kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
wtorek, 17 marca 2015
LECTORIUM ESOTERICUM
Moi Drodzy :) Od kilku miesięcy pracuję z moim uczniem w Anglii, Michałem Zającem, nad wdrożeniem e-learningowego projektu o nazwie "LECTORIUM ESOTERICUM. Ezoteryczna Szkoła Jana Witolda Suligi". Szkoleniowy program LECTORIUM dotyczyć będzie Tarota, Kabały, Hermetyzmu, Alchemii oraz innych tradycji ezoterycznych i duchowych. Spotykać się będziemy nie tylko w necie, również w realu, LECTORIUM zamierza bowiem organizować wspólne wyjazdy słuchaczy i osób zainteresowanych do ciekawych, związanych z ezoteryką miejsc na całym świecie, łącząc ezo-turystykę z warsztatami, wykładami i rozmaitymi projektami badawczymi.  Ruszamy od kwietnia. Szczegóły już wkrótce :)

http://ctud.blox.pl/resource/LOGO_LE.0__Kopia__Kopia.jpeg
sobota, 05 maja 2012
DĄB PAMIĘCI

Uroczystość posadzenia Dębu Pamięci kpt. Witolda Butwiłły – Kielce, 25 kwietnia 2012

25 kwietnia 2012 r. o godz. 9.00 przed gmachem V Liceum Ogólnokształcącego im. ks. P. Ściegiennego w Kielcach, ul. Toporowskiego 96, odbyła się uroczystość posadzenia Dębu Pamięci, którym uhonorowany został kapitan Witold Butwiłło, więzień obozu specjalnego NKWD w Kozielsku, zamordowany i pogrzebany w Katyniu. W trakcie uroczystości prelekcję „Kielecczyzna w grobach Katynia” wygłosił Marek Jończyk, pracownik Biura Edukacji Publicznej Delegatury IPN w Kielcach.

Kapitan Witold Butwiłło, s. Juliana i Marii z d. Luro, ur. 30 listopada 1893 r. na północnym Kaukazie. Wnuk zesłańca politycznego. Uczestnik ruchu patriotycznego wśród studentów w Charkowie (do 1916 r.). W latach 1917–1918 żołnierz 10 Dywizji Piechoty gen. Żeligowskiego. Od 1919 r. pełnił służbę wojskową w 4 Pułku Piechoty Legionów w Kielcach. Odznaczony Krzyżem Walecznych i medalami pamiątkowymi. Żonaty z Janiną z Kudlińskich, miał syna Jerzego i córkę Marię. Nazwisko kpt. Witolda Butwiłły występuje na Liście Wywozowej więźniów obozu specjalnego NKWD w Kozielsku nr 052/4 z 27 kwietnia 1940 r. Zamordowany i pogrzebany w Katyniu k. Smoleńska. Jego ciało zostało ekshumowane w 1943 r. i oznaczone numerem AM 3782. Decyzją Ministra Obrony Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej z 5 października 2007 r. mianowany został pośmiertnie na stopień majora Wojska Polskiego. 

czwartek, 03 maja 2012
DEDYKACJA...
Moim sarmackim praojcom, Janowi Butwille herbu Niezgoda, towarzyszowi pancernemu uhonorowanemu szlacheckim interdyktem w 1662 roku za czyny rycerskie, Jakubowi Butwille za udział w Konfederacji Barskiej, Szymonowi i Kalikstowi Butwiłłom za udział w Powstaniu Styczniowym, Julianowi Butwille za sarmacką odwagę i miłość do koni, Witoldowi Butwille, kapitanowi polskiej armii zamordowanemu w Katyniu, jego synowi Jerzemu za udział w Powstaniu Warszawskim i mojej mamie, Marii, za wierną służbę w Szarych Szeregach... :)

środa, 11 kwietnia 2012
KARTY TAROTA MAGÓW ZNOW DO DOSTANIA!

Ruch na rynku wydawniczym trwa dalej. Kilka dni temu odpisałem trzy umowy z wydawnictwem Ezoteric, które zamierza jeszcze w tym roku wznowić książkę "Tarot magów", a także wydać moją książkę o tarocie - "Tarot, karty które wróżą". Ta ostatnia książka od dawna jest nie do dostania, była zaś pierwszą, wydaną oficjalnie w Polsce w 1990 roku książką o tarocie.

Na tym nie koniec sensacji. Trzecia umowa wydawnicza dotyczy wydania kart tarota mojego autorstwa - "Tarota Magów". Talia miała trzy wydania w latach dziewięćdziesiątych. To będzie czwarte, a zarazem pierwsze w XXI wieku!

Polecam :)

Czytaj więcej - link

MOJE NOWE KSIĄŻKI O TAROCIE

Właśnie zakończyłem korektę dwóch książeczek o tarocie, które zamówiło u mnie kieleckie wydawnictwo Kolpap. Pierwsza nosi tytuł „Tarot. Arkana Wielkie”, druga – „Tarot. Arkana Małe”. Omawiam w nich historię i powstanie tarota, jego symbolikę ezoteryczną, kabalistyczną i astrologiczną, a także związki tarota z magicznymi systemami zachodniej tradycji okultystycznej. Wyszczególnione są również wróżebne znaczenia wszystkich arkanów. Książeczki te będą stanowiły doskonały dodatek do kursów tarota jakie prowadzę. Planowanie wydanie – lato 2012 roku.

W przyszłości zamierzam dodać do tego „dyptyku” trzecia pozycję – „Tarot. Systemy wróżebne”.

Czytaj więcej: link

czwartek, 02 czerwca 2011
MUZEUM ETNOGRAFRICZNE W TRZEWIACH LEWIATANA

Choroba zwana „tęsknotą za Państwowym Muzeum Etnograficznym” minęła mi bezpowrotnie jakiś czas temu i choćby mnie teraz ktoś błagał na kolanach i obiecywał złote góry, broniłbym się rękami i nogami przed ponownym zapadnięciem na tę dolegliwość. Nie ona jest więc przyczyną, że znów powracam do tego tematu, a dokładniej do tego, co dzieje się w kierowanej niegdyś przeze mnie instytucji. Otóż nie dzieje się nic. PME wróciło do stanu przed 1990 roku, kiedy było „czarną dziurą” w centrum Warszawy. I nie dziwota, ponieważ mój szanowny (oczywiście) następca, ma inne, ważniejsze zajęcia. Jakie? Ano te, o których piszą cytowani niżej użytkownicy pewnego forum. Przeczytałem te wpisy nie bez pewnej satysfakcji. Szkoda mi tylko młodych etnografów pragnących pracować w wyuczonym zawodzie, którzy muszą się z opisanymi w tych postach problemami borykać.

Dziwi mnie również to, że Rada Muzeum, której kiedyś przewodziła pani prof. Zofia Sokolewicz wydaje się być ślepa i głucha na to, co się w PME wyprawia. Bo co do tego, że władzom samorządowym jest to całkowicie obojętne nie mam żadnych wątpliwości - w ich skład wchodzi piąty sort polityków wiadomych partii, którzy myślą tylko o tym, jak się nachapać lub ideologicznie wykazać przed swoimi potężnymi szefami. Tak było w 1998 roku, kiedy PME, w skutek sławetnej reformy polskiego muzealnictwa wpadło w łapki samorządowców i tak jest do dzisiaj. Przez osiem lat udawało mi się kierować tą instytucją bez konieczności lizania ich tyłków i wysiadywania w korytarzach Urzędu Marszałkowskiego po to, by dorwać się do d…py jakiegoś tam prominenta. Uznaję ten fakt za wyczyn nie byle jaki, choć w jego efekcie wypierniczyli mnie z pracy. Lizał kto inny no i się dolizał, a teraz jemu trzeba lizać. Ale chyba nie warto, bo i tak, prędzej czy później kopnie lizacza w zadek…

Tym pracownikom, którzy w 2006 roku marzyli o nowym dyrektorze i zrobili wszystko, by tak się stało, ślę słodki uśmiech i słowa: „chcieliście, to macie”. Tym, którzy tchórzliwie kryli się wtedy po kątach, a po moim odwołaniu udawali, że mnie nie widzą i na mój widok przechodzili na drugą stronę ulicy powiadam: „zbieracie owoce swego konformizmu i miejcie pretensje tylko do siebie”. Nowym pracownikom po prostu współczuję.

O tym zaś, jak naprawdę „Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie wkracza w XXI wiek” poczytajcie niżej :)

Dr Jan Witold Suliga

anonim - 2010-05-19 19:46

Do jest super miejsce do pracy, a szczególnie, kiedy dyrektorem został Adam Czyżewski, instytucja ta nabrała rozpędu i można się tam realizować.

