kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
środa, 08 grudnia 2010
SPĘTANA RÓŻAŃCEM

 

Kilka dni temu brałem udział w telewizyjnym programie „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego. Program ten nosił znamienny tytuł: „Kto się boi egzorcysty” - link. Stronę „wrażą” ( tj. niekatolicką ) reprezentował, oprócz mnie, Światosław Nowicki z Klubu Gnosis. Strona katolicka reprezentowana była przez naczelnego demonologa III/IV R.P i znanego pogromcę Harrego Pottera, ojca Aleksandra Posackiego, oraz Roberta Tekieli, który od wielu lat gromi wszelkiego rodzaju odstępstwa od wiary.

Wspominam o tym z tej przyczyny, że po pierwsze, już na samym początku programu Jan Pospieszalski radził widzom sięgnąć po różaniec ( zapewne w celach ochronnych ). Po wtóre dlatego, że Robert Tekieli oświadczył, iż od tarota uzależnić się nie tylko można, ale i wręcz trzeba, w przypadku zaś różańca, niebezpieczeństwo takowe nie zachodzi. Otóż zachodzi, czego dowodem jest poniżej zamieszczona opowieść pewnej osoby, której imienia i nazwiska, z przyczyn oczywistych, nie wyjawię. Jej problem jest zresztą głębszy, a sposób jego rozwiązania – trudny. Rzecz bowiem nie w tym, jakimi „zabawkami” się bawimy ( tarotem, czy różańcem ), lecz w „darze”, z jakim Autorka tekstu się urodziła. O tym, że więcej w nim „przekleństwa”, niż „łaski”, przekonała się na własnej skórze. Pytanie, co z nim zrobić i czemu on służy, pozostaje bez odpowiedzi. Chwilowo. Najważniejsze jest to, że Autorka przestała uciekać przed sama sobą i siebie znalazłszy, odzyskała wolność. Tylko człowiek wolny może spełniać to, co w nim „zapisane”. I czyni to bez obawy, że znów go usidlą paciorki różańca bądź karty tarota... J

 Od dziecka miewałam sny o wojnie, których dziś nie potrafię uzasadnić logicznie. Ód początku wiedziałam, że śnię o Powstaniu Warszawskim, choć 6-latka nie może mieć pojęcia o Powstaniu, a w każdym razie nie może wiedzieć, jak wyglądają stosy trupów. W rodzinie, czysto warszawskiej, oczywiście byli Powstańcy i się o nich pamiętało. Możliwe, że we wczesnym dzieciństwie przypadkiem zobaczyłam w telewizji czy w książce zdjęcia z Powstania, ale mimo wszystko zawsze, od pierwszego snu, miałam poczucie, że do końca te sny normalne nie są. Przy tym, jak teraz sobie przypominam, właśnie mniej więcej od tego wieku miewałam także przebłyski „jasnowidzenia” – nie znajduję lepszego określenia na to, co potrafiłam: odnajdywać bezbłędnie zgubione przez kogoś innego przedmioty. Jak to robiłam, do dziś nie mam pojęcia. Za to babcia potrafiła „wyczuć” poprzez zły sen nieszczęście w dalszej rodzinie.

Pod koniec podstawówki trafiłam na babską gazetę z Wielkimi Arkanami Tarota do wycięcia i artykuł, do czego służą. Coś mi podpowiadało, żebym się tym zainteresowała. Po niedługim czasie czytałam je bardzo dobrze, to były „głupotki” w rodzaju odpowiedzi na pytania koleżanek: czy ta wredna baba od biologii mnie dziś wywoła do odpowiedzi? Sprawdzało się.

Po jakimś czasie jednak, już w liceum, okazało się, ze Tarot zaczyna być zbyt ważny. Miałam okropne sny, prześladowały mnie wizerunki z kart, zupełnie, jakby Tarot chciał mi się koniecznie narzucić. Do tego zaczęłam wyczuwać „coś” – nie były to same karty, bo te były tylko kartonikami z obrazkami. To było coś „poza”. Nie umiałam sobie tego wytłumaczyć. Przestraszyłam się. Schowałam pudełko z kartami na dno szafy, odcięłam się, zaczęłam chodzić do kościoła, modlić się, zwłaszcza, że na lekcji religii katecheta nam mówił, że wróżenie to diabelstwo. Czułam tak okropne wyrzuty sumienia, że wylądowałam w kościele na dobre, by „przebłagać” Boga. Nie miałam pojęcia, że pakuję się w coś dużo gorszego.

Pokuta, którą, jak sądziłam, muszę odbyć, skończyła się autentycznym uzależnieniem. Chodziłam do kościoła codziennie po lekcjach. Modliłam się na przerwach, odkryłam kółko różańcowe. Różaniec miałam zawsze przy sobie. Na początku to miała być pokuta, której owszem, chciałam, ale potem modlitwa stała się przymusem. Czułam, że MUSZĘ, nie, że CHCĘ. Ten stan trwał jakieś dwa lata. Przyznam, że do dziś się wstydzę za siebie z tamtego czasu: byłam nawiedzoną nastolatką, ubraną jak zakonnica, z wielkim krzyżem na piersi, smutna i do tego gadająca ciągle o Bogu. Wyobrażam sobie, jak na mnie patrzyli rówieśnicy! Na szczęście miałam kilkoro przyjaciół, którzy chyba rozumieli, że coś jest nie tak, więc nic nie mówili. Przyszedł wreszcie moment, że zadałam sobie proste pytanie: skoro Bóg kocha, to dlaczego mam przymus modlitwy? Dlaczego czuję się jak narkoman?

Uciekłam, z dnia na dzień, z kółka, z lekcji religii, wrzuciłam do szuflady różaniec i krzyżyk i zamknęłam na klucz. Nie poczułam się wcale wolna. Wciąż miałam wyrzuty sumienia. Sny o Powstaniu stały się jeszcze bardziej brutalne i przerażające.

Całe szczęście, że nadszedł czas matury i po prostu musiałam zając się czymś innym. Zapomniałam o codziennej modlitwie, bo zwyczajnie nie miałabym na nią czasu. Ot, przyziemna sprawa – wkuć na pamięć przekrój komórki w raz z rozrysowaniem mitochondriom…

Do Tarota wróciłam po paru latach, najpierw ostrożnie, ale odkąd zrozumiałam, jak się z nim obchodzić – przestałam się go bać. Czasem go stawiam przyjaciółkom. Sny o Powstaniu na jakiś czas ustąpiły, ostatnio wróciły, choć ich też za bardzo się już nie boję. Wróciłam też do Chrystusa. Najważniejsze, że po latach wyrzutów sumienia i niewolniczego przywiązania do Kościoła Katolickiego udało mi się wreszcie powiedzieć głośno, że nie czuję się katoliczką. Chrześcijanką tak, ale nie w wydaniu katolickim. To dopiero sprawiło mi ogromną ulgę, jakbym całkowicie zatrzasnęła drzwi dotąd lekko niedomknięte, za którą „coś” się czai. Z dwojga złego jednak lepiej być uzależnionym od papierosów niż od katolicyzmu. Papieros jest przynajmniej widzialny.

piątek, 17 lipca 2009
DALEJ NIŻ MATRIX

Kilka dni temu otrzymałem mail, a w nim ten oto tekst napisany przez M. Publikuję go za zgodą Autora :-)

