii i nauczaniu Ojców Kościoła" wygłosi ks. dr Mariusz Terka z KUL. Później zaplanowano m.in. prawie godzinne spotkanie z egzorcystą ks. dr Andrzejem Trojanowskim (początek o godz. 10.05), wykład siostry Michaeli Pawlik - znawczyni hinduizmu, która kilkanaście lat spędziła w Indiach - o wschodnich źródłach magii, krytyczną prelekcję o homeopatii i bioenergoterapii. Nie zabraknie też świadectw ludzi, którzy parali się lub korzystali z magii, a potem nawrócili się: byłego bioenergoterapeuty Krzysztofa oraz operatora filmowego Leszka Dokowicza, który niegdyś współorganizował imprezy techno, a teraz uważa je za narzędzie szatana.

Po południu dr Aleksander Posacki ( na zdjęciu ), jezuita, teolog, demonolog i patron Związku Egzorcystów Polskich, wygłosi odczyt "Okultyzm i Harry Potter". Będzie on wprowadzeniem do spotkania z Małgorzatą Nawrocką, autorką powieści antymagicznych "Anhar" i "Alhar, syn Anhara", mających stanowić chrześcijańską alternatywę dla dzieł Joanne K. Rowling (początek o godz. 16.55). Obie książki będzie można kupić na stoisku przy wejściu do sali.

Sympozjum rozpocznie się i zakończy mszą świętą. Pierwsza odbędzie się o godz. 8.15 w kaplicy wydziału teologii, druga - połączona z indywidualnym aktem zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi i modlitwą o uzdrowienie wewnętrzne - o godz. 19.15 w Sanktuarium Matki Boskiej Nieustającej Pomocy na Bielanach.

.

Źródło

.

Czytaj też: Ojciec Pisacki: Harry Potter jest czarownikiem

czwartek, 17 grudnia 2009
CIĘŻKO PRZEBIĆ BOGA...

Billboard przedstawiający Józefa w łóżku obok Marii, z podpisem "Biedny Józef. Ciężko przebić Boga", wywołał falę zgorszenia także poza granicami Nowej Zelandii, gdzie go wywieszono. Został zniszczony już kilka godzin po tym, jak zawisł przed anglikańskim kościołem św. Mateusza w Auckland.

- Billboard ma za zadanie ośmieszyć samą koncepcję Boga jako mężczyzny, który w jakiś sposób zapłodnił Marię - mówi Glynn Cardy, archidiakon anglikańskiego kościoła. Według jego słów w założeniu plakat miał walczyć ze stereotypami dotyczącymi poczęcia Jezusa i zmusić ludzi do dyskusji na ten temat.

- Czy chodzi o to, że ten Bóg mężczyzna zesłał z nieba spermę, by narodziło się dziecko, czy może przesłaniem jest miłość wśród nas, jaką jest Jezus? - pyta Cardy. Zupełnie inaczej odebrał przesłanie billboardu lokalny kościół katolicki. - Oburzające, obraźliwe, nietaktowne i zupełnie bez szacunku - mówi dosadnie rzeczniczka katolickiej diecezji w Auckland Lyndsay Freer.

- Taki plakat mógłby być wykorzystany przez grupę antychrześcijańską, żeby śmiać się z boskości Chrystusa - powiedziała Freer lokalnemu radiu.

Sprawa wywołała dużą dyskusję w internecie, najpierw na stronie internetowej anglikańskiego kościoła www.stmatthews.org.nz a potem na forach internetowych na całym świecie.
- To jest obrazoburstwo! - oburza się jeden z internautów komentujących na stronie św. Mateusza. W odpowiedzi, inny pisze mu: "moim zdaniem to jest świetny plakat. Rzuca wyzwanie i prowokuje, dokładnie takie miał zadanie".

.

ŹRÓDŁO

wtorek, 01 grudnia 2009
STAROŻYTNA POMOC RYBAMI, CZYLI WRÓŻKI OSZUSTKI?

Dieta bez diety, nauka magii, wróżenie z kości, a nawet "starożytna pomoc rybami" - takie ogłoszenia można znaleźć na słupach ogłoszeniowych, latarniach i ścianach budynków. - Zaczął się sezon na wróżby, trzeba uważać na naciągaczy - ostrzegają wróżki z długoletnim stażem.

Andrzejki, niebawem Sylwester i karnawał - dla wróżek to najgorętszy okres pracy. Na mieście pojawia się coraz więcej ogłoszeń wróżek naciągaczek. Obklejone są nimi słupy i latarnie. Oszustki wychodzą także w miasto - można je spotkać w warszawskich klubach w czasie weekendowych imprez.

Tarot w toalecie

Siadają na kanapach lub przy stolikach i obserwują. Kiedy trafi się potencjalny klient, podchodzą i mówią, że ma problem, że trzeba oczyścić aurę, a przyszłość jest niepewna. - Miałem taką sytuację w weekend w jednym ze śródmiejskich klubów. Kobieta była nachalna, chciała wyciągnąć kasę. Tarota stawiała w ciemnym kącie albo w toalecie, żeby obsługa jej nie wyprosiła - opowiada Grzegorz, student UW. Dlaczego przeniosły się do klubów? - Klient pijany jest łatwiejszy i uwierzy we wszystko. Moja koleżanka wydała 150 zł na takiego tarota w toalecie. Obsługi nie powiadomiła, bo "wróżka" postraszyła ją rzuceniem klątwy - relacjonuje Grzegorz. I dodaje: - Pamiętam, że wróżka przychodziła też do klubu Tomba Tomba, ale była inna - nie nachalna, grzeczna i nie namawiała do wróżenia. Jak ktoś chciał, to powróżyła.

"Dam naukę magii"

 

Oferta brzmi: "Wróżenie z kart, kulą i z Tarota. Zdejmowanie klątw i uroków. Znam jak schudnąć bez diety i sztucznych tworzyw. Znam jak odmłodzić się. Porady życiowe, miłosne i finansowe". Do tego dochodzi "Starożytna pomoc rybami" i nauka magii. Adnotacja pod ogłoszeniem: "Ofert towarzyskich proszę nie składać".

 

Dzwonię. Telefon odbiera kobieta. Mówi z silnym wschodnim akcentem.

- Ja w sprawie ogłoszenia.
- Którego? - pyta "wróżka".
- "Dam naukę magii"
- Rzucał pan już kiedyś magię?
- Nie. Interesuje mnie nauka od podstaw. Jakiej magii pani uczy?
- Białej, czarnej i voodoo. 100 zł za lekcję. Która pana interesuje?
- Chyba biała.
- Ktoś z rodziny posługiwał się magią? Bo jak nie to będzie ciężko, nawet jeśli ma pan talent. Magia w genach idzie.
Wróżka proponuje spotkanie w Złotych Tarasach. Próbuję dopytać o co chodzi ze "starożytnymi rybami".
- Na spotkaniu wszystko opowiem. Ale to też kosztuje - zaznacza kobieta.
Przedstawiam się. Mówię, że jestem dziennikarzem "Gazety". Kobieta odkłada słuchawkę. Próbuje zadzwonić raz jeszcze, ale telefon jest wyłączony.

Sezon naciągaczy

O tym, że niektóre ogłoszenia służą tylko naciągnięciu łatwowiernych klientów przekonują same wróżki.

Wróżka Margret zajmuje się chiromancją, wróżeniem z kart, numerologią i feng shui. Dyplom I i II stopnia wróżenia otrzymała w 1996 roku. - Nie twierdzę jednak, że szkoła uczyniła ze mnie wróżkę. Wróżenie wymaga przede wszystkim doświadczenia, które uzyskałam przez lata mojej pracy. Nie mniej ważne jest także doświadczenie życiowe - czytamy na jej stronie internetowej.

Według niej sezon wróżbiarski sprzyja pojawieniu się naciągaczy, którzy chcą zarobić kilka złotych. Jak odróżnić więc prawdziwą wróżkę od naciągaczki? - Prawdziwa obroni się ilością poleceń, komentarzy na stronie czy na forach internetowych - twierdzi Wróżka Margret.

Podobne zdanie ma także Wróżka Gildia, która w zawodzie pracuje od 10 lat. Zajmuje się wróżeniem z kart i kości szamańskich. - Zdrowy rozsądek powinien podpowiadać kiedy mamy styczność z oszustwem. Radzę kierować się opiniami znajomych o danej wróżce i własną intuicją.

- Można uczyć naraz białej magii, czarnej i voodoo? – dopytuję

- Ja wybrałam szamaństwo, które łączy w sobie te trzy rzeczy. Taka oferta jednak się wyklucza. To tak jakby być wegetarianinem, jeść tylko mięso, a pisać że jest się weganem - podkreśla Gildia.

- A co chodzi z "pomocą starożytnymi rybami"?

- O tym pierwszy raz słyszę. Jeszcze 10 lat temu całe środowisko wróżbiarskie się znało. Należało do niego kilkadziesiąt naprawdę wykwalifikowanych osób. Teraz pojawili się naciągacze i oszuści - podkreśla wróżka.

.

Grzegorz Miecznikowski, Gazeta Stołeczna

.

ŹRÓDŁO

Zamieszczam ten artykuł z Gazety Stołecznej z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że zajmując się tarotem od niemal 25 lat dobrze znam wróżbiarski fach i wiem, jak łatwo można manipulować ludźmi przy użyciu rozmaitych, dywinacyjnych technik. Po drugie zaś z tej przyczyny, że… właśnie czekam na "klientkę", która ma mnie odwiedzić o godzinie 12.00, mogę więc potwierdzić znany mi od dawna fakt, iż „wróżbiarskimi sezonami” są przede wszystkim jesień i wiosna i wtedy też następuje „wylęg” rozmaitych „wróżek”, „szamanów” i „znachorów”.

We wróżbiarstwie nie ma nic zdrożnego. To stara praktyka i byłoby nonsensem negować jej istnienie. Są jednak wróżki/wróżbici i są też naciągacze żerujący na ludzkiej naiwności. Wróżbiarstwo jest trudnym i odpowiedzialnym fachem, wymaga nie tylko znajomości dywinacyjnych arkanów, również wewnętrznego ( duchowego – jeśli tak można powiedzieć ) uformowania, które odstręcza od pokus manipulowania ludzkimi losami i prokurowania komuś jego przyszłości. Już sam fakt, że klient dowiedział się, że jeśli nie zmieni swego postępowania, może wydarzyć się to, czy tamto, zmienia jego przyszłość, ponieważ dysponuje na ten temat wiedzą i może ją wykorzystać ( lub nie ).  „Gdybym wtedy do końca posłuchała pańskiej rady być może lepiej ułożyłabym sobie życie ale podobno lepsza zła decyzja niż żadna, ważne, że własna…” – napisała do mnie wczoraj jedna z moich dawnych „klientek” i muszę jej przyznać rację. Tak to właśnie wygląda. Wolność wyboru jest najważniejsza. Jeśli ktoś ją krępuje, narusza to przykazanie Dekalogu, które znamy jako „nie kradnij”, a które literalnie brzmi: „Nie porywaj”. Dziś brzmiałoby ono „nie uprawiaj kidnapingu”, a w szerszym znaczeniu – nie czyń ludzi niewolnymi, nie kradnij im ich wolnej woli, jest ona bowiem najcenniejszym darem Żywego Boga.

.

Wróżbiarstwo nie stoi z tym przykazaniem w sprzeczności, bo gdyby tak było, należałoby uznać, że zabrania ono także uprawiania terapii i biznesowego consultingu, że ubezpieczeniach nie wspomnę. Nie we wróżbiarstwie zatem problem, nie w terapiach czy finansowym doradztwie, lecz jak zawsze - w ludziach, którzy uzależniając innych, uzależniają samych siebie od tego, co z innymi czynią...

Suljan

piątek, 13 marca 2009
BITWA NA LISTY

"List w obronie rozumu"


Już ponad 300 osób podpisało się w internecie pod protestem naukowców przeciwko umieszczeniu przez resort pracy m.in. astrologa, wróżbity i bioenergoterapeuty na liście zawodów. Autorzy "Listu w obronie rozumu" - m.in. prof. Łukasz A. Turski - uważają, że publikacja dokumentu MPiPS "narusza powagę Rzeczpospolitej".