Państwowe Muzeum Etnograficzne

Mat - 2010-05-21 23:05

Uważam, że Pan Adam Czyżewski stosuje mobbing. Pracowałem tam wystarczająco długo, by zobaczyć, jak ta osoba wpłynęła na muzeum. Dyrektor pracowników ma za nic, poniża ich, podważa ich kompetencje, zastrasza, kradnie cudze pomysły i podpisuje się swoim nazwiskiem pod nie swoimi wystawami. Efekt zarządzania placówką: najlepsi pracownicy albo odchodzą, albo są maksymalnie wykorzystywani. Ci, którzy nie mogą pozwolić sobie na odejście - chodzą do psychiatry.

Z ręką na sercu odradzam zatrudniania się w tym miejscu.

 G.D. - 2010-05-21 23:14

W muzeum panuje biurokracja, czas pracowników jest marnowany, nie ma jasno określonych obowiązków, a pieniądze są śmieszne (ale to zależy od widzimisię dyrektora). Pracownik, któremu dziś dyrektor może podać dłoń - jutro może zostać przez kancelarię zawiadomiony o zwolnieniu.

ja - 2010-05-23 21:47

potwierdzam krytyczne opinie nt. pracy w Muzeum. Dyrektor placówki zmienił PME w prywatny folwark. Zdecydowanie odradzam pracę w tym miejscu.

Były pracownik - 2010-05-28 20:28

To muzeum to teatr absurdu. Jeśli będziesz mądrzejszy od kadry zarządzającej (a naprawdę trudno nie być od niej mądrzejszym) - zniszczą cię. No, chyba że pozwolisz swoje osiągnięcia podpisywać ich nazwiskami i bić przed nimi pokłony - wtedy będzie ok.

BYŁY pracownik - 2010-05-31 20:10

Instytucja rzeczywiście jest niesamowita, ale tylko i wyłącznie dzięki pracownikom z zamiłowaniem do tego Muzeum, czego nie można powiedzieć o dyrekcji PME. Odradzam pracy w tej instytucji podczas panowania tych ludzi (jeżeli można ich tak nazwać, bo zachowują się jak zwierzęta walczące w swoim stadzie) chyba że ktoś lubi żyć w wiecznym stresie 24h i gdy uniemożliwia się mu wykonywanie swojej pracy lub jej w ograniczonym stopniu.

anonim - 2010-06-04 13:47

Państwowe Muzeum Etnograficzne to Państwo Policyjne, Adam Czyżewski i Jego straż przyboczna unoszą się w oparach absurdu. Wszystkim zainteresowanym Etnografom odradzam tam pracę.

obserwator - 2010-06-10 23:42

Pan Czyżewski to w samej istocie Lewiatan rządzący swoim królestwem muzealnym pożerającym wszystko co na swej drodze spotka. A za pieniądze muzealne wydaje reedycje swojej książki (Trzewia Lewiatana). Niestety sam jest jego wcieleniem. Szerzy w muzeum chaos, skłóca pracowników i wymienił juz prawie cala kadrę, żeby nikt mu się nie mógł sprzeciwić. Ktokolwiek wyrazi swoja opinie niezgodna z wielce panującym na swoim folwarku (zatrudniani znajomi i krewni - to żenada usłyszeć "ciociu" na korytarzu), zostaje natychmiast zwalniany! Panie Czyżewski bądz Pan humanista! niech Pan pamięta, że uciśnienie ludu prowadzi w końcu do tak ukochanego przez Pana tematu - Pomarańczowych Rewolucji!!!! Voltaire pisał: mogę nie zgodzić się z tym co mówisz, ale zawsze będę wałczyć o prawo twego głosu!!! i na szczęście ja ten głos mam i Pan mi go nie odbierze! mam nadzieje, ze ktoś szybko zainteresuje się sytuacja w tej instytucji, bo niestety jedno z największych etnograficznych muzeów w Polsce chyli się ku upadkowi.

anonim - 2011-01-25 19:56

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Wszyscy uciekli...! Ostał się jeno mistrz Czyżewski z instrukcją \"zarządzanie kulturą\" ściągniętą z Wikipedii.

Muza - 2011-04-02 15:11

Zgadzam się z przedmówcami. Miało być lepiej po zmianie zarządu, a jest dużo gorzej niż było wcześniej. Sprawdziło się stare powiedzenie \'szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego\'. No i teraz mamy. Nowy dyrektor nie szanuje swoich podwładnych i pozbywa się najlepszych pracowników. Przez tą nieudolność zarządczą i polityczne układziki PME straciło dla mnie obraz szanującej się instytucji. Niestety. :(

LINK


środa, 18 maja 2011
WAŻNA INFORMACJA
Wszystko ma swój kres. Ten blog również. CTUD spełnił (i spełnia) dalej swoją rolę, będąc przez długie lata jedynym miejscem, gdzie pogubieni w swych duchowych poszukiwaniach wędrowcy mogli znaleźć informacje i rady jak uwolnić się z trapiących ich „dolegliwości” i gdzie zajmowałem się problematyką syndromu duchowego uzależnienia (SDU). I niech tak zostanie dalej. Takie miejsce jest potrzebne. Potwierdzają to liczne maile, jakie otrzymuję.
Od czasu jednak, gdy stworzyłem Centrum Terapii Uzależnień Duchowych (CTUD) minęło sporo czasu i wiele zdarzyło się w moim życiu. CTUD zamienił formułę i graficzną szatę, stał się blogiem o dwóch funkcjach: z jednej strony czymś w rodzaju „biznesowej strony” JWS-a, z drugiej – tym, czym był dawniej, tj. CTUD-em. Tak dalej być nie może, a to z rozmaitych względów. Najpierw dlatego, że z braku czasu zaglądam tu rzadko, bardzo rzadko nawet i od dawna przestałem śledzić co się na CTUD-zie dzieje. Po wtóre z tego powodu, że – jak świadczą rozmaite komentarze - CTUD stał się „tubą” idei, sprzecznych nie tylko z jego zadaniem i celem, ale i również – a może przede wszystkim – z moimi własnymi, duchowymi przekonaniami. Dlatego zawieszam możliwość komentowania wpisów, te zaś, w których ich autorzy dali świadectwo swojego, duchowego zamatrixowania w wolnej chwili najzwyczajniej wykasuję. I w nosie mam, co o tym myślą. CTUD nie temu co czynią i głoszą służy :)
Od kilku tygodnia działa moja nowa strona. Znajdziecie ją pod adresem www.jws.net.pl Zamieszczam w niej wszystkie informacje na temat aktualnie prowadzonych przeze mnie kursów, warsztatów i szkoleń. Z czasem znajdą się na niej wszystkie, najważniejsze teksty zamieszczone na CTUD z Notatnikiem Duchowym włącznie. Kiedy już to zrobię, CTUD pozostanie tylko CTUD-em – miejscem poświęconym problematyce duchowego uzależnienia.
Pozdrawiam Wszystkich :)
Wasz Suljan
wtorek, 22 lutego 2011
PRZESTRZEŃ

Mróz ostry, ale słońce… słońce wreszcie widać!!!! Stęskniony za nim zerkam przez okno, a za nim zaśnieżony ogród.. I ślady ptasich pazurków na białej płachcie śniegu. Przed chwilą odwiedziły mnie dwie sroki. Frrr.... Już ich nie ma... Taka chwila-sielanka J

A ja wciąż w podróży. Ledwie skończyłem jeden kurs, zaczynam drugi, po nim trzeci, raz tu, raz tam… Teraz jadę do Niemiec. Na dziesięć dni. Jak będzie? Się zobaczy, jak powiadała moja, ukochana Babcia J

Najchętniej wróciłbym do Tunezji, znów wygrzał moje sterane kości, nachapał się pustynnej przestrzeni. Ale nic z tego, w Tunezji się namieszało, po niej w Egipcie, teraz przyszedł czas na Libię. „Cóżeś ty tam narozrabiał, że ledwie wyjechałeś, a już zaczęła się rewolta?” – pyta mnie mój świętokrzyski przyjaciel. „No cóż – odpowiadam – zawsze czułem, że jestem katalizatorem jakiś zmian. Bo wiesz, kiedy otwiera sie dusza, wraz z nią otwiera sie też i jej przestrzeń...".