„Co się dzieje, kiedy uświadamiasz sobie czym jest Matrix?
Co się stanie, kiedy Twoja percepcja wychyli się poza spektrum Matrix’a?
W jaki sposób zmienia się wszystko?”
Oto moja opowieść…
Jako dziecko charakteryzowałem się bardzo dużą wrażliwością na cierpienie. Moi rodzice nie byli nazbyt religijni. Czasami chodziliśmy do kościoła, to tyle… Często chorowałem na astmę oskrzelową, co też miało wielki związek z przyszłymi wydarzeniami.
Wszystko zaczęło się kiedy miałem 7-8 lat. To był pierwszy sen i pamiętam go do dzisiaj. Bawiłem się z jakimiś dzieciakami na wzgórzu. Był tam duży kamień na którym siedziała postać. Podbiegłem do niej i zobaczyłem Jezusa. Zapytałem o coś. Jednak nie reagował. Ze skamieniałą twarzą, jakby pełną gniewu spoglądał na miejsca dookoła wzgórza. Też spojrzałem i ujrzałem wielkie zniszczenie. Miasta w ruinach, wszędzie ogień…
Możecie sobie wyobrazić jak bardzo mocno taki sen mógł odcisnąć się na dziecięcej Psyche.
Już w tak młodym wieku odkąd nauczyłem się czytać sięgałem po Biblię i Nowy Testament.
Czytałem, uczyłem się tekstów na pamięć. Rodzice nie zwracali na to większej uwagi. Tak minęło kilka lat, kształtujących fundamenty osobowości umysłu przyszłego człowieka.
Kolejny etap zaczął się kiedy miałem lat 12. Sen, który był piękny proroczy i tajemniczy:
Szedłem przez miasto, przechodziłem obok domu kultury. Spostrzegłem klęczącą na chodniku osobę. Była wpatrzona w pewne miejsce. Też spojrzałem i ujrzałem Matkę Boską. Miała na sobie biało-błękitne szaty, promieniowała boskim blaskiem. Padłem na kolana i próbowałem usłyszeć to, co mówi. Bezskutecznie… Wszyscy ludzie dookoła patrzyli na mnie i drugą osobę, lecz nie dostrzegali świetlistej postaci, tak jakby dla nich nie istniała. Po kilku minutach wzniosła się w przestworza i znikła…
Dwa tygodnie po tym śnie do mojej miejscowości, do kościoła przyjechała figura Matki Boskiej Fatimskiej. Jej postać wyglądała tak samo jak we śnie. Wtedy doznałem cudownego uzdrowienia, już nigdy nie zachorowałem na astmę, nigdy więcej nie miałem żadnego ataku.
Pochłonięty wydarzeniem coraz częściej chodziłem do kościoła, coraz częściej się modliłem.
Nawiązałem kontakt z Zakonem Franciszkanów i korespondowałem z nimi. Wtedy już niby wiedziałem, że zostanę zakonnikiem. Pragnąłem poznać każdy aspekt Kościoła, całą historię.
Oczywiście źródła, które czytałem były jednostronne, opisywały całość z jednej perspektywy.
Następny sen:
Wielki wiatr i deszcz… Jedziemy z rodzicami po siostrę do jej koleżanki. Samochód ledwo trzymał się podłoża. Zarzuciło nas i zderzyliśmy się z słupem. Tata chciał wycofać samochód i jechać dalej. Mama była bardzo nerwowa. Wtedy zerknąłem przez szybę na północ i ujrzałem… wielką falę. Zanim nas pochłonęła zdążyłem się pożegnać…
Po przebudzeniu nie miałem pojęcia, co może oznaczać ten sen. Minęły jakieś trzy tygodnie i trafiłem na artykuł w jakiejś gazecie. Był on o 2012 roku, o wielkiej fali, końcu świata, kalendarzu Majów. Przerastało mnie to, czułem się odpowiedzialny za to, co jak uznałem ma się wydarzyć. Zacząłem studiować apokalipsę. Z czasem trafiłem na książkę E.G. White (jeśli dobrze pamiętam tak się nazywała). Należała do kościoła jakiejś odmiany protestanckiej. Opisywała czasy ostateczne i przy okazji prawdę o kościele Katolickim. Jego historię z innej perspektywy, perspektywy brutalnych mordów, bezwzględnej instytucji dążącej do absolutnej władzy w kartach przeszłości. Było tego tak dużo, że nie chciałem wierzyć. Bagaż, który dźwigałem, bagaż informacji się zwiększał. Zagubienie, pomieszanie, poplątanie…
Zacząłem studiować inne religie, inne kulty. Już nie chciałem być zakonnikiem. Zrywałem kontakty z kościołem, a z drugiej strony miałem wyrzuty sumienia, nadal wierzyłem w Jezusa. Nie mogłem zrozumieć religijnego poróżnienia ludzkości, agresji religijnej, szukałem punktów wspólnych.
Wtedy poznałem człowieka-maga. Z poglądów był ideologiem satanistą, z praktyk ezoterycznych studiował i praktykował na księdze „Necronomicon”. Zacząłem także studiować ezoterykę w tradycji „chaotów”. Thorgal był moim nauczycielem, uczył mnie samodzielnego niezależnego myślenia, dawał podstawy do wszelkiej praktyki. Wolność mentalna kreowania poglądów pozwalała mi na nie zgadzanie się z nim w wielu aspektach, niemniej darzyliśmy się ogromnym szacunkiem. Ja wierzyłem w miłość jako prawo, on widział w tym pustą chemię i mechanizm kierujący człowiekiem.
Z czasem nauczyłem się podstawowych technik LD i OBE, następnie stałem się nauczycielem dla kilku osób, a w pewnym sensie autorytetem. Nauczyłem się channelingu i przekazywałem wiedzę, to mną kierowało.
Kiedy nauczyłem się podstaw hipnozy, wziąłem dwie moje uczennice i nauczyłem je channelingu w hipnozie. Z początku sceptycznie, z czasem nastał wielki szok na skutek potwierdzania się informacji podawanych przez przewodników duchowych. Jedną dziewczynę wyciągnąłem z narkomanii. U innej z pomocą przewodników (i egzorcyzmu) znacząco zmniejszyłem ataki wrodzonej epilepsji, chociaż podobno całkowicie. Czując się wyróżniony, mając nieświadomie  podsycone ego, poddawałem się temu. Magija Chaosu odeszła, nastawał czas channelingu, poznawałem wstępnie nauki Buddy. Rozmawiałem ze Świadkami Jehowy sprawiając im swoją wiedzą i duchową siłą  przemówień wiele problemów.
Sny, spotkania z niezwykłymi istotami. Mówiły, że jak będę gotowy rozpocznie się misja, że przyjdą do mnie same i dowiem się wszystkiego.
Pewnego dnia, kiedy przeprowadzałem seans z jedną z moich medium stało się coś nieoczekiwanego. Przed wyjściem z transu przewodnik pokazał jej mordowane dziecko i powiedział, że wkrótce dowiemy się co to oznacza i że dziecko zabierze światłość.
Minęły dwa tygodnie, spotkałem się z kuzynem. Bardzo nalegał na spotkanie, chciał mi coś pokazać w gazecie. Pokazał artykuł o złapaniu mordercy małego dziecka. Powiedziałem:
„Cóż, to przykre ale na tym świecie takie rzeczy się zdarzają i media zawsze szukają sensacji”.
Powiedział: „spójrz na zdjęcie mordercy”.
Spojrzałem na zdjęcie i ujrzałem mojego nauczyciela, poznałem go. Zrobiło mi się słabo, nie mogłem uwierzyć.
Po krótkim czasie przypomniałem sobie ostatnią sesję channelingową i wiedziałem o co chodzi, to było bolesne. Dziewczyny zostawiły channeling w cholerę i do dziś mają się dobrze, ja nie wiedziałem co robić.
Pojawiła się silna nerwica lękowa. Wtedy zacząłem medytować w Zen. Po trzech miesiącach odeszła, a ja pozostawiłem medytację.
Przyszły kolejne sny jeszcze mocniejsze i intensywniejsze, kolejne przekazy channelingowe na jawie. Kładłem się, relaksowałem i przekazywałem to co mi mówiono. Zostałem pokierowany i szybko stałem się mistrzem kilku systemów Reiki. To działało…
Projekt Cheops też mnie wciągnął, podążałem w wszelkie niezbadane rejony. Edukowałem się także z psychologii, a w tym NLP. Doświadczałem cudów, a znajomi z niedowierzaniem i przerażeniem patrzyli jak chodziłem po rozpalonym ogniu. Stany ekstatyczne medytacji, było tego coraz więcej. Kim jestem, czekałem na odpowiedź… Żadna mnie nie satysfakcjonowała,
A zdobywane umiejętności parapsychiczne zaczynały mnie nudzić, nie było w tym sensu.
Szukając w wielu religiach, w wielu doświadczeniach odpowiedzi na sens, pochodzenie i celowość ludzkiego istnienia – nigdy jej nie usłyszałem. Najbardziej logiczny z tego wszystkiego zaczął wydawać mi się buddyzm i w tym kierunku poszerzałem wiedzę. Życie się waliło w każdym aspekcie, życie się odbudowywało na nowo. Pozostawiając wszelkie te istoty które mną kierowały wcześniej doznawałem ataków z ich strony. To co piękne i miłosierne pokazywało swoje demoniczne oblicze.
To był ciężki czas. Pozostawiając wierzenia, reiki, channeling, modlitwy i praktyki ezoteryczne – to coś nie chciało pozwolić mi odejść. Wydawało się, że byłem w podobnych tarapatach co mój nauczyciel, jednak czułem, że kwestią czasu jest uwolnienie się od tego.
Nauki buddyjskie traktujące o tych zjawiskach jako iluzyjnych  pozwoliły mi się uwolnić od silnych egregorycznych wpływów. Wszelkie takowe ataki traktowałem jak chmury na niebie. Nikt nie zastanawia się dłużej nad chmurą, która pojawia się i znika za horyzontem. Wszelkie te zjawiska ustępowały, cisza umysłu.
Chciałem się przyłączyć do jakiejś tradycji, szkoły buddyjskiej w Polsce. Jednak w większości przypadków dostrzegałem podobne wpływy egregorycznych istot. Zmanipulowane i sprzeczne w wielu miejscach tradycje z fundamentami nauk Buddy.
W międzyczasie stworzyłem model strukturalny traktujący o zależnościach człowiek-wyższe ja-egregory itd. Model, który opisywał strukturę istnienia. Stworzyłem też model psychologiczny wg. kilku znajomych psychologów i ezoteryków inny, nowszy, lepszy od Freud’owskiego. Tłumaczył on wiele zależności i dawał nowe zrozumienie na istotę problemów i rozwiązywanie ich, problemów z którymi nie radzi sobie współczesna nauka.
 Wiele rozmyślałem. Nie potrafiąc odpowiedzieć na pytanie kim jestem, zadałem pytanie: „kim nie jestem?”
Zrozumiałem, że tak jak ciało i umysł jest nabyty, tworzy się od dnia narodzin i służy jako narzędzie do podróży w tym świecie i światach subtelnych. Jednakże „Praźródło” jest zupełnie niedefiniowalne przez umysł.
Inne zrozumienie, inna percepcja, droga bez drogi… Tak zaistniał Zen. Pozostawiłem Jezusa, Buddę. Wiedziałem, że cokolwiek bym o nich wiedział, uważał będzie tylko pustym subiektywnym i iluzyjnym wyobrażeniem. Zacząłem medytować na „nie wiem” pozostawiając wszelkie poglądy, wierzenia, pozostawiając narzędzie jakim jest umysł i tu zaczyna się przejawiać odpowiedź na wszystko, na to czego szukałem.
Znając część mechanizmów, praw rządzących rzeczywistością, czasami korzystam z technik pozwalających na usuwanie niekorzystnych zjawisk, zjawisk które kiedyś powodowały chaos.
To pogląd, percepcja nadaje wartość zjawiskom. Kiedy nie ma poglądu, nie ma zjawiska.
Człowiek przestaje być jak tarcza strzelecka dla doświadczeń codzienności, a wszystkie eteryczne i astralne syfy odpadają od niego całkowicie naturalnie, w ten sposób przejawia się prawdziwy praczłowiek. Takie pojęcia jak droga, rozwój duchowy są tylko pogrążaniem się w iluzji, bo to co jest w każdym z nas, jest absolutnie doskonałe i dla tego nie ma konieczności rozwoju. Tylko błoto utworzone z iluzyjnych poglądów i wierzeń, uwarunkowania stworzone przekonaniami przysłaniają naszą „Pierwotną Naturę”.
Choć jest to bardzo skrócona opowieść, wiem że wielu z Was kiedy w kutek pewnych praktyk popadnie w tarapaty, w niej właśnie znajdzie ratunek, zauważając pewne zaistniałe zależności. Wtedy będziecie mieli wskazówkę jak sobie z tym poradzić, jak uwolnić się z wpływów matrixa, które przede wszystkim tworzy subiektywny umysł. Owszem intelekt jest ważny w codziennym życiu. Jednak istotą tego wszystkiego jest odróżnić ziarno od plew.
Kiedy to uczynicie, to życie zacznie nabierać innego smaku i prawdziwej trwałej radości.
„Kiedy poznasz siebie, poznasz cały wszechświat…”
M