"List w obronie rozumu" powstał z inicjatywy naukowców związanych z warszawskim Centrum Fizyki Teoretycznej Polskiej Akademii Nauk - prof. dr hab. Turskiego i dra Tomasza Sowińskiego oraz dra Tomasza Witkowskiego (Wydawnictwo MODERATOR). Jest reakcją na opublikowanie na stronie internetowej urzędów pracy (podległych MPiPS) dokumentu "Klasyfikacja zawodów i specjalności", w którym obok takich profesji jak architekt, adwokat, matematyk czy urzędnik pojawiają się astrolog, wróżbita, bioenergoterapeuta, refleksolog czy radiesteta.

"Stwierdzamy, że publikacja dokumentu "+Klasyfikacja zawodów i specjalności - opisy grup i zawodów+ na stronie internetowej podległej Pani Minister ośmiesza Pani urząd, a przez to narusza powagę Rzeczpospolitej" - zwracają się naukowcy do minister pracy i polityki społecznej Jolanty Fedak.

Ich zdaniem, "marnotrawienie publicznych pieniędzy lub środków płynących z Unii Europejskiej na tworzenie tego rodzaju absurdalnych dokumentów powinno być karalne". Dlatego chcę "ujawnienia winnych tego skandalu".

"Uważamy za skandaliczne umieszczenie na tej liście szeregu profesji niemających nic wspólnego z cywilizacją XXI wieku, a już na pewno z oficjalnie głoszoną przez Rząd RP ideą tworzenia społeczeństwa opartego na wiedzy" - napisali autorzy protestu.

Jak zauważają opublikowana przez MPiPS klasyfikacja sankcjonuje wykonywanie w Polsce zawodów na niej umieszczonych i "wyjątkowo precyzyjnie, określa co stanowi esencję wykonywania tychże zawodów". Przytaczają przy tym opis opisy zawodów astrologa i wróżbity.

"Teksty tych wpisów są całkowicie pozbawione podstaw racjonalnego myślenia, zawierają elementarne błędy naukowe i przyczyniają się do szerzenia zabobonów i pseudonaukowego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość". Umożliwiają też, osobom parającym się praktyką znachorską, powoływanie się na wspomniany dokument w przypadku wykrycia ich działalności naruszającej prawo, np. prowadzenia szkodliwych praktyk +leczniczych+" - podkreślają naukowcy.

Przypominają, że zalegalizowanie radiestezji, jako jednego z rodzajów rzemiosła już było powodem dopuszczenia przez Sąd Najwyższy opinii radiestety na równi z opiniami innych biegłych sądowych.

"Na skutek światowych zawirowań gospodarczych Polska znalazła się w sytuacji, z której wyjście będzie niezwykle trudne. Nie pomogą nam w tym wróżbici i szamani, ale inżynierowie, naukowcy, nauczyciele, lekarze i wszyscy ciężko pracujący ludzie różnych zawodów. Umieszczenie ich na tej samej liście co astrologów i refleksologów przez konstytucyjne władze Polski, uważamy za obrazę. W imieniu tych wszystkich domagamy się przeprosin i usunięcia tych +zawodów+ z Klasyfikacji" - konkludują autorzy protestu. JPO

PAP - Nauka w Polsce

agt/

Artykuł pochodzi z portalu internetowego Nauka w Polsce

LIST OTWARTY PUBLICYSTÓW

W OBRONIE TOLERANCJI I WOLNOŚCI WYKONYWANIA ZAWODU

Nieznany Świat

W związku z podpisanym przez grupę naukowców i skierowanym do ministra pracy i polityki społecznej tzw. „Listem otwartym w obronie rozumu”, w którym de facto zakwestionowano prawo wykonywania zawodu m.in. przez radiestetów, naturalnych terapeutów, osoby zajmujące się paranormalnym prognozowaniem itp., oświadczamy, co następuje:

Wspomniany „List” niezależnie od jego wysoce obraźliwych i niedopuszczalnych sformułowań (vide sam nagłówek W obronie rozumu sugerujący bezrozumność osób, które zajmują się określoną działalnością, jak również tych, którzy z ich usług korzystają) stanowi zaprzeczenie zasad tolerancji, a jednocześnie brutalną próbę ograniczenia praw i wolności obywatelskich.

W Polsce nie istnieje obowiązek wyznawania światopoglądu naukowego, czy religijnego. Nie jest też możliwe nakazanie komukolwiek, by uczęszczał na naukowe wykłady zamiast korzystać z usług radiestetów, niekonwencjonalnych terapeutów czy paranormalnych prognostów. To prywatna sprawa każdego człowieka, który dokonuje w tej sferze suwerennych wyborów, kierując się przy podejmowaniu decyzji własnym systemem wartości, zasobem osobistych doświadczeń i najlepiej pojętą wiedzą, która nie musi być zgodna z kryteriami uznanymi przez autorów „Listu” za jedynie słuszne. W tej sytuacji uwzględnienie wspomnianych zawodów oraz specjalności w przepisach – co stanowi konsekwencję ich trwałego funkcjonowania w praktyce społecznej – jest nie tylko uzasadnione, lecz wręcz niezbędne, gdyż umożliwia pobór z tego tytułu podatków, uiszczanie składek na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne itp.

Za niedopuszczalny i szczególnie godny ubolewania uważamy pogardliwy i niestroniący od obelg ton „Listu w obronie rozumu” w odniesieniu do osób o innych zapatrywaniach i poglądach niż jego autorzy. Takie sformułowania jak: Niżej podpisani uważają za skandaliczne umieszczenie na tej liście (chodzi o urzędową klasyfikację zawodów i specjalności) szeregu profesji niemających nic wspólnego z cywilizacją XXI wieku, a już na pewno z oficjalnie głoszoną przez Rząd RP ideą tworzenia społeczeństwa opartego na wiedzy; szerzenie zabobonów i pseudonaukowego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość; obraza itp. – naruszają godność ludzi, którzy udzielają innym niejednokrotnie skutecznej pomocy, czyniąc to za ich zgodą i aprobatą. Stanowi to zarazem niczym nieusprawiedliwioną próbę anarchizowania obowiązującego porządku prawnego, który musi uwzględniać różne postawy i modele społecznych oraz indywidualnych zachowań wraz z towarzyszącym im systemem wartości. Dlatego stanowczo sprzeciwiając się takiej metodzie forsowania własnego punktu widzenia, jaką obrali autorzy „Listu otwartego”, apelujemy do kolegów dziennikarzy o przyłączenie się do naszego protestu.

Warszawa, 5 marca 2009 r.

czwartek, 04 września 2008
APEL RACJONALISTÓW

Rozdziału Kościoła od państwa, zrównania wobec prawa wszystkich religii i światopoglądów niereligijnych, świeckiej szkoły i instytucji publicznych oraz pozbawienia Kościoła przywilejów finansowych domaga się od politycznych decydentów Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów. To odlotowe, ekstremalne pomysły, bardzo niedojrzałe - tak komentuje propozycje stowarzyszenia Tadeusz Cymański, poseł PiS.

Po konsultacjach ze specjalistami od prawa wyznaniowego, racjonaliści przygotowali „Postulaty Laickie - apel racjonalistów do polityków”. Dokument – jak piszą jego autorzy - w 16 krokach pokazuje, jak należy znieść w Polsce państwo wyznaniowe. Do wdrożenia proponowanych w nim działań legislacyjnych racjonaliści wzywają wszystkie siły polityczne.

„W ostatnich latach obserwujemy groźne nasilanie się ingerencji Kościoła katolickiego i poszczególnych przedstawicieli tego Kościoła, w sferę polityki. Co gorsza, politycy, świadomie i z premedytacją traktujący Kościół instrumentalnie, w walce o wyborców odwołują się do uczuć religijnych oraz nieustannie zabiegają o polityczne poparcie instytucji religijnych” – piszą racjonaliści.

W swoich postulatach przekonują, że szacunek dla kościołów nie musi oznaczać uległości ani przyzwolenia na manipulację i traktowanie społeczeństwa jak „trzódki poganianej przez pasterzy”. Wyznanie religijne czy bezwyznaniowość - podkreślają - powinno być prywatną sprawą każdego obywatela, a mieszanie religii i polityki prowadzi w nieunikniony sposób do „nadużyć i waśni”.

Postulaty stowarzyszenia, obejmują m.in.: usunięcie z kodeksu karnego artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych lub rozciągniecie ochrony także na osoby niewierzące oraz zlikwidowania zapisów o „chrześcijańskich wartościach” z ustaw o radiofonii i telewizji oraz o systemie oświaty. Racjonaliści chcą by ocena z religii nie była wliczana do średniej ocen, protestują także przeciw planom wprowadzenia religii na maturze. Żądają wprowadzenia zakazu wywieszania symboli religijnych w urzędach państwowych oraz likwidacji Funduszu Kościelnego. Proponują by kler i instytucje kościelne zostały objęte przepisami prawa podatkowego.

„Mamy nadzieję, że polski wyborca, wybierając swoich reprezentantów, oczekiwać będzie, iż będą oni reprezentowali obywateli, a nie instytucję wyznaniową. Prawo nie może być stanowione w oparciu o jakiekolwiek nakazy lub zakazy religijne, które nie mogą być także uzasadnieniem naruszania praw człowieka, w szczególności praw kobiet” – czytamy w dokumencie.

To odlotowe, ekstremalne pomysły, bardzo niedojrzałe. Mam wrażenie, że autorzy tych postulatów to ludzie wrogo nastawieni do kwestii wiary, w szczególności do chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego, ale ich pozdrawiam. Mamy wolność, mogą z niej korzystać. Niech założą partię i wygrają wybory. A jeśli naród polski, wybierze tę drogę, którą oni chcą pójść, być może zaczniemy poważnie rozmawiać o tych pomysłach - tak propozycje racjonalistów komentuje poseł PiS Tadeusz Cymański.

ŹRÓDŁO

Tekst apelu racjonalistów: link

czwartek, 19 czerwca 2008
CHRYSTUS KOSMITÓW

 

Małe, zielone ludziki mogą szokować ludzi świeckich. Jednak kościół katolicki przywitałby ich jak braci.

Takie wyjaśnienia przedstawił Gabriel Funes, główny astronom Watykanu oraz doradca naukowy papieża w swoim artykule opublikowanym niedawno w L'Osservatore Romano (anglojęzyczna wersja artykułu tutaj). Konkluzje Funesa mogłyby zaskoczyć niewierzących. Czy nie jest to przecież ten sam kościół, który uwięził Galileusza za twierdzenie, że Ziemia obraca się wokół Słońca? Czy Biblia nie głosi, że Bóg stworzył człowieka - a nie małe, zielone ludziki - na swoje podobieństwo?

Rzeczywiście, wielu obserwatorów twierdzi, że kosmici byliby nieodpowiedni dla wierzących. Jill Tarter, dyrektor Centrum Badań SETI, napisała kiedyś, że znalezienie inteligentnych istot z innego świata "byłoby sprzeczne z istnieniem Boga lub przynajmniej zorganizowanych religii". Jednak takie przewidywania formułowane są raczej poza środowiskiem chrześcijańskim. Wewnątrz niego, teologowie od wieków dyskutują o implikacjach kontaktu z kosmitami. Jeśli ktoś już wierzy w anioły, nie potrzeba wielkiego skoku wiary, aby zaakceptować możliwość istnienia innych, pozaziemskich inteligentnych istot.

Religia przetrwała Kopernika, przetrwa też kosmitów

Skoro Bóg stworzył wszechświat, argumentują teologowie, stworzył też kosmitów. I zamiast ulec osłabieniu pod wpływem kontaktu, chrześcijaństwo przystosowałoby się. Jego doktryny zostałyby zinterpretowane na nowo, a kosmici przywitani z otwartymi - niekoniecznie niosącymi Biblię - ramionami.

"Podstawowe pytanie brzmi następująco: czy religia przetrwa ten kontakt?" mówi główny historyk NASA Steven J. Dick, autor książki The Biological Universe. "Religia nie odeszła do lamusa po teorii Kopernika ani po teorii Darwina. Znalezione zostały sposoby jej adaptacji - w tym wypadku również znajdzie się sposób", mówi Dick.

Centralna zagadka stawiana przed chrześcijaństwem w kontekście spotkania z kosmitami związana jest z inkarnacją - przybyciem na Ziemię Jezusa Chrystusa w charakterze przedstawiciela Boga, jego ukrzyżowaniem, oraz odkupieniem i wybaczeniem grzechów ludzkości.

