kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
poniedziałek, 18 stycznia 2010
NIEUCHWYTNA ISTOTA PIĘKNA

 Z Janem Witoldem Suligą, etnografem, antropologiem kultury, terapeutą, religioznawcą oraz znawcą zagadnień ezoterycznych i kultury Indii rozmawia Danuta Śmierzchalska (National Geographic Polska).

Przed rozmową z Panem pomyślałam, że piękno to taki przyjemny temat… Ale często wiąże się z cierpieniem, z bólem. Do takiej refleksji skłoniła mnie lektura książki Lisy See „Kwiat śniegu  i sekretny wachlarz”, która opisuje, jak małym Chinkom krępowano stopy. Zdeformowane i okaleczone budziły zachwyt.

To samo robiono w Japonii, małe stopy miały być śliczne. Są i inne bolesne zabiegi, które służą urodzie.

Czy piękno musi wiązać się z cierpieniem?

Dążenie do doskonałości powoduje cierpienie. W pewnym sensie próba uchwycenia, pokazania piękna kosztuje tego, który do tego dąży…

Czytaj dalej: link

niedziela, 03 stycznia 2010
W POSZUKIWANIU UTRACONEJ ŚWIĘTOŚCI
 Żyjemy w epoce, w której wszyscy zmarli kiedyś bogowie zaczynają zmartwychwstawać – mówi antropolog kultury dr Jan Witold Suliga w rozmowie z Dariuszem Wilczakiem ( Newsweek).

Newsweek: Dlaczego święta Bożego Narodzenia są dla nas tak ważne?

Jan Witold Suliga: Żeby to zrozumieć, należy się cofnąć w czasy przedchrześcijańskie. Rytuały bożonarodzeniowe, które dziś w szczątkowej formie kultywujemy, mają źródło w micie o rodzącym się Słońcu w zimowym przesileniu, które następuje około 21 grudnia. Trzy dni później mamy Wigilię. Były to jedne z najbardziej magicznych dni w roku, chrześcijanie nieprzypadkowo więc uznali, że wtedy narodził się Jezus Chrystus.

Newsweek: Co zostało z tej magii, z dawnych obrzędów i rytuałów?

Jan Witold Suliga: Niewiele. Całkiem już znikł zaduszny charakter świąt. Gotujemy grzyby, kaszę, kładziemy mak na wigilijny stół, zapominając, że kiedyś wszystkie te potrawy gromadzono dla zmarłych. Nie pamiętamy, że puste miejsce przy stole, pusty talerz przeznaczone były nie dla jakiegoś przybysza, wędrowca, tylko dla zmarłego członka naszej rodziny. Przygotowując 12 potraw wigilijnych, zapominamy, że w tradycji liczba parzysta zawsze była feralna, oznaczała nieszczęście. Szczęśliwa była liczba nieparzysta i tyle też dań powinno znaleźć się na wigilijnym stole. Wigilię wieńczy przyjście Świętego Mikołaja, który rozdaje prezenty. Kiedyś prezenty rozdawał anioł, zwany Gwiazdorem, wrzucając je najczęściej przez komin. Zresztą tradycja dawania prezentów jest nowa, pojawiła się na początku XX wieku, najpierw w niemieckiej kulturze mieszczańskiej. Z Niemiec przyszła do nas choinka, która zastąpiła podłaźniczkę. Choć gdybyśmy w czasie świąt pojechali w Beskid Śląski, to jeszcze dziś zobaczymy, że podłaźniczka wieszana nad drzwiami domu występuje tak samo często jak znana nam choinka.

Chcesz czytać dalej? Przejdź tutaj: link

poniedziałek, 09 listopada 2009
DUCHOWE UZALEŻNIENIE

(fot. Tomasz Gawałkiewicz )

Jan Witold Suliga: Od rozwijania duchowości można się... uzależnić. Jak od papierosów i narkotyków!

Rozmowa z wybitnym polskim tarocistą Janem Witoldem Suligą.

- Wszyscy przestrzegają nas, że żyjemy na zewnątrz, na pokaz i nie zajmujemy się własnym wnętrzem. A pan mi tu mówi, że od rozwijania duchowości można się uzależnić.
- Bo naprawdę można - od energii, praktyki duchowej i osób, które ją prowadzą. W moim centrum terapii zajmowałem się osobami uzależnionymi od psychoterapeutów, którzy mieli je wyciągać z uzależnień! Zdarzali się pacjenci, którzy nie mogli żyć bez praktyk religijnych, i to najróżniejszych tradycji. Teraz pracuję z dziewczyną, która ma wewnętrzny przymus rytuałów islamskich.

- Jak objawia się duchowe uzależnienie?

- Tacy ludzie dochodzą do stanu, w którym - gdy nie mogą realizować swoich praktyk - tracą grunt pod nogami. Czują fizyczny brak czegoś, duchowy głód. Działa dokładnie ten sam mechanizm, co w przypadku uzależnienia od nikotyny, narkotyku czy hazardu. Traci się rozeznanie w rzeczywistości, jasność oglądu sytuacji. Bardzo często wiąże się to z wydawaniem pieniędzy, na przykład na potrzeby sekty. Ale także i na kolejne kursy rozwoju własnej duchowości, które tej osobie są już całkowicie niepotrzebne. Tyle że ona zachowuje się jak alkoholik, który meble z domu wyniesie, byle tylko mieć na wódkę. Na jakimś etapie tej drogi pojawiają się koszmarne sny. Psują się związki rodzinne i partnerskie takiej osoby. Jej nieodłącznym towarzyszem staje się przejmujący, przeraźliwy strach - i to właśnie on najczęściej przygania do mnie tych ludzi.


- Ale przecież utrzymuje się nas w przeświadczeniu, że zajmowanie się własnym duchem, emocjami i energią jest sposobem na ucieczkę od cywilizacji konsumpcyjnej.
- Tyle że chcemy to robić w sposób typowy dla niej. Oczekujemy, że ktoś poda nam przeżutą papkę duchowości i w pięć minut zapewni oświecenie. A to praca na lata. I z tym nie potrafimy się pogodzić. Niedawno przyszły do mnie panie biznesu na kurs, który nazywam "Powrotem do siebie”. Uczy przywracania wewnętrznej harmonii, odnajdywania energii, zrozumienia symboliki własnych snów i wizji. Po trzech godzinach - bardzo pracowitych - panie stwierdziły, że właściwie to już nie są zainteresowane. Myślały, że szybciej poukładają się same ze sobą. Takie osoby często wybierają terapeutów obiecujących szybkie ozdrowienie. A jak najłatwiej je osiągnąć? Manipulując psychiką klienta. Jeśli ktoś zagwarantuje nam szybkie zmiany, to uzależniamy się niego. Byłem świadkiem zbiorowych hipnoz, gdy cała sala widziała aurę, anioły, kolory... A tak naprawdę to niczego takiego nie było! W tym sensie można się uzależnić od duchowości. Stwierdzenie, że cała jest dobrem, jest równie błędne, jak mówienie, że każdy ksiądz jest święty, a chodzenie do kościoła poprawia moralność.

- Wszystko zależy od nas.

- Od tego, co zrobimy z tą duchowością, ale i od tego, kto jej nas uczy. Gdy manipulanci - powstaje sekta. Nie, że jestem nastawiony anty, bo przecież chrześcijaństwo też było kiedyś uznawane za sektę. Ale musimy wiedzieć o istnieniu grup i ludzi zniewalających poprzez tworzenie toksycznych związków. Właśnie dlatego prowadzę też kursy duchowego BHP. Przygotowują do zdrowego kontaktu z różnymi formami duchowości. O tym rzadko się mówi - o odpowiedzialności za własne poszukiwania wewnątrz siebie. Wchodzimy w tę duchowość, nie wiedząc, czym jest i czym może się skończyć. A ona nie jest taka - jak ja to mówię - wyłącznie śliczna i liryczna. Nie wszyscy mistrzowie są oświeceni. Gdyby tak było, nie znalibyśmy wojen, głodu i jeszcze paru innych okropieństw.

- Dziękuję.

Rozmawiała Katarzyna Borek, Gazeta Lubuska - link

piątek, 30 października 2009
CZŁOWIEK WCALE NIE MUSI SIE BAĆ UMIERANIA

  O tym, jak ludzie na przestrzeni dziejów oswajali śmierć, jak powinniśmy traktować umieranie i dlaczego nie powinniśmy się go bać z Janem Witoldem Suligą, etnografem i terapeutą, rozmawiają Mira Suchodolska i Mariusz Grabowski.

Czytaj: link

poniedziałek, 10 listopada 2008
HALLOWEEN

 Celebracja okultyzmu i satanizmu czy tylko niewinna rozrywka? Czym naprawdę jest Halloween? O korzeniach tego celtyckiego święta Wirtualna Polska rozmawia z etnografem i antropologiem dr. Janem Witoldem Suligą.

Joanna Stanisławska: „Nasz Dziennik” organizuje akcję przeciw obchodom Halloween w szkołach. Argumentuje ją tym, że „tradycje Halloween wywodzą się z magicznych i satanistycznych kultów i stwarzają duchowe niebezpieczeństwo dla dzieci”. Czy Halloween to satanistyczne święto?

Dr Jan Witold Suliga: Nie, to nie jest to satanistyczne święto. Podczas jego obchodów nikt nie przywołuje szatana, ani nie stosuje magicznych praktyk. Prawdą jest jednak, że Halloween wywodzi się z pogańskich kultów, zresztą podobnie jak wiele innych obyczajów, traktowanych w Polsce jako coś normalnego, jako część naszej tradycji. Równie dobrze można pogański rodowód zarzucić wielkanocnej święconce, bo takie w istocie ma korzenie. Święta Bożego Narodzenia zastąpiły słowiańskie Gody, a choinka to XIX-wieczny wymysł niemiecki.