Ups…! Aż strach jechać do Niemiec, hi hi hi... A co tam! Przestrzeń przede mną, przestrzeń we mnie… Przestrzeń oznacza wolność J

wtorek, 23 listopada 2010
WARTO ROZMAWIAĆ... ;)

Serdecznie zapraszam na jutrzejszy program "Warto rozmawiać", TVP, program 1, godz. 23.00, środa, 24.11.2010, w którym wystapią: Jan Pospieszalski ( prowadzący, katolik ), ojciec Aleksander Posacki ( naczelny demonolog polskiego kościola katolickiego ), Jerzy Prokopiuk ( gnostyk, antropozof ) oraz Jan Witold Suliga ( tarocista, terapeuta, założyciel Centrum Terapii Uzależnien Duchowych ). Szykuje się ostre starcie!!!!

link

poniedziałek, 15 listopada 2010
TAK SOBIE MYŚLĘ...

Paląc bezpiecznie w głębi swego domu papierosa, której to czynności od dzisiaj nie mogę wykonywać niemal w żadnym miejscu,  myślę sobie o rozmaitych sprawach, głównie zaś o tym, że profesja, która uprawiam jest profesją dołującą. Człowiek mówi jedno, słuchacz słyszy coś całkiem innego, po czym wmawia sobie i innym, że to, co on wyrozumiał, ja mówiłem. Powiadam komuś: „jeśli nic w swoim życiu nie zmienisz, wciąż będziesz się borykać z tymi samymi problemami, i tak w koło Macieju”, on natomiast rozumie to jako: „nic już cię w tym życiu  nie czeka…”. Mówię: „zrób coś z sobą”, a ten słyszy: „niczego ze sobą zrobić nie możesz”… W takich chwilach myślę - na chuj to wszystko?  Po kiego diabła uświadamiać ludziom, że mają jakiś wybór?! Czy nie lepiej łgać im w żywe oczy, bredząc, że czeka ich świetlana przyszłość? I że jest ona zapisana złotymi zgłoskami w niebie?  Czy nie prościej by było podsuwać im surogaty w postaci nauki pozytywnego myślenia i wiary, że jeśli dmuchnę i chuchnę, to los im się cudownie zmieni?  A że to gówno prawda? Kogo to obchodzi?!  Boli cię ząb? Łyknij apap.  I żyj w przekonaniu, że nie musisz iść do dentysty. A przecie ząb trzeba wyrwać albo uleczyć. A że boli? Musi. Apap nie likwiduje choroby.

Porównanie ładne, ale bezproduktywne, w terapii bowiem mamy do czynienia z z bólem duszy. I z zespołem wzorców tak głęboko niejednokrotni zakodowanych, że dotarcie do nich powoduje erupcję wulkanu. Wulkan wybucha. Dobrze, gdy wywala lawę na zewnątrz, gorzej, jeśli zapada się w głąb siebie. Tu zaczynają się schody, jak powiadał Bolesław Wieniawa-Długoszewski. Albo zejdzie się na nogach, albo zjedzie na dupie. Cel niby ten sam, efekt - diametralnie różny. Wnioski? Wniosków nie ma i być raczej nie może. Może tylko takie: powiedz wprost Suliga, czego ci brakuje? Odpowiedź: kogoś, komu mógłbyś o tym wszystkim powiedzieć… Właśnie!

środa, 06 października 2010
CEL PODRÓŻY...

Byłoby pięknie, gdybym miał więcej wolnego czasu… Byłoby jeszcze piękniej, gdybym mógł opuścić choć na chwilę zimną Polskę i pobyć w jakimś ciepłym, tropikalnym kraju. Najpiękniej zaś byłoby wtedy, gdybym spełnił wreszcie kilka swych marzeń; na przykład pojechał nad jezioro Wan i siedząc w jakimś przytulnym hoteliku z widokiem na górę Ararat zaczął pisać powieść, której pierwsze zdania już dawno ułożyły mi się w głowie, cała zaś reszta wysnuwa się z nich właśnie, ponieważ stanowią one klucz do zagadki, z którą zetknąłem się rok temu, pewnego sierpniowego poranka. Lecz nie jest to możliwe z kilku względów, co wcale mi nie przeszkadza marzyć o tej chwili i czuć ją w sobie już tu, teraz, kiedy piszę te słowa. Pięknie jest wtedy, gdy przed człowiekiem otwierają się nowe rozdziały jego życia, a tak właśnie się dzieje. Właśnie tak. I dobrze, prawda? J

Jest ranek, świeci słońce, za 40 minut przyjedzie do mnie ktoś na nauki tarota, zerkam w kierunku palącej się w rogu pokoju świecy, ćmikam papierosa, w gardle drapie ( ot, takie sobie, jesienne przeziębienie ), siorbię wystygłą kawę, moi synowie pojechali do szkoły, dom jest pusty i cichy, tylko Kicia przesuwa się bezszelestnie i ma nadzieje, że ja wypuszczę do ogrodu. Idź… Siedzę więc sobie i tak myślę – chwila oddechu, krótki czas poprzedzający pracę. Mój czas. Czas tylko dla siebie.

Mój czas to "czas Cyganów", nieustanne wędrówki z miasta do miasta – kursy, nauki, terapia. Najbliższy wolny weekend – druga połowa października. Pierwszy od wielu, wielu tygodni.

Lubię uczyć. Wciąż powtarzam, że jestem „urodzonym nauczycielem” i w słowach tych nie ma źdźbła kłamstwa. Otrzymałem dar słowa i z niego korzystam. Robię to, co lubię robić. Cóż więcej mi potrzeba?

Już wiem! Papierosów! Koniec pisania – idę je kupić. Potem druga kawa, trzy godziny pracy, chwila oddechu przed wieczornym cyklem nauczania. Czy chciałbym wrócić do muzeum? Znów być dyrektorem? Nigdy w życiu!!! Celem podróży tarotowego Głupca jest Wolność. Zanurzam się więc z uśmiechem radości na gębie w jej niezmierzoną głębię…

poniedziałek, 06 września 2010
MANDALA, ALBO SULJAN MOCNO ZABIEGANY

O mandali pisano sporo, zbyt wiele być może, skutkiem czego symbol ten nie tylko się zdewaluował, ale i też zatracił swoją wewnętrzną siłę. Doskonałym potwierdzeniem tej tezy są współczesne, ezoteryczne wypociny zalewające światowy rynek księgarski oraz new age’owe malarstwo, w którym królują mandale, a które tyle ma wspólnego z prawdziwą, ezoteryczną symboliką mandali, co ja z moim księdzem proboszczem.  No cóż, żyjemy w czasach, kiedy wszystko staje się towarem, a każda dziedzina ludzkich kontaktów – usługą. Dawne nauki się sprostytuowały, tajemnice idą do grobu…

A może zawsze tak było… Może proces ten trwa od wieków i nic nań poradzić nie można? Nie wiem. Czy to ważne? Właściwie nie. Nie żyję kiedyś, ale we współczesnym świecie. A skoro tak, to chcąc nie chcąc muszę dawać sobie w nim radę chociażby po to, by regularnie spłacać kredyty i nie martwić się, za co jutro kupię to i owo. Pędzę więc z jednego kursu na drugi, jeden klient wychodzi, a drugi już czeka… Konsultacje, doradztwo, lekcje indywidualne, szkolenia… Brak czasu? A i owszem. Szczęśliwie każdego dnia znajduję moje „pięć minut” dla siebie J

Dziękuję bardzo za super rady – napisała mi kilka godzin temu w sms-ie  pewna moja znajoma, nad którą przez dwa dni mordowałem się w ramach terapii POWRÓT DO MANDALI. POWRÓT DO SIEBIE. – Duże JA zaczyna działać a Wschód i Przodkowie sprawdzają się znakomicie… To tyle autoreklamy, resztę treści sms-a pominę ze zrozumiałych ( mam nadzieję ) względów…  Terapia działa. Mandala też działa… I o to właśnie chodzi…

A skoro o mandali, terapii, biznesie i zabieganiu mowa. Wróciwszy wczoraj z jednego kursu wybieram się w ten weekend na następny, tym razem do Zielonej Góry. Kurs zostanie poprzedzony piątkowym wykładem Suljana poświęconym magicznej symbolice mandali. Wstęp wolny, Serdecznie zapraszam J ( link)

Pozdrawki…

środa, 01 września 2010
A WIĘC...

Nigdy nie zaczynaj niczego od „a więc…”, pouczała mnie kiedyś moja babcia… Zatem…A więc… dawno niczego tu nie zamieszczałem, jeśli nie liczyć ogłoszeń o kursach i temu podobnych sprawach… Moje milczenie ma kilka powodów, z których najważniejszy jest jeden – zmiana. Zmienia się w moim życiu wszystko i to w galopującym tempie, począwszy do spraw osobisto-zawodowych, skończywszy na tych, o których powiada się, iż należą do gatunku duchowych.  Czuję się z tym przedziwnie, ale nie narzekam. Przeciwnie. Dopóki trwa zmiana, dopóty żyję. Niezmienna jest tylko śmierć, a tę już zaliczyłem za życia J

A teraz dwa komunikaty.