"To byłoby nadal prawdziwe - jednak jeśli istnieją inne rasy i inteligencje, jakie jest wobec tego znaczenie tej wizyty dla naszej rasy w tamtym czasie?" - pyta watykański astronom Guy Consolmagno, który w 2005 napisał broszurę Intelligent Life in the Universe?[Inteligentne życie we wszechświecie?]

Niektórzy sugerują, że ziemskie wcielenie Jezusa około 2000 lat temu odkupiło wszystkie inteligentne istoty, we wszystkich miejscach oraz - skoro rasa przemierzająca kosmos jest prawdopodobnie starsza niż my - we wszystkich czasach. Inni dowodzą, że Jezus mógł przybrać wiele form.

Jakiego zbawienia potrzebują kosmici?

"Jezus jest ludzki tak jak my, zatem można pewnie znaleźć Jezusa specyficznego dla kosmitów", twierdzi profesor Pacyficznego Luterańskiego Seminarium Teologicznego Ted Peters.

Jednak Peters i inni twierdzą również, że kosmici mogli nie wpaść w sidła grzechu, w zamian egzystując w stanie łaski, nie mając ani nie potrzebując Jezusa. W takim wypadku, misjonarze nie musieliby ich nawracać.

"Czy grzech byłby pojmowany na innej planecie tak samo jak tutaj? Czy w ogóle istniałby grzech, czy może Bóg byłby obecny wśród istot tego gatunku w zupełnie inny sposób?", pyta Richard Randolph, etyk z Uniwersytetu Kansas City.

Powyższe kwestie oparte są jednak na założeniu, że ludzkość nie tylko spotyka nowe formy życia, ale także rozumie je. Inne inteligencje mogą być dla nas niezrozumiałe, intensyfikując w ten sposób kolejne doktrynalne pytanie: co to znaczy być stworzonym na podobieństwo Boga, jak głosi Biblia?

I Bóg stworzył kosmitów

"Wielu astroteologów dowodzi, że "obraz Boga" odnosi się do naszej duchowej natury, a nasza fizyczna forma nie ma znaczenia. Jednak nie wszyscy są co do tego zgodni.

"Jeśli kosmici istnieją, Biblia nie precyzuje czy byli stworzeni na jego podobieństwo", mówi Mark Conn, pastor kościoła baptystów Noble Hill w Springfield, Missouri. "Bóg stworzył wiele innych inteligentnych istot na tej planecie, i nie zostały one stworzone na Jego podobieństwo".

Kościół Conna niedawno zebrał się, aby omówić kwestie związane z kontaktem pozaziemskim, rozstrzygając ostatecznie, że "jeśli są, to są. Nie zmienia to zbyt wiele".

Inaczej niż Peters, Conn sugeruje, że praca misjonarska może być konieczna, i że może nie być mile widziana przez kosmitów, zwłaszcza jeśli, co jest postulowane przez wielu, są oni technologicznie bardziej zaawansowani niż ludzkość i nie mają żadnych własnych religii.

"Być może powiedzą, że dawniej potrzebowali religii, ale wyrośli z tego. Niektórzy ludzie twierdzą, że byłby to ogromny cios dla religii, ponieważ jeśli zaawansowana cywilizacja jej nie potrzebuje, dlaczego my mielibyśmy?", powiedział Douglas Vakoch, szef działu redakcji wiadomości międzygwiezdnej w SETI.

"Ja się jednak z tym nie zgadzam. Myślę, że religia spełnia bardzo ludzkie potrzeby, zatem skoro istoty pozaziemskie nie będą w stanie zapewnić jej zamiennika, nie sądzę, aby religia miała odejść", kontynuował. "A jeśli nawet istnieją niewiarygodnie zaawansowane cywilizacje z wiarą w Boga, nie sądzę żeby Richard Dawkins się nawrócił".

Źródło

niedziela, 20 kwietnia 2008
POLIGAMICZNY RAJ ŚWIĘTYCH DNI OSTATNICH

Kobiety w długich pastelowych sukniach zapiętych pod szyję wsiadają do autobusu. W rękach trzymają pościel i niewielkie torby. Są z nimi dzieci. - Możemy mieć do czynienia z wykorzystywaniem seksualnym nieletnich na ogromną skalę - donoszą amerykańskie stacje telewizyjne relacjonując ewakuację członków Fundamentalistycznego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich z rancza w Teksasie. Wkrótce po ewakuacji rozpoczął się proces. 100 prawników walczy o to, by 416 dzieci wróciło pod opiekę rodziców z sekty.

 
29 marca. Tuż przed północą pracownik "niebieskiej linii" odbiera telefon. Dzwoni 16-letnia Sara. Dziewczyna szeptem, tak aby nikt jej nie usłyszał, opowiada o sekcie. Mówi o dziewczynkach, które w wieku 13 lat nakłaniano do seksu ze starszymi mężczyznami, o nieletnich "żonach" zmuszanych do rodzenia kolejnych dzieci. I o sobie. O tym, że sama jako 15-letnia dziewczyna została siódmą z kolei "duchową" żoną 49-letniego mężczyzny. Mają razem 8-miesięczne dziecko, kolejne przyjdzie na świat wkrótce. W trakcie ciąży mąż połamał jej żebra. Później wielokrotnie bił ją i poniżał.

Pracownik linii zaufania zawiadomił policję. Kilka dni później na teren zajmowanego przez sektę rancza w Teksasie weszli przedstawiciele władz federalnych.

Ewakuacja

"Ranczo Tęskniących za Syjonem", położone 6 kilometrów od miasta Eldorado w Teksasie, ma 17 tysięcy akrów. Oprócz domów znajdują się tam: świątynia, ogrody, zbiornik na przechowywanie zboża i generator prądu. Wszystko na miejscu, żeby nikt nie musiał zbyt często wyjeżdżać. Niektóre dziewczynki po raz pierwszy zobaczyły zewnętrzny świat niecałe dwa tygodnie temu, 3 kwietnia.

Tego dnia na drogach prowadzących na ranczo pojawiły się policyjne blokady. Podstawiono wóz pancerny. Funkcjonariusze wraz z pracownikami socjalnymi wjechali na teren zamieszkiwany przez członków poligamicznej grupy. Wszystko relacjonowały największe stacje telewizyjne. Widzieliśmy jak płaczące kobiety tulą do siebie dzieci. I policjantów, którzy wskazują drogę do czekających autobusów. 52 dziewczynki w wieku od 6 miesięcy do 17 lat opuściły teren Fundamentalistycznego Kościoła.

18 z nich było maltretowanych lub - jak określili przedstawiciele departamentu ds. rodziny - groziło im to w najbliższej przyszłości. - Przesłuchaliśmy wszystkie dzieci i wiele wskazuje na to, że mamy więcej ofiar molestowania - powiedziała Marleigh Meisner, przedstawicielka Child Protective Services, organizacji rządowej zajmującej się problemem molestowania nieletnich. - Dlatego władze stanowe zdecydowały o wywiezieniu wszystkich dzieci z rancza i umieszczeniu ich w schronisku. Część kobiet zdecydowała się opuścić ranczo razem z dziećmi. Dostały one jednak zapewnienie, że mogą na nie dobrowolnie powrócić.

W sumie z rancza wyjechało 416 dzieci i 130 kobiet.

Pokój

Policja rozpoczęła przeszukiwanie terenów zamieszkiwanych przez Fundamentalistyczny Kościół. O życiu jego członków funkcjonariusze wiedzieli wiele. Na ranczu mieli informatora, który przez cztery lata przekazywał informacje na temat wewnętrznego życia sekty - podała telewizja CNN. Dlaczego nie interweniowano wcześniej? - Mieliśmy świadomość, że grupa jest zdolna do molestowania seksualnego nieletnich - tłumaczy szeryf David Doran. - Ale jesteśmy w Satnach Zjednoczonych. I nie mieliśmy zamiaru naruszać obywatelskich praw członków społeczności, dopóki nie dostaniemy zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa - bronił swojej decyzji.

Od informatora policjanci dowiedzieli się m.in., że w świątyni należącej do Kościoła Fundamentalistycznego znajduje się specjalne pomieszczenie, a w nim - łóżko, w którym tradycyjnie "mężczyźni powyżej 17 roku życia inicjują kontakty seksualne z nieletnimi".

Gdy funkcjonariusze pojawili się na ranczo, wejścia do świątyni bronili mężczyźni. Klęczeli pod ścianą. Modlili się i płakali. Policjantom udało się wejść do środka. - Znaleźliśmy łóżko, na którym leżały porozrzucane prześcieradła - poinformowali.

Nie udało im się jednak zidentyfikować 16-letniej Sary, która zadzwoniła na "niebieską linię". - Jestem przekonana, że dziewczyna istnieje. I, że zarzuty, które przedstawiła są prawdziwe - powiedziała Marleigh Meisner z Child Protective Services.

Życie

W istnienie Sary wierzy także Carolyn Jassop, była członkini sekty. Carolyn przyjechała na miejsce ewakuacji. Chciała, by jej córki spotkały się z przyrodnimi siostrami. Dziewczynki nie widziały się od 2003 roku, odkąd Carolyn razem z ośmiorgiem dzieci uciekła z rancza.

- Moi rodzice byli członkami Fundamentalistycznego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich - mówi Carolyn "The Daily Telegraph". - Pamiętam, jak ludzie patrzyli na mnie z pogardą, gdy przyjeżdżałyśmy do miasta w długich pastelowych sukniach. - Czasami rzucali w nas kamieniami. Ale nie przejmowałam się. Był to dowód na to, że wszyscy ludzie ze świata zewnętrznego są źli - wspomina.

Pamięta też, że w wieku 18 lat marzyła by studiować medycynę, chciała zostać pediatrą. - Zapytam proroka - powiedział jej ojciec, gdy poprosiła o pozwolenie. Prorokiem i przywódcą Kościoła był wówczas "Uncle Roy". - Rozmawialiśmy. Powiedział, że możesz iść do szkoły, by zostać nauczycielką - oznajmił po kilku dniach. - Ale zanim to zrobisz musisz wyjść za Merrila Jessopa - dodał.

Dziewczyna wiedziała jedynie, że Jessop miał 50 lat i trzy żony. Chodziła do szkoły z jego córkami. - Co Merril myśli o tym małżeństwie? Co myśli na temat poślubienia nastolatki? - pytała. - Robił to już wcześniej. Wasz ślub odbędzie się w najbliższą sobotę - miał odpowiedzieć ojciec. Carolyn postąpiła tak, jak prorok przykazał. Bo w Fundamentalistycznym Kościele to lider grupy wybiera kobietom męża. Żadne małżeństwo nie mogło zostać zawarte bez jego zgody. - Wierzyłam, że to wola Boga - mówi dziś kobieta.

Carolyn urodziła Merrilowi ośmioro dzieci. Mieszkała razem z nimi, Merrilem, sześcioma innymi żonami i 47 pozostałymi dziećmi jej męża. Była bita. Jak twierdzi, tylko regularne współżycie z mężem zapewniało bezpieczeństwo jej rodzinie. - Seks był jedynym sposobem, w jaki mogłam powstrzymać męża od bicia naszych dzieci - mówi. Mając 35 lat postanowiła uciec.

Jedyną możliwością ratunku był dla niej brat, który wcześniej opuścił sektę. Zadzwoniła. Dawno ze sobą nie rozmawiali, bo żaden członek Fundamentalistycznego Kościoła nie może kontaktować się z krewnymi, którzy odeszli. Brat Carolyn zgodził się przyjechać i zabrać ją do siebie, do Salt Lake City. Był tylko jeden problem. Nikt spoza społeczności nie mógł swobodnie dostać się na teren zamieszkały przez członków sekty. Kobieta musiała niepostrzeżenie wywieźć ośmioro swoich dzieci trzy mile od miejsca ich zamieszkania.

O godz. 4 w nocy Carolyn po kolei budziła dzieci i zaprowadzała je do samochodu. - Około 4.20 usłyszałam przez intercom, że Merril chce ze mną rozmawiać. Zostałam złapana. Wiedziałam, że mam zalewie kilka minut na ucieczkę - mówiła w jednym z wywiadów. - Ruszyłam. Co chwila patrzyłam w lusterko, czy nikt za nami nie jedzie. Nie miałam ani ubezpieczenia, ani prawa jazdy.
Carolyn spotkała się z bratem, razem z dziećmi pojechała do Salt Lake City. W 2007, po trzech latach walki, przyznano jej pełne prawo do opieki nad dziećmi. Mniej więcej w tym samym czasie przed sądem stanął ówczesny przywódca poligamicznego kościoła, Warren Jeffs.