Jednak amerykański Kościół Szatana, najstarsza satanistyczna grupa wyznaniowa, założona w 1966 roku przez Antona Szandora LaVey'a wymienia Halloween jako jedno z dwóch swoich najważniejszych świąt.

- To prawda, Halloween bywa wykorzystywane przez sekty i grupy, które odżegnują się od chrześcijańskiego Boga. Jednak w ten sposób może być użyte każde inne święto, co nie oznacza, że ono samo w swej istocie jest czymś magicznym, okultystycznym albo satanistycznym. Czy należałoby zakazać odprawiania w Kościołach mszy, bo istnieją czarne msze, które do nich nawiązują? Halloween obecnie jest przede wszystkim zabawą dzieci, które dostają cukierki.

Jakie są korzenie tego święta?

- Halloween, jak wiele innych podobnych świąt, nie odnosi się wprost do tradycji chrześcijańskiej. Wywodzi się z kultury celtyckiej, jego pierwotna nazwa brzmiała Samhain, czyli „Święto Zakończenia Lata”. 1-2 listopada uważano za koniec lata i początek czasu ciemności, kiedy przeważa ona nad światłem. Źródła pierwotne mówią, że Samhain było świętem ponurym i mrocznym, bo duchy, które miały przybywać w tym czasie na ziemię, nie były życzliwe ludziom. Wobec groźnych duchów należało przywdziać najmniej strojne ubrania i nie pokazywać swojego bogactwa. Celtowie zmarłych traktowali jako część swojej społeczności, tyle że znajdującą się po tamtej stronie. Z czasem Halloween wyrosło na święto ludyczne, ukierunkowane na dzieci. W XIX wieku do Stanów Zjednoczonych przynieśli je irlandzcy emigranci. W indiańskiej Ameryce również istniała tradycja celebrowania święta zmarłych w sposób radosny jako spotkanie z bliskimi, którzy odeszli. Dziś pozostałości tych dawnych indiańskich obrzędów możemy oglądać w Meksyku, gdzie buduje się ołtarze śmierci, a dzieciom daje cukrowe czaszki. Poprzez wyśmianie, trywializację indiańskie ludy chciały oswoić to, czego bały się najbardziej – śmierć.

Radosne obchodzenie święta zmarłych naszej kulturze jest obce.

- Owszem i dlatego również Halloween budzi kontrowersje. Jednak warto zauważyć, że to inne podejście do oddawania czci zmarłym wynika z naszych pogańskich korzeni i wiąże się z obchodzonym w nocy z 31 października na 1 listopada świętem Dziadów. Dziady były celebrowane bardzo „poważne”, bo miały swoje przeciwieństwo w postaci radosnych wiosennych Zaduszek, przypadających na początek maja. W tym czasie nasi słowiańscy przodkowie przychodzili do świętych gajów bądź spotykali się na wzgórzach, gdzie były groby zmarłych. Tam ucztowano. W czasie Dziadów modlono się za zmarłych i pomagano im przetrwać w zaświatach, do których wówczas otwierała się brama. W większości systemów pogańskich zaświaty nie są czymś wiecznym, zmarli potrzebują od żyjących pożywienia, energii, po to by przetrwać na tamtym świecie. Za pomoc odpłacają się radą i mądrością. Te dwa światy zawsze były ze sobą zintegrowane. W dawnych wierzeniach brama do zaświatów otwierała się nie tylko w czasie Zaduszek, ale właściwie przy każdym dużym święcie. Mało kto pamięta, że według ludowych wierzeń duchy zmarłych przybywają w Wigilię Bożego Narodzenia, a także w czasie Wielkiej Nocy.

Czy można powiedzieć, że dzisiejsze święto Zaduszek wyrasta z tradycji Dziadów?

- Nie, bo Dziady obchodzono nocą z 31 października na 1 listopada, czyli dokładnie wtedy, kiedy przypada Halloween. Nieprzypadkowo daty się pokrywały, bo w większości kultur indoeuropejskich, do których należeli zarówno Celtowie, jak i Słowianie, w tym czasie celebrowano święto zmarłych. Kiedy chrześcijaństwo zapuściło mocniej korzenie, Kościół przejął dawne pogańskie święto (podobnie było w przypadku na przykład Nocy Świętojańskiej). W VIII wieku ustanowiono dwa świąteczne dni. 1 listopada - Wszystkich Świętych, czyli tych, którzy trafili do Nieba i 2 listopada – Zaduszki, święto zmarłych, którzy znajdowali się w czyśćcu i do Nieba pretendowali. Nie było już miejsca na zaświaty w pogańskim rozumieniu. Kościół odciął się definitywnie od piekieł, do których w świetle wiary chrześcijańskiej trafiało się na wieczność.

Czy Halloween ma szansę na dłuższą metę przyjąć się w Polsce?

- Halloween, podobnie jak Walentynki to święto przeszczepione na obcy grunt. Pojawiło się w Polsce w latach 90., wcześniej nie mając żadnych podstaw w naszej kulturze. Ma głównie charakter merkantylny. Ma szansę się przyjąć, ale jedynie właśnie w takim płytkim, „zabawowym” charakterze. W mojej opinii nie będą miały tak głębokiego, symbolicznego znaczenia, jakie ma nasze tradycyjne święto zmarłych - Wszystkich Świętych i Zaduszki. Nie oznacza to jednak, że nie znajdą się jakieś grupy, na przykład subkultura gotów, które będą chciały to święto wykorzystać do swoich celów.

Dlaczego zapalamy na grobach zmarłych bliskich znicze?

- To nawiązanie do słów modlitwy „Niech światło wiekuiste im świeci”. To rodzaj ofiary, symboliczny gest okazania pamięci. Dajemy zmarłym światło, by zbliżyli się do świata boskiego.

A czego symbolem są wydrążone dynie – główny atrybut zabawy w Halloween?

- Sezon na dynie przypada akurat w okresie Halloween, dlatego warzywa stały się atrybutem tych świąt. Mają symbolizować obecność zmarłych i otwarcie bram zaświatów. Ma nas straszyć, ale w humorystyczny, zabawny sposób.

Rozmawiała Joanna Stanisławska, Wirtualna Polska

JWS W SUPERSTACJI O KULCIE ZMARŁYCH

Kult zmarłych sięga prehistorii. Antropolog kultury Jan Witold Suliga na antenie Superstacji przyznał, że już nasz daleki kuzyn - Neandertalczyk chował swoich przodków i dekorokwał kwiatami ich groby...

Chcesz posłuchać i obejrzeć? Przejdź tutaj: link


 

PAMIĘĆ O ZMARŁYCH

Wszystkich Świętych jest chrześcijańską uroczystością ku czci wszystkich znanych i nieznanych świętych, którzy przebywają już w chwale zbawionych. W tym dniu przypomina się nie tylko osoby oficjalnie uznane za święte, ale wszystkich ludzi, których życie nacechowane było świętością.
Jan Witold Suliga, etnograf i antropolog kultury w rozmowie z Małgorzatą Raduchą w Programie Pierwszym Polskiego Radia, odnosząc się do historii święta powiedział, że kiedy w Średniowieczu to święto nabierało swojego kształtu, ludzie potrafili odnosić się do śmierci z większym dystansem, niż dzisiaj. - Średniowiecze było bardziej wyczulone na śmierć. Wtedy nie uciekano przed śmiercią tak, jak teraz. Umieralność ludzi była znacznie większa. Śmierć była więc czymś oczywistym i codziennym. Kościół w Średniowieczu wychowywał do śmierci, która była rozumiana, jako przejście do innego świata. Temu miały pomagać różne ceremonie, które odbywały się w kościołach – wyjaśnia antropolog.
Jan Witold Suliga dodaje, że obecnie przyzwyczailiśmy się do tego, iż Zaduszki są świętem smutnym, a przynajmniej „zadumanym”. - To wynika z naszej historii i z faktu, że my Słowianie zostaliśmy „ograbieni” z jednego święta „zadusznego”, które wypadało na wiosnę. Pozostało ono w prawosławiu. Było to święto radosne. Spotykano się w specjalnie przygotowanych gajach, bawiono się, śpiewano i tańczono. Elementem tego święta było wyszydzanie się ze śmierci. Nie cieszono się oczywiście z czyjeś śmierci. Drugie święto „zaduszne” Słowian, przypadało na jesieni i rzeczywiście było dniem zadumy – tłumaczy  Suliga.

Chcesz posłuchać? Przejdź tutaj: link

środa, 19 marca 2008
TIA...

 

Kilka dni temu odwiedziła mnie pewna dziennikarka z pewnego czasopisma, prosząc o wywiad na temat symboliki wielkanocnych obyczajów i towarzyszacych im "gadżetów". Wywiadu w tonie ździebko żartobliwym udzieliłem, cóż z tego jednak, skoro gazeta wstrzymała jego publikację. Czemu? Kto ciekaw niech czyta i zgaduje i może mi rzecz tę przystępnie wyjaśni... buuuu.... :-D   

Święto seksu i wolności

O pogańskich korzeniach wielkanocnego święta z antropologiem kultury Janem Witoldem Suligą rozmawia ...

Skąd wzięła się Wielkanoc?
Podstawowo – z żydowskiego święta Paschy, które, według ich księżycowo-słonecznego kalendarza wypada zawsze po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Dla Żydów jest to święto wolności, bowiem czczą oni w ten sposób pamięć o wyjściu z Egiptu, z kraju ich niewoli.  Symbol naszego wielkanocnego baranka nawiązuje więc nie tylko do Jezusa Chrystusa, ale i również do tego fragmentu Biblii, w którym mowa, iż Żydzi musieli zabić barana i pomazać jego krwią progi swych domów, żeby Anioł Śmierci nie zabrał im pierworodnych. Dla nas też powinny być to dni świętowania wolności, bowiem śmierć Mesjasza uwolniła nas od grzechu. W obu przypadkach można powiedzieć, że wolność ta to po prostu nowe życie. Wiosna także wszystko budzi się do życia. Kiedy więc ta żydowsko – chrześcijańska symbolika religijna dotarła do Europy Zachodniej i Północno-Wschodniej, nałożyły się na nią wierzenia Celtów, Słowian i Germanów, którzy w podobny sposób świętowali nastanie wiosny.