sobota, 28 lipca 2007
DRUGA STRONA LUSTRA (1)

     Porządkując rozmaite materiały związane z książką o SDU natrafiłem na bardzo ciekawą historię życia niejakiego Pielgrzyma; kogoś, kto udzielał się swego czasu na Cudownymportalu, skąd zresztą ściągnąłem tę opowieść ( link do tej strony podaję tutaj ).  Historia ta jest klasycznym przykładem takiego rodzaju opętania, które realizuje się poprzez istoty podszywające się pod „naszych drogich zmarłych”. O zjawisku tym wspominałem już parokrotnie, nie będę więc go analizował. Ale na pytania odpowiem chętnie :-)

      Pierwsze moje kontakty z Drugą Stroną nastąpiły w początkach lat 70-tych.
     Można powiedzieć, że w tym czasie w niewielkiej dzielnicy miasta, w którym mieszkam, „szalała śmierć”. O ile wcześniej każdy pogrzeb był sensacją, bo prawie wszyscy się znali, to w tym okresie regułą były 3 – 4 pogrzeby w tygodniu, a towarzyszyła temu szczególna atmosfera. Mówiło się kiedyś, że wycie psa prorokuje śmierć. Wtedy psy wyły niemal bez przerwy, szczególnie wieczorami.
     Mieszkałem w niewielkim domu z ogrodem i wąskim podwórkiem przed domem. Wieczorami ciągle było słychać trzaskanie otwieranej i zamykanej furtki, i odgłos kroków pod oknami domu. Słyszeli to wszyscy domownicy, ale ilekroć wyjrzało się przez okno – nic się nie działo. Furtka była zamknięta i nikogo nie było widać.
     W tym okresie odszedł najpierw mój dziadek, a później mój ojciec.
     Któregoś majowego wieczoru byłem w ogrodzie. Dopiero zaczynało zmierzchać i było jeszcze zupełnie jasno. W pewnej chwili usłyszałem trzask otwieranej, a następnie zamykanej furtki. Uniosłem głowę, ale nikogo nie zobaczyłem. Słyszałem jednak wyraźnie odgłos zbliżających się kroków. Niewidzialna dla mnie istota przeszła obok mnie w odległości nie większej niż jeden metr, zakręciła przy rogu domu i poszła do ogrodu za domem. Zaszokowany tym, że słyszę kroki, a nikogo nie widzę, poszedłem za nią, ale za domem kroki ucichły. Gdy później wszedłem do domu, moja mama spytała czy nikogo nie widziałem, bo ktoś mocno uderzył w okno.
     Mój tata leżał wówczas w szpitalu – odszedł dwa tygodnie później.
     Moja mama zawsze wiedziała, gdy ktoś z jej rodziny umierał – zawsze wówczas widziała nagle pojawiający się mały, biały przedmiot, najczęściej kulkę, która przemieszczała się przez chwilę w przestrzeni, po czym znikała.
Kilka lat temu, będąc służbowo w jednym z oddziałów firmy, w której pracuję, zobaczyłem nowo zatrudnioną tam osobę, która zwróciła moją uwagę tym, że gdy stanąłem przed wszystkimi obecnymi aby coś powiedzieć, intensywnie się we mnie wpatrywała.
      Nawiązaliśmy bliższe kontakty i gdzieś po roku, gdy już wiedziała, że może mi zaufać, powiedziała, że wówczas patrzyła nie tyle na mnie, ile na swoją mamę, która nagle pojawiła się obok mnie i patrzyła na mnie z aprobującym uśmiechem. Dla wyjaśnienia dodam, że jej mama – obydwoje zaczęliśmy ją później nazywać Mamą – odeszła na Tamtą Stronę kilkanaście lat przed naszym spotkaniem. Oczywiście, zobaczyła ją tylko Ewa (tak będę ja nazywał).
     W miarę, jak nasze kontakty się zacieśniały, Mama przychodziła coraz częściej, zaczęła też mówić. Później wraz z Mamą zaczął od czasu do czasu pojawiać się jakiś mężczyzna. Gdy w końcu przyszło mi do głowy, że może to być mój Tata – wówczas on także zaczął mówić i potwierdził, że trafnie odgadłem. Zaczęliśmy z Ewą mówić na nich: Rodzice.
     Ewa nie tylko ich widziała i potrafiła z nimi rozmawiać (czasami tylko ich słyszała bezpośrednio w umyśle, nie widząc), ale widziała także aurę niektórych ludzi. Moją aurę widziała także wtedy, gdy odległość między nami była bardzo duża. Ja nie posiadam żadnych z tych zdolności, ale z czasem zacząłem odczuwać, kiedy Rodzice przychodzą i które z nich przychodzi, jeśli przychodzili oddzielnie.
     Kiedyś, będąc na targach ezoterycznych, zmierzyłem sobie aurę. Gdy wysłałem do Ewy sms z zapytaniem czy może opisać, w jakich barwach mnie widzi – jej odpowiedź dokładnie zgadzała się z wynikami pomiaru.
     Zadawaliśmy Rodzicom różne pytania, na które oni odpowiadali czasami wprost, czasami wymijająco, powtarzając często, że mamy wolną wolę i że odpowiedzi na wszystkie pytania mam w sobie. Podobno każdy ma w sobie odpowiedzi na wszystkie pytania, ale Rodzice z podkreślali, że ja je mam, nie mówiąc tego nigdy – o ile pamiętam – Ewie.
     Z jakichś względów zależało im na tym, aby nasza znajomość – Ewy ze mną – trwała i była jak najbliższa. Twierdzili przy tym, że nawzajem jesteśmy dla siebie siłą i ochroną, a razem – jesteśmy Ich siłą.
     Zawsze wyczuwałem – będąc z dala – gdy z Ewą dzieje się coś, co zagraża naszej znajomości. Gdy przez pewien czas (trwało to kilka miesięcy) Ewa postępowała w sposób, który osłabiał (zakłócał) przepływ energii między nami, Rodzice przestali się pojawiać, a mnie zaczęły się zdarzać dziwne przypadki. Pociąg, którym jechałem, zderzył się z samochodem ciężarowym (na szczęście nikomu nic się nie stało, co graniczy z cudem), kilka razy samochody na czerwonym świetle wyjeżdżały z bocznej drogi tuż przed moim nadjeżdżającym samochodem, kilka razy inne samochody z równoległego (w tym samym kierunku) pasa drogi wjeżdżały na mój pas, jakby chcąc mnie zepchnąć poza jezdnię, wreszcie – na dzień przed spotkaniem z Ewą – samochód z przeciwka na prostym odcinku drogi wjechał na mój pas jadąc na zderzenie. Kierowca patrzył przed siebie (jego samochód był pełen ludzi) i nie wiem, co widział, bo dopiero pisk hamulców spowodował, że w ostatniej chwili wrócił na swój pas, unikając zderzenia.
     Gdy spotkaliśmy się z Ewą, zjawili się Rodzice i powiedzieli, że od tej chwili będą prowadzili nas „za rączkę”, jak dzieci, abyśmy się nie pogubili. Potwierdzili też, że przypadki, które mnie spotykały, nie były wcale przypadkami, i że wraz z Ewą uczestniczymy w większym planie.
     Od tej chwili „zamachy” na mnie ustały.
     Rodzice przychodzili prawie zawsze gdy spotykaliśmy się z Ewą, ale czasami odwiedzali ją także w przerwach między naszymi spotkaniami. Rozmowy z nimi miały różny przebieg. Czasami przychodzili, aby coś nam przekazać od siebie, a czasami odpowiadali tylko na nasze pytania. Jeśli odwiedzali Ewę gdy mnie nie było w pobliżu, sms-ami przesyłała mi treść ich wypowiedzi.
      Czasami ich słowa były dość dziwne, nie do końca zrozumiałe. Kiedyś Mama powiedziała: „To ważne, godzicie nas i uwalniacie...” i „Przed nami daleko...” Co te słowa naprawdę miały znaczyć?
     W którejś z rozmów telefonicznych poprosiłem Ewę aby spytała ich czy przychodzą od Boga. Zjawili się u niej prawie natychmiast, jakby słyszeli naszą rozmowę. Na pytanie Ewy rozłożyli ręce i powiedzieli: „A skąd mamy (możemy) przychodzić?” Zrozumieliśmy z tego, że przychodząc do nas realizują wolę Boga, ale nie powiedzieli tego wprost.
     Odwiedzali nas w różnych miejscach. Kiedyś, gdy siedzieliśmy w kawiarni, Ewa śmiała się widząc jak Tata podszedł do baru i z zainteresowaniem oglądał alkohole. Przyszedł wówczas sam, a na pytanie o Mamę powiedział, że ona przyjdzie później, ponieważ na razie jest zajęta. To znaczy, że nie są tam bezczynni!
Innym razem, patrząc na wiszący na ścianie obraz Ewa powiedziała, że tak wyobraża sobie czyściec. Na to Mama powiedziała, że czyściec wygląda inaczej. Czy należy z tego wyciągnąć wniosek, że takie miejsce lub stan jak czyściec istnieje? Tak zrozumieliśmy wypowiedź Mamy.
     Zapytaliśmy o reinkarnację. Mama odpowiedziała, że coś takiego istnieje, ale nie w takim znaczeniu, jak ludzie zazwyczaj sobie wyobrażają. Jest to trudne do zrozumienia, więc ona pomyśli, jak najlepiej nam tę wiedzę przekazać, abyśmy zrozumieli, i powie nam innym razem. Później już nie wracaliśmy do tego tematu.
     Z różnych wypowiedzi Rodziców zrozumiałem, że wcześniej przebywali w czymś w rodzaju „przedsionka”, a teraz są w miejscu, które zwykliśmy nazywać niebem. Nie jest ono jednak jednolite, a składa się z różnych poziomów lub kręgów, które zasiedlają istoty o różnym poziomie rozwoju. Takie niebo (Rodzice nie nazwali tego niebem) znacznie się różni od tradycyjnych wierzeń ludzi, ale gdy zwróciliśmy na to uwagę,   Rodzice półżartem odpowiedzieli, że nie mogą brać odpowiedzialności za to, w co ludzie wierzą.
     Zrozumiałem wówczas także, że wszystkie (a przynajmniej wiele) Rzeczywistości są tutaj, w tej samej przestrzeni, tylko oddzieleni barierą częstotliwości wibracji nie potrafimy ich dostrzec.
     Kolejny sms Ewy: „Twoja (czyli moja) siła (czy moc) płynie przez nich (Tatę i Mamę) do INNYCH. Sprawisz, że zyskają moc sprawczą !!?”
     Kim są ci INNI? Zawsze tkwiło we mnie przekonanie, że są to istoty światła i miłości, ale oprócz wewnętrznego przekonania nie mam na to żadnego dowodu.
     Kiedyś, będąc w kościele i modląc się, zadałem pytanie czy idę dobrą drogą. I nagle ogarnęła mnie niezwykła euforia. Chciało mi się śmiać i skakać z radości i szczęścia. To było niezwykłe uczucie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Później powtórzyło się jeszcze raz, w podobnych okolicznościach. Więcej razy już nie pytałem o to samo uznając, że otrzymałem wystarczającą odpowiedź. A niedługo później tata powiedział w odpowiedzi na jedno z pytań: „...mój syn wie, ON pokazał mu drogę w świątyni”.
      Któregoś razu siedzieliśmy w kawiarni, gdy nagle poczułem, ze nie jesteśmy sami, że jest z nami ktoś, kto emanuje wszechogarniającą miłością, błogością, dobrem... Zapytałem Ewę czy nikogo nie widzi, ale odpowiedziała, że nie. Jednak po chwili ogarnęły ją podobne uczucia i zobaczyła Światło. Wydaje mi się, że usłyszała też głos, ale nie jestem już pewien. Później, gdy ta Istota odeszła, przyszli Rodzice i powiedzieli, że możemy na nią mówić Raziel albo Świetlisty. Ewa zaczęła żartować, że jest to ktoś pewnie u nich ważny, w rodzaju dyrektora... Rodzice poprosili, żeby wyrażać się o Nim z szacunkiem.
     Nie tylko takie odwiedziny jednak miały miejsce. Czasami Ewa była atakowana przez istoty, które chciały nią zawładnąć. Jedna z nich charakteryzowała się tym, że gdy przychodziła, Ewa zaczynała odczuwać lodowate zimno i czuła i osłabienie. Starałem się „odpędzić” tę istotę otaczając Ewę sobą i światłem oraz modląc się. Po chwili zimno znikało.
     Od czasu do czasu i ja ni stąd ni zowąd czułem lodowate zimno, ale nigdy, gdy byłem z Ewą. Zawsze starałem się uwolnić od tej istoty w taki sam sposób: otaczając się światłem i modląc się, i zawsze pomagało. Za którymś razem – mniej więcej rok temu – zamiast ją odpędzać, powiedziałem: kocham cię. Poczułem wówczas jakby zawirowanie, jakby powiew i szum, i zimno znikło. Od tej pory to zjawisko już się nie powtórzyło.