Lider

Fundamentalistyczny Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich powstał w 1890 roku jako radykalny odłam kościoła Mormonów. Fundamentaliści nie godzili się na zakaz poligamii. Twierdzili, że posiadanie wielu żon zapewni im wstęp do Królestwa Niebieskiego. Małżonki - choć formalnie nie mają ślubu - nazywane są w sekcie "duchowymi żonami". Te, które żyją z tym samym mężem mówią o sobie "siostrzane żony". 2004 r. grupa liczyła ok. 12 tys. członków, w większości zamieszkujących dwa miasta: Hidale w stanie Utah i Colorado City w Arizonie.

W 2002 przywódcą i prorokiem poligamistów został Warren Jeffs. Wkrótce po tym, jak stanął na czele grupy zainteresowała się nim policja. Funkcjonariusze ustalili, że prorok współżył z niepełnoletnią dziewczyną. Poza tym zaaranżował małżeństwo 17-letniego kuzyna z 14-latką. Czyn zakwalifikowano jako współudział w gwałcie. Jeffs musiał się ukrywać. W 2006 roku FBI umieściło go na liście 10 najbardziej poszukiwanych przestępców (obok Osamy ben Laden, kolumbijskiego barona narkotykowego, szefa mafii z Bostonu i seryjnego mordercy, który zabił 18 osób). Rok później został skazany na 10 lat więzienia.

Skazanie lidera nie osłabiło Fundamentalistycznego Kościoła. Jego członkowie przekonani są, że ludzie ze świata zewnętrznego ich prześladują. - Największa krzywda, jakiej doznały te dzieci to wywiezienie ich z rancza - powiedziała jedna z członkiń grupy w programie "Larry King Live". Od momentu ewakuacji matki w długich sukniach z upiętymi włosami co jakiś czas pojawiają się w mediach. Za każdym razem proszą, by oddano im dzieci. I zaprzeczają wszystkim zarzutom.

- Ludzie są w stosunku do nas uprzedzeni - powiedziała w wywiadzie dla CNN kobieta o imieniu Kathleen. - Mają przez to fałszywy obraz - dodała. - Nie jestem maltretowana, nikt nie zrobił mi prania mózgu, jestem ludzką istotą, która posiada serce. Jestem szczęśliwa prowadząc taki tryb życia. Ludzie ze świata zewnętrznego nas nie rozumieją, a my nie rozumiemy ich - zapewniała Marie. - Ja chcę tylko odzyskać moje dzieci. One także chcą wrócić do domu - mówi. O tym zadecyduje sąd.

Proces

W czwartek w San Angelo odbyła się pierwsza rozprawa. Kilkaset kobiet, w sukniach jak z XIX wieku, pojawiło się w sądzie w towarzystwie 100 modnie ubranych prawników. Będą walczyć o odzyskanie pełnych praw rodzicielskich. O to, by dzieci mogły wrócić na ranczo. Żeby wszystko było jak dawniej, przed nalotem policji. Jednak wszystko wskazuje na to, że rozprawa szybko się nie zakończy. Już pierwsze posiedzenie sądu zamieniło się w farsę - relacjonuje yahoo.com. Każdy prawnik chciał oddzielnie przesłuchiwać świadków. Co chwila ktoś zgłaszał sprzeciw. W ciągu 11 godzin zeznawały zaledwie trzy osoby, w tym Angie Voss, pracowniczka opieki społecznej, która zajmuje się sprawą ewakuowanych dzieci.

- Dzieci zeznały, że jeśli prorok usłyszałby od Ojca Niebieskiego, że mają wziąć ślub, zrobiliby to bez względu na wiek. Jeśli prorok kazałby im skłamać, zrobiłyby to - powiedziała przed sądem Voss. Według kobiety, w sekcie było co najmniej pięć nieletnich dziewczyn w ciąży lub z dziećmi. - Jednak możliwe, że wiele kobiet, celowo zawyża swój wiek. Niektóre nie przyznają się, że mają już kilkuletnie dzieci. Śledczy podejrzewają, że rodziły nawet 13-letnie dziewczynki.

- Zidentyfikowanie dzieci z sekty jest bardzo trudne - przyznała Voss. Niektórym zmieniano imiona, nie wszystkie mówią prawdę co do swojego wieku, niektóre nie chcą lub nie potrafią wskazać swoich biologicznych rodziców. Władze stanowe wystąpiły już o przeprowadzenie badań DNA w celu ustalenia więzi rodzinnych w obrębie grupy.

Martyna Majchrzak, Anna Węglarczyk

ŹRÓDŁO

środa, 05 marca 2008
NARKOTYCZNE OBJAWIENIE?

Biblijni Żydzi zmierzający do Ziemi Obiecanej mogli mieć narkotyczne wizje wywołane przez halucynogenną roślinę. Najprawdopodobniej byli pod jej wpływem kiedy Mojżesz wrócił z góry Synaj z tablicami zawierającymi Dziesięć Przykazań - twierdzi profesor Benny Sharon z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. - Błyskawice, światła dźwięk trąb opisane w biblijnej Księdze Wyjścia mogły być częścią wizji, jakie pojawiają się u ludzi o "odmiennych stanach świadomości" - uważa psycholog.

Jego zdaniem właściwości halucynogenne wykazuje roślina, która występuje na pustyni w okolicach góry Synaj. Swoje spostrzeżenia opublikował w brytyjskim magazynie "Time and Mind". Sharon twierdzi, że dwie pustynne rośliny zawierają psychoaktywne cząsteczki podobne tych, jakie występują w wywarze z silnie halucynogennej amazońskiej rośliny Ayahuasca. Shanon przyznał, że około 160 razy miał okazję zażyć taki wywar. - Pod jego wpływem widzi się światło i doświadcza spotkania z ogromną siłą. Niektórzy porównują to z mocą boską - pisze Sharon.

- Biblia próbuje opowiedzieć nam o bardzo głębokim i doniosłym wydarzeniu. Nie powinniśmy martwic się o los Mojżesza, a raczej los nauki - tak rewelacje naukowca skomentował ortodoksyjny rabin Juval Sherlow.

ŹRÓDŁO

wtorek, 04 marca 2008
OFF-TOPIC...

...czyli miejsce, do którego radośnie zapraszam wszystkich, którzy pragną sobie gawędzić o tym albo owym, niekoniecznie duchowym ( i przestrzegają  ZASAD CTUD-u )... :-)

poniedziałek, 17 grudnia 2007
W IMIENIU KRÓLOWEJ ŚWIATŁOŚCI

Pierwszy w Polsce ośrodek pomocy dla osób szukających uwolnienia spod przemocy złego ducha powstaje w Poczerninie pod Szczecinem. Do dyspozycji potrzebujących będzie kapłan egzorcysta oraz świeccy, zaangażowani w posługę uwolnienia.

Ośrodek Pomocy Duchowej ,,Oaza Maryi Królowej Światłości" powstaje na skraju Puszczy Goleniowskiej, 30 km od Szczecina, w gminie Stargard Szczeciński. Pomysłodawcą jest chrystusowiec ks. Andrzej Trojanowski, który przez ostatnich pięć lat był duszpasterzem akademickim w sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa w Szczecinie. Od czterech lat decyzją arcybiskupa jest jednym z dwóch egzorcystów w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej. Każdego tygodnia przyjmuje około 20 osób, które potrzebują pomocy.

- Są wśród nich osoby zniewolone złym duchem, dręczone i nękane. Zdarzają się także rzeczywiste opętania - mówi ks. Trojanowski. - Do tej pory osoby potrzebujące pomocy przyjmowałem w salce na plebanii. Pomoc tym ludziom z doskoku, na zasadzie wizyt lekarskich, okazuje się za mało skuteczna. Zniewolenie duchowe to nie choroba, na którą pomoże tabletka, lecz bardzo złożona rzeczywistość, która wymaga głębokiego zaangażowania.

Od 416 r. n.e. egzorcyzmy mogą odprawiać jedynie księża, którzy uzyskają pozwolenie od biskupa. W Polsce działa obecnie ponad 50 egzorcystów.

W swojej czteroletniej praktyce ks. Trojanowski wielokrotnie spotkał się z przypadkami demonicznego dręczenia, a także rzeczywistego opętania. Przez osoby nimi dotknięte działała szczególna nienawiść wobec wszystkiego, co święte. Niejednokrotnie objawiają one niezwykłe zdolności, jak nadnaturalna siła fizyczna, czy mówienie w nieznanych językach. Do szczecińskiego egzorcysty zgłaszają się także Polacy mieszkający w Niemczech, w których od 30 lat nie ma ani jednego egzorcysty. Zdaniem ks. Trojanowskiego pierwszym zadaniem egzorcysty jest rozróżnienie opętania od choroby psychicznej, a następnie udzielenie stosownej pomocy duchowej. Głównym symptomem opętania jest awersja do sacrum.

- Bez niej nie ma opętania - mówi ks. Trojanowski. - Zewnętrzne objawy mogą przypominać opętanie, lecz najpierw wykluczyć trzeba zaburzenia o charakterze psychicznym. Osoby chore psychicznie niejednokrotnie mówią o swoich duchowych wizjach aniołów i diabłów.

Z ks. Trojanowskim współpracują psychiatrzy. Bywa, że w przypadku wyjątkowo nietypowym dla medycyny, oni sami widzą potrzebę pomocy ze strony egzorcysty. Zdaniem ks. Trojanowskiego zniewolenie demoniczne często jest skutkiem praktykowania różnych form okultyzmu i magii, takich jak ezoteryka, spirytyzm, wróżbiarstwo, medycyna okultystyczna, bioenergoterapia, satanizm, fałszywa mistyka i inne.

- Przed nadzwyczajnymi atakami demona człowieka chronią sakramenty i uporządkowane duchowo życie. Jednak poprzez praktykowanie różnych form magii otwiera się kanał, przez który diabeł może do niego dotrzeć - tłumaczy chrystusowiec. - Ludzie, szukający za wszelką cenę szczęścia, miłości i władzy, uciekają się nieraz do różnych magicznych praktyk. Łudzą się, że to im pomoże. Tymczasem kryje się za tym realna groźba demonicznego zniewolenia.

Ośrodek w Poczerninie będzie prawdopodobnie pierwszym tego typu w Polsce. Ks. Trojanowski nie słyszał, by podobne miejsca działały też w innych krajach. - To nie będzie sanatorium dla osób wymagających przede wszystkim medycznej opieki - mówi. - Chodzi o ośrodek pomocy duchowej, gdzie człowiek znajdzie warunki do dogłębnego uwolnienia i odrodzenia w Bogu.

Ks. Trojanowski planuje zbudować budynek główny z kaplicą, pokojami gościnnymi, jadalnią oraz eremy dla osób potrzebujących wyciszenia. Ma to być oaza spokoju, schronienia i kontaktu z naturą. Osoby pragnące pomocy, będą mogły przebywać w ośrodku jakiś czas. W ubiegłym tygodniu egzorcysta uzyskał zgodę na stworzenie ośrodka od władz kościelnych. Na ukończeniu są prace projektowe i pozwolenia administracyjne. Na stworzenie centrum ks. Trojanowski nie otrzymał żadnych pieniędzy państwowych.

- Ośrodek powstaje dzięki ofiarom i darowiznom - mówi jego założyciel. - Teraz najbardziej potrzebujemy materiałów budowlanych.