Oprócz baranka paschalnego – które z wielkanocnych tradycji pochodzą spoza chrześcijańskiego świata?
Absolutnie wszystkie. Wielkanoc z całą swoją symboliką mieści się w cyklu wiosennych słowiańskich rytuałów, rozpoczynających się od chwili utopienia Marzanny. Tego utopienia, uśmiercenia Pani Zimy dokonuje się na przełomie zimy i wiosny. Już Długosz w swych kronikach grzmiał i ział złością na lud tak tę Marzannę do wody bezlitośnie „ciepie”. A chodziło tylko o to, żeby uroczyście przegnać zimę, czyli uśmiercić śmierć. Stąd inna nazwa Marzanny – Śmiercicha. Co pewnie ucieszy wszystkie kobiety -  nie zawsze pławiono babę, czasem był to facet i analogicznie nazywał się Śmiercich.

A co znaczy imię Marzanna?
Z prasłowiańskiego słowa marz, które oznaczało marznąć, ale także mazać. Czyli nie tylko skuwać mrozem i zabijać, ale także rozpuszczać, wiać ciepłem, sprawiać, że wszystko dookoła płynie w cieple, robi się maziste, mięknie. Marzanna była więc boginią życia i śmierci, a  co za tym idzie, także panią krainy zmarłych. I właśnie od tego rytualnego spławienia jej figury aż do „sobótek”, czyli do przesilania letniego, trwał cały cykl świąt związanych ze zmarłymi. Słowianie mieli dwa święta zmarłych – jesienne pozostało nam do dziś właśnie jako święto zmarłych, a to wiosenne pozostało w naszej obyczajowości pod postacią symboli, kojarzących się obecnie z religią chrześcijańską.

No to jedźmy po kolei. Pisanki?
Najstarsze polskie pisanki pochodzą z 9 wieku, a więc z okresu przedchrześcijańskiego Znaleziono je na Śląsku. Przedstawiają wizerunki solarne albo spirale; te ostatnie też mają  kosmiczną, solarną symbolikę, ponieważ jajko symbolizuje słońce, a więc coś, co zawsze wstaje, co się bez końca odradza. Z pisankami wiązała się cała masa zaduszkowych obyczajów, zaklinających dobrobyt na cały rok i przychylność na tamtym świecie. To z tak zamierzchłych czasów pochodzi zapewne znana wszystkim zabawa w siłowanie się na jajka. Ówczesnym nieodrodnym obyczajem zaduszkowym była krakowska Rękawka, kiedy z kopca Krakusa – nie tylko księcia, ale także silnego bóstwa, które pokonało smoka, staczało się pisanki – a kto tylko mógł – stawał u podnóża, łapał hurtem i zanosił do domu. Tak wyglądało zaklinanie bóstw, żeby nam darzyły. Ludzie myśleli wtedy głównie o tym, żeby wreszcie się najeść – wtedy na przednówku trzeba było nieźle zaciskać pasa, czy raczej, dla ścisłości – mocniej zawiązywać się sznurkiem. Co ciekawe, rytuały związane z pisankami, odprawiano także w Egipcie i na bliskim Wschodzie.

Dlaczego chodzimy święcić palmę? Czy to przypomnienie wjazdu Chrystusa do Jerozolimy i tego, że lud witał Go machając palmowymi gałązkami?
To też, nie przeczę, ale podczas słowiańskiego wiosennego święta zmarłych chodziło się do świętych gajów, w których przebywały dusze przodków – wierzono, że mieszkają w drzewach. Wielkanocna palma ma analogię w tzw. gaiku – czyli świeżej gałązce niesionej z miejsca kultu do domu. Dlaczego tak sądzę? Dlatego, ze obyczaj ten wyraźnie kojarzy się z wielkanocną palmą, poświęconą i przyniesioną z kościoła. Odnosi się ona także do słowiańskiego obyczaju wiosennego majenia domów kwiatami i świeżymi gałązkami w celu zapewnienia domownikom szczęścia.

Na naszych stołach i wielkanocnych pocztówkach zawsze są kurczaczki i zające.
Kurczaczek jest tak oczywistym symbolem nowego życia i wiosny, że chyba nie trzeba tego wyjaśniać. Z zajączkiem jednak sprawa jest nieco bardziej skomplikowana i znacznie bardziej starożytna. Nasz region Europy był wymieszaniem nacji – zanim pojawili się Słowianie, teren ten zajmowała wielka konfederacja ludów celtycko - germańskich. Otóż zajączek u Celtów symbolizował początek wiosny z tego prostego powodu, że z samym początkiem owej pory roku zaczyna się ruja zajęcy. Rozpatrując te sprawy stale zapominamy o tym, że ludzie kiedyś byli o wiele mocniej wyczuleni na znaki natury. Celtycki zając ma także aspekt słoneczny – jest symbolem solarnym– to kicanie łukami kojarzyło się ludziom z łukiem, zataczanym przez słońce – ono też się wznosi, jest coraz wyżej, coraz więcej w tym łuku światła im jest on większy. A Słowianie dodatkowo wierzyli, że kiedy słońce wstaje, to pląsa na horyzoncie – kołysze się i tańczy – i wszelkie zwierzę, które miało analogiczny, radosny sposób poruszania się, miało zawsze naturalne odniesienie do słońca i wiosny.

O co dokładnie chodziło w obyczaju śmigusa-dyngusa?
O dzieci. To wszystkim wiadomo, że przynosi je bocian, prawda? Ale skąd się to wzięło?. Otóż Słowianie wierzyli, że dusze dzieci przylatywały razem z ptakami na wiosnę. Ale żeby dokładniej to wyjaśnić musimy zacząć od sobótek, a wiec od momentu przesilenia letniego Pali się wtedy ognisko, tańczy. Jest to ewidentnie seksualne święto, pary sobie znikają bezkarnie w krzakach, żeby szukać, rzecz jasna, kwiatu paproci. I teraz policzmy – dokładnie po 9 miesiącach, a więc na początku wiosny, rodzą się dzieci – dokładnie wtedy, kiedy ptaki wracają z ciepłych krajów. W związku z tym wierzono, ze razem z ptakami dusze dzieci zstępują do ciał już uformowanych w łonach matek. W pewnym sensie u Słowian istniała więc wiara w reinkarnację dusz, ale w trochę innym sensie niż hinduistyczny. Wierzyli oni, że dusze zmarłych wychodzą z ciał, przebywają przez jakiś czas w jednym z dwóch zaświatów - w wyraju ptasim, niebiańskim, lub w wyraju podziemnym, po czym powracają do łon matek, ale w ramach swojego rodu lub klanu.
I od tego momentu, czyli od początku wiosny, zaczynają chodzić przebierańcy zwani w Polsce dziadami śmiguśnymi, a na Bałkanach kukierami – tymi, którzy zapewniają płodność. I tych dziadów, kiedy chodzą od domu do domu, trzeba dobrze podjąć, żeby im nie podpaść. W tych dniach też chłopcy mieli obowiązek ganiać za dziewczętami i oblewać je wodą, która symbolizuje płodność. Ale proszę zwrócić uwagę, że obchodzimy tylko dyngus, a śmigusa nie. O ile dyngus daje się jeszcze znieść, bo polega na polewaniu dziewcząt wodą, o tyle śmigus jest mniej przyjemny. Chłopcy ganiali za dziewczętami i bili je wierzbowymi witkami, czasami aż  do krwi. Były to swoistego rodzaju zaloty, konsumowane – jeśli tak można powiedzieć – w czasie palenia letnich sobótek. A po 9 miesiącach, wraz z powracającymi ptakami, pojawiały się na świecie dzieci... I w ten sposób odwieczny cykl się zamykał.

Czy próbował pan kiedyś połknąć na szczęście wierzbowego kotka?
Dla szczęścia stawiano je w domach, a łykało się po to, żeby być zdrowym przez cały rok. Próby łykania bazi często kończyły się fatalnie – nie radzę, bo tym kosmatym cholerstwem jest się o wiele łatwiej udławić niż czymkolwiek innym.

Tekst w wersji ilustrowanej mozesz przeczytać również tutaj: link

sobota, 11 listopada 2006
DOWÓD

Jak wiecie jednym z "zarzutów" jakie mi się stawia jest to, ze przede wszystkim "promuję" moją osobę, oczywiście kosztem muzeum. Nie pozostaje mi wiec nic innego, jak wykazać, iż ów "argument" jest ze wszech miar słuszny. Oto dowód, sami poczytajcie i, jeśli macie ochotę, zamieśćcie swoje komentarze tu: link

Jan Witold Suliga w "Zbliżeniu" w Radiu TOK FM

Rozmawiał Klaudiusz Slezak, Radio TOK FM
2006-10-31, ostatnia aktualizacja 2006-11-02 05:29

Rozmawia Klaudiusz Slezak

Zobacz powiekszenie
Fot. Kamil Wróblewski / TOK FM
POSŁUCHAJ
K.S.: Moim i państwa gościem - Jan Witold Suliga, dyrektor Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Witam serdecznie.

Jan Witold Suliga: Dobry wieczór.

K.S.: Będziemy rozmawiać o tym, co wydawało mi się, że będziemy obchodzić pojutrze, czyli naszej kultywowanej tradycji chodzenia na groby i stawiania świeczek. Pan dyrektor mówi, że to już jutro są Zaduszki, czym mnie mocno zadziwił.

J.W. S.: No chyba są Zaduszki jutro, skoro

K.S.: No ponoć właśnie 2 listopada

J.W. S.: zapraszano mnie do różnych pubów, żebym wygłaszał mowy na temat tego, jak należy palić świeczki tudzież wspominać zmarłych, przywoływać zmarłych, oczywiście nie jako praktykę spirytystyczną, tylko jako rodzaj kultu.