Komunikat pierwszy:

Dziś „obchodzę” szóstą rocznicę mego „przebudzenia” opisaną w MOJEJ DUCHOWEJ DRODZE. Napawa mnie to radością, bo od tej strony nic się nie zmieniło ( uwaga ważna – dla podejrzliwych ). Jestem wdzięczny Bogu za to, co wtedy mi się przydarzyło. Dzięki temu żyję J

Komunikat drugi:

W najbliższym czasie blog zwany CTUD-em ulegnie istotnym zmianom. Zmieni się nie tylko jego wygląd, ale i też formuła. Kiedy to nastapi? W najbliższych tygodniach, jak sądzę, ale proszę o cierpliwość, bo to wymaga ode mnie sporo pracy.

Poza tym Suljan czuje się świetnie i uśmiecha do wszystkich błogo J

Pozdrawki z deszczowej Warszawki, a dokładniej z radosnej Radości…

piątek, 07 maja 2010
WIESCI Z LONDYNU

Od tygodnia Wasz ukochany ( oczywiscie ) Suljan, przebywa w Londynie. I coz takiego moze po tym tygodniu powiedziec? Ano chyba tyle, ze spotkaly go rozmaite przygody, duchowej rowniez natury. Zgodnie wszakze z CTUD-owna zasada, iz wektor spraw wyznacza ukierunkowanie na ziemie, od tego Suljan zaczal i na tym sie skoncentrowal, ze skutkiem rozmaitym :-)

Co do zas spraw duchowych, to przedziwnymi sie one tu okazaly, ale wiecej pewnie napisze o tym po powrocie do kraju.

Wszystkich serdecznie pozdrawiam i londynskie sle uklony...

Suljan

środa, 31 marca 2010
WIOSENNA CHRYPA

 

Choruję… Od kilku tygodni… Powaliła mnie jakaś cholerna grypa, czy inne, wiosenne gówno, skutkiem czego zaniemówiłem, dźwięki zaś, jakie wydaje moje gardło bardziej podobne są do wycia piszczącej syreny, niż do ludzkiego głosu… Mogę za to pisać, więc piszę, ale nie tutaj… Chcę wreszcie skończyć jakąś książkę. Pytanie – jaką. I ta kusi, i ta nęci, pewnie więc wybiorę trzecią. A poza tym sporo zmieniło się w moim życiu, mam nadzieję, że na lepsze… Aha… J

Tyle z wieści życiowych, co do duchowych zaś, to nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Może tylko to, że rozpoczęła się żydowska Pascha, święto wolności. Szczęśliwie mając za sobą chrześcijański uwiąd umysłu i duszy wywołany wiarą w mit o śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa-Adonisa-Tammuza-Ozyrysa-Dionizosa, mogę ten czas świętować radośnie i całkowicie ziemsko, bez konieczności udziału w krzyżowych drogach i pasyjnych misteriach. Mówiąc najkrócej – będę się wałkonił, sprzątając ogród i radując oczy widokiem rozkwitających krokusów i przylaszczek. A że kosmiczna chrypa skutecznie uniemożliwiła mi udział w radiowo-telewizyjnych audycjach wielkanocnych do jakich wciąż mnie zapraszają, czasu mam więcej niż zwykle… Czysty zysk z tej choroby… I dobrze J

Teraz powinienem napisać coś mądrego, ale nic mi nie przychodzi do głowy.

Zapytano kiedyś pewnego taoistycznego mistrza, czy myśli.

Po chwili zastanowienia mistrz odrzekł:

- Nie sądzę. Ale proszę, nie mówcie o tym nikomu…

Hi Hiiiii……………..!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Wiosna!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

czwartek, 04 lutego 2010
KABAŁA

 

Kilka dni temu otrzymałem maila od jednego z bohaterów filmu „Witajcie w mroku”. W mailu tym wyraził on chęć spotkania się ze mną, gdyż  interesują go, jak to ujął, „dalsze wywody na temat kabały” i w związku z tym ma „parę pytań w tej dziedzinie”. Nie wiem, jakie to były pytania, gdyż po wysłaniu doń odpowiedzi, że „kabała jest bardzo prosta, opiera się na dwóch filarach: miłości do Boga i relacji z drugim człowiekiem, reszta to komentarze”, zapowietrzył się na amen. Tą drogą więc pragnę wyrazić mu wdzięczność. Jego mail bowiem sprowokował mnie do zrobienia trzech rzeczy. Po pierwsze - do napisania NAJWIĘKSZEJ TAJEMNICY KABAŁY. Po drugie – do pracy nad cyklem podobnych tekstów. Po trzecie – do utworzenia nowego działu CTUD o nazwie KABAŁA.

Każdy, kto nieco dłużej bywa na CTUD wie, że blog ten nie ogranicza się tylko do tematyki związanej z duchowym uzależnieniem. Są tu różne działy, takie jak EZOTERYKA, TAROTWYWIADY itp. Wszystkie one pełną jakąś rolę, wszystkie razem obrazują to, czym się zajmuję i co mnie interesuje. Nie samym SDU bowiem żyję, na swoje ( i nie tylko swoje ) szczęście J Inaczej dawno bym poprosił o dłuższy urlop w bezpiecznym miejscu bez klamek i błagał o założenie fartuszka z rękawami zawiązanymi w gustowną kokardkę na plecach.

Skoro więc tak, to czemu nie miałbym pisać o kabale. Nie takiej jednak, jakiej sekretów poszukują fani jej okultystycznej odmiany, lecz tej, która wywodząc się wprost z serca żydowskiej mistyki i Tory stanowi istotę kabalah – duchowej tradycji judaizmu. Kto ciekaw jak w moim życiu do tego doszło, niech zajrzy na główną stronę KABAŁY CHASIDIM albo, jeszcze lepiej, do artykułu "Moja kabała", gdzie sprawy te szerzej nieco wyjaśniam. A czy się to komu podoba, czy nie, to już jego sprawa. Mnie się podoba i to jest najważniejsze.

Jak zawsze przy rozpoczęciu czegoś nowego, problemem stała się forma przekazu. Wybrałem najprostszą i, w miarę możliwości, lapidarną. Kto chce wiedzieć więcej i rzeczy te poznać dogłębniej, zapraszam na kursy i lekcje indywidualne. Nie oczekujcie również ode mnie  systematycznego wykładu. W dziale tym będę pisał o tym, co w danej chwili mnie inspiruje, zajmuje, czy dotyka. Czytając, pamiętajcie o kulturowym i duchowym kontekście, zwłaszcza tych tekstów, które przyjmą formę „chasydzkich opowieści”. Wymyślam je sam i czasami komuś opowiadam. Lubię „wcielać się” w starego chasyda ( ostrzegam! „starym” mogę nazywac siebie tylko ja! ). Czy chcę, czy nie, jest to kawałek mojej duszy i mojego, wewnętrznego „wołania do Boga”, które z rozmaitych powodów długo w sobie tłumiłem. Pozwolicie, że nie będę wyjaśniał dlaczego. Najważniejsze, że mogę pozostać w zgodzie z samym sobą.

Nie oznacza to wcale, że CTUD stanie się nagle „kabalistyczną tubą” Suljana. Nic z tych rzeczy! Wyodrębnienie nowego działu niczego na CTUD nie zmienia. Piszę rozmaite teksty, nie tylko tutaj, również na innych moich blogach i internetowych stronach. Wszystko to, w taki czy inny sposób, „widnieje” na CTUD-zie jako tekst w nim zamieszczony bądź jako link kierujący gdzie indziej. Choć poświęcony SDU, jest to mój „sztandarowy” blog i dalej takim pozostanie w różnych tego słowa aspektach.

Uprzedzając pytania wyjaśnię jeszcze, że nie traktuję kabały jako jedynie słusznego, prawdziwego, bezpiecznego i „Bogu miłego” sposobu odniesienia do Źródła Bytu. Jak każda, duchowa tradycja, jest zaledwie ( i aż ) „językiem nazywania Nienazwanego”. Z mojego punktu widzenia -  trochę bardziej precyzyjnym niż inne. Ale nie jestem „spirytualnym poliglotą”, więc może się mylę…

I jeszcze jedno. W dziale KABAŁA znalazły się również niektóre starsze teksty zamieszczone niegdyś w NOTATNIKU DUCHOWYM. Zmian tych nie uwzględniłem jeszcze na MAPIE STRONY, zrobię to w wolnej chwili.  