Mikołaj Radomski, "Powstaje ośrodek walki z szatanem"

ŹRÓDŁO

Czytaj też: link

niedziela, 02 grudnia 2007
POLONIA RELIGIOSA

Matka Boska stała się dla niego ideałem matki. Nigdy mu nie przerywała, gdy mówił. Słuchała w skupieniu. Jej głowę ozdobił koroną z dwunastu żaróweczek

Pewnego ranka Mariola T., dyplomowana pielęgniarka ze Śląska, oświadczyła bratu, że przemówił do niej Jezus. Kazał zbudować w ogródku kaplicę. Brat odparł całkiem spokojnie: - Mariolu. Ale przecież we wsi już jedna jest. Słowami siostry się nie zdziwił, bo rodzina, u której wcześniej mieszkała, przekazała mu, że Mariola T. słyszy głosy. Wstrząs przeżył dopiero gdy pokazała mu zaświadczenie od psychiatry: "Badana jest zupełnie zdrowa psychicznie. Jest mistyczką, od 1997 r. słyszy głosy Pana Jezusa i Matki Bożej wzywające do modlitwy, postu i pokuty. Posty (życie o chlebie i wodzie), poświęcenie się modlitwie i pokutę najbliżsi potraktowali jako objawy choroby psychicznej i swoje sugestie przekazali lekarzom niedouczonym. (...) Takie objawy miały Katarzyna Emmerich, św. Faustyna Kowalska, Rozalia Celakówna, Wanda Malczewska i o. Pio".

Z zaświadczenia brat Marioli T. dowiedział się jeszcze, że jego siostry nie należy kierować do szpitali psychiatrycznych. Ma ona zakaz przyjmowania leków psychotropowych. Słowa Jezusa, które przez nią przekazuje, trzeba perfekcyjnie wypełniać.

Dokument wystawił lekarz z Lublina, doktor nauk medycznych Wiesław Ł., psychiatra.

Wiesław Ł. w rodzinnej wsi wybudował kościół. Wieś leży nad Wisłą na skraju województwa lubelskiego. Kościół jest mały, to właściwie kaplica z ukośnym dachem, z którego wyrasta wieża. Na jej ściętym szczycie budowniczy umieścił metalowy krzyż. Kaplica pomieści może ze dwie setki wiernych. Byłem w niej latem, gdy przejechało około dwudziestu pielgrzymów. W większości starsi ludzie, z całej Polski. Psychiatra każdego przywitał z osobna. Ucieszyła go też nasza wizyta. - Proszę państwa, dziś są wśród nas dziennikarze - zaprezentował nas pielgrzymom.

Wśród nich był emeryt z Chełma, kiedyś pracownik w fabryce obuwia. Przyjechał już po raz drugi. Odwiedza miejsca objawień. Mocy niebieskiej doświadczył dwukrotnie. Jego matka, osoba bardzo religijna zmarła w łazience w wieku 91 lat. Potem w pomieszczeniu czuć było wyraźny zapach fiołków. W grupie pielgrzymów w Oławie dostrzegł na niebie kręgi świetliste, powietrze wirowało. To go zmieniło - dziś stara się więcej modlić. Jakieś osiem godzin na dobę. Modli się o dobrą śmierć (Apostolstwo Dobrej Śmierci) oraz za misjonarzy. Był też emerytowany hutnik z Kazimierza Dolnego, radiesteta. Potrafi pracować na poziomie mentalnym oceniając jonizację. Rozkłada ręce, wyczuwa energię. Mszę odprawił emerytowany kapłan. Nie pozwolił zrobić sobie zdjęcia, nie chciał się przedstawić. Bo kościół jest prywatny. Kuria Lubelska go nie chce.

Zwolnił 175 żołnierzy

Przed dwudziestu laty doktorowi przyśnił się Jezus. Ogromny, na 30 pięter. Miał do doktora żal. To był początek jego nawrócenia. Wiesław Ł. zrozumiał, jak niewiele znaczy. Wcześniej, przez 35 lat żył bez Boga. Syn ubogiego flisaka, skończył Oficerską Szkołę Polityczną im. Ludwika Waryńskiego w Łodzi. Potem przez pewien czas nawet tam wykładał. Chciał uczyć się dalej. Skończył medycynę, zrobił doktorat. Przez lata pracował w jednostkach w całym kraju. Dosłużył się stopnia podpułkownika. Z wojska został zwolniony dyscyplinarnie. Oficjalnie za brak szacunku do przełożonych, niesubordynację i niewłaściwe pożycie małżeńskie. A według doktora za to, że postępował bezkompromisowo i uczciwie. Przykład: w ciągu dwóch tygodni służby w Lublinie, zwolnił z wojska 175 żołnierzy - ze względów zdrowotnych. Okrzyknięto go sabotażystą. Po wyrzuceniu z armii przez osiem lat nie mógł znaleźć pracy.

U artysty z Nałęczowa Wiesław Ł. zamówił figurę Matki Boskiej, zbrojoną wewnątrz, wykonaną z grysu "Biała Marianna", z cementu i piachu. Na polu rodziców ustawił krzyż, ołtarz i drewniane ławki. Biologiczna matka nie potrafiła okazać doktorowi miłości. Zawsze była szorstka. Gdy przywiózł figurę, zdenerwowała się: - Narobisz kłopotów nam i sobie. Schowaj "to" do stodoły! Tak przynajmniej Wiesław T. pisze we wspomnieniach, które wydał własnym sumptem w książce "Drugie orędzie zbawienia". Rodzice dziś nie żyją.

Matka Boska stała się dla niego ideałem matki. Nigdy mu nie przerywała, gdy mówił. Słuchała w skupieniu. A pewnego czerwcowego dnia cudownie przechylała się w prawo i lewo. Zadaszył ją, a głowę ukochanej ozdobił koroną z dwunastu żaróweczek z transformatorem. Ale rodzice wyłączali wtyczkę i korona nie świeciła się. Bali się rachunków za energię. Ich syn w planach miał już wówczas kościół.

Generał nie ufał bratu

Rodzony brat psychiatry mieszka w Warszawie.

- Ja bym się uspokoił, gdybym się dowiedział, że on leży w trumnie! Rozmawia pan z katolikiem. Niewiele brakowało - z księdzem. Z człowiekiem, który przez lata służył do mszy. Ile razy ja prosiłem Boga zabierz go już. Zabierz! - oświadczył mi.

Lekko uniósł się z krzesła: - A wiem pan, dlaczego ja nie zostałem generałem?! To właśnie przez niego! Gen. Jaruzelski, kolega mi przekazał, powiedział: licho wie, czy mu nie odbije tak jak jego bratu.

Odszedł z wojska w stopniu pułkownika, od prawie 20 lat na emeryturze.

Wiesław Ł. poznał pewną prawdę: gdy Jezus wybierze sobie kogoś jako swoje narzędzie, szatan próbuje pokrzyżować jego plany. By pokrzyżować plany doktora diabeł wybrał jego rodzinę. Żonę, pasierbicę oraz syna. Pomysłu budowy świątyni nie przyjęli z entuzjazmem. Doktor wprowadził regulamin. Przewidywał, że kąpać się i prać można raz w tygodniu w piątek lub sobotę. Powrót do domu najpóźniej o godz. 22 (po tej godzinie nie chciał wpuszczać: - Wracaj do burdelu, z którego przychodzisz!). Wtedy też należało gasić światła. Nie wolno było korzystać z telefonu (zamknięty na klucz) ani z telewizora (pilot schowany). Gości przyjmować, bez zezwolenia również, bo to robienie z domu burdelu.

Wprowadził kary: żona spała na podłodze (bo na przykład odwiedziła w Nowy Rok siostrę, która mieszka w tej samej dzielnicy) albo w łóżku z córką. Wykręcał drzwiczki od pralki automatycznej, aby prała w rękach, wynosił wirówkę do piwnicy, chował sztućce, garnki, wrzucał do zupy nieposprzątane włosy z sitka w łazience. W pokoju syna odciął żaluzje, bo tylko szatan siedzi po ciemku.

W dużym pokoju poustawiał figurki świętych. Powiesił obrazy religijne i krzyże przyozdobione sztucznymi kwiatami. W przedpokoju zainstalował chrzcielnicę. Półgłosem wygłaszał egzorcyzmy i kropił rodzinę wodą święconą. To, że diabeł działa w rodzinie doktora, dostrzegli też dwaj jego znajomi pielgrzymi. Podczas wizyty w domu psychiatry, zauważyli diabła w plakacie zespołu młodzieżowego, który syn powiesił w pokoju. Doktor plakat polecił niezwłocznie zerwać. Chodził obwieszony różańcami i medalikami. Żona usłyszała raz, jak opowiadał przez telefon któremuś z braci pielgrzymów, że Dzieciątko Jezus nakazało mu "tak trzymać" z rodziną. Bo w żonie i dzieciach mieszka szatan. Czekał na stygmaty, które obiecały mu Władze Niebieskie i żarliwie się modlił.

Zdiagnozował swoją rodzinę

To wszystko wiemy z akt sprawy. Była żona Wiesława Ł. nie jest w stanie o tym rozmawiać. Najczęściej obrywała, gdy próbowała bronić dzieci. Walił z łokcia, ręką, bił pasem wojskowym lub psią smyczą z czterech warstw skóry z kolczatką. Podbił pasierbicy oko, a gdy żona stanęła w jej obronie, popchnął ją tak, że złamał jej rękę. Innym razem syn, który miał wtedy 10 lat, narwał matce kwiatków. - Na pewno ukradłeś! - krzyknął doktor i zamachnął się. Matka starała się osłonić dziecko. Poleciała na kaloryfer. Złamała sobie trzy żebra. Mąż lekarzowi z karetki pogotowia przedstawił się jako doktor nauk medycznych psychiatra i oświadczył, że żonie nic nie jest. Karetka odjechała.

Zdiagnozował też własną rodzinę. Żonie wypisał skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Przez lata żyła w przekonaniu, że jak podskoczy, to tam wyląduje. Chorobę psychiczną wykrył u córki i syna. Gdy chłopiec był w pierwszej klasie podstawówki, nauczycielki doniosły matce, że siedzi na lekcjach otępiały. W domu synek pokazał jej opakowania po psychotropach: relanium, imipramina i hydroxizinum. Ojciec kazał mu je brać. - Tylko nikomu o tym nie mów, bo nie kupię ci żadnej zabawki - zagroził.

Zarzuty o znęcanie się nad rodziną, które Wiesławowi Ł. postawiła policja, objęły piętnaście lat. Nie przyznał się do winy. To żona znęcała się nad nim - oświadczył. Nastawiała przeciwko mu dzieci, była wulgarna, mściwa, udzielała korepetycji i nie płaciła za to podatków. A poza tym to osoba chora psychicznie, co on - doktor, zdiagnozował. Ma cyklofrenię lub psychozę maniakalno-depresyjną. Przyznaje się do zaburzeń smakowych. Kazała mu spróbować zupę, bo nie czuje smaku. Chciał, by umieszczono ją na obserwacji, podobnie jak syna i córkę. Wiesław Ł. wierzył, że padł ofiarą spisku żydowsko-masońskiego. Żona ma w tym udział. Arcybiskup Józef Życiński również oraz inni biskupi wiadomego pochodzenia. Wiesław Ł. zorientował się, że szatan opętał też prokurator prowadzącą sprawę. Sąd skierował go na obserwację psychiatryczną. Biegli orzekli, że jest chory. Kiedy wyszedł ze szpitala, wyprowadził się od rodziny.

Sąd umorzył sprawę. Od dwóch lekarzy psychiatrów Wiesław Ł. otrzymał zaświadczenia, które, jak podkreśla, dowodzą, że jest zdrowy. Pokazał mi je.

Osoby zagubione

Sześć lat później Mariola T., dyplomowana pielęgniarka ze Śląska, oświadczyła bratu, że przemówił do niej Jezus. Kazał zbudować w ogródku kaplicę. Pielęgniarka już wcześniej leki przyjmowała bardzo niechętnie. Jako pacjentka była w kilku szpitalach psychiatrycznych. Lekarze nie mieli wątpliwości: schizofrenia paranoidalna. Do Wiesława Ł. skierowali ją pielgrzymi w Oławie. Zaświadczenie, że jest mistyczką, rzuciła na stół lekarzowi, który ją leczył w poradni i wyszła. Po jakimś czasie jej stan się pogorszył na tyle, że siłą umieszczono ją w szpitalu.

Przed wakacjami Okręgowa Rada Lekarska w Lublinie ograniczyła doktorowi prawo do wykonywania zawodu. Z powodu zaświadczenia dla Marioli T. Wiesław Ł. wystawiał takich zaświadczeń znacznie więcej: dla nieuznawanego przez kościół wizjonera z Oławy Kazimierza Domańskiego, dla wizjonerek z Piotrkowa i Łazisk Górnych koło Katowic oraz dla Haliny K. z Ukrainy, która twierdziła, że lekarze w jej kraju chcieli ją otruć.