K.S.: To jest specjalna technika palenia świeczek?

J.W. S.: Myślę, że nie, że świeczki po prostu należy rozpalać, normalnie. Natomiast już tak poważnie - my jesteśmy przywiązani do daty 1 listopada. 2 listopada mamy jakby drugie święto. Zapominamy o jednej rzeczy, mianowicie iż święto zmarłych jest pochodzenia nie chrześcijańskiego, tylko przedchrześcijańskiego. I to nie jest przypadek, że akurat właśnie wtedy - 2 listopada - zarówno Celtowie jak i Słowianie obchodzili święto zmarłych, jako że było to święto zmarłych jesienne.

K.S.: Czyli 2 listopada - święto zmarłych A jak oni je obchodzili?

J.W. S.: Właśnie paląc ognie i chodząc w miejsca , gdzie grzebano zmarłych, a dokładnie gdzie wierzono, że dusze zmarłych przebywają, czyli do tak zwanych świętych gajów, lub w miejsca, gdzie znajdowały się urny, ponieważ najczęściej palono zmarłych. Ten sposób pozbywania się ciała powraca w tej chwili. Jest to bardzo dobre z różnych powodów. I ma to znaczenie symboliczne.

K.S.: To co w takim razie jest 1 listopada?

J.W. S.: Otóż na przełomie VIII i IX wieku - o ile dobrze pamiętam to w IX wieku - Kościół Katolicki, który stykał się z kultem zmarłych, ze świętami Dokładnie dwoma. Nasi praprzodkowie mieli dwa święta. Jedno to było jesienne święto zmarłych, przypadające właśnie 2 listopada, czy w okolicach 2 listopada - wtedy trochę inaczej liczono czas, ważne były fazy księżyca. A drugie święto, czy pierwsze święto, zależy jak patrzeć, to było święto wiosenne, przypadające na 2 maja. A ponieważ to święto wiosenne było bardzo blisko Wielkanocy, to bardzo wyraźnie zostało wyrugowane przez Kościół. Albo powiązane wprost z Wielką Nocą, o tyle słusznie, że tam też mamy do czynienia ze śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa. Natomiast coś musiał zrobić ze świętem zmarłych pogańskim. W związku z czym wprowadzono nowe święto - święto Wszystkich Świętych, czyli to, które przypada pierwszego listopada, a dopiero następnego dnia jest święto wszystkich zmarłych, ale zbawionych. To jest bardzo ważne - Kościół taką innowację wprowadził, troszeczkę inaczej rozumiejąc zaświaty niż nasi przedchrześcijańscy przodkowie. Nie było u nich piekła sensu stricte, czyli takiego miejsca, z którego nie ma już powrotu, a człowiek jest potępiony. Owszem istniały zaświaty dolne, czyli podziemne, i zaświaty niebiańskie. Były takie dwa generalnie rzecz biorąc zaświaty, do których dusza się udawała i gdzie przez pewien czas przebywała. I tutaj były różne koncepcje. Na przykład u Prusów wierzono, że dusza potem powracała do ciał, wcielała się w żywe istoty, w ludzi, ale w ramach rodu. Nie tak jak Hindusi, którzy wierzą, że w zależności od rodzaju uczynków dusza wcieli się albo w bramina, który jest bardzo świątobliwy i jest mu dobrze, albo w siudrę, który jest takim, powiedzmy, popychadłem społecznym, niska kasta, niska grupa społeczna, któremu się płaci, za swoje poprzednie grzechy, uczynki, bo nie znają tam dokładnie pojęcia grzechu. Więc u Prusów, ale także są ślady u Germanów i bardzo możliwe, że również i u Słowian podobnie wierzono, że dusze zmarłych wracają potem i wcielają się w łona matek, ale w ramach swojego rodu, co ma wzmocnić znaczenie tego rodu.

K.S.: To ja wrócę do tworzenia swojego kalendarza. Co jest zatem 31 października?

J.W. S.: Noc zaduszkowa, Dziady tak zwane, tak pięknie zresztą opisane przez Mickiewicza. Parę dni temu moje dzieci czytały na głos fragmenty tego dzieła.

K.S.: Czyli to jutro są te Dziady, tak?

J.W. S.: Tak. Z trzydziestego pierwszego na pierwszego. I wtedy było to specjalne święto, jakby zapowiadające Święto Zmarłych, kiedy to zbierali się żebracy, ludzie starsi, bezdomni, wiekowi, w każdym razie już stojący na pograniczu życia i śmierci, i odprawiali taką ucztę dziadowską. To w Polsce, zwłaszcza w Małopolsce, były takie obyczaje. Wtedy, jak wierzono, dusze zmarłych przybywają na specjalną ucztę. To jest ewidentnie pokłosie przedchrześcijańskich wierzeń religijnych. Jest im ofiarowane specjalne jadło. W ten sposób dusze zmarłych są czczone, są dopieszczane, przebywają wśród żywych - świat żywych i zmarłych się ze sobą zlewają. We wszystkich kulturach świata, gdzie pojawia się bardzo silny kult przodków (bo to jest źle powiedziane - "zmarłych". Przodków. Zmarły to po prostu martwy człowiek. Przodek żyje tylko w innym świecie), zadaniem przodków jest wspieranie żywych w ramach rodu, rodziny, klanu, plemienia, zależy jaki to jest przodek. Zadaniem żywych jest oczywiście kultywowanie go, ale także odprowadzanie w zaświaty. Temu święta zmarłych również służyły. Zaduszki to jest ta noc, uczta, moment, kiedy dusze zaczynają wychodzić z zaświatów. Te święta zostały wprowadzone w IX wieku w ówczesnej chrześcijańskiej Europie i podzielono wyraźnie te dwa święta. Święto zmarłych przedchrześcijańskie przypadało 2 listopada. Wszystkich Świętych zaś odnosi się do tych, którzy niewątpliwie są w niebie, są świętymi.. Inni muszą poczekać na następny dzień, wtedy jest święto Wszystkich Zbawionych czy Zmarłych, tak też się to nazywa, ale dotyczy wyłącznie tych, którzy są w czyśćcu, dusz czyśćcowych, natomiast niewątpliwie Kościół nie odżegnywał się od tego, żeby w ten sposób również kultywować te dusze, które są potępione, w piekle.

K.S.: Czy dzisiaj jest gdzieś obchodzony 31 października?

J.W.S.: Tradycja ta w pewnym sensie wraca, oczywiście w inny sposób, skoro dzisiaj jestem zaproszony do różnych miejsc, takich jak puby, kluby, gdzie mam o tym opowiadać. Tam jednak młodzież nawiązuje do innego święta, niesłowiańskiego, o rodowodzie celtyckim - Halloween. To jest też swoiste święto zmarłych, ludzie przebierają się za zmarłych, za upiory, w ten sposób chcą śmierć oswoić. To też ma swoją starą tradycję, w wielu kulturach świata (najsłynniejsze święto zmarłych jest w Meksyku ale przypadające w innym terminie) jest to uczta, zabawa, też to ma swój wymiar symboliczny, przynajmniej tak, jak patrzy na to antropolog, wszystkie święta tego typu stawiają nas na pograniczu dwóch światów, w momencie przełomu, przejścia solarnego czyli zrównania dnia z nocą jesiennego a przede wszystkim wiosennego. Wtedy bawiono się, przebierano i to był powrót do pierwotnego chaosu, w którym to, co żyje, to, co jest w zaświatach, w sferze materii razem się spotyka w jednym punkcie, gdzie świat zmarłych i świat żywych stają się jednym światem.

K.S.: Halloween trochę znamy. Powiedział pan już o Meksyku, gdzie to jest uczta i zabawa. Jak jeszcze są obchodzone te lub podobne święta w innych kulturach na świecie?

J.W.S.: Tam, gdzie dotarła kultura chrześcijańska, mamy podobny sposób traktowania zmarłych, chociaż w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych znany nam obyczaj palenia świec na grobach nie występuje. Spotykam się z pracami, które tego problemu dotyczą, ale także impresjami turystów zachodnich, którzy specjalnie przyjeżdżają do Polski żeby to święto zobaczyć. Rzeczywiście święto bardzo ważne, obchodzone uroczyście.

K.S.: Światowy ewenement?

J.W.S.: Tak, jest to swoistego rodzaju światowy ewenement, chociaż nie występuje tutaj jeden element, przynajmniej nie wśród Polaków, mianowicie to, co możemy zaobserwować na Bałkanach, u Słowian południowychm, także u Cyganów - ucztowanie na grobie. Zjeść, wypić, porozmawiać, wylać trochę wódki na grób. Właściwie rakiji lub wina. Jest to ucztowanie ze zmarłymi, prawspomnienie tego, że dawało się zmarłym jedzenie. To jedzenie podtrzymywało ich żywot po tamtej stronie przez następny rok..

K.S.: Gdzie jeszcze obchodzi się podobne święto?

J.W.S.: W kręgach muzułmańskich praktycznie rzecz biorąc nie ma takiego święta. Tam się obchodzi żałobę 40-dniową, czyli po 40 dniach od śmierci odbywa się coś w rodzaju naszych Zaduszek czy stypy. Nie ma specjalnego święta zmarłych. Ponieważ np. w Indiach jest zupełnie inna koncepcja tego, co dzieje się po śmierci. otóż dusza transmigruje i trudno czcić zmarłego, skoro ona już jest w innym ciele. Reinkarnacja. Podobnie jest w buddyzmie i wszystkich systemach wierzeń religijnych, gdzie występuje silne podkreślenie roli reinkarnacji. Zmarły przebywa w zaświatach, ale tylko przez pewien czas. W religiach jednej księgi: judaizmie, chrześcijaństwie i islamie po śmierci człowiek przebywa raz na zawsze w jakimś zaświecie, czy jest to piekło, czyściec czy niebo. Notabene, czyściec wprowadzono w chrześcijaństwie dość późno, został przejęty z religii irańskich. W religiach niechrześcijańskich pobyt w zaświatach jest czasowy. Zmarły, jak się wierzy np. w buddyzmie tybetańskim, ale nie tylko, przebywa w różnych piekłach, nie tylko gorejących, są różne, np. takie gdzie jest lodowato zimno, gdzie pożerają żywcem, ale człowiek cały czas żyje. Są też raje, gdzie człowiek żyje szczęśliwie, ale po pewnym czasie musi stamtąd odejść. Te zaświaty są czasowe, dusza transmigruje, przenosi się do innego ciała, w zależności od tego, jaki był jego karman, czyli zestaw uczynków dokonanych w poprzednim życiu.