Pozdrawki J

środa, 18 listopada 2009
WYJAŚNIENIA

Czy magia jest zła? Nie. Nie jest ani zła, ani dobra. To samo tyczy każdego innego przejawu duchowości, duchowość bowiem nie jest formą czynienia, lecz samym czynieniem, które przynosi rozmaite skutki. Można obłożyć kogoś ciężką klątwą, modląc się do „dobrego” Jezusa, można kogoś „życiowo wyprostować”, używając do tego „diabelskich” kart tarota.

Napomykam o tym, ponieważ po emisji filmu „Witajcie w mroku” elektroniczna pocztę CTUD-u zalały liczne komentarze zarówno rozgoryczonych jego wymową gothów, jak i „nawróconych” na Chrystusa fanów jedynie prawdziwej „drogi, prawdy i życia” oraz łajających mnie za niedomiar duchowości „wielkich ezoteryków”.

Przy okazji wyjaśniam również, iż CTUD nie jest sektą, nikogo do niczego nie zmusza, terapia SDU nie powoduje uzależnienia od niejakiego JWS-a i nie ma też na celu wyjałowienia z „bogactwa duchowych doświadczeń”. O tym, czym one – wedle mnie – piszę jasno w artykule o SDU i w innych częściach tego blogu. Nie wiodę filozoficznych i duchowych dysput, nikogo do swoich racji ta drogą nie przekonuję, gdyż wcale mi na tym nie zależy. Terapia SDU jest skuteczna niezależnie od tego, czy ktoś uzna moje rozeznanie egregorów za prawdziwe, czy nie. Powiem więcej – może całkowicie tę kwestię pominąć, a nie wydziwiał, szukając pretekstu, byleby nie stosować się do wskazówek terapeuty. Terapeuta nie jest cudotwórcą, nie dokonuje egzorcyzmów i nie narzuca nikomu, czym winien się w przyszłości zajmować.  Jego zadaniem jest wskazanie jak można odzyskać wolność wyboru i w przyszłości unikać zniewoleń. To, że SDU-owiec wierzy, iż jest człekiem wolnym i go o tym przekonuje, na terapeucie nie czyni najmniejszego wrażenia. Podobnie twierdzi alkoholik walący co dzień pół litra wódki, whisky bądź wina „patykiem pisanego”. Miary uzależnienia nie określa ani rodzaj alkoholu  ani typ „uprawianej” duchowości. Ale jeśli ktoś chce wierzyć, że jest inaczej – jego sprawa.

Wszystkich piszących do mnie w poruszanych wyżej sprawach pozdrawiam i łapką mą, nie uduchowioną vel nisko uduchowioną, serdecznie im macham, życząc zdrowia i dobrego samopoczucia.

Wasz Suljan

PS. Uprzejmie przypominam o obowiązujących na tym blogu ZASADACH. Używanie inwektyw spowoduje kasowanie komentarzy, a w przypadku ich nasilenia – moderowanie CTUD-u.  

piątek, 23 października 2009
DEMENTI ALBO KURKA WODNA

.

Życie bywa zadziwiające. W czasie, gdy jedni bardzo się starają, inni, wcale się nie trudząc,  otrzymują to, co tamtych jest marzeniem. Myśl ta przyszła mi do głowy kilka dni temu, gdy po zakończeniu pierwszej, publicznej prezentacji filmu Henryka Dederki „Witajcie w mroku” ktoś podszedł do mnie i ze znaczącym uśmiechem powiedział: „Witam głównego bohatera”. No cóż, wcale o ten „zaszczyt” nie zabiegałem. Wręcz przeciwnie. Byłem przekonany, iż całkowicie się do tego nie nadaję, raz dlatego, że film opowiada o subkulturze gothów ( ja do niej nie należę ), po wtóre z tego powodu, że inni, mądrzejsi ode mnie i bardziej szacowni „znawcy” ezoteryki o te zaszczyty się ubiegali, byłem zatem pewien, że nic tam po mnie. Stało się inaczej, wszystkiemu zaś zawinił tekst „Moja duchowa droga”, który Dederko przeczytał i zapragnął tę historię moimi ustami opowiedzieć. Wahałem się, co innego bowiem samemu tę historię w necie opisać, będąc pewnym, że napisało się tyle, ile trzeba, a co innego dokonywać koniecznego jej skrótu ( film rządzi się wszak swoimi prawami, cierpliwość widza także ). Tak, czy inaczej, podjąłem to wyzwanie i nie żałuję. Film będzie można obejrzeć 30 października na kanale HBO. O której godzinie – nie wiem.

Wspominam o tym z rozmaitych powodów, lecz nie dlatego, iżbym chciał się chwalić.  Czynię to ot tak sobie, przy okazji całkiem innej refleksji.

Napisała mi pewna moja znajoma, iż w środowisku ezo i prawdziwych rozwojowców znów nasiliły się słuchy, że niejaki JWS zwany Suljanem popadł w obłęd i jako człek niesprawny umysłowo tudzież opętany, zamilkł, gdyż nie jest już w stanie nic sensownego na swoim blogu upisać. Co do tego ostatniego, rzecz tę pozostawiam Waszej ocenie, całą resztę rewelacji wszelako muszę zdementować i im stanowczo zaprzeczyć. Uprzejmie zatem donoszę sam na siebie, żem zdrów na ciele i umyśle, drgawki i inne dygoty mną nie wstrząsają. Przeciwnie. Czuję się świetnie. Szatan we mnie nie siedzi, ciemne moce nie opanowały mej duszy, więc – kurka wodna – przestańcie pleść o Suljanie androny!

A co do kurki wodnej w tytule – sprawa jest prosta. Zastępuje ona tutaj inną frazę. Jaką? „Ezo-kaczory" ( mistycznie i lirycznie dwa w jednym ), oczywiście… J

poniedziałek, 12 października 2009
KOMUNIKAT

Wobec faktu, że coraz więcej ludzi pyta mnie, co sądzę na temat nieuchronnych i apokaliptycznych wydarzeń, jakie wkrótce nastąpią, uprzejmie informuję, że wewnętrznie obcy mi jest spirytualny błogostan zwany SDU i nie mam zamiaru z powrotem weń wdepnąć.

Drodzy ezoterycy, możecie sobie żyć w przekonaniu, że w roku 2012 czeka nas wielka katastrofa z przebiegunowieniem ziemskiej kuli włącznie. To Wasz problem, nie mój, choć nie do końca, muszę się bowiem sporo natyrać, by ofiarom Waszych uwiedzeń przywrócić jasność widzenia.

Szanowni chrześcijanie, wypatrujcie sobie znaku Syna Człowieczego na niebie, ufni, że zanim dotkną nas wszystkie, opisane w Apokalipsie nieszczęścia, zostaniecie przez Jezusa pochwyceni i żywcem do Boga Ojca wzięci. To Wasza sprawa, Wasz zmarnowany czas, Wasze iluzoryczne marzenia. Nie epatujcie mnie jednak tymi wizjami, bo trud to daremny, starczy, żeście nimi zarazili innych, którzy teraz u mnie szukają ratunku.

Z przyjemnością tedy załączam link do informacji o tym, że Majowie ( było nie było wynalazcy kalendarza Majów ) właśnie odwołali zapowiadaną na 2012 rok apokalipsę. Co do zaś rychłej paruzji Chrystusa, wobec braku innego autorytetu, nie pozostaje mi nic innego, jak odwołać ją sam, osobiście i uroczyście.