Po ostatniej mszy w kościele psychiatry, w archidiecezjalnym radiu metropolita lubelski Józef Życiński zaapelował do wiernych, by nie dali się naciągać na pseudonabożeństwa organizowane przez "zagubione życiowo osoby". Wiesław Ł. martwi się, co stanie się z kościołem, gdy on odejdzie (jest schorowany). Swoją świątynię zapisał księdzu z sąsiedniej diecezji. Nazwiska doktor na razie woli nie podawać. Wkrótce po tym, gdy wybudował swój kościół, z drugiej strony wsi powstała kaplica. Poświęcił ją arcybiskup. Więc wieś woli chodzić tam. Na działce rodziców doktor postawił dzwonnicę. Zainstalowane ma elektroniczne dzwony z 99 melodiami. Grają przez cały dzień. 6 rano - "Kiedy ranne wstają zorze", o 22 "Panience na dobranoc". Sąsiadom, zmęczonym pieśnią liturgiczną, doktor cierpliwie wyjaśnia, że od 6 do 22 może zaprosić do siebie nawet kilka orkiestr dętych, jeśli tylko ma życzenie. Sąsiedzi kapitulują. Robiąc w polu, według pieśni orientują się czasowo.

Sołtys uważa, że z czasem ludzie ze wsi, którzy na razie doktora nie traktują poważnie, jeszcze będą się modlić w kościele, który postawił: - Tylko najważniejsze, żeby on się z biskupami pogodził. Ja na przykład mam do jego kaplicy pięćset metrów, a do tej kaplicy, którą proboszcz wybudował, dwa kilometry. Więc wygodnie byłoby mi iść do tej pierwszej.

Dane pacjentów doktora zostały zmienione.
.
Paweł P. Reszka
Historia pewnego koscioła
środa, 25 kwietnia 2007
LIGA BRONI, LIGA RADZI, LIGA NIGDY CIĘ NIE ZDRADZI, NIE TAK, JAK ON...

Czy Judosz uraża uczucia religijne?

Działacze beskidzkiej LPR żądają, by mieszkańcy Skoczowa przestali w Wielki Piątek wodzić Judosza. - Ten okultystyczny zwyczaj godzi w wartości chrześcijańskie - mówią

Wodzenie Judosza - obyczaj wyganiania zła - ma na Podbeskidziu kilkusetletnią tradycję. Mężczyzna w słomianym kostiumie i ze srebrnikami na szyi chodzi po ulicach Skoczowa w Wielki Piątek i Wielką Sobotę. Za nim biegną dzieci z kołatkami i krzyczą "kle, kle, kle". Na końcu słomiane szaty Judosza zostają spalone.

Kilka dni temu przeciwko zwyczajowi zaprotestowali działacze beskidzkiej LPR. Maria Nowak, przewodnicząca miejscowego koła partii, i związany z Ligą Tadeusz Malejka zapowiadają, że jeśli impreza odbędzie się w przyszłym roku, oddadzą sprawę do sądu. LPR będzie chciała udowodnić, że wodzenie Judosza uraża uczucia religijne partii i wielu osób.

- To okultystyczny zwyczaj, godzi w wartości chrześcijańskie. Nie przystoi, żeby w Wielki Piątek, kiedy Chrystus umierał za nasze grzechy na krzyżu, zamiast uszanować powagę tego szczególnego dnia, urządzano w mieście hałaśliwą imprezę rodem z Rio de Janeiro - tłumaczy Malejka. Dodaje, że w trakcie tego obrzędu piętnuje się Judasza. Tymczasem jeśli już ktoś może go osądzić, to tylko Bóg.

Burmistrz Skoczowa Janina Żagan: - Nie ja wymyśliłam ten obyczaj, nie ja wydaję pozwolenia na kultywowanie lokalnych tradycji. Nawet nie mam pojęcia, w jaki sposób mogłabym Judosza zdelegalizować. No i po co?

Szef Towarzystwa Miłośników Skoczowa Robert Orawski zapewnia, że nigdy wcześniej nie było podobnych protestów. - Wszędzie się mówi, jak ważne jest pielęgnowanie lokalnych obyczajów. Wodzenie Judosza nie ma żadnego tajemniczego podtekstu - mówi. - Do głowy by nam nie przyszło, że ktoś może nas podejrzewać o rozważanie winy Judasza czy uprawianie okultyzmu.

Protestami zdumiony jest ksiądz Karol Mozor, proboszcz parafii pw. św. Jana Nepomucena w Pogwizdowie, który wcześniej przez kilkanaście lat pracował w Skoczowie. - Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek ktoś miał jakieś zastrzeżenia do tego zwyczaju. To przecież tylko lokalna tradycja! - uważa ks. Mozor.

Ewa Furtak, Katowice

ŹRÓDŁO

środa, 18 kwietnia 2007
W NICH NASZE ZBAWIENIE

 Rzecznik Praw Dziecka o masońskich atakach na abp. Wielgusa

 jg 2007-04-17, ostatnia aktualizacja 2007-04-18 00:15:58.0 (  ŹRÓDŁO )

  Laicko-masońskie środki masowego przekazu nie byłyby w stanie sterować taką znakomitą osobistością, dlatego przypuściły bezprecedensowy atak godzący w dobre imię Arcybiskupa Stanisława Wielgusa - napisała do papieża Benedykta XVI Ewa Sowińska, Rzecznik Praw Dziecka. - To emocjonalne i osobiste wystąpienie - tłumaczy Wiesława Lipińska z biura Rzecznika.

List, wysłany na firmowym papierze biura Rzecznika Praw Dziecka, pokazali w telewizji TVN dziennikarze programu "Teraz my".

Polska stała się celem ataków liberalno-masońskich

Ewa Sowińska pisze w nim: "laicko-masońskie środki masowego przekazu nie byłyby w stanie sterować taką znakomitą osobistością, dlatego przypuściły bezprecedensowy atak godzący w dobre imię Arcybiskupa Stanisława Wielgusa.

Wierny Bogu lud Polski nie widzi godniejszej osoby na stanowisku Metropolity Warszawskiego poza Arcybiskupem Stanisławem Wielgusem, a jeśli w Jego życiu zaistniała chwila słabości - wybacza bezwzględnie.

Niestety w Polsce przeciw woli większości duchowieństwa i przeciw woli ludu Bożego, wygrała antyklerykalna telewizja, która przepełniona jest agentami dawnego sytemu opływającymi we wszystkie dostatki, autentycznie szkodzi społeczeństwu polskiemu i Kościołowi polskiemu.

Opór społeczny w Polsce nigdy nie jest i nie będzie wymierzony przeciwko umiłowanemu Jego Świątobliwości Ojcu Świętemu. Jest sprzeciwem wobec niespotykanie agresywnych prób sterowania przez bezbożną telewizję Kościołem polskim i ludem Bożym.

Dzisiaj 7 stycznia 2007 roku w Archidiecezji Warszawskiej w intencji Księdza Arcybiskupa Stanisława Wielgusa oddałam w modlitwie Bogu swoje życie do pełnej dyspozycji i z pełnym zaufaniem.

(...) proszę pokornie o decyzję pozytywną dla Arcybiskupa Stanisława, ale także dla katolickiej Polski, która stała się celem ataków liberalno-masońskich.

Ojcze Święty ratuj nas!"

Wierzejski: Nie podpisałbym się pod takim listem

- To emocjonalne i osobiste wystąpienie Rzecznika Praw Dziecka w obronie biskupa Wielgusa, który jest związany z młodzieżą. Rzecznik zna go jako wieloletniego duszpasterza i wychowawcę młodzieży - tłumaczyła w TVN Wiesława Lipińska z biura Rzecznika.

Obecna w studio posłanka SLD Izabela Jaruga-Nowacka uważa, że to objaw tego, że Polska coraz bardziej staje się państwem wyznaniowym. - Symbioza tronu z ołtarzem jest coraz silniejsza - mówiła.

Drugi z gości, poseł LPR Wojciech Wierzejski powiedział, że nie podpisałby się pod takim listem, zwłaszcza wysłanym na firmowym papierze. Uważa jednak, że abp oskarżony o współpracę z SB nie miał okazji się oczyścić. - O tyle też rozumiem panią Sowińską, że była prowadzona swoista nagonka na arcybiskupa. Emocja sięgały wówczas zenitu, w sprawę zaangażowały się najwyższe autorytety państwa - mówił Wierzejski.

 Wierzejski: Trzeba zakazać satanizmu

 Dominik Uhlig 2007-04-18, ostatnia aktualizacja 2007-04-18 08:34:48.0 ( ŹRÓDŁO )

- Nie można propagować faszyzmu, komunizmu, a sataniści mogą robić, co chcą. To luka prawna, którą trzeba zmienić - zapowiada poseł Wojciech Wierzejski (LPR).


Posłowi chodzi o uzupełnienie o satanizm art. 256 kodeksu karnego, który zakazuje propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa. O swoim pomyśle Wierzejski opowiadał wczoraj dziennikarzom TV Trwam. - To na razie luźna deklaracja. Ale na pewno LPR tego nie zostawi, w najbliższym czasie podejmiemy inicjatywę na rzecz zmiany kodeksu karnego - tłumaczył "Gazecie".

Za publiczne propagowanie faszyzmu albo totalitaryzmu i za "nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość" grozi do dwóch lat więzienia.

- Sataniści przecież zwierzęta zabijają, dzieci rozpijają, narkotyki podają. I tylko za to można ich skazywać jak Ala Capone, nie bezpośrednio za satanizm - przekonuje Wierzejski. - Wprost powinno być zapisane, że karzemy jakieś akcenty satanistyczne, wzywanie do nienawiści.

Jak ktoś sobie namaluje pentagram na plecaku, to będzie odpowiadał?

- Pentagram niekoniecznie musi oznaczać satanizm - odpowiada Wierzejski. - To musi być wyraźne łamanie prawa, coś takiego, co jest analogiczne do propagowania nazizmu czy komunizmu. Wzywanie do nienawiści: zabić tego, zabić tamtego, złożyć ofiarę. Napis "zabij księdza" czy jakiś satanistyczny transparent - i np. gdy ktoś gdzieś zgwałci zakonnicę. We wszystkich sprawach sąd jest uznaniowy. O każdej sprawie zdecyduje kontekst. Usiądziemy nad tym, to kwestia paru tygodni - mówi poseł.

środa, 11 kwietnia 2007
PANI TRĄBALSKA

 Sejm będzie miał świętą patronkę

asz 

 Polski parlament, jako pierwszy w Europie, będzie miał świętą patronkę - informuje ''Polityka''. Nad naszymi posłami czuwać ma Matka Boża Trybunalska.

O przyznanie patronki poprosił papieża marszałek Sejmu Marek Jurek. Benedykt XVI przystał na tę prośbę. Oficjalny dekret zostanie ogłoszony 26 maja - pisze tygodnik. Już niedługo w budynku Sejmu pojawi się kopia obrazu z podobizną Matki Bożej Trybunalskiej.

Oryginał znajduje się u jezuitów w Piotrkowie, którzy będą modlić się o rozsądek i mądrość naszych parlamentarzystów. - Moc modlitwy jest ogromna - powiedział ''Polityce'' o. Andrzej Lemiesz, kustosz sanktuarium w Piotrkowie.

- Czymże Matka Boska Trybunalska zawiniła marszałkowi Jurkowi, że wybrał ją do patronowania tak niepopularnej instytucji? - skomentował Piotr Gadzinowski z SLD.

.

ŹRÓDŁO

niedziela, 25 lutego 2007
NEW AGE III RZESZY

   Niektórzy twierdzą, że każdy sposób jest dobry, żeby usprawiedliwić ludobójstwo i grabież. Dla jednych była to ideologia lub religia, dla innych - magia.
     Historia zna wiele przypadków przemocy stosowanej "w imię Boga". Średniowieczne rzezie, wyprawy krzyżowe, stosy Świętej Inkwizycji. W połowie XX wieku historia poznała, jak unicestwia się ludzi w imię magicznych symboli, okultyzmu i tajemnych praktyk. Hitlerowcy sięgnęli po najbardziej mroczne i niezwykłe wierzenia.