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI DRUGIEJ

DRUGA STRONA LUSTRA (2)

     Były także inne istoty atakujące Ewę – działo się to od pewnego czasu, i tylko w trakcie naszych spotkań – ale zawsze udawało mi się ją obronić. Gdy spytaliśmy Rodziców, co to za istoty, powiedzieli, że czasami lepiej nie wiedzieć. A na pytanie: dlaczego ją atakują? – odpowiedzieli: „bo jak coś jest dobre, to każdy chciałby to mieć”.
     Pytaliśmy także, dlaczego oni nie reagują na te ataki. Odpowiedzieli, że to jest moja rola, że mam wystarczającą moc, by chronić Ewę, gdy się spotykamy. Oni czuwają nad nią, gdy ja jestem z dala.
     Raz jednak Tata umożliwił Ewie zobaczenie tych istot. Były półprzezroczyste, w kształcie podobne do ludzi. Jedna z nich podeszła do Ewy i próbowała założyć jej na szyję obręcz, która zaczęła ją dusić – na szczęście udało mi się wyrwać ją z tego. Na pytanie, co by się stało, gdyby mi się nie udało, Tata odpowiedział: „spałaby bardzo długo”.
     Pewnego dnia pokłóciliśmy się z Ewą wysyłając za pośrednictwem sms-ów. Było to bardzo dziwne, bo każdy mój sms Ewa rozumiała całkowicie niezgodnie z moimi intencjami. Gdy jednak spotkaliśmy się po niezbyt długim czasie, szybko doszliśmy do porozumienia. Poszliśmy do kawiarni – odczułem, że musimy wejść akurat do tej, którą właśnie mijaliśmy, a nie do innej. Gdy tylko weszliśmy, poczułem, że jest tam ktoś, kto czekał na nas. Czułem emanującą od tej istoty miłość, jednak nie o takim nasileniu, jak od Raziela, raczej zbliżoną do uczucia Rodziców, choć silniejszą. Po chwili Ewa także to odczuła. Zaraz też przyszli Rodzice i powiedzieli, że to jest Młody. Na pytanie kim on jest, czy kimś podobnym do Raziela, odpowiedzieli: „Raziel był zawsze”. „Raziel jest Miłością i Prawdą”. Nie wyjaśnili jednak, kim jest Młody – inna sprawa, że wobec tego, co nam zaraz powiedzieli, nie pytaliśmy więcej o to. Powiedzieli mianowicie, że to oni sprawili, że się pokłóciliśmy, a zrobili to dlatego, aby więź między nami zmalała, gdyż w tym akurat czasie moce nam przeciwne mogłyby nami zawładnąć wykorzystując właśnie łączność między nami.
     Nie mogliśmy tego zrozumieć, bo przecież do tej pory Rodzice twierdzili, że nawzajem stanowimy dla siebie ochronę, ale nie wyjaśnili nam tego.
     W 2002 roku Ewa zaczęła widzieć inne Rzeczywistości. Na początku tylko w czasie naszych spotkań, później czasami także wtedy, gdy byłem z dala. Było to tak, jakby w przestrzeni otwierało się okno, w którym widać było coś zupełnie innego. Sądziliśmy początkowo, że to Rzeczywistości Równoległe, istniejące w tym samym czasie. Później jednak Ewa przysłała mi sms: „Twój Tata pokazał: bramy – przejścia, to nie miejsca na mapie. To jest niesamowite! To CZAS”.
     Taki był pierwszy komentarz Ewy, to nie były słowa Taty. Później jednak doszliśmy do przekonania, że to jednak nie czas, że inne Rzeczywistości istnieją obok nas w tym samym czasie i przenikają naszą Rzeczywistość.
     Kolejny sms Ewy: „Słychać Cię bardzo daleko”. Te słowa powiedział Raziel mając na myśli moje modlitwy.
     I następny sms (Tata skierował te słowa do Ewy): „Musisz mu (chodzi o mnie) dać siebie więcej, może wszystko, wtedy będzie mógł nas usłyszeć, to co tylko jemu możemy przekazać. Czekamy tylko na niego. Jest dla nas jednym z najważniejszych. Czekamy na niego, przyprowadź go do nas.”
     W maju Ewa poczuła się czymś bardzo napełniona, jak balonik gazem. Wkrótce odwiedził ją Raziel i powiedział: „Wróć w miejsce naszego spotkania. To bardzo, bardzo ważne! Zrozumiesz swój dar! Bądź, zanim księżyc minie!!!”.
Ewa jednak nie mogła tego zrobić w wyznaczonym terminie. Zapytała więc czy to już przepadło, na co Raziel odpowiedział, że nie, że ma czas do końca roku.
     W miarę, jak czas mijał, ja coraz bardziej czułem, że to musi być jak najprędzej, najpóźniej w październiku, a im prędzej, tym lepiej.
     Mniej więcej w tym samym czasie zacząłem być „prowadzony”. Zdarzało się, że nawiedzało mnie uczucie, że gdzieś powinienem pójść lub pojechać. Było to uczucie, jakbym w piersiach miał odbiornik, a gdzieś w przestrzeni był nadajnik wskazujący kierunek, w którym miałem iść. Za każdym razem trafiałem do kościoła (w różnych miejscowościach) i wiedziałem (czułem), o co powinienem się modlić.
     Latem Rodzice odwiedzili nas z kimś jeszcze – był to Ewy Przewodnik. W pewnym momencie Przewodnik ją dotknął i Ewa odczuła ból. Przewodnik natychmiast się cofnął. Rodzice powiedzieli, że Przewodnicy przebywają w innej sferze i stamtąd czuwają nad nami, a żeby przejść do naszej Rzeczywistości – jeśli jest taka potrzeba – muszą pobrać energię od człowieka. Powiedzieli też, że nie każdy człowiek ma Przewodnika, ale większość tak.
     Później Przewodnik odwiedził Ewę po raz drugi i pokazał jej różne drogi, z których Ewa mogła wybrać tę, którą chciała iść. Tylko jedna z dróg była prosta i łatwa, inne były kręte i niknęły we mgle – Ewa wybrała jedną z nich...
     Kolejny sms Ewy: „Słyszę dziś często głosy, jakbym stała w tłumie. Niektóre wyraźniej niż inne. Krzyczą, płaczą, wołają. Sądzę, że Tata jest ze mną, abym czuła się bezpiecznie... To wszystko jest takie dziwne. Przez chwilę widziałam Cię, jak wsiadałeś do samochodu! (byłem wtedy daleko). Widzę Cię wyraźnie w kolorze złota i czerwieni (w różnym czasie Ewa widziała mnie w różnych kolorach). Kilka godzin temu Tata powiedział: ‘Mój syn jest blisko, nareszcie.’ Rośnie w Tobie coś, czego ONI oczekiwali.”
     I następny sms: „Mama: Kiedy zyskałaś tę wielką siłę? Przestałaś dzielić siebie i oddałaś się cała. Z nim będzie tak samo.”
     We wrześniu Ewa poszła na kilka dni do szpitala. Okazało się, że jest poważnie chora i tylko przeszczep jednego z organów daje szansę na wyzdrowienie.