K.S.: Znowu nam czasu nie starczyło na obieżenie całego świata.

J.W.S.: No jeszcze można by pięknie opowiadać o megalitach, które są żywym świadectwem kultu zmarłych, związku człowieka żywego ze zmarłymi.

K.S. Moim i państwa gościem Jan Witold Suliga, dyrektor Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie.

  

środa, 04 października 2006
UCZNIOWIE NA FALI
Polska.plUczniowie na fali
2005-09-08, 13:05
Kiedyś znana tylko w wojsku. Dziś zjawisko "fali" wkroczyło z pełną siłą do niemal wszystkich typów szkół. Rozpoczynający naukę uczniowie są na różne sposoby terroryzowani i wykorzystywani przez starszych kolegów - ostatnio w sposób coraz bardziej brutalny.

Art. 40 Konstytucji RP: "Nikt nie może być poddany torturom ani okrutnemu, nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu. Zakazuje się stosowania kar cielesnych".
Media coraz częściej piszą o ofiarach "fali" w szkołach. Kilka dni temu starszy kolega ciężko pobił pierwszoklasistę z jednego z warszawskich gimnazjów. Chłopiec trafił na kilka dni do szpitala, bo nie pozwolił napisać sobie na twarzy "kot". To wyjątkowo drastyczny przypadek, jednak zjawisko szkolnej fali nie ogranicza się już ani do jakiegoś konkretnego typu szkoły ani nawet do dużych miast. Różnego rodzaju upokarzające zadania muszą przez pierwsze tygodnie w szkole wykonywać pierwszacy niemal wszystkich poziomów nauczania. Niekiedy na zadaniach się nie kończy - jest poszturchiwanie, bicie i odbieranie co bardziej wartościowych przedmiotów. A wszystko to w szkołach, na przerwach międzylekcyjnych lub tuż po zajęciach czyli teoretycznie - pod okiem nauczycieli.

Od otrzęsin do fali

Zjawisko specjalnego "przyjmowania" nowych członków do danej społeczności jest tak stare jak same społeczności. Obrzędy inicjacyjne, poprzedzone trudnymi a czasem i upokarzającymi zadaniami spotykamy w niemal wszystkich kulturach świata. Dotyczą one wejścia w wiek kobiecy czy męski i często wiążą się z wysiłkiem i bólem, którym należy sprostać publicznie, wobec całej grupy.

- Obrzędy inicjacyjne podkreślają "przejście" z jednego stanu społecznego, duchowego, wiekowego itp. w drugi... Inicjacja czyni kogoś "nowym człowiekiem". Wiąże się zazwyczaj z różnorakimi próbami, po których przejściu dana osoba jest uznana za pełnoprawnego członka społeczności. - mówi etnograf Jan Witold Suliga.

Podobnie jest z przyjmowaniem do stowarzyszeń, cechów czy organizacji religijnych. Każdy słyszał o "chrzcie" osób (pierwotnie tylko marynarzy), które po raz pierwszy przekraczały równik. Znane są także różne formy przyjmowania do braci studenckiej czy do różnorakich klubów i zgromadzeń.

Otrzęsiny, chrzest morski, wtajemniczenia i inne obrzędy mają na celu pełne włączenie nowych członków w daną społeczność, a jednocześnie sprawdzenia czy kandydat na jej członka jest godny by się nim stać. Jeśli nowe osoby zwycięsko przejdą próby, wówczas następuje uroczyste przyjęcie ich do grupy.

Tego typu inicjacje są w niektórych szkołach wieloletnią tradycją. W dniu otrzęsin "pierwszaki" wykonują różnego rodzaju zadania a potem są pasowane na pełnoprawnych uczniów szkoły. Nad wszystkim czuwają dorośli - nauczyciele a często także i rodzice, a całość jest odnotowywana w szkolnych kronikach.

- Kiedy byłam "otrząsana", zgodnie z tradycją założono mi na głowę opaskę z oślimi uszami. Podczas wykonywania wszystkich zadań - takich jak czołganie się labiryntem, poddanie się malowaniu twarzy, zjedzenie łyżki paskudnej mieszanki jadalnych produktów czy wypicie szklanki wody z kwaskiem cytrynowym - musiałam mieć na sobie tę opaskę, nie mogłam jej zgubić. Pasowania na uczennicę dokonywały starsze koleżanki z klasy maturalnej, właśnie obcinając uszy. Potem - takie jeszcze pomalowane i zziajane szłyśmy do stołówki, gdzie czekała na nas wspaniała uczta, wydana na cześć nowych uczennic. To jedno z najmilszych wspomnień z mojej szkoły - wspomina Asia, która kilkanaście lat temu ukończyła Liceum Sióstr Nazaretanek w Warszawie.

Tego typu obrzędy do dziś stanowią istotną część tradycji wielu szkół i wręcz przyciągają do nich nowych uczniów. Mają na celu zintegrowanie "nowych" ze szkolną społecznością, zmniejszenie dystansu między pierwszakami a ich nauczycielami, którzy również biorą udział w zabawie oraz zachowanie pewnej stałości i ciągłości w życiu szkoły. Ogromną rolę odgrywa w nich moment, w którym pierwszoklasista zostaje przez swoich starszych kolegów zaakceptowany, uznany za członka szkolnej społeczności. Dlatego mimo że uczestnictwo w otrzęsinach nie jest obowiązkowe, niewielu pierwszaków rezygnuje z udziału we wspólnej zabawie.

Czym różni się "fala" od innych zachowań inicjacyjnych? Przede wszystkim - sposobem organizacji, a raczej jej brakiem. Praktycznie każdy starszy uczeń uważa siebie za "uprawnionego" do "kocenia" pierwszaków w sposób jaki mu tylko przyjdzie do głowy. Bywa i tak, że pierwszoklasiści są upokarzani po kolei przez kilku starszych kolegów, a jedynym sposobem na uniknięcie kolejnych "zadań" staje się odpowiednio szybka ucieczka.

Nie ma także równości pierwszaków wobec starszych kolegów ani ustalonego punktu granicznego, po którym uczeń przestaje być "kotem" - to również zależy od indywidualnych preferencji starszych kolegów. W przypadku otrzęsin każdy uczeń musi przejść ten sam tor przeszkód i mniej więcej w tym samym czasie. W przypadku fali są pierwszacy (na ogół rośli, silni albo mający dobre kontakty z uczniami klas starszych), którzy unikają jakiegokolwiek "kocenia", są też inni, dręczeni miesiącami.

Fala nie ma też oficjalnego końca, w zasadzie wygasa kiedy starszym uczniom znudzi się dręczenie młodszych, albo kiedy ostrzej zareagują pedagodzy czy dyrekcja szkoły. Niestety, coraz częściej akcentem kończącym jest wyjątkowo upokarzające potraktowanie któregoś z uczniów, którego nie da się już ukryć czy zatuszować.

Ogromna różnica występuje też w celach stawianych pierwszoklasistom. W przypadku otrzęsin muszą się oni wykazać cechami pozwalającymi bez wstydu wejść w poczet uczniów szkoły. W przypadku fali mają dostarczyć rozrywki starszym uczniom, zaspokoić ich chęć sprawowania władzy i "poznać swoje miejsce w szeregu".

Można stwierdzić, że o ile na przykład otrzęsiny są elementem tradycji i kultury danej szkoły, o tyle fala to zachowanie subkulturowe, często na pograniczu działań o charakterze kryminalnym.

- Fala jest rodzajem inicjacji, jednak niezwykle wynaturzonym w stosunku do tradycyjnie pojmowanych obrzędów, pozbawionym kontroli społeczności i przez to niezwykle niebezpiecznym - mówi Jan Witold Suliga...

chcesz czytać dalej? zajrzyj

piątek, 15 września 2006
O NEOPOGANACH

Nowi poganie

Jan Witold Suliga
etnograf:
Wśród polskich ruchów nawiązujących do europejskiego pogaństwa możemy
wyróżnić trzy grupy.
Pierwszą charakteryzuje wyraźnie zaangażowanie polityczne. Jej przedstawiciele są zafascynowani ideologią faszystowską. Trudno mówić w tym wypadku o jakiejś głębszej duchowości, o jakichś stanach mistycznych. Religię traktują
instrumentalnie, jako ideologię uzasadniającą wrogość wobec ludzi innych
narodowości i ras. Druga grupa — najpopularniejsza — to ruchy okultystyczne, na przykład wicca (czarostwo), nawiązujące między innymi do nauczania Aleistera Crowleya [najsłynniejszego XX–wiecznego maga i okultysty]. Nie angażują się one w politykę, są natomiast wyrazem potrzeby duchowych doświadczeń. Wreszcie do trzeciej grupy należą ruchy, które odwołują się do dziedzictwa Celtów i wikingów. One też politycznie pozostają niezaangażowane. Ich członkowie stawiają na budowanie więzi społecznych, opartych na przyjaźni, współdziałaniu i bliskim kontakcie człowieka z „bogami” własnej, rodzimej tradycji. Jedynie ta ostatnia grupa neopogan może stanowić — jak sądzę — alternatywne wyjście dla przejawów kultury masowej, które dominują we współczesnej cywilizacji.

poniedziałek, 04 września 2006
MYSTERY OF MODERN WORLD

THE GREAT UNKNOWN
Mystery in a Modern World
24 grudzień 2000

We live in an era of instant information transfer, fiber optics, virtual reality and a rate of scientific development never before seen. In such a world, it seems, there should be no magic-no spells, fortune-telling or amulets.