     Autor książki "Hitler i nazizm magiczny" A. Allaud przedstawił w 1989 r. hipotezę, według której zjawisko hitleryzmu należy tłumaczyć głębokim wpływem doktryny ezoterycznej, a nie szaleństwem Hitlera. Zbrodniom niemieckich nazistów winna była magia, a nie żądza władzy i rozliczne kompleksy Führera, narkotyczne wizje Goeringa czy bezwzględne okrucieństwo Himmlera. Do wszystkiego, co robili naziści, trzeba było dorobić mistyczną otoczkę. Jak stwierdził niegdyś Tomasz Mann, pod każdą postawą duchową kryje się postawa polityczna.

Narzędzia alchemika

     Na procesie przywódców nazistowskich w Norymberdze w 1946 roku Alfred Rosenberg, czołowy ideolog hitlerowski, zeznawał: Thule? Ależ wszystko wyszło stamtąd! Tajne pouczenie, któreśmy mogli stamtąd zaczerpnąć, pomogło nam więcej w dojściu do władzy niż dywizje SA i SS. Ludzie, którzy założyli to stowarzyszenie, byli prawdziwymi magami.
Jak twierdzi G. Galii, jeden z autorów, którzy pochylili się nad problemem magicznego nazizmu, było tam wszystko - snobizm kierowniczych klas europejskich oddanych kultom ezoterycznym (tajemnym), obecność służb tajnych i potężnych lobby finansowych, gnoza rasistowska, łajdacy i... magowie okultystyczni.
     Religii stworzonej na potrzeby polityki towarzyszyła cała gama symboli i obrzędów od osławionej swastyki po rytualne spotkania "nadludzi" w tajnych kręgach. Himmler zorganizował takie miejsce kultu w zamku Wewelsburg, w którym odprawiano rytuały przy okrągłym stole. Gromadził się przy nim zamknięty krąg magicznej dwunastki "rycerzy" oddających się mistycznym medytacjom. Korzenie "magicznej religii" tkwiły też w mitologii germańskiej. Bóg Thor, bogini Freya i inne postacie owej mitologii sławiono na obrazach, w filmach, sztukach teatralnych i w licznych wydawnictwach. Do tego dodano astrologię. Jej głównym wyznawcą był sam Adolf Hitler. Wśród szerokiego grona astrologicznych doradców Führera najważniejsza była Elisabeth Ebertin. Znaczącą rolę odegrał również Karl Ernst Krafft, który ponoć przewidział zamach na wodza III Rzeszy 8 listopada 1939 r. Hitlerowi udało się "cudem ujść z życiem".
Informacja o nieomylnej trafności przepowiedni astrologa dotarła do Hitlera post factum, ale uczyniła Kraffta głównym ekspertem wodza do spraw astrologii. Podjął się również interpretacji przepowiedni Nostradamusa, które później zostały wykorzystane przez Hitlera w kampanii propagandowej. Tak magia wkradła się do polityki.

Tajne stowarzyszenie

     W 1918 r. powstało w Niemczech Stowarzyszenie Thule, które przyjęło za symbol swastykę. Wśród tysiąca pięciuset członków Thule znajdowali się m.in. Hitler, Hess, Himmler, Rosenberg, Frank, Bormann - przywódcy reżimu nazistowskiego.
     Członkowie Thule założyli w 1919 roku partię, która rok później stała się narzędziem Hitlera. Wielki wpływ na dostojników III Rzeszy mieli okultyści, a wśród nich Dietrich Eckart i Guido von List.
Herman Goering, uzależniony od morfiny marszałek III Rzeszy, w swojej ziemskiej posiadłości Karinhall próbował odtworzyć świetność pałaców starożytnego Rzymu. Rudolf Hess pod wpływem kabały postawionej przez astrologa, któremu ufał bardziej niż swoim przyjaciołom z NSDAP, udał się w desperacką podróż uprowadzonym samolotem Me-110 do Anglii, by podjąć pertraktacje z Brytyjczykami. Był przekonany, że uda się osiągnąć sojusz III Rzeszy z Wielką Brytanią. Taki krok podpowiedział mu nadworny wróżbita. Dopiero po kilkudziesięciu latach wywiad brytyjski przyznał, że "mag" był jego agentem.
     Po nieudanej misji Hessa nastąpiła seria aresztowań wśród "mistyków". 
    W "The Labyrinth" - wspomnieniach Waltera Schellenberga, oficera niemieckiego wywiadu i najbliższego adiutanta Himmlera - czytamy, że: zdumiewające jest, jak Hess z całkowitym przekonaniem fanatyka i szaleńca wierzył w stare przepowiednie i niezwykłe objawienia. Potrafił recytować urywki z ksiąg przepowiedni Nostradamusa i innych, których nie pamiętam. Poza tym wierzył w stare horoskopy dotyczące jego samego, a także losów jego rodziny i Niemiec.

Duchy wojowników

      Heinrich Himmler byt nekromantą. Niejednokrotnie przy podejmowaniu decyzji radził się duchów zmarłych niemieckich szlachciców. Sam uważał się za wcielenie średniowiecznego króla Henryka Ptasznika, który miał kierować jego postępowaniem. W swoim zamku w Wewelsburgu próbował odtworzyć ołtarz świętego Graala. Powołał krąg medytacyjny skupiony wokół okrągłego stołu. Stworzył armię mnichów wojowników i organizację zajmującą się tropieniem relikwii chrześcijańskich i pogańskich. W tym samym czasie w północnych Niemczech, w Polsce i w innych krajach Europy Wschodniej planowano już budowę fabryk śmierci. Kiedy Günter Grass maszerował ze swoim blaszanym bębenkiem po ulicach Gdańska, gotowe były listy proskrypcyjne Polaków, których należy unicestwić w obozie koncentracyjnym Stutthof.   W wielu innych miejscach kaźni: na Śląsku, na Lubelszczyźnie i pod Warszawą także szykowano się do totalnej zagłady. Nie było tam magii...
     - Byłem kiedyś z kamerą w krematorium w Sztutowie - mówi Jarek, dziennikarz TVN. - Smród spalonych ciał unosi się tam do dzisiaj. Zginęło ponad 100 tys. ludzi. Czy gdyby matka Himmlera (był często gościem KL Stutthof) albo rodzice Eriki Steinbach (mieszkała w latach 40. XX w. w pobliskiej Redzie) zginęli na szubienicy lub na Umschlagplatz w Warszawie, dalej wierzyliby w magię niemieckich mnichów, wojowników?

Na tropie demonów

     Jedna z tajnych organizacji - Ahnenerbe (Dziedzictwo Przodków) - poszukiwała takich przedmiotów jak święty Graal, Arka Przymierza czy całun turyński. Przy umieszczonym na zamku Himmlera dębowym stole mogło zasiąść dwunastu "rycerzy". Na każdym z miejsc wyryto w srebrze imię rycerza SS. Jak podają autorzy "The Messianic Legacy" (Michael Baigent, Richard Leigh, Henry Lincoln), Himmler zachęcał esesmanów do płodzenia dzieci na płytach nagrobnych, przekonany, że w ten sposób duchy zmarłych pokierują w przyszłości dziećmi esesmanów. Hitler pod wpływem D. Eckarta uwierzył w tajemny spisek żydowski. Wspólnie wydali broszurę, która w języku angielskim nosiła tytuł: "Bolshevism from Moses to Lenin" ("Bolszewizm od Mojżesza do Lenina"). Ludobójstwo Żydów miało charakter ofiary rytualnej, jakiej domagała się wyznawana przez Hitlera doktryna ezoteryczna. Według Hermanna Rauscheninga, wysokiego urzędnika hitlerowskiego, przez pewien czas Hitler wierzył, że kontaktuje się z demonami. Lekarz Hitlera Ernst Schenck mówił o nim jako o żywym trupie, umarłej duszy ("American Medical News", 11 października 1985). Tymczasem tysiące Żydów, Polaków, Rosjan i przedstawicieli innych nacji ginęły w krematoriach i na ulicach swoich miast. Nie było w tym żadnej magii ani wpływu sił nadprzyrodzonych, tylko zwykła idea eksterminacji.

Tomasz Zając,  Magia nazizmu

ŹRÓDŁO

czwartek, 25 stycznia 2007
OTO BARANEK BOŻY

Tom Cruise Chrystusem!

Tego już chyba zbyt wiele. Tom Cruise został obwołany przez przywódców Kościoła Scjentologicznego... Chrystusem!

Aktor, który jest gorliwym wyznawcą tego dziwacznego kultu science-fiction, określany jest przez szeregowych scjentologów jako "wybraniec", który rozniesie po świecie "dobrą nowinę".

Wysoko postawiony scjentolog, David Miscavige, jest przekonany, że w ciągu kilku następnych lat 44-letni Cruise będzie czczony jak Jezus na całym świecie i stanie się prorokiem ich religii.

Tom jest uważany za odpowiednik Chrystusa w scjentologii - mówi znajomy aktora gazecie The Sun. I tak jak Chrystus, jest on krytykowany za swoje poglądy. Ale przyszłe pokolenia zdadzą sobie sprawę, że miał racje, dokładnie tak jak Jezus.

Cruise, który jest najsłynniejszym scjentologiem, przyłączył się do tej dziwnej sekty w połowie lat 80-tych, a teraz również jego żona, Katie Holmes, przyjęła jego wiarę.

Założyciel tej religii, amerykański pisarz L. Ron Hubbard, twierdził, że istoty pozaziemskie zostały zesłane na Ziemię przez swojego przywódcę Xenu, który później wysadził wszystkich kosmitów bomba atomową umieszczoną w wulkanie. Można wprawdzie powiedzieć, że Jezus też zaczynał niepozornie. Ale Tom Cruise już chyba dawno przestał być śmieszny.

ŹRÓDŁO

piątek, 19 stycznia 2007
CUDA! CUDA!

Święto Niepokalanego Poczęcia na byłych terenach Kazimierza Domańskiego

Marian Maciejewski

- Ledwo kuria przejęła kościół Domańskiego, a już zanikła cudowna woda - narzeka kilkoro pań po czwartkowej porannej mszy świętej na uroczystość Niepokalanego Poczęcia.

Jedna z oławianek przekonuje mnie o cudownych właściwościach tej wody: - Bo Matka Boża pobłogosławiła ją do głębokości dwustu metrów, sama powiedziała to Domańskiemu. Niedługo Polaków nie będzie stać na leki, napiją się tej wody i będą zdrowi.

Kościół stanął na ogródkach działkowych, w miejscu, gdzie - jak twierdził Domański - objawiła mu się Matka Boska. Kilka lat temu kardynał Henryk Gulbinowicz środowisko związane z Kazimierzem Domańskim uznał za sektę i nałożył na nie karę interdyktu (nie mogli przyjmować sakramentów świętych). Kara wygasła po śmierci "wizjonera". Miesiąc temu wdowa po nim przekazała kurii zbudowane przez męża obiekty. Powstaje tam parafia pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Królowej.

Na wczorajsze uroczystości przyszli jednak nie tylko parafianie, ale również "wyznawcy" Domańskiego, m.in. z Warszawy, Łodzi, Torunia, Krakowa, Poznania, Katowic. Było ich tak wielu, że oprócz planowanych dwóch mszy księża odprawili w nabitym po brzegi kościele dwie dodatkowe.

Nie wszyscy wierni byli usatysfakcjonowani. - Ksiądz stał tyłem do starego ołtarza. A przecież Matka Boża powiedziała do Domańskiego: "Do mnie i do mojego syna twarzą stać będziecie" - krytykuje jedna z pań pod świątynią.

Jan Adamiec, mieszkający pod Warszawą, przyjeżdża do Oławy od lat. Jest przekonany, że to Matka Boża przemawiała przez Domańskiego: - W 1996 r. widziałem, jak w kapliczce miał ekstazę. Świecili mu w oczy żarówką 500-watową, a on ani drgnął. A kiedy indziej słyszeliśmy szmer, jakby ktoś szedł. Wszyscy mówili, że to środkiem kapliczki Matka Boska szła.

Przed wejściem do kościoła jakaś kobieta pokazuje grupie osób zdjęcie stojącego na placu krzyża z ukrzyżowanym Chrystusem: - Ileż tu znaków! U góry ta plama to twarz Chrystusa. Tu pod pachą Matka Boża z dzieciątkiem, na piersi ta jaśniejsza plamka to hostia, tu niżej chusta Weroniki (plama pozioma), a jeszcze niżej obraz Matki Bożej - wskazuje na sęk.