     Na początku października wybraliśmy się w miejsce, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy Raziela. Gdy tylko usiedliśmy przy stoliku, przyszli Rodzice i powiedzieli Ewie, że jeśli chce, może od razu pójść z nimi. Ewa jednak nie chciała. Po chwili przyszedł Raziel i oświadczył, że będziemy uzdrawiać: Ewa – dusze, a ja – ciała.
Ewa próbowała przekonać ich, że nie nadaje się do takich zadań, ale Rodzice powiedzieli, że przecież w każdym człowieku potrafi ujrzeć coś dobrego, a więc nadaje się doskonale.
     Jeśli chodzi o mnie, to Ewa nie raz stwierdzała, że „mam coś w rękach”, że mój dotyk przynosi ulgę.
     Wieczorem wybraliśmy się na spacer. Gdy zaczęliśmy iść, Ewa ujrzała sznur idących za nami ludzi, oczekujących od niej pomocy. Ja co prawda nie widziałem, ale wyraźnie czułem ich obecność. W pewnym momencie znowu odczułem „prowadzenie” i znowu trafiłem do kościoła. W tym miejscu sznur ludzi, a raczej dusz, opuścił nas.
     Jednego z następnych dni Raziel zaprosił Ewę do kościoła, aby przyszła się z nim przywitać. Będąc tam poczułem, że powinniśmy pójść do kolejnego, pobliskiego kościoła. Tam odczułem napływ ogromnej energii, a Ewa stwierdziła, że zostałem obdarzony szczególną łaską. Nie pamiętam, czy był to przekaz od Raziela czy Rodziców, ale to nie jest najważniejsze. Po jakimś czasie poprosiłem Ewę by zapytała Rodziców czy dobrze rozumiem moje odczucia. Oto przesłana sms-em odpowiedź (to, co z odpowiedzi Rodziców Ewa usłyszała):
     „Światło rozprasza mrok, we mgle prowadzi dłoń Przewodnika, w domu JEGO jest celem, jest naszą bramą do świata, lecz nie widzi... dziś jest drzwiami jutra, jest naczyniem siły i wiary, co więcej chce otrzymać?...”
     W listopadzie Ewa znowu poszła do szpitala. Było z nią coraz gorzej. Rodzice odwiedzali ją codziennie i byli z nią coraz dłużej, bywał także Raziel. Któregoś dnia znowu przybyły do niej dusze ludzi potrzebujące pomocy – te same, które przedtem szły za nami. Odwiedziły także mnie i miałem odczucie, jakby chciały mnie prosić, abym swymi modlitwami nie przeszkadzał Ewie w odejściu. Zrozumiałem, że czekają, aby Ewa przeprowadziła ich za sobą na Tamtą Stronę.
     Ewa odeszła w grudniu. W chwili gdy odchodziła, czułem jej obecność przy mnie tak mocno, że chwilami wydawało się, że wystarczy spojrzeć w bok i ją zobaczę. Towarzyszyła mi długo.
     Od czasu do czasu bywam w pewnym niewielkim mieście, w którym jest, a właściwie był, nawiedzany dom. Właściciel chyba popełnił w nim samobójstwo (o ile pamiętam), a przed śmiercią powiedział, że nikomu go nie odda. Po jego śmierci dom wiele razy zmieniał właściciela – kto go kupił, bardzo szybko znowu sprzedawał.
     Zapytałem w myślach, czy ten, kto tam straszył, odszedł z Ewą. Nasunęła mi się odpowiedź twierdząca. Zapytałem z kolei czy wszystkie zagubione dusze odeszły z nią na Tamtą Stronę. Padła odpowiedź – nie, tylko te, które tego chciały.
     Gdy po kilku miesiącach odwiedziłem wspomniane miasto, w oknach nawiedzanego domu ujrzałem firanki i dowiedziałem się, że ktoś tam zamieszkał i nic już nie straszy.
Od czasu odejścia Ewy, już cztery osoby, z którymi połączyła mnie więź duchowego porozumienia, nawiązały kontakt z istotami z tamtej strony. Kontakty dwojga spośród nich były bardzo pozytywne, wypełnione dobrymi odczuciami – były to kontakty z bliskimi i (najprawdopodobniej) z Przewodnikiem.
     Trzecia najpierw odczuła obecność Raziela, Ewy i mojego Taty, i były to odczucia także bardzo pozytywne. Później jednak, wraz z czwartą osobą, odczuły niezbyt dobry kontakt z istotą, która próbowała wyciągać od nich energię.
Nie do końca wiem, jak tłumaczyć to ostatnie zdarzenie, myślę jednak, że był to skutek niedokończonego procesu przejścia tej istoty z jednej rzeczywistości do drugiej, przerwanego na skutek pewnego zdarzenia. Wierzę, że jeśli jestem „bramą”, jak powiedzieli Rodzice, to tylko dla istot dążących do światła, dla których najważniejszą wartością jest miłość.
     Ewa odeszła, pozostało wiele pytań. Czy uzdrawianie dusz polega na przeprowadzaniu ich do światła? Jak rozumieć uzdrawianie ciał, które jest moim zadaniem (bioenergoterapia czy jakieś inne działania podobnego rodzaju, a może dzielenie się doświadczeniem, wskazywanie możliwości poprawy własnego życia)?
Kim właściwie jest Raziel? Kim jest Młody? Kim ja jestem?
     Jak znaleźć odpowiedzi na te i inne nasuwające się pytania? Jak dotrzeć do istniejącej we mnie wiedzy?
     Wiem jedno: kiedyś Rodzice powiedzieli, że nasze szczęście rozświetla ich Rzeczywistość. A więc powinniśmy nauczyć się żyć w szczęściu, niosąc ze sobą światło rozjaśniające mrok...

poniedziałek, 28 maja 2007
DYSKRETNY UROK PEWNEJ INICJACJI

   [ Moje ] drugie spotkanie z nauczycielką [ Laya Jogi ] spowodowało, że czułam się (…) zainteresowana „głębszym”, jak mi się wtedy wydawało, poznaniem siebie. Intrygowało mnie jej jasnowidzenie (…). Wydawała się być blisko Boga (…). No więc zapytałam, co się zmieni po wzięciu inicjacji. Powiedziała, że nic. Więc poprosiłam o inicjację (…).

Podczas inicjacji miałam zamknąć oczy i stać nieruchomo. W tym czasie nauczycielka wykonywała jakieś znaki nad moja głową (chyba), wiem że się poruszała i coś mówiła szeptem. Jak otworzyłam [ oczy ], to byłam przyjęta do grona istot w hierarchii duchowej, no i anioły się cieszyły podobno 3 dni. Dostałam mantrę do powtarzania 2 razy dziennie określoną ilość razy (…). Dowiedziałam się, że istnieje wewnętrzna, spisana w Sandze, zasada dla inicjowanych np. płacenie raz w roku „dziesięciny” (uznałam za naturalne i zdziwiłam się dlaczego w Kościół Katolicki tego nie stosuje, tylko: „daj na tacę” ), opiekowanie się guru na jego starość ( to mnie zdziwiło, bo jak miał być Sadhu to w końcu sam mógłby dać sobie radę. Wydawało mi się ze osoba oświecona nie musi dbać o takie zabezpieczenie), no i że bycie w Sandze i wierność guru jest  dożywotnia, a nawet pośmiertna. Przed inicjacją nie zostały mi te zasady przedstawione, mimo że pytałam. A szkoda. Choć wtedy byłam sobie w stanie wszystko co usłyszałam wytłumaczyć.