For several years Poland has experienced a boom in demand for everything mysterious, magic and irrational. Fortune-tellers, clairvoyants and astrologers are very successful. Their clients include representatives of all professions, from politicians, artists, journalists, bankers and stockbrokers to housewives and lonely hearts looking for a partner. On one hand, such "voodoo" is looked down upon, but on the other, people increasingly often become addicted to fortune-telling and horoscopes. Most color magazines print weekly horoscopes, and some papers and radio stations provide them daily. Shops, galleries and even street stands sell amulets that allegedly bring luck in business or love, guarantee health, and so on.

Dr. Jan Witold Suliga, ethnographer, tarot expert and author of many books on esoteric subjects, explains: "People in Poland are interested in magic for several reasons. First, we are living in times of uncertainty. Everyone would like to have some certainty in life, so they try to arrange something predictable with the help of fortune-tellers. Second, there is some spiritual emptiness; the devaluation of traditional forms of spirituality render them no longer capable of meeting all our spiritual needs. The empty space left by Catholicism (insufficient today) or other faiths is filled by the esoteric, by all forms of fortune-telling. Quite simply, by magic."

The history of Poland and Europe shows that some trends, including the growth of interest in magic, mysteries and spirituality, reappear on a regular basis. For example, after the Enlightenment, which glorified the analysis of reality, came Romanticism, with its delight for everything unusual, secret and magic. Polish poet Adam Mickiewicz wrote: "Feelings and faith tell me more than the scholar's glass and eye." And the cyclical character of history brought down-to-earth Positivism after Romanticism.

Poland is now experiencing a period which follows the nearly 50 years of communism and the rule of "the only proper ideology" aspiring to rationalism. So it's no wonder people seek the mysterious. "Present times resemble the 16th century," said Suliga. "Then, people freed of the bondage of the Middle Ages tried to shape their world with their own will, but at the same time, it was a true renaissance of faith in fortune-telling, magic and superstitions."

According to many astrologers, the growing interest in all things secret and spiritual is caused by the approaching age of Aquarius which will begin around 2020. Aquarius is the patron of all extra-sensory, spiritual and magical things.
Visiting a fortune-teller



According to numerologists, the year 2001 will be guided by number Three. It symbolizes positive change, joy and the realization of plans.

The fortuneteller Viga has prepared a prediction for Poland for 2001. In order to do so, she had to determine the number that rules Poland. Viga calculated that the Polish Republic's number is Five. The analysis of features related to this figure shows that in its former incarnations, Poland overused its freedom and made other nations suffer. Since 1989, when the People's Republic of Poland became the Republic of Poland, the country has had an inclination for indulging in sex, drugs, alcohol and other pleasures. In order to be successful in the coming year of Three, Poland should learn how to wisely use its freedom and avoid interfering in the affairs of others.

This numerological analysis states that Poland lacks hard work, good organization of work, stability and patience. These problems are manifested by difficulties on the job market, unemployment and the bad shape of the country's health. Poland as a nation is unwilling to open itself to changes, new ideas and new possibilities because its citizens associate such changes with a loss of security. In its previous historic incarnations, Poles relied more on its citizens' intelligence and cleverness than on honest work. Now the time has come to learn how to build solid foundations, take up new challenges and carry them out to the end. Poland also has to learn how to serve others in order to obtain consistency and patience. If it manages to bring these pieces of advice to life, the optimistic and creative Three may strengthen Poland's positive features and support positive action in 2001.



Don't believe people who say that only those unhappy in love and spinsters from small towns go to fortune-tellers. Tarot experts, chiromancers and astrologers work for high-ranking state officials, businesspeople, celebrities, and others. It's enough to check the Internet for fortune-teller websites, where you'll find the confessions of well-known people who use divination to make professional, financial and personal decisions.

"Quite often a fortune-teller has to play psychoanalyst and listen to the client," said Viga, a fortune-teller from Warsaw. "A respectable diviner's primary goal should be to help the person who visits them. My motto is: Honesty, credibility and truth." Her services include numerology, tarot, runes, Gypsy cards and Le Normand cards. "I personally prefer numerology," she continued. "This is knowledge based on the scientific foundations laid down by Pythagoras, who formulated the law of cycles. He said that numbers strongly influence people's fate and behavior. The date of birth of anyone, reduced to a number between 1 and 9, describes their character, intellectual capacity, and predisposition for running a company or engaging in political activity."

Sometimes a client who is not satisfied with the fortune told goes to other diviners, to finally hear what they want to hear. Psychologists explain that people go to fortune-tellers to boost their self-esteem. In fact, they expect to hear about the wonderful future which is in store for them. Seeking knowledge of what's ahead often stems from a lack of faith in individual resources and from the hope that despite everything, fate is preordained.

"Fortune-tellers usually are not clairvoyants, but they can point to certain ways of avoiding problems, prepare the client for the problems, and help choose a better solution," said Viga. "They have to be good psychologists, so that even without the help of tools like cards, runes or fingerprints, they are able to see certain qualities of the client-from their face, for example."

Fortune-telling fans say that fortune-tellers' statements prove true. Skeptics respond that the fulfillment of a told fortune may be proof of the extraordinary power of the human subconscious-a self-fulfilling prophecy.

The opponents of divination say that fortune-tellers are just good psychologists who can almost always accurately analyze a client, helping them formulate predictions. "No one knows why predictions come true, and those who say otherwise are either cheating themselves or lying. For me, it's a part of my reality. The institution of fortune-telling provides what no other institution can give," said Suliga.
Lucky charms

When going to consult a fortune-teller, one shouldn't expect to see a witch with a black cat on her knees and a raven perched on her shoulder. More and more often fortune-tellers use computers. They usually meet with clients in cozy rooms that feel comfortable and safe thanks to properly chosen colors, lighting and aromas. Since candlelight creates a positive aura, candles are a frequent prop.

Runes, stones with mysterious inscriptions made by ancient Scandinavians, help find answers to concrete questions. It is said that the runic signs have a secret power. Tarot cards are decorated with cabala symbols, each with a precise meaning. In order to understand the philosophy of tarot, the diviner needs to know the philosophy of cabala. Apparently, if a person without necessary qualifications uses tarot cards, they may draw bad forces upon themselves and their client.

Sometimes a fortune-teller gives clients amulets that guarantee help in specific matters. Most often, these are necklaces made of magic stones, or metal pendants or rings with cabala or runic symbols. They may also be bracelets of selected minerals intended to keep away bad luck or evil spirits, or a recipe for a herbal mixture guaranteeing the client happiness in love.

Small pyramids are another gadget. They are supposed to focus the good energy and dispel the bad. Women's magazines and television often tell the stories of public personalities who claim they owe their good luck and success to amulets.
Beyond the West

Interest in magic and spirituality can be observed not only in Western culture. The crisis of traditional religions which don't meet the needs of contemporary people exists worldwide and has led to the expansion of movements based on American New Age philosophy, the creation of new sects which combine elements of traditional religions with modern trends, and the arrival of neo-pagan movements, occultism and ecological movements.

New religious movements, based on Confucianism mixed with Western theories, are appearing in China. In India, various breeds of neo-Hinduism target white people, where the "guru for a rupee" institution is increasingly popular.

If you're looking for a fortune-teller, it's enough to reach for any newspaper with a want ads section, check the Internet, or open a phone book. There are also fortune-telling hot-lines. The price of magic services varies from zl.30 to several hundred zlotys, depending on the length of the meeting, the forms of divination used and the renown of the fortune-teller. An appointment is usually required.

"These days, a fortune-teller can be found in every other apartment building, because many unemployed women are seeking easy money," said Viga. "For me, it is unethical to take advantage of people's naivete. This is a real vocation. I have been a professional fortune-teller for eight years."
Little white lies

The Catholic Church strongly opposes the fortune-telling practice. However, polls show that two-thirds of Poles believe in divination, horoscopes and paranormal phenomena. The grounds for this faith are difficult to discuss. It seems, however, that as long as people have a healthy distance from such things, there should be no harm. Problems appear when the irrational starts to dominate life and becomes a source of fear. Superstitions may be dangerous for the person involved and those around them.

If we accept the theory that certain phenomena and philosophical trends in the history of the world go in cycles, we should eventually witness some form of radical rationalism. So for the time being, a little bit of magic shouldn't hurt. And when a black cat crosses your path, why not spit over your left shoulder three times?
Iwona A. Czerwińska

O NIKIFORZE

Jan Witold Suliga, etnograf, pisarz, podróżnik
 Nikifor należy do tego grona wielkich Artystów, którzy zapisali się w historii świata jako artyści naiwni. Myślę, że był mistrzem kolorystki. Był kimś naiwnym jak dziecko. Jak dziecko patrzył na świat. Patrzył przez pryzmat kolorów, świetlistości, ale czasami i ciemności, która przechodzi przez to światło. (...) Wydaje mi się, że gdyby Bóg wybierał jakiegoś człowieka i dawał mu jakiś dar mówiąc: "Pokaż świat przepełniony moim błogosławieństwem". W tym błogosławieństwie jest ból i radość. (...) Nikt tak intensywnie nie odbiera tych dwóch rzeczy jak dziecko. Kiedy coś go boli płacze, kiedy go coś raduje śmieje się i nie kryje tego wszystkiego. Tak i Nikifor nie krył w obrazach swoich własnych uczuć.

"Pegaz" Wydanie z 26 września 2004

czwartek, 23 marca 2006
SZOPKA JAK PUZZLE (1)
Boże Narodzenie to w Polsce czas obfitujący w obrzędy i rytuały, często pochodzące z bardzo odległych czasów . O tradycjach i współczesności tego święta, o prezentach, makowcu, zwierzętach przemawiających w wigilijną noc ludzkim głosem, choince i szopkach rozmawiamy z Janem Witoldem Suligą, dyrektorem Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie.