Amen, alleluja, ect. J

Wasz Suljan

wtorek, 07 lipca 2009
V WIELKI TURNIEJ RYCERSKI W UNIEJOWIE

Wielki Turniej Rycerski w Uniejowie cieszy się dobrą sławą, wybierając więc tam po raz trzeci z asortymentem Galerii ETNIK mogłem być pewien, że będzie to impreza udana. Nie chodziło mi tylko o spodziewany zarobek. Z tym bywa różnie. Nie wszystkimi musi się podobać ceramika z Gór Świętokrzyskich, drewniane, ludowe zabawki, aniołki, terkotki, gliniane gwizdki, dzwonki i inne, „etnikowe cuda”. Owszem, sprzedawcę cieszy obrót, ale i też radują inne rzeczy. Chociażby to, że wziął udział w wartościowej, dobrze zorganizowanej imprezie. I że doceniono rękodzielnicze i artystyczne zdolności jego bądź tych ludzi, których wytwory sprzedaje.
Z tą właśnie myślą jechałem na V Wielki Turniej Rycerski do Uniejowa samochodem wypakowanym po dach rozmaitym towarem zamówionym specjalnie na tę okazję. Wiozłem ze sobą również odpowiedni strój – lnianą koszulę wyszywaną krajką i lniane, „słowiańskie” gacie. Organizator turnieju - rycerskie Stowarzyszenie „Porta Temporis - Wrota czasu” – wymagał od „rękodzielników” dopasowania się strojem do historycznej epoki. Spełniając ten, obowiązujacy także na innych turniejach wymóg, jedni przebierają się za rycerzy, inni – za mieszczan, Żydów lub arabskich kupców. Ja wybrałem rolę „wolnego kmiecia” - przedstawiciela stanu, który istniał w Polsce do pierwszych dekad XVII stulecia.
Osobą odpowiedzialną za kontakty z „rękodzielnikami” była Ewelina Ornaf, z racji koloru włosów nazywana „Czarną” ( tym nickiem podpisuje się na rycerskich forach ). Zetknąłem się z nią już wcześniej, wiedziałem więc, czego mogę się spodziewać. „Czarna” rządzi „żelazną ręką”, nie wdaje się w dyskusje. To ona ustala zasady i je bezwzględnie egzekwuje. W tym roku „rzemieślnicy” mieli być podzieleni na dwie kategorie. Do pierwszej zaliczono tych, którzy przebiorą się w średniowieczne stroje i będą mieli namioty w stylu średniowiecznym, z historycznym asortymentem. Do drugiej zaliczono całą resztę. Ci pierwsi mieli prawo bezpłatnie wystawić się na uniejowskim zamku. Dla tych drugich wyznaczono miejsce pod zamkiem, za które powinni zapłacić 200 złotych ( po stówie za dzień ). Ta ostatnia informacja nieco mnie zdziwiła. Rok wcześniej zapłaciłem 50 złotych. Skąd ta zmiana? Ano stąd – oznajmiła „Czarna” - że tej edycji turnieju towarzyszy „Lato z Radiem”, impreza jest nagłośniona, przybędą tłumy ludzi. A jak mi się te zasady nie podobają – mogę nie przyjeżdżać.
Podobać mi się nie podobało,  rachunek bowiem był prosty. Żeby na to zarobić i pokryć jeszcze koszty benzyny, mój obrót winien oscylować między 700 a 800 złotych. Ale co tam! Jadę. Strój mam. Większość z tego, co sprzedaję, pasuje do turnieju. I co ważniejsze - jest autentycznym rękodziełem. A że etnikowy namiot nie mieści się w kategorii „namiotów średniowiecznych”. to już inna sprawa. Drugiego nie kupię. Trudno. Zapłacę i stanę pod zamkiem.
Z tym też postanowieniem, przejechawszy 200 kilometrów, zjawiłem się bladym świtem w Uniejowie. Tu dowiedziałem się, że mam stanąć z dala od głównego traktu wiodącego do zamku, przy wesołym miasteczku oraz kramach z cukrową watą, balonami i „chińszczyzną” (plastykowe miecze, tarcze i inne, podobne im „precjoza”). Zaprotestowałem. „Czarna” pozostała nieugięta. Dała mi wybór: albo ta lokalizacja, albo żadna inna. Chyba, zrezygnuję z rozłożenia namiotu. W takim przypadku mogę jechać na zamek i tam sprzedawać bezpłatnie.
Ta ostatnia opcja nie wchodziła w rachubę z przyczyn oczywistych. Pogoda nie była pewna, deszcz zniszczyłby znaczną część mojego towaru. W podobnej sytuacji znaleźli się inni sprzedawcy autentycznego rękodzieła: pani Wanda z oryginalnymi strojami, które sama projektuje i wykonuje, małżeństwo z rodzinnej firmy „KA-&RO ( drewniane ozdoby i wisiory ) oraz polsko-peruwiańska para prowadząca galerię Peruart (ręcznie robiona biżuteria). Argumenty te „Czarna” zdecydowanie odrzuciła. Oświadczyła, że to nasza sprawa.  Że sami sobie jesteśmy winni, bo nie chciało nam się „zainwestować w kupno „średniowiecznego namiotu”. I że jeśli nam się nie podoba, możemy sobie jechać. A poza tym, nie będzie padać.
W dwie godziny później przez Uniejów przeszła pierwsza burza, a za nią następna. Szczęśliwie zdążyłem przebrać się za średniowiecznego kmiecia, rozstawić namiot i ulokować pod nim cały towar. Miejsce wybrałem tak, by znaleźć się jak najdalej od „chińszczyzny”. W moje ślady poszli inni, nie posiadający „średniowiecznych namiotów” sprzedawcy rękodzieła. Niewiele nam to dało. Wszyscy „walili” wprost na zamek i mało kto skręcał na boczną ścieżkę, ci zaś, którzy to uczynili, dziwili się, po co właściwie tu stoimy. Obserwując ciągnące ku zamkowi tłumy, zadawaliśmy sobie to samo pytanie.
O trzeciej po południu mój obrót sięgnął 70 złotych, Wandy – 50, Peruart – 28, małżeństwo z KA-&RO nie sprzedało nic. Widząc, co się dzieje kilku sprzedawców zwinęło kramy i pojechało na inne imprezy. Reszta nie miała dokąd jechać. Złe nastroje pogarszała obawa, że lada moment pojawi się „Czarna” i zażąda opłaty. Ustaliliśmy, że będziemy się targować i domagać zmiany lokalizacji. Nikt z nas nie marzył o tym, by znaleźć się na zamku. Chcieliśmy tylko, by następnego dnia pozwolono nam stanąć przy głównym trakcie.
Kwestie tę należało ustalić z „Czarną”, poszedłem więc razem panią Wandą na zamek, żeby ją odszukać. Tu impreza rozwijała się wspaniale, a „średniowieczni rękodzielnicy” nie mieli powodów do narzekań. Przy okazji na własne oczy zobaczyłem jak w praktyce wygląda przestrzeganie owych zasad. Otóż, żeby je spełnić wystarczyło kupić lnianą szmatę, zrobić w niej dziurę, nałożyć niczym poncho na gołe ciało lub tiszerta, przewiązać się paskiem albo sznurem i już się było „średniowiecznym rękodzielnikiem” pełną gębą. Teraz należało sklecić namiot z żerdzi i płótna, badź bez niego się obyć. To, że na większości kramów przeważał „historyczny asortyment” składający się głównie z metalowych i drewnianych mieczy oraz plastykowych hełmów made in China organizatorom nie wadziło. Nie przeszkadzały im ani obrazy wykonane techniką decoupage ani tanie, szklane świecidełka nanizane na drucie. Jednym, dostrzeżonym przeze mnie średniowiecznym kramem z prawdziwego zdarzenia było, znane mi z innych wyjazdów, stoisko ze średniowiecznymi szatami. Nie zauważyłem żadnych archeologicznych pokazów, w jakie obfitują rycerskie turnieje. I to zdumiało mnie najbardziej, bo przecież, poza rozrywką imprezy tego typu winny także oferować ludziom program edukacyjny i poznawczy. Braku tego nie mogło zastąpić stoisko z historycznymi książkami. A zresztą, mało kto zwracał na nie uwagę.
Usłyszawszy z czym przychodzimy „Czarna” oznajmiła, że możemy sobie wybić z głowy nasze pomysły, skoro jednak się upieramy, musi w tej sprawie porozmawiać z „szefem”. „Szefem” okazał się młody człowiek. Do wczoraj nie wiedziałem kto, gdyż nie raczył wtedy się przedstawić. Dziś wiem, że była to osoba znamienita – Wojciech Jakubowski, prezes Stowarzyszenia „Porta Temporis - Wrota czasu” występujący na rycerskich forach pod nickiem „Wojtek z Jakubowa”.
Ów mężny i szlachetny rycerz potraktował nas z iście feudalnym wdziękiem. Najpierw zrugał za to, że nie chcemy tyle płacić, potem - za bezczelność, następnie stwierdził, że nie jest dla niego ważne, czy ktoś handluje autentycznym rękodziełem, czy „chińszczyzną”, byleby asortyment „wyglądał historycznie” i był sprzedawany pod „średniowiecznym namiotem”. Najważniejszy jest wygląd, a my nie wyglądamy właściwie, nie możemy więc być wiązani z turniejem. Zdumiony, zapytałem czemu zatem każe nam płacić za uczestnictwo w turnieju, skoro w nim nie bierzemy udziału, zaś fatalna lokalizacja sprawia, że nie prowadzimy  handlu. Odparł, że i tak zrobił nam łaskę, wpuszczając w pobliże zamku na miejsce od dawna przeznaczone dla kramarzy nie stosujących się do turniejowych zasad. I tu mijał się z prawdą, bywając bowiem wcześniej w Uniejowie dobrze wiedziałem, gdzie poprzednio mnie ulokowano. Kiedy to powiedziałem, „Wojtek z Jakubowa” zawrzał gniewem. „Już rok temu powinienem pana stąd wyrzucić – warknął – ale nie miałem czasu”.
Po tej przemiłej wymianie poglądów nie pozostało mi nic innego, jak samemu wynieść się z Uniejowa. W moje ślady poszli wszyscy niemal „niehistoryczni rękodzielnicy”. Tym, którzy pozostali „Wojtek z Jakubowa” zezwolił w swojej łaskawości przenieść się w pobliże traktu i zmniejszył placowe o połowę. W ten sposób, milczkiem przyznał mi rację, co nie uchroniło zapisania Galerii ETNIK „czarnej liście”  Wielkiego Turnieju.
No cóż, w starciu sprzedawcy z organizatorem imprezy ten pierwszy zawsze stoi na straconej pozycji. Wyrzucony traci finansowo i są to zazwyczaj straty trudne do odrobienia. Ten drugi dysponuje władzą, kasą prawem ustanawiania najbardziej nawet durnych zasad. Zdarza się, że traktuje sprzedawcę jak człowieka „drugiej kategorii” i wymusza na nim akceptację takiego stanu rzeczy. Bywa, że liczy na podarki, i je oczywiście dostaje. Bywa, że popełnia błędy, rzadko kiedy jednak stara się je naprawić.. Na szczęście większość organizatorów potrafi pogodzić interes własny z interesem „kramarzy” i traktuje ich godziwie. Sztuka to trudna, lecz – jak dobrze wiem z własnej, dyrektorskiej praktyki - możliwa do osiągnięcia. Wystarczy nieco wyobraźni i szacunku dla pracy innego człowieka. Trzeba też ową „feudalną zależność” traktować z dystansem i przymrużeniem oka. Tu tego wszystkiego zabrakło. W efekcie, owszem, rycerz „Wojtek z Jakubowa” pokonał „wolnego kmiecia” Suligę, ale co z tego?  Nawiązując do turniejowych zwyczajów nie wieńcem tryumfu winien przecież przyozdobić swój hełm, lecz łbem prosięcia - znakiem hańby należnym temu, kto powalił słabszego i gorzej uzbrojonego przeciwnika.