Proboszcz Robert Jasik wie, że czeka go trudne zadanie. Ale jest optymistą. Wczoraj przekonywał wiernych, że Niepokalane Poczęcie jest świętem radosnym.

Okazało się też, że źródło nie wyschło. Wystarczyło tylko wlać trochę wody do pompy, aby zassała.

ZA: GAZETA WYBORCZA

czwartek, 21 grudnia 2006
KRÓLESTWO NIEBIESKIE?

Król Jezus Pierwszy

Matka Boska królową Polski, a jej syn królem. Ponadpartyjne porozumienie lansuje Jezusa Chrystusa na stanowisko króla Polski. On sam milczy.

Rafał Madajczak, Pardon

Jezus powinien zostać królem Polski


Czy Sejm ogłosi Jezusa królem Polski? Chce tego grupa 46 posłów z PiS, LPR i PSL, którzy podpisali się pod projektem uchwały w tej sprawie. Dokument trafił właśnie na biurko marszałka Sejmu Marka Jurka
kraj_a_4-1.F.jpg

Sygnatariusze dokumentu, do którego dotarła "Rz", nie chcą się z nim afiszować. Mimo że projekt od kilku tygodni był gotowy, trzymali go w tajemnicy. Po ujawnieniu afer z neonazistami w LPR i molestowania w Samoobronie nie było politycznego klimatu do rozpoczęcia rozmów o Bogu.

- Boimy się, że podczas sejmowej dyskusji nad uchwałą zostaną splugawione największe świętości - mówi wprost jeden z inicjatorów uchwały Artur Górski z PiS.

Jednak tuż przed świętami posłowie nabrali odwagi. Liczą, że krytykę opozycji złagodzi bożonarodzeniowy nastrój. - Może podejdą do sprawy jak chrześcijanie, a nie tylko jak politycy? - mówią o opozycji politycy PiS.

Przekonują, że za nadaniem Chrystusowi tytułu Jezus Król Polski przemawiają argumenty historyczne i teologiczne. Wyliczają: chrzest Polski, katolicka tradycja kraju i narodu. Przypominają, że w tym roku minęła 350. rocznica tzw. ślubów Jana Kazimierza (król w podzięce za ocalenie Częstochowy przed potopem szwedzkim ogłosiłMaryję Królową Korony Polskiej - red.).

Podpierają się też autorytetem Jana Pawła II i Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego. "Ojciec Święty był świadom, że Polska może uratować Europę od topieli niewiary i niemoralności" - czytamy w dokumencie.

Szef sejmowej komisji śledczej Artur Zawisza z PiS podpisał się pod projektem, bo widzi udane precedensy w historii "budowania społeczności ludzkiej w oparciu o fundament nadprzyrodzony". - Takie oczekiwanie jest w dużej części społeczeństwa. Pytanie, czywystarczająco dużej - zastanawia się poseł.

Lobbing parlamentarny

Pomysłodawcy koronacji to posłowie Halina Murias z LPR i Artur Górski z PiS. Od kilku miesięcy lobbują w Sejmie za uchwałą. Oprócz głosów 46 sygnatariuszy mogą liczyć na grupę sympatyków w PO. Co prawda akceptacji projektu nie wyrazili na piśmie, ale są skłonni go poprzeć po uzyskaniu pozytywnej opinii episkopatu. - Sama inicjatywa wyszła od Górskiego, który tuż przed wizytą papieża Benedykta XVI w Polsce wygłosił z trybuny sejmowej płomienne oświadczenie w sprawie intronizacji. - Apel zrobił furorę wśród parlamentarzystów. Moje wystąpienie odtwarzano na spotkaniu, na które byłem zaproszony. Przy okazji dowiedziałem się, że w intencji intronizacji inni posłowie modlą się w kaplicy sejmowej - zdradza poseł. To jemu powierzono reprezentowanie projektu w pracach sejmowych. Treść już konsultowano z księżmi.

Opozycja jest sceptyczna

Projekt uchwały będzie przedstawiony do zaopiniowania Konferencji Episkopatu Polski. - Nastąpi to niezwłocznie - deklaruje marszałek Marek Jurek. Zastrzega jednak, że jeszcze go nie widział. - To sprawa delikatna, dlatego bez lektury projektu i opinii episkopatu sam nie chciałbym jej komentować.

Abp Marian Gołębiewski, przewodniczący działającego przy episkopacie zespołu ds. społecznych aspektów intronizacji Chrystusa Króla, o inicjatywie poselskiej dowiedział się od "Rz". Popiera pomysł, ale podchodzi do niego nieufnie. - O tym, że w tej sprawie jest ruch w narodzie, to wiem, bo dużo listów dostaję. Ale o tym, że posłowie opracowali projekt, dowiaduję się od pani. To bardziej dziedzina Kościoła niż poselska.

Opozycja nie szczędzi pomysłowi słów krytyki. Przewodniczący SLD Wojciech Olejniczak mówi, że taka uchwała jest próbą wprowadzenia państwa wyznaniowego.

ALEKSANDRA PAULSKA "Rzeczpospolita"
sobota, 09 grudnia 2006
CIEKAWOSTKA...

Polski student w szponach chrześcijańskich fanatyków

Adaptacja wywiadu, Magdalena Blender, Der Spiegel
2006-12-07, ostatnia aktualizacja 2006-12-07 12:13

Kiedy 19-letni Michał Gromek przyjechał z Polski do Stanów Zjednoczonych w ramach wymiany studentów, znalazł się w pułapce. Jego gospodarze okazali się być rodziną chrześcijańskich fanatyków. Tak zaczęło się sześciomiesięczne piekło wizyt w kościele o wschodzie słońca, pogadanek o seksie i tym podobnych atrakcji - wszystko po to, by wypędzić diabła z jego duszy. A oto jego historia

Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedy wysiądę z samolotu w Greensboro w stanie Karolina Północna, zostanę przywitany Biblią i słowami: "Dziecko, sam Bóg posłał cię przez pół świata, abyś przybył do nas". Wtedy natychmiast zapragnąłem odwrócić się i uciec z powrotem do samolotu.

Gdy tylko dotarliśmy do domu w Winston-Salem, gdzie miałem spędzić najbliższy rok, zaczęło dziać się bardzo źle. W poniedziałki, na przykład, moja tymczasowa rodzina obowiązkowo zbierała się wokół stołu w kuchni, żeby rozmawiać o seksie. Gospodarze nie uprawiali go od 17 lat, ponieważ, jak mi powiedzieli, całe swoje życie poświęcali Bogu. Chcieli również wiedzieć czy pijam alkohol. Kiedy odpowiedziałem, że owszem, lubię piwo i wino, uznali, że jestem opętany przez diabła.

Traktowali mnie jak pięciolatka - dawali mi na przykład lizaki! W każdą niedzielę budzili mnie o 6.15 rano wołając: "Michael, wstawaj, czas do kościoła!" Nienawidziłem tych słów. Gdy pewnego poranka nie chciałem pójść, bo prawie nie spałem w nocy, nie pozwolili mi nawet wypić kawy.

Kiedyś rozmawiałem z nimi o mojej matce - moi rodzice żyją w separacji. Byli przerażeni. Krzyczeli, że moja mama jest tak samo opętana przez szatana jak ja, i że postąpiła wbrew woli Boga, który chciał, aby została przy mężu.

Wola boska

Skoro już jesteśmy przy temacie woli bożej, ci fanatycy w końcu poruszyli sprawę, o której z całą pewnością myśleli już od dawna. Otóż chcieli, żebym pomógł im założyć w Polsce kościół Baptystów Fundamentalistów. Mówili, że tego właśnie pragnie Bóg. Próbowali przemycić temat ukradkiem w codziennych niezobowiązujących rozmowach, ale i tak przeżyłem szok. Zrozumiałem, że był to jedyny powód, dla którego udzielili mi gościny. Jak się okazało, już zaczęli prace budowlane w Krakowie. Miałem im pomóc w tłumaczeniach i w krzewieniu ich wiary poprzez media.

Było dla mnie oczywiste, że tego nie zrobię. Moi gospodarze wyglądali na zdruzgotanych, a ja znalazłem się w bardzo niezręcznej sytuacji. Jakby nie patrzeć, ci ludzie chwilowo byli dla mnie jedynym towarzystwem. Gdybym nie korespondował z rodziną w Polsce, ten dziwny świat mógłby mnie wessać.

Minęły cztery miesiące, zanim postanowiłem przenieść się do innej rodziny. Cały czas miałem jeszcze nadzieję, że coś się poprawi, ale na próżno. Chwila, w której powiedziałem im, że chcę się wyprowadzić, była najbardziej nieprzyjemnym momentem z całego mojego pobytu w Stanach. Oczywiście nie zrozumieli - nie mogło być inaczej. Wychowano ich w tej wierze, byli do niej całkowicie przekonani, a ja pojawiłem się znienacka i co gorsza nie chciałem się podporządkować.

Od tamtej chwili zacząłem odliczać dni do przeprowadzki. Dwa kolejne miesiące były istnym horrorem. Moi gospodarze pałali do mnie najczystszą nienawiścią. Ciągle się kłóciliśmy. Czułem, że chcą pozbyć się mnie jak najszybciej, nie wiedzieli już co ze mną zrobić.

Wreszcie, po 67 dniach męczarni, znalazłem się u nowej rodziny. Byli to młodzi ludzie, bardziej przyjaciele niż tymczasowi "rodzice" i czułem się u nich bardzo dobrze. Z początku byłem trochę nieufny, ponieważ mój nowy dom znajdował się tylko 50 kilometrów od poprzedniego i bałem się, że pojawią się jakieś problemy, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Przeprowadzka zdecydowanie się opłaciła.

Jednak mimo to wciąż czuję, że nie doprowadziłem do końca sprawy mojego półrocznego pobytu u rodziny baptystów. Chcę do nich napisać, żeby spokojnie i rzeczowo wyjaśnić dlaczego wszystko ułożyło się tak źle. Po prostu nie mogę tego tak zostawić.

ŹÓDŁO

WYPOWIEDZI NA FORUM GAZETA.PL

piątek, 29 września 2006
DYLEMAT

 

Kiedyś byłem:

 

reakcjonistą

wichrzycielem

syjonistą

wrogim elementem klasowym

kosmopolitą

zgniłym „ynteligentem”

prowokatorem

faszystą

antykomunistą...

 

Teraz jestem:

 

 łżeelitą

TW

układem

liberałem

lewakiem

komuną

pedałem

pedofilem

Żydem...

Jak to możliwe, że wciąż czuję się zdrowy na ciele i umyśle?

sobota, 22 kwietnia 2006
Urlopowe impresje

Urlop :-)

Czas wolny...

Wolny? Hm... Z pewnością zajęty...

A zatem:

1. ogród, oj tak, ogród... Kopanie strumienia, budowa ogrodzenia, sadzenie, sadzenie, sadzenie... Uwielbiam :-)))

2. korekta "Tarota magow", nowe wydanie, ukaże się już w końcu maja... Trzeba napisać wstęp i wywalić "przemądrzałe" wstawki w stylu "ezoterycznego Suljana z początku lat dziewięćdziesiątych". Stare, dobre-niedobre czasy ( zależy jak na to patrzeć )...

3. wyjazdowe wykłady o kabałe, historia tarota, wykłady o "świętym kręgu Polski", artykuł o sztuce Indii, artykuł o "rozpoznawaniu bóstwa"...

ufff.... dużo tego... kiedy ja to zrobię...?

A tymczasem książka o SDU czeka, czeka, czeka i doczekać się nie może, bym do niej wrócił... A jest o czym pisać... Oj jest... Zakres psycho-duchowej manipulacji z jakim się stykam w trakcie terapii SDU zaczyna mnie przerażać. Nie spodziewałem się, że aż tak... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Poza manipulatorami, oczywiście. Ci doskonale wiedzą co i jak robią. I po co czynią to, co czynią...

Nie mam złudzeń. Nawet jeśli obnażę w książce niektore z tych manipulacji, niewiele to pomoże... Manipulatorzy zajebią mnie ( co już parokrotnie uczynili ), zakrzyczą i oskarżą o... manipulację...  Są znakomici w tych grach... 

No cóż. Trzeba zrobić to, co powinienem zrobić. A reszta i tak nie zależy ode mnie.... :-)