- Ile jest we współczesnych świętach Bożego Narodzenia magii i obrzędów z czasów pogańskich? Które elementy w zwyczajach świątecznych są kulturowym zabytkiem z dawnej przeszłości?

Większość obyczajów związanych ze świętami Bożego Narodzenia ma pochodzenie pogańskie, na które nałożyła się wiara i mitologia chrześcijańska - to co jest opisane w Ewangeliach ale również w apokryfach, co stało się częścią popularnej wiary że tak właśnie było. Można powiedzieć, że większość obecnie kultywowanych obyczajów jest związana z tradycją kultury ludowej, która do końca ukształtowała się w XIX wieku. Bardzo łatwo można znaleźć także elementy sięgające znacznie bardziej odległych czasów - nawet przedchrześcijańskich.

Zarówno kiedyś jak i dzisiaj można wyróżnić dwa rodzaje pogańskich obrzędów magicznych związanych z obchodzeniem świąt Bożego Narodzenia (lub szerzej z okresem przesilenia zimowego) - po pierwsze mają one  zapewnić dostatek, szczęście, pomyślność i są związane z płodnością ludzi, zwierząt czy roślin. Po drugie zaś mają na celu kontakt z zaświatami, ze światem duchów, za którym stoi Bóg lub kiedyś bogowie.

Żłóbek - zdjęcie dzięki uprzejmości Państwowego Muzeum EtnograficznegoJednym z przykładów na tak odległe tradycje są potrawy zawierające mak - makowiec, kutia, makiełki, makówka, mak z łamańcami... Jak odnotowuje Kolberg  oraz inni etnografowie w wielu regionach Polski właśnie makiem rzucano w kierunku belki stropowej znajdującej się nad stołem, na znak więzi ze zmarłymi, ze światem niematerialnym. Mak jest związany ze zmarłymi (samo słowo mak jest związane z zasypianiem, umieraniem). Potrawy zawierające mak były jedzone "za zmarłych". Właśnie z tym nieznanym, tajemniczym światem duchów jest związanych wiele wigilijnych symboli - na przykład pusty talerz czy wolne miejsce dla wędrowca. Zawsze jest to ktoś obcy, z zewnątrz, kto reprezentuje tak naprawdę zaświaty. W tradycji ludowej "dziad", osoba z zewnątrz, która przychodzi zająć takie wolne miejsce reprezentuje zmarłych. Takich symboli jest bardzo wiele, w tym takie które mają zetknąć świat ludzki ze światem duchów. Są też tradycje związane z wróżbami - mało kto wie że wiara w to, że zwierzęta mówią ludzkim głosem wiąże się również z magią wróżebną. Ten kto podsłucha rozmowę zwierząt może według ludowych przesądów dowiedzieć się czegoś o swojej przyszłości – w wigilijną noc zwierzęta mają dar prorokowania ludzkim głosem.

Równie ważne były obrzędy związane z powodzeniem. W wielu regionach chodzono na przykład wokół drzew owocowych, mówiąc "masz rodzić" i uderzając w nie kijami. Popularne do dziś choć związane obecnie bardziej z nowym rokiem jest przekonanie, że pierwsze 12 dni od Wigilii (lub od Nowego Roku) wróżą to co się wydarzy w nadchodzącym roku.

Darzenie, rodzenie się ale też zapewnienie sobie powodzenia w tym i przyszłym życiu mają również dzisiaj zapewnić pewne rytuały - jak choćby dawanie prezentów. Niezwykle ważne jest także składanie życzeń, wyrażające z kolei wiarę w magię słowa, w to że wypowiedziane czy napisane życzenia się spełnią.

CZĘŚĆ 2

(2)
- Czy w wieczorze wigilijnym znaleźć można elementy wiary magicznej? Jak zinterpretować dawny zwyczaj dokładania opłatka do paszy zwierząt na wsiach i spożywanie określonych potraw?

Opłatek dla zwierząt powinien nieco inaczej wyglądać niż ten "ludzki", są one kolorowe różowe albo niebieskie. Opłatek to chleb. Oczywiście ma on powiązanie z Eucharystią ze Słowem które stało się ciałem, z chlebem który niesie zbawienie. Jednak dzielenie się opłatkiem jest jakby odbiciem jeszcze przedchrześcijańskich tradycji wspólnego ucztowania - dzielenia się jakąś całością z całym światem. Świat zwierzęcy i ludzki stają się w ten sposób harmonijną jednością - to  ustanowienie nowego początku i porządku. Taka symbolika wywodzi się również z bardzo odległych czasów i ma swoje odbicie w polskiej nazwie Bożego Narodzenia.

Do XIX wieku rzadziej nazywało się ten okres Bożym Narodzeniem, częściej mówiono "Gody" - od godzenia. Gody to albo dające nowy początek małżeństwo albo godzenie, uładzenie całego świata, w tym świata demonicznego, który według dawnych wierzeń był najbardziej aktywny w porze roku, gdy noc dominowała nad dniem.

Należy pamiętać, że data Bożego Narodzenia została ustalona dość późno ok V/VI wieku. Przedtem święto to przypadało 6 stycznia, były też głosy że powinno być związane z Paschą, bowiem według niektórych teologów Jezus urodził się tego samego dnia, którego zmarł. Data ta najprawdopodobniej niewiele ma wspólnego z faktyczną datą opisywanego w Ewangeliach narodzenia Jezusa. Jest natomiast związana ze starszym, mitraickim świętem Sol Invictus - Słońca Niezwyciężonego, które pokonuje mrok. Na to się nałożyła wiara chrześcijańska że tym światłem duchowym, nieziemskim jest Jezus Chrystus. W ten sposób znana w wielu kulturach starożytnych symbolika światła pokonującego mrok zimowego przesilenia przeniosła się z pogańskich świąt do chrześcijańskich.

I właśnie tym momencie świat staje się całością, ustanawiany jest nowy początek i nowy porządek. Fakt że dzielimy się opłatkiem symbolizującym przecież także ciało Jezusa właśnie tego wieczoru gdy ten porządek jest ustanawiany, jest podkreśleniem wspólnoty, tego że wszyscy jesteśmy w harmonii ze światem. I to nie tylko tym materialnym. Wokół nas dzieją się różne rzeczy, działa też świat demoniczny, jest ciemno, ludzie się przebierają (kolędnicy z turoniem, kozą, śmiercią) - to pokazuje świat dziki, który musi dopiero zostać uładzony - właśnie podczas Godów. Dzielenie się opłatkiem ze zwierzętami jest elementem tego "uładzania".

Pokłon Trzech Króli, drzeworyt XiXw - zdjęcie dzięki uprzejmości Państwowego Muzeum Etnograficznego- Jakim zmianom ulegał sposób obchodzenia świąt na przestrzeni ostatnich stu lat?

- Najważniejszym elementem jest wprowadzenie choinki stojącej. Choinka taka jaką dziś znamy jako wszechobecny symbol świąt Bożego Narodzenia jest stosunkowo nową tradycją, tak naprawdę zakorzeniła się w Polsce niecałe 100 lat temu. Kiedyś na wsiach robiono ozdoby ze słomy, ciasta, wieszano orzechy - wszystko to miało oczywiście swoją symbolikę, nawiązującą podobnie jak te zwyczaje o których już mówiłem albo do obrzędów związanych z płodnością i powodzeniem albo do zaświatów. Ale na terenie Polski choinki były obecne znacznie wcześniej, z tym że nie stały a wisiały pod powałą. Były to podłaźniczki – czubki drzew iglastych zwrócone szpicem ku dołowi.

Jedną z poważniejszych zmian jest zmiana w postaci świętego Mikołaja i innych postaci przynoszących prezenty. Coraz rzadziej spotyka się regionalne zwyczaje związane z obdarowywaniem prezentami przez Aniołka czy Gwiazdora. A i "ogólnopolski" święty Mikołaj zmienił swój wizerunek. Dobrotliwego biskupa zastąpiła postać znana z amerykańskiej kultury - Sant Claus, który ma reny, mieszka w okolicach Bieguna Północnego i ma tam fabrykę zabawek. W sumie jest to obecnie postać z mitologii pogańskiej niż o chrześcijańskim rodowodzie. Zmianą jest również to, że kiedyś święty Mikołaj przychodził tylko w dniu swoich imienin – 6 grudnia. Obecnie zaś staje się symbolem okresu świątecznego tak powszechnym jak choinka i znacznie częściej pojawiającym się niż na przykład szopki.

Kolejne zmiany dotyczą migracji potraw wigilijnych - jak choćby kutii, która z Litwy przywędrowała do wszystkich regionów Polski. Wiele regionalnych potraw nabrało przez ostatnie dziesięciolecia ogólnopolskiego charakteru.

Niewiele się za to zmieniło w charakterze i sposobie obchodzenia samych świąt. Pozostają one czasem nostalgii, wyciszenia i rodzinnych spotkań - czasem pozostające nawet w sprzeczności z radosnym charakterem wydarzenia które wspominamy. I zawsze spędzane są przy suto zastawionym stole.

CZĘŚĆ 3

(3)

- A propos suto zastawionego stołu. W ubiegłym roku Episkopat Polski ogłosił, że w Wigilię można już jeść mięso. To oczywiście krótki okres z punktu widzenia obserwatora zmian zachodzących w kulturze i obyczajach, ale czy przewiduje Pan jakieś zmiany związane właśnie z kolacją wigilijną podczas której można już teraz jeść mięso? Innymi słowy czy polskich na stołach szybko pojawi się „wigilijna golonka”?