czwartek, 04 czerwca 2009
O PRZYCZYNACH NIEOBECNOŚCI SULIANA NA CTUD SŁÓW KILKA

Pierwsza przyczyna jest prosta: Suljan ma urwanie głowy i większą część czasu zajmuje mu prowadzenie Galerii ETNIK. A że, począwszy od maja, rozpoczął się okres wyjazdów i udziału w rozmaitych imprezach plenerowych, tryb życia Suljana upodobnił się do trybu życia Romów. Mówiąc inaczej – Suljan stał się w znacznej mierze koczownikiem, który wędruje po całej Polsce i choć nie mieszka w namiocie, to pod namiotem wystawia „etnikowe cudeńka” na sprzedaż, raz psiocząc na kiepską pogodę, to znów narzekając na nadmiar słońca.  Nie jest to wędrówka ku Ziemi Obiecanej, ale i też Suljan jej nie szuka. Może dlatego, że już ją znalazł. Gdzie ona jest? W Suljanie J

Przyczyna druga tkwi w tym, że Suljanowi, o czym dawno już wspominał, znudziła się wszelka „duchowość” i wszelkie o niej dywagacje. Świat pełen jest prorokow, mistyków oraz tych, którym – jak pisze pewne dziewczę do Suljana – „sefira Ketel (sic!) zsyła uświęcające promienie”, im więcej zaś ich Suljan spotyka, tym chętniej chwyta się za kosiarkę lub inne, pożyteczne narzędzie niezbędne do pracy w ogrodzie.

I wreszcie trzecia przyczyna, najbardziej chyba prozaiczna. Suljan powiedział już to, co miał powiedzieć. A że nie wszystko, to już inna sprawa. Problem w tym, że nie o wszystkim da się opowiadać i nie wszystko daje się opisać.

A skoro o pisaniu mowa. Suljan coś jeszcze napisze. A może nie tyle napisze, co pisze. Co pisze? Powieść pisze. Ale to już całkiem inna historia J

sobota, 18 kwietnia 2009
SPRAWA RODZINNA

Dzisiejszego poranka, o godzinie 8.15 zmarł brat mojej mamy, a mój wuj, Jerzy Julian Butwiłło, żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień celi śmierci we Wronkach, dziennikarz radiowy pracujący najpierw w Kielcach, a potem w Warszawie. Za kilka dni odbędzie się jego pogrzeb. Wujek spocznie na Powązkach, w mogile swego stryja, Piotra Józefa Butwiłły. Był ostatnim, męskim potomkiem tego rodu.

Butwiłłowie pochodzą z Litwy, a dokładniej ze Żmudzi, z okolic Teleszy, gdzie znajdował się ich majątek. Należeli zaściankowej szlachty, tak pięknie opisanej przez Adama Mickiewicza w "Panu Tadeuszu" i Henryka Sienkiewicza w „Potopie”.

.

Pierwsza o nich wzmianka pochodzi z 1662 roku, kiedy to Jan Butwiłło otrzymał za wojenne zasługi indygenat szlachecki i od tej pory pieczętował się herbem Niezgoda. Jego wnuk, Antoni, syn Kazimierza, nabył w 1734 roku majątek ziemski Drabukszty, Wank i Połukiec-Butwiliszki w powiecie powideńskim ( Telesze, Żmudź ), po czym przekazał go swemu synowi, Jakubowi. W roku 1777 majątek stał własnością Józefa Butwiłły, syna Jakuba. Józef miał pięciu synów: Szymona ( ur. 1817 ), Marcina Teodora ( ur. 1819 ), Piotra Pawła ( ur. 1822 ), Józefa Ezechiela ( ur. 1825 ) i Kaliksta ( ur. 1831 ). W roku 1864, za udział w Powstaniu Styczniowym, Butwiłłom odebrano majątek i zesłano ich do Północnej Osetii ( Kaukaz ). Tu przyszli na świat synowie Kaliksta – Kazimierz, Piotr Józef i Julian Lucjan. Ten ostatni był weterynarzem służącym w armii carskiej i opiekującym się stadninami koni w kozackich stanicach na ziemi kazańskiej.

W roku 1893 w jednej z tych stanic urodził się jego syn, a mój dziadek - Witold Butwiłło. Po śmierci ojca, Witold mieszkał we Władykaukazie ze swoją matka, Marią z Lurów i siostrą, Zofią. Potem przeniósł się do Kazania, gdzie studiował weterynarię. Studia przerwała mu I wojna światowa. W 1917 roku przedostał się z Kazania do Polski, gdzie służył w wojsku, brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a potem w wyprawie generała Żeligowskiego na Litwę. Został zawodowym żołnierzem, służył w IV pułku legionów w Kielcach w randze kapitana. Pomijany przez sowietów w 1939 roku został zamordowany przez NKWD w katyńskim lesie 25 kwietnia 1940 roku. Dwa lata później Niemcy rozstrzelali jego matkę, Marię. Siostra Witolda, Zofia, zmarła w Moskwie około 1980 roku.

Witold Butwiłło miał dwoje dzieci –  Jerzego Juliana ( ur. 1924 ) i Marię Elżbietę ( ur. 1928 ). Córką Jerzego jest Krystyna, żona Macieja Waysa, matka Wojciecha i Witolda. Maria Butwiłło jest moją mamą. W 1949 r. wyszła za mąż za Jana Suligę ( 1922 – 2000 ), a rozwiodła się z nim w roku 1961. Obecnie mieszka w Warszawie.

Kiedy rodzice się rozwiedli, miałem 10 lat i mieszkałem w Kielcach, u mojej babci, Janiny Butwiłło, żony Witolda. Ojciec nie utrzymywał ze mną kontaktu, słowo „rodzina” kojarzyło mi się więc tylko z Butwiłłami. Chciałem nawet zmienić nazwisko Suliga na Butwiłło i, szczerze mówiąc, czasami żałuję, że tego nie zrobiłem. Teraz jest już za późno, dlatego  śmierć wujka oznacza kres tego rodu ( jeśli przyjąć, że rodowe dziedzictwo wraz z sygnującym je herbem przekazuje się po linii męskiej ).

.