Po inicjacji zaczęły się sny, realne, symboliczne ( piramidy, latające konie, tęcza, i inne ) i to było to co mnie trzymało w Sandze. Bo inni normalni, przeciętni ludzie takich nie mieli. Zaczęły się też obowiązki, bo najpierw ulotki roznosiłam dobrowolnie, po inicjacji stal się to mój obowiązek. Aby jak najwięcej ludzi mogło się oświecić i wyzwolić z tego świata. Byłam w grupie w której byłam akceptowana. Byli swoi.

Później zaczęły się „opierdole” od nauczycielki zastępującej guru. Opierdole” były w tej grupie normalne, a nawet „pożądane”. O guru  mówiło się, że jest boską emanacją na ziemi. Że jest oświecony, że siedzi w wiezieniu za poglądy [ link ]. Że ma swoją misję w Polsce, że siedzi aby inni cierpieli mniej. Że to sama miłość.

Jeździłam na zajęcia. I czułam, że coraz bardziej znam siebie. Zauważyłam, że ci co byli już po parę lat w Sandze mówią najmniej, a tylko wykonują [ polecenia ]. Zaczęłam się robić taka sama. Bałam się odzywać, bo groziło „opierdolem”. Zadaniem „starszych” było przyciąganie nowych (…). Z jednej strony psychologia miała być częścią jogi a z drugiej  zasady psychologiczne nie były stosowane. Manipulacja, autorytatywność, szantaż ( „bo  się nie oświecisz” ), brak  asertywności ( możesz pyskować i dyskutować ze swoimi koleżankami, nauczyciel się słucha i się jego polecenia wykonuje, bo nauczyciel jest twoim przyjacielem ). „Opierdole” sprawa normalna a nawet traktowane [ były ] jako forma sprawdzianu. Np.( słyszałam to od 3 osób ), że podobno guru przy wszystkich „opierdolił” kogoś, bo sprawdzał reakcje innych ludzi. No, ale były też odczucia w dłoniach, wizje, sny, poczucie wspólnoty, krzywdy jakiej doznaje guru, świat, ślepoty ludzi itd.

Zdecydowałam się na obóz 8 dniowy, gdzie miałam 1 inicjację w Jogę uzdrawiania. [ Wzięła w tym udział ]  większa grupka osób. Trzy brały inicjację, reszta - błogosławieństwo od guru (…). Podczas inicjacji czułam wlewającą się we mnie energię. Jak strumień wody. Popłakałam się. Zobaczyłam też „w głowie” guru (…), jak siedzi w lotosowej postawie.

Następnego dnia nauczycielka wskazała mnie palcem i powiedziała Dik Darszan. I dostałam inicjację w Laya Jogę 2 stopnia. Podczas inicjacji „widziałam” diamentowe schody, na których stałam, Czohan Moria, który stał i czekał na mnie, aż wejdę na górę. A z boku anioły, które cieszyły się, że idę dalej. Znowu miałam uczucie ze „jestem w domu”. Znowu płakałam.

Podczas inicjacji miałam zamknięte oczy, nauczycielka coś powiedziała i wykonywała jakieś gesty. W pewnym momencie powiedziała, że mam otworzyć oczy i wydawało mi się, że [ mam przed sobą tylko ] jej ciało, ale [ to nie była ] ona. To był ktoś inny. Podczas inicjacji zrobiła mi na czole czymś białym znak, kropkę. I czarnym podczas kolejnej inicjacji.

Ale na tym obozie stwierdziłam, że nie rozumiem nic. Do obrazów które miałam w głowie i delikatności i mistyczności, zupełnie [ to ] nie pasowało Do tego zachowanie nauczycielki. Ponieważ stałam się kandydatem na nauczyciela, zostałam dopuszczona do wewnętrznego kręgu, [ zaczęły się ] „opierdole w stylu „twoje pizdowate problemy odstraszają nowicjuszy”, [ skierowane ] do tych starszych nauczycieli. A potem bycie miłym. I znowu „opierdole”. Aż człowiekowi [ zaczęło ] zależeć, aby dostać pochwałę. Ale żeby dostać pochwałę, [ należy ] robić [ różne ] rzeczy na rzecz Sangi [ i ] guru [ i ] przyciągać [ do Himawanti ] ludzi. To prawdziwa presja, bo życie staje się  [ temu wszystkiemu ] podporządkowane…

 Wedle Etnologicznego słownika inicjacją jest obrzęd wprowadzenia i włączenia jednostki lub grupy osób do określonej grupy wiekowej lub grup charakteryzujących się elitaryzmem ( np. tajne związki, grupy totemiczne.), wspólnot  o charakterze odmiennym w stosunku do przedniego statusu jednostki lub grupy osób bądź też obrzęd nadania stanowiska lub pozycji społecznej ( np. szamana, zbójnika itp. );aktom tym towarzyszą zawsze aktualizowane treści światopoglądowe połączone z przekonaniem, że bez poddania próbie i sprostania jej nie może nastąpić włączenie do grupy i pełnienie roli społecznej. Definicja ta nie uwzględnia oczywiście duchowego aspektu inicjacji i pomija milczeniem wpływ spirytualnych bytów na jej rodzaj i ukierunkowanie. Mówiąc najkrócej zabiegi te wiążą człowieka z taką formą rzeczywistości astralnej, do jakiej odwołuje się dana „szkoła duchowego nauczania” i związek ten „pieczętują” nierozerwalnym węzłem; węzłem, który spina inicjowanego człowieka z astralnymi mocami nie tylko za życia, ale również po śmierci. Inicjujący ucznia mystagog ( nauczyciel, mistrz ) staje się ziemskim „awatarem” kierujących nim astralnych duchów, użyczając im swego ciała jako ich „egregor”. Po pierwszej frazie inicjacji, której towarzyszą takie wrażenia jak uczucie „powrotu do domu”, ulgi, szczęścia, zyskania wewnętrznej harmonii, następuje druga faza – faza „opierdalania” ( że użyję terminologii stosowaną przez Autorkę „ świadectwa” ). „Opierdalanie” służy wyrobieniu potrzeby łaknienia nagrody i narzuceniu posłuszeństwa. Im bardziej „opierdalany” uczeń pragnie pochwał, tym mniejsza ich „dawka” go zadawala. Z biegiem czasu  „opierdalany” znacznie więcej daje, niż otrzymuje w zamian. W ten oto sposób ujawnia się drugi, „demoniczny” aspekt magicznej zasady oparty na prawidle „daję byś dał”.  W jego końcowej fazie wygląda on w ten sposób, że inicjowany fan „duchowego rozwoju” oddaje duchom wszystko, nie biorąc nic w zamian. A ponieważ ryt inicjacji sprzęga go z nimi także w zaświatach, tam właśnie dokonuje się ostatni akt dramatu: totalne unicestwienie jego duszy…

piątek, 15 grudnia 2006
WSPOMNIENIE

Historia, o której chcę opowiedzieć wydarzyła się wiele lat temu, latem 1993 roku, niedługo po tym, jak namalowałem talię-matkę Tarota Magów, a więc w czasach, gdy tkwiłem po uszy zanurzony w praktycznej kabale i w rytualnej magii wzorowanej na systemie Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku. Przebywałem wtedy na Mazurach i każdego ranka wyruszałem na spacer po lesie z plecakiem, w którym trzymałem moje „magiczne oprzyrządowanie” niezbędne do medytacji i różnych innych „zabiegów duchowych”. Trasa moich wędrówek wiodła przez gęsto zalesione brzegi jeziora. Tam też znajdował się cel mojego spaceru – niewielki cypel, na którym – o ile nie przebywali na nim rybacy – rozbijałem moje „magiczne obozowisko”.

Tego dnia wstałem wcześniej niż zwykle, na cypel dotarłem tuż po wschodzie słońca, po czym, jak zwykle, zapaliłem kadzidła, świece, odmówiłem pewną modlitwę, zasiadłem na medytacyjnej poduszce i zacząłem w duchu recytować kabalistyczne formuły oraz imiona Boga, ażeby scalić w sobie, kojarzone z sefirotami Drzewa Życia energetyczne centra i wznieść się z nizin sefiry Malkuth ku „boskim wyżynom” sefiry Kether. Robiłem to już wielokrotnie, szybko więc wpadłem w „szamański trans” i bez najmniejszego lęku, z radością i uśmiechem na gębie zanurzyłem się w astral, doznając rozmaitych przepływów energii, blasku, świateł, mocy, wizji itp. Tym większe zatem było moje zdziwienie, gdy nagle wszystko to roztrysnęło się niczym przysłowiowa mydlana bańka. Usłyszałem jakiś hałas i otworzyłem oczy. Zobaczyłem stado dzików, które kierując się wprost na mnie próbowało przepłynąć na drugą stronę jeziora.