-  Myślę, ze to zbyt świeża sprawa, tradycja bezmięsnej Wigilii jest jednak zbyt silnie zakorzeniona. I wątpię, że w Polsce szybko dojdzie do radykalnych zmian w wigilijnym menu. Ludzie nie kojarzą tego składu potraw podawanych w ten wieczór z jakimkolwiek postem. Postrzegają te dania jako charakterystyczne dla tej wyjątkowej wieczerzy, zwłaszcza że obfitość jedzenia nie skłania do myślenia o poście czy wstrzemięźliwości. Wiadomo że taki karp, barszcz, makowiec czy śledzik pojawia się tylko na wigilijnym stole. Dlatego uważam, że szynka nieprędko znajdzie na nim swoje miejsce.

Warto przy tym wspomnieć, że religijność Polaków jest w pewnym sensie „barokowa” i mocno na pokaz - co nie znaczy że nie jest głęboka. Trudno więc wprowadzać w nią zmiany, szczególnie te dotyczące zewnętrznych jej przejawów. A według tradycji Wigilia jest dniem, w którym stół się zastawia bardzo obficie, ale właśnie bez mięsa. I tak pewnie jeszcze długo pozostanie.

Narodziny-medal, mosiądz lany E. Krynicka, Muzeum w Białej Podlaskiej - zdjęcie dzięki uprzejmości Państwowego Muzeum Etnograficznego- Skąd się wzięła w Polsce, i w ogóle w chrześcijańskich społeczeństwach - choinka?

Choinka przyozdobiona świecącymi bombkami, anielskim włosem czy świeczkami i lampkami jest drzewkiem światła. Proszę zauważyć, że większość ozdób ma związek właśnie ze światłem – odbija je, zwielokrotnia albo wręcz światło wytwarza. Tak przyozdobione drzewo symbolizuje centrum kosmosu. Tradycja drzew łączących różne światy pojawia się juz w paleolicie - jako osi spinającej świat podziemny, ludzki i niebiański. Stąd została przejęta przez chrześcijaństwo.

Do Polski choinka trafiła w XIX wieku z Niemiec. Najpierw stała się popularna w dużych miastach. Na wsiach przyjęła się ona bardzo późno – dopiero w latach 20-tych i 30-tych XX wieku. Przez dłuższy czas współistniała z innymi świątecznymi ozdobami domów, by w koncu niemal zupełnie je wyprzeć.

- Komercjalizacja Bożego Narodzenia to dobre zjawisko? Zubaża naszą kulturę czy wzbogaca?

- Zmiany te dotyczą przede wszystkim sfery handlowo-marketingowej, która coraz śmielej i coraz wcześniej również w Polsce sięga po bożonarodzeniową symbolikę . Jest to okazja, by jak najwięcej zarobić "wyciągając" pieniądze z kieszeni ludzi. Z drugiej jednak strony to czas dodatkowych premii a więc większych zarobków dla dużej części społeczeństwa. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to bardzo dobre zjawisko i w zasadzie handlowy okres przedświąteczny powinien trwać cały rok.

CZĘŚĆ 4

(4)

Jednak w całym tym przedświątecznym zamieszaniu dochodzi do dziwnych skrajności związanych z poprawnością polityczną - z jednej strony dochodzi do sytuacji, w których z jednej strony wszędzie mówi się o okresie świątecznym, z drugiej zaś usuwa się z miejsc publicznych jakiekolwiek aspekty religijne. Wydaje się to nieprawdopodobne, bo przecież Boże Narodzenie głęboko z wiarą jest powiązane – wskazuje na to choćby sama nazwa święta. A jednocześnie w wielu krajach świata zabrania się ustawiania szopek w miejscach publicznych, śpiewania kolęd podczas szkolnych przedstawień czy wręcz ukazywania jakiegokolwiek religijnego aspektu tego okresu w oficjalnych życzeniach i komunikatach. Z niektórych miejsc usuwa się nawet choinki.

Chrzest, drewno polichromowane, Tadeusz Kacalak, 1985,Muzeum w Łęczycy - zdjęcie dzięki uprzejmości Państwowego Muzeum EtnograficznegoŚwięta coraz bardziej natarczywie wchodzą w życie ludzi i to już na kilka tygodni przed wigilijnym wieczorem. Coraz bardziej wyszukane prezenty, zastaw się a postaw się na stołach, reklamy w których pełno „magii śwąt” a nawet specjalne „świąteczne kredyty” - wszystko to składa się na system zachęt do uczynienia tego czasu okresem wielkiego kupowania, co jako etnograf obserwuję ze sporym zażenowaniem. Boże Narodzenie coraz bardziej jest wyprane ze wszelkiej religijności a fakt do którego się odności jest zepchnięty na drugi plan.

Polska jest jednak krajem specyficznym. Sakralność tego święta jest u nas podtrzymywana na przykład przez chodzenie na Pasterkę. Ale gdyby nie ona, Boże Narodzenie przestałoby być może funkcjonować jako święto religijne. Z drugiej strony w Polsce nawet zadeklarowani ateiści śpiewają kolędy, przygotowują tradycyjną wigilię i dzielą się opłatkiem, a nawet czytają przed kolacją opis narodzenia Jezusa z Pisma Świętego.

Warto też zwrócić uwagę na desakralizację wielu aspektów świąt, która ma miejsce w wielu krajach niegdyś bardzo religijnych. Przykładem mogą być Włochy, gdzie z jednej strony szopki coraz rzadziej pojawiają się w miejscach publicznych, z drugiej zaś - kwitnie typowo komercyjna sprzedaż gotowych elementów, z których taką szopkę można zbudować. To już nie jest czynność sakralna, jak tworzenie szopek ludowych w Polsce. Dzisiejsze budowanie szopki w wielu krajach przypomina układanie puzzli - i tak częstokroć jest traktowane.

Uważam, że polskie Boże Narodzenie będzie się z jednej strony "amerykanizować", a z drugiej strony stanie się jeszcze bardziej świętem rodzinnym. Raczej nie przyjmie się u nas model spędzania świąt w restauracjach czy na ulicznych zabawach. Jednak czysto religijne podejście do świąt należy także do przeszłości.

2004-12-24, 09:50
wtorek, 24 stycznia 2006

Rozmowa z

Janem Witoldem Suligą,

etnografem,

 autorem książki „Wielcy magowie świata"

- Od kiedy ludzie zajmują się magią?

Jan Witold Suliga: Myślenie magiczne jest częścią naszej natury, to najprostszy sposób rozumienia świata. Magia towarzyszy ludzkości od jej zarania. Potem, dość sztucznie, wprowadzono podział na magię białą, czyli dobroczynną, i czarną, czyli czyniącą zło. I za pomocą czarnej magii rzucano klątwy czy uroki.

Urok nie jest tym samym co klątwa. Urok jest czymś mniejszym, ogranicza się do pewnego aspektu życia człowieka. Na przykład do sfery ekonomicznej albo emocjonalnej. Urok jest rzucany przez osobę X na osobę Y i działa tylko na nią. Natomiast klątwa jest urokiem spotęgowanym, bo zwykle dotyczy wielu aspektów życia człowieka. Może być rzucona nawet na całą społeczność, obłożone klątwą może być też miejsce. Przykładem jest historia biblijnego maga Bilaema, który miał rzucić klątwę na cały lud Izraela idący do Ziemi Obiecanej. Bilaem oznajmił jednak, że jeśli rzucenie klątwy będzie niezgodne z wolą Boga, to on tej klątwy nie będzie w stanie rzucić. To pokazuje, czym jest klątwa - mag musi maksymalnie przybliżyć się do Mocy Sprawczej, przemawiać w jej imieniu. Urok natomiast może rzucić każdy, nawet ktoś, kto nie para się magią.

Magia JEST siłą sprawczą, nadal ludzie dają tego świadectwa. Badałem w Polsce pewien przypadek. Kobieta jechała samochodem, gdy nagle poczuła pragnienie. Zatrzymała się w wiosce, weszła do jednej z chałup, okazało się, że mieszka w niej miejscowa czarownica, szeptunka. Ta rzuciła klątwę na nieproszonego gościa. Kobieta kilka kilometrów dalej rozbiła samochód na zakręcie. Od tego czasu nieszczęścia zaczęły spadać nie tylko na nią, lecz także na jej rodzinę, czyli została rzucona klątwa na cały ród. Trwało to kilka lat. Tutaj mamy do czynienia z klasyczną klątwą.

- To może być samospełniające się proroctwo - wiedząc, że rzucono na nią klątwę, kobieta mogła przypisywać jej działaniu kolejne zdarzenia losowe.


Jan Witold Suliga: Tylko że to była osoba twardo chodząca po ziemi, ateistka, niewierząca w podobne rzeczy. Nie twierdzę zresztą, że ta klątwa rzeczywiście została rzucona, opisuję tylko pewne zjawisko, które jest typowe w przypadku klątw. Mogła oczywiście zajść pewna synchroniczność zdarzeń, zgodnie z zasadą, że wszelkie nieszczęścia chodzą parami, ale to już nie były pary, lecz lawina nieszczęść. Dotykały całą rodzinę. Z etnograficznego punktu widzenia jest to klasyczny przykład obłożenia klątwą.

- Zawsze pan wierzył w magię czy coś się stało, że pan uwierzył?


Jan Witold Suliga: Ja nie wierzę, ja tylko dopuszczam jej istnienie. Każda interpretacja zakłada pewną metodę szukania odpowiedzi, ale każda pojedyncza metoda jest ułomna. Prawdziwy racjonalista nie wyklucza istnienia którejkolwiek z interpretacji. Biorę pod uwagę samospełniającą się przepowiednię, psychologię, ale również istnienie świata magicznego, w którym obowiązują określone prawa, które znam jako etnograf. A prawa te stanowią, że w pewnym momencie magia obraca się przeciwko temu, kto ją uprawia. On może w to nie wierzyć, nie ma to najmniejszego znaczenia. Stanie się narzędziem tych sił, jeśli już nie jest. Po prostu tak to jest. I nie rzucam w tym momencie klątwy.


Rozmawiał Konrad Dulkowski ( Przekrój, 1998 r )