O herbie Niezgoda kiedyś napiszę, gdyż jego symbolika i jego dzieje są fascynujące…

czwartek, 05 marca 2009
HARCE ANTYTALIBAŃSKIE

Kilka dni temu, znalazłszy wreszcie nieco czasu rozesłałem pocztą elektroniczną e-maile z zaproszeniami na imprezę, którą organizuje Galeria ETNIK. Poprzednia związana była z Walentynkami, tę postanowiliśmy urządzać w dniu 8 marca, który to dzień mojemu pokoleniu jednoznacznie kojarzy się z Dniem Kobiet. Proweniencja tego „święta” jest ogólnie znana, co nie przeszkadza feministkom zwoływać się wtedy na coroczną Manifę, zaś mniej feministycznym potomkiniom biblijnej Ewy otrzymywać od facetów kwiaty ( wiele z nich dostaje je tylko wtedy, co nie najlepiej świadczy o wrażliwości i wyczuciu niewieścich pragnień potomków Adama ). Krótko mówiąc – każda okazja, by obdarować swą wybrankę jest dobra i - moim przynajmniej zdaniem – zarówno „kapitalistyczne” Walentynki, jak „komunistyczny” Dzień Kobiet tworzą ku temu doskonałą okazję. A że oba te „święta” wypadają w czasie, gdy z coraz większą tęsknotą wypatrujemy wiosny, ich miłosno-radosny kontekst nikogo nie powinien dziwić.

Wyszedłszy z tych wszystkich, błędnych – jak się za chwile okaże – założeń, wymyśliliśmy z Olą imprezę o zgrabnym tytule „Wino, kobiety i śpiew”, załatwiliśmy u znajomego hurtownika darmową niemal dostawę trzech rodzajów węgierskiego tokaju ( pyszota! ), innego znajomka namówiliśmy, by pograł i pośpiewał stare, dobre standardy, po czym powiadomiliśmy e-mailami wszystkich „krewnych i znajomych królika", że w dniu 8 marca o godzinie 12.00 zapraszamy ich do Galerii ETNIK na „eksplozję radości w Radości”, czyli „Wino, kobiety i śpiew”, dodając, że Gospodarze zapewniają degustację trzech rodzajów znakomitego węgierskiego tokaju, śpiewy, tańce i inne czarodziejskie swawole przyspieszające nadejście wiosny, wspaniałą atmosferę i dionizyjski nastrój oraz dyspensę pozwalającą Gościom czynić w tym magicznym dniu to, o czym napisano wyżej”.

W odpowiedzi otrzymaliśmy wiele e-maili, w tym dwa, które czytając rozbawiły mnie do łez. Autorką pierwszego jest pewna „nawrócona chrześcijanka”, autorem drugiego – zaangażowany w rodzimowierstwo „neopoganin”. Ta pierwsza oświadczyła, iż „od czasu przyjęcia Pana Jezusa Chrystusa do serca i od chwili gdy oddalam Jemu moje życie, przestałam się interesować czarami i dziedzinami temu pokrewnymi. Dlatego możesz nie wysyłać mi takich zaproszeń, bo jest to poza sferą moich zainteresowań”. Ten drugi zaś stwierdził ze swarożycową mocą: „Panie Doktorze ! Zapewne znana jest Panu komunistyczno- żydowska geneza tego "święta". Ja rozumiem względy merkantylne, ale to mimo wszystko przesada…”

No cóż. Wnioski z tego nasuwają się dwa. Najpierw ten, że wszelkiej maści „talibizm” odbiera człowiekowi boski dar poczucia humoru. Zważywszy, że dar ów szczęśliwie zachowałem i wciąż go kultywuję, napawa mnie to optymizmem. Wniosek drugi budzi wszakże niepokój, znów bowiem, z głupoty mej oczywistej, obnażyłem swoje prawdziwe oblicze. Jestem kusicielskim narzędziem Kosmatego ( świadczy o tym zresztą cały CTUD )! Jestem przedstawicielem, nie mniej kosmatej, a na dodatek pejsatej, „żydo-komuny”! Zgroza! Kryj się kto może!  Kto zaś w to nie wierzy, niechaj do Radości przybieży, by w dniu ósmego Marca, łyknąć tokaju z garnca, pohasać i poswawolić,  i wszystkich talibów….  J

Zapraszam!!!

sobota, 10 stycznia 2009
CAŁUS I CMOK 2008

Mroźnie popołudnie. Siedzę przy komputerze zajęty opracowywaniem materiału niezbędnego do zorganizowania następnej wystawy w Galerii „Etnik”. Prace przerywa mi dzwonek domofonu. „Któż to taki?” – myślę i otwieram drzwi. W progu stoi starsza pani. Skądś znam jej twarz. Uśmiecham się. Odpowiada mi uśmiechem.
- Och, jakże się cieszę – mówi. – Nareszcie ją znalazłam.
- To znaczy kogo?  – pytam, nieco zdezorientowany.
- No, jak to kogo? – dziwi się. -  Najcudowniejszą galerię jaką znałam. Tę, która istniała w Muzeum Etnograficznym i którą muzeum zlikwidowało zaraz po tym, jak Marszałek Struzik wywalił pana z roboty…
Naiwna kobieta. Marszałek miał rację, muzeum słusznie postąpiło, dzięki czemu wspaniale rozkwita. Dodatek Gazety Wyborczej, „Cojestgrane”, nominował je nawet do kulturalnej nagrody, czyli Wdechy 2008  za to, że pod władzą nowego kierownictwa zdołało odświeżyć swoje "skostniałe struktury", w miejscu zaś "tandetnego sklepiku z pamiątkami ( czytamy w uzasadnieniu - link ), od niedawna działa tu Bilý Konicek - księgarnia, kawiarnia, miejsce spotkań autorskich, dyskusji i wystaw fotograficznych w jednym. Symbolizuje zmiany w muzeum, które ma się stać nowoczesną i otwartą placówką…”.
Dziwna to rzecz nominować kogoś do nagrody za to, co zrobi w przyszłości, nie mnie jednak sądzić te sprawy i oceniać. A że Galeria "Etnik" jest, do pewnego stopnia, kontynuacją tamtej, uczciwość nakazywała odstręczyć gościa od chęci zakupu etnikowej tandety. Usłyszawszy to pani otworzyła szeroko oczy i wybuchła śmiechem.
- Za co mają otrzymać nagrodę? Za "Bilý Konicka"? Przecież to mieszanina restauracji  „Kolorowa” w Pcimiu Dolnym z barem szybkiej obsługi na Dworcu Centralnym…
- Cóż… - zacząłem, ale nie dopuściła mnie do głosu.
- Panie Suliga – powiedziała. – "Etnik" miał charakter, nastrój. I nie był sklepem z pamiątkami. A takich knajp jak "Bilý Konicek" jest w Warszawie multum i niczym się on od nich nie różni - ani wystrojem, ani dzialalnością. Poza tym, nagrody może przecież ustanawiać każdy.  Czemu pan miałby tego nie uczynić?
Właśnie!
Ogłaszam tedy, że po długiej i zażartej dyskusji jury ETNO-ART.PL Galerii i Pracowni Edukacyjnej "Etnik" nominuje:
Redakcję „Cojestgrane” do nagrody głównej - Całusa 2008 ( za nagły, wielokrotnie wyrażany, całkowicie bezinteresowny i przedtem niespotykany wybuch uczuć do Państwowego Muzeum Etnograficznego );
Państwowe Muzeum Etnograficzne do nagrody pocieszenia – Cmoka 2008 ( oczywiście za cwałującego kulturalnym życiem "Bilý Konicka" )...

czwartek, 11 grudnia 2008
MYŚL TAKA...

 W domu remont, z najwyższym trudem odnajduje więc najbardziej potrzebne mi rzeczy: kluczyki do samochodu, dokumenty, komputer, drukarkę. Praca wre, już za kilka dni otwarcie galerii i wystawy „Marzenia pędzlem malowane”

Szczęśliwie tym wszystkim zajęty nie mam czasu czytać komentarzy na CTUD-zie i odpowiadać na nie. Pytają mnie znajomi: „To już tylko etnografią teraz się będziesz zajmować?” Oczywiście, że nie, choć z drugiej strony byłoby to z pewnością bardzo miłe. Dlaczego? Bo ezoteryka jest w pewnym sensie nudna. Dużo w niej gadania o poznaniu, dobrych uczynkach i miłości, a jak przychodzi co do czego, to tylko poznanie ( zazwyczaj pseudo-poznanie ) zostaje. Myśl taka, nie pierwsza zresztą, naszła mnie, gdy dzisiejszej nocy, kierowany dziwnym impulsem znów sięgnąłem po Nowy Testament, by przypomnieć sobie słowa „Hymnu do miłości” apostoła Pawła. I tak oto etnografia miesza się w mym życiu z duchowością, co najlepiej dowodzi, że istnieje jakiś we mnie „punkt”, w którym się one zbiegają.

A skoro o duchowości mowa. W styczniu organizuję kurs kabały mistycznej, wprowadzając do niej nowe zagadnienia ( kabałę chrześcijańską ). Są chętni? Zapraszam J

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5