W moim umyśle natychmiast pojawiło się tysiące skojarzeń nadających sens temu zdarzeniu (o symbolice dzika mógłbym wtedy pisać traktaty). Zwierzęta były coraz bliżej. Powiał wiatr, gasząc świece i kadzidła. Przewodnik stada wyczuł ich zapach, skręcił w bok i wybrał inny cel przeprawy. Siedziałem nieruchomo, wgapiony w pustą przestrzeń, w którą raptem wdarło się kilkanaście niewielkich ptaków szybujących tuż nad taflą wody. Trzepot ich skrzydeł całkowicie wybił mnie z „szamańskiego nastroju” i doszukiwania się symbolowych treści tego zdarzenia. Ptaki zdawały się tańczyć w powietrzu, odbijać się od niewidzialnych trampolin, pląsać pośród skrawków mgły i smug słonecznego blasku. Gapiłem się na nie czując dysonans między tym, w co jeszcze przed chwilą przeżywałem w astralu, a tym, co jawiło się przed mymi oczami. Dziki, ptaki, jezioro, trzciny, dalekie pasmo drzew należały do innego wymiaru niż ten, który penetrowałem za pomocą kabalistycznych praktyk. Spojrzałem na świece, kadzidła, przypomniałem sobie wizje, jakich doznawałem. Były sztuczne, nieprawdziwe, choć intencjonalnie ukierunkowane na Boga. Tymczasem Bóg znajdował się w całkiem innym miejscu i, jeśli tak można powiedzieć, „pląsał” przede mną, objawiony w furkocie skrzydlatych tancerzy.

Ogarnął mnie lęk przemieszany ze wstydem i zmieszaniem. Mój, przyzwyczajony do precyzyjnego nazywania duchowej rzeczywistości umysł, nie pojmował tego i nie ogarniał, a jednocześnie rozpaczliwie próbował zmierzyć się z nienazwanym i nieokreślonym  czymś/kimś, co/kto sprawia, iż natura ptaków najdoskonalej wyraża się w ich tanecznym polowaniu na owady, natura dzików zaś w tym, że z jakiś powodów zapragnęły one przedostać się na drugi brzeg jeziora. Być może kierowała nimi chęć zaspokojenia głodu, lecz przecież nie on odzwierciedlił się w moim umyśle, lecz strumień przemijających zdarzeń, które wzięły się „z nikąd”, w „nicości” się rozegrały i w niej rozpłynęły, ich miejsce zaś zajęły inne wydarzenia, równie wyzbyte „duchowego sensu”, znaczeń i „ezoterycznych symboli”, w które daremnie próbowałem je wtłoczyć i które one rozsadziły ot tak sobie, po prostu i „od niechcenia”…

Odszedłem stamtąd z uśmiechem na ustach, ale i ze spuszczoną głową. Przez dwa czy trzy dni nie medytowałem. Odłożyłem na bok całe swe „magiczne oprzyrządowanie”, książki, notatki. Potem wszakże, mając dosyć zwykłego życia i „duchowej pustki”, uległem nałogowi doznawania „nadzwyczajności” - wróciłem do  wcześniejszych praktyk. Znów byłem „mądry”, „oświecony” i miałem „duchowy wgląd” w spirytualną rzeczywistość. Do czasu… Kto ciekaw, niech sobie przeczyta MOJĄ DUCHOWĄ DROGĘJ

piątek, 30 czerwca 2006
ŚWIADECTWO V.

 Mam na imię V. i od dziecka było dla mnie oczywiste, że jestem wróżką. Myślę, że od początku miałam pewne zdolności paranormalne, ale nikogo to specjalnie nie dziwiło, a dla mnie były one czymś naturalnym. Oczywiste też było dla mnie, że świat to nie tylko to, co widzimy. Istnienie Boga też było czymś oczywistym, jednak taka wiara, jaką oferował kościół katolicki w ogóle do mnie nie trafiała. Po przyjęciu pierwszej komunii wytrwałam jeszcze kilka miesięcy na lekcjach religii, po czym zakomunikowałam rodzicom, że rezygnuję, to nie dla mnie. Siostry na katechezach wprowadzały terror, ich Bóg był straszny i miał obsesję na punkcie grzechu. Nie chciałam zmyślać grzechów przed konfesjonałem, tylko po to, żeby zadowolić innych. Rodzice zdziwili się moją decyzja, ale nie walczyli ze mną.

     Jako nastolatka potrafiłam znajdywać dłonią „cieki” wodne, czułam różne energie, rozpoznawałam kolory ręką, potrafiłam kontaktować się z duchami, itd. To było zabawne, zaczęłam też wróżyć z kart i z ręki, ale nie widziałam w tym nic niezwykłego. Potem zaczęłam widzieć aury, z początku nie wiedziałam jednak co to jest (nikt wokół nie wiedział). Okazało się, że to już nie jest chyba takie całkiem normalne. Matka mojej najlepszej przyjaciółki w tym czasie bardzo intensywnie zajmowała się rozwojem duchowym, chodziła na kursy, dużo rozmawiała z sąsiadem – bioenergoterapeutą, i co było najważniejsze z mojego punktu widzenia – bardzo chętnie o tym wszystkim opowiadała. W ten sposób pośrednio dowiedziałam się równocześnie do czego można dojść, ale również o wielu zagrożeniach z tym związanych. Był to jeden z wielu momentów w moim życiu, kiedy dostawałam bardzo dużo z jednoczesnym ostrzeżeniem – do mnie należał wybór. Mogę tylko dziękować Bogu za tę ochronę, na pewno dało mi to dużo do myślenia w przyszłości, bo co do tego, że miałam w tym wszystkim więcej szczęścia, niż rozumu, to nie mam wątpliwości.

  Równolegle trwały moje intensywne poszukiwania duchowe. Pod koniec podstawówki wiedziałam już że: z religii odpowiada mi buddyzm i chrześcijaństwo. Zgadzałam się z tym, co mówił Jezus w Ewangeliach, jednak pozostawał on wtedy dla mnie tylko bardzo mądrym człowiekiem. Uzupełniłam to sobie różnymi dalekowschodnimi mądrościami religijnymi i tak powstała moja mieszanka wierzeniowa, lekkostrawna i miła. Nikt wkoło nie widział nic złego w takim łączeniu. W przyszłości planowałam zostać bioenergoterapeutką, żeby pomagać ludziom, choć przyznaję, nie był to wybór pełen entuzjazmu – bioenergoterapeuci kojarzyli mi się z osobami, które, owszem, szlachetnie użyczają swojej (!) energii innym, ale też rzadko dożywają czterdziestki i wszyscy kończą źle lub na raka.

Ale skoro taka wola Boża...

No właśnie, czy aby na pewno? W liceum pojawiły się wątpliwości. W tym czasie znałam już tarota, wróżyłam z ręki, interesowałam się numerologią, czakroterapią, trochę już interpretowałam aury, eksperymentowałam z różnymi stanami świadomości, itd. Najbardziej interesowały mnie zasady – co się za tym wszystkim kryje. Dostawałam mnóstwo wskazówek w bardzo różnej formie, ale cały czas byłam czujna – jedynymi źródłem, od którego miała pochodzić moja wiedza miał być Bóg. Nie chciałam żadnych pośredników duchowych, bo skąd bym wiedziała kim naprawdę są, żadnych mistrzów – jakoś nie miałam zaufania do tych ‘rozwiniętych duchowo’ osób. No właśnie. Dość szybko zdałam sobie sprawę, że coś mi z tym ‘rozwojem’ nie gra. Jakoś ci ludzie wcale się nie robili lepsi w moim rozumieniu tego słowa przez to, że więcej wiedzieli. Nie podobało mi się, że te umiejętności mają niby świadczyć o poziomie rozwoju duchowego. No bo jak wytłumaczyć fakt, że ktoś zajmujący się czymś ewidentnie złym, jak satanizm, po ćwiczeniach uzyskuje podobne zdolności? 

     A poza tym większość tych praktyk po bliższym przyjrzeniu szybko przestawała mi się podobać, mimo że wszystko było dla mnie raczej proste. Wyczuwałam czyjąś obecność za kartami, za wahadełkiem, etc., silącą się na to, by mnie sobą zainteresować. Jak na mój gust było to raczej odstręczające. Widziałam mechanizmy uzależnień, szybko przestałam wróżyć innym, uznałam nieingerencję za swoją najważniejszą zasadę postępowania.

     Stwierdziłam, że daję sobie z tym spokój, że to chyba jakaś ślepa uliczka. Wchodziłam w to wszystko z przekonaniem, że moje dobre intencje są gwarantem tego, że moje czyny też takie będą. Ale...w tym wszystkim nie ma miejsca na moralność! Uznałam, że się do tego nie nadaję. I tak po kolei odrzucałam wszystkie moje praktyki związane z ‘rozwojem duchowym’, wolałam żyć normalnie.

     Był to dla mnie okres totalnego buntu, który przejawiał się we wszystkim, moje postępowanie było pełnym zaprzeczeniem wcześniejszej duchowej ascezy. Miałam dosyć swoich ‘zdolności’, więc z premedytacją robiłam wszystko, co mogłoby im zaszkodzić, licząc na to, że może odejdą. I rzeczywiście... Stopniowo zanikały, ta moja droga do normalności była dość wyboista, ale z czasem nawet udało mi się nawet prawie zapomnieć. Prawie. Bo wciąż w tym byłam, mimo usilnych prób nie udało mi się zerwać z wahadełkowaniem, tak naprawdę to w zasadzie nie miało znaczenia, czy go używam czy nie, efekt był ten sam. Mogłam tylko liczyć na to, że to co się za tym kryje jest z gatunku mniej groźnych, no i że w końcu uda mi się z tym zerwać. To dawało pewną wiedzę, no a w rezultacie i władzę, ale zawsze miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Byłam gotowa natychmiast z tego zrezygnować, tylko że to było ode mnie silniejsze...

     Opisane przez V. przejawy SDU wskazują, że ich podłożem było uwarunkowanie przez parapsychiczny przymus, który objawiał się samorzutnie manifestującymi się nadnaturalnymi zdolnościami. Przymusowi temu ulega wiele osób zawłaszczonych przez moc czyniącą z nich „urodzone wróżki” albo „święte wizjonerki”. Rzadko kiedy jednak ujawnia się on z taka intensywnością jak u V. Zazwyczaj są to lżejsze, pojedyncze symptomy medialnej nadpobudliwości – na przykład niekontrolowana aktywizacja psychometrycznych sił lub sekwencja proroczych snów bądź sennych wizji, w których pojawiają się zmarli lub święci. Jego najbardziej charakterystyczne cechy wyrażają się objawianą w dzieciństwie gorliwą religijnością lub gwałtowną niechęcią do kościoła, zabawami w odprawianie mszy albo w uprawianie magii, skłonnością do śnienia na jawie, wyobrażaniem sobie niewidzialnego przyjaciela, naśladowaniem bohaterów bajek, wyczuwaniem obecności niewidzialnych bytów, traktowaniem zabawek jak żywych istot, fascynacją lustrami, wymyślaniem własnego języka, marzeniami o lataniu, poczuciem wewnętrznego osamotnienia, inności, dziwności, „niezgody na świat” itp.

    Tę postać duchowego uzależnienia nazywam SDU uwarunkowanym przez wrodzony mediumizm. Jest on wyjątkowo trudny do "zwalczenia", o czym najlepiej świadczą, zakończone niepowodzeniem, próby V. przezwyciężenia swego uzależnienia od ezoteryki. Bardzo często jedynym na to "lekarstwem" jest radykalne nawrócenie  ( co też stało się w przypadku V., a także moim  ). Problematyką nawróceń zajmę się jednak w innej notce. Tu starczy powiedzieć, że "metoda" ta bywa czasami owocna i niezbędna do przeciwstawienia wrodzonemu mediumizmowi siły potężniejszej niż te sfery duchowe, które tenże wrodzony mediumizm podsycają po to, by człowieka jak najszybciej zniszczyć...  

sobota, 17 czerwca 2006
TAKA SOBIE HISTORYJKA...

  Historia ta wydarzyła się wiele lat temu, w 1994 lub w 1995 roku jeśli dobrze pamiętam. Siedziałem w swoim muzealnym gabinecie, grzebiąc w papierach, ażeby  znaleźć jakiś zawieruszony dokument. Nagle zaterkotał telefon. Podniosłem słuchawkę. Moja sekretarka oznajmiła mi, że mam gościa. „Jakiego gościa? – burknąłem. – Przecież powiedziałem: nie ma dla nikogo. Jeśli nie znajdę tej umowy...”. „Ale szefie – sekretarka przerwała mi w pół słowa, po czym oznajmiła z naciskiem: – Ta pani domaga się spotkania z panem”. „Domaga się?! – warknąłem bliski wybuchu. – No dobra... Kto to jest?”. „Pani docent X – odpowiedziała. – Pani docent X z muzeum ( tu padła nazwa tej instytucji )”. „OK. – rzekłem po chwili namysłu. _ Niech wejdzie...”

     Weszła. Drobna kobieta koło pięćdziesiątki. Pierwsze spojrzenie na nią, a raczej nad nią uświadomiło mi z jakim problemem się boryka. Nie była sama. Towarzyszyło jej dwóch astralnych „opiekunów”. Jeden stał za jej plecami ze spuszczoną głową, drugi wlepił we mnie ogromne, niebieskie oczy, najwyraźniej zaniepokojony tym, że go widzę. Postanowiłem ich zignorować. Tymczasem pani docent X rozsiadła się przy stole i rozpoczęła konwersację od komplementów. Oznajmiwszy, że uznaje mnie za najwybitniejszego znawcę tarota i badacza tradycji ezoterycznych oświadczyła, że właśnie przygotowuje pracę naukową tyczącą symboliki astrologicznej i tarotowej w malarstwie Hieronima Boscha i pragnie, bym udzielił jej w tej materii konsultacji. „Ciekawy temat badawczy – stwierdziłem uprzejmie. – Czy mogłaby pani bliżej mi go naświetlić?”. Pani docent X jakby na to czekała. Z ożywieniem zaczęła snuć sążniste wywody o związkach Boscha z heretyckimi sektami jego czasów. Zapaliłem papierosa, gotów w każdej chwili wtrącić jakąś „światłą” i „mądrą” uwagę. Mijały minuty. Pani docent X wciąż perorowała, zaznaczając wielokrotnie, że nigdy, ale to przenigdy nie zajmowała się tarotową dywinację, że w magię nie wierzy i że podchodzi do tego problemu ze wszech miar racjonalnie i, oczywiście, naukowo. „Proszę pani – przerwałem jej w pewnym momencie. – Nie musi pani wciąż tego podkreślać. Ja wiem, że nie uprawia pani magii...” „No właśnie! – wykrzyknęła z paniką w głosie. – To co w takim razie robi koło mnie tych dwóch....?”

     Otóż właśnie. Pomijając fakt, że musiało upłynąć ponad pół godziny zanim pani docent X zdecydowała się wyjawić prawdziwe przyczyny swej wizyty, historia ta znakomicie ilustruje pewne, typowe zjawisko. Większość ludzi stykających się z magią ( a szerzej – wszelką duchowością ) naiwnie wierzy, że skoro traktuje ją „naukowo” czy „psychologicznie” to nie spotka ich nic złego i nie ulegną żadnemu „nawiedzeniu”. Uruchamiają w ten sposób pewien mechanizm obronny, który wszakże, miast chronić ich przed „magicznymi mocami” matrixuje ich umysł tak dalece, że nawet w „sytuacjach podbramkowych” nie chcą spojrzeć prawdzie w oczy. Prawda bowiem jest bolesna: nie ma znaczenia jak podchodzisz do magii – ona i tak cię „dopadnie”. Przyjęcie tej prawdy budzi opory, ponieważ burzy iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa i wymaga całkowitej weryfikacji dotychczasowego sposobu patrzenia na duchowość. Taka możliwość odczuwana jest jako zagrożenie. Strach ów sprawia, że człowiek chwyta się wszelkich możliwych argumentów po to, by samego siebie przekonać, iż prawda ta jest fikcją lub co najwyżej jedną z możliwych prawd, niekoniecznie „prawdziwą”. Dzieje się tak, ponieważ rzeczywistym podłożem tej postawy jest zwyczajna pycha. Ludzie wolą udawać, że wiedzą, niż przyznać się do swej niewiedzy. Wolą bezpieczną niewolę niż niebezpieczną wolność. Jak bardzo zaś muszą być przymuszeni, by to w sobie przełamać ilustruje ta właśnie, opowiedziana dzisiaj historyjka...

niedziela, 04 czerwca 2006
NOCNA WIZYTA

     Jak większość katolików chodziłem na religię i do kościoła, chodziłem do spowiedzi i modliłem się wyuczonymi na pamięć formułkami, aż przyszedł kryzys wiary. Zobaczyłem, że wtedy gdy naprawdę potrzebowałem, aby Bóg wysłuchał mojej modlitwy wszystko wokoło milczało, posągi i obrazy jak były martwą naturą, tak są nią nadal…Cisza Bóg nie odpowiadał Wtedy  przyszła taka myśl, że jak Bóg milczy to może Go wcale nie ma albo, jeśli jest, to jest daleko i nie zaprząta sobie mną głowy. Gdy dochodziłem do takich  wniosków wzbierała we mnie złość i poczułem się oszukany, pomyślałem sobie, że skoro Bóg się mną nie interesuje, to i ja mając (wypaczony Jego obraz) przestanę w Niego wierzyć. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, zacząłem wtedy coraz bardziej opuszczać się w nauce, wagarować, zaczęły się problemy w domu. Mój bunt przez to się jeszcze bardziej pogłębiał aż przerodził się w nienawiść do wszystkiego co „chrześcijańskie” i katolickie, co tylko wskazywało na religię i Boga.

     Po jakimś czasie zaczęli się pojawiać ludzie, którzy tak jak ja byli przepełnieni buntem. Słuchaliśmy ciężkiej muzyki metalowej, gdzie śpiewano o tym wszystkim, co było przeciwne Bogu, wtedy też dotarło do mnie, że tym pierwszym, który się zbuntował był i jest szatan. Były to lata 80., właśnie wtedy ktoś poddał pomysł, aby przyłączyć się do tego, którego nazywa się przeciwnikiem Boga. Postanowiliśmy wtedy, że każdy z nas podpisze się własną krwią na sporządzonym sztywnym skóropodobnym materiale. Było to pewnego rodzaju ślubowanie, w którym oddawaliśmy swoje ciało i duszę w posiadanie ojcu kłamstwa. Gdy się to już stało poczułem bardzo silny pociąg do okultyzmu i zacząłem praktykować różne rzeczy poprzez otwarcie się na moc, która nie pochodziła od Boga. Na początku wiele rzeczy traktowałem jako zabawę, lecz im bardziej wgłębiałem się w to wszystko zobaczyłem, że diabeł nie zna się na żartach. Gdy sięgałem po coraz to nowe praktyki i doznania zacząłem wierzyć, że posiadam jakąś nieokreśloną moc, poprzez którą mogę mieć wpływ na innych ludzi. To wszystko sprawiało, że moja pycha i moje ego rozrastały się w szybkim tempie. Doszło do tego, że po jakimś czasie przestałem już wierzyć w diabła, anioły, Boga, piekło, niebo, śmiałem się z tego i żartowałem, lecz nie wiedziałem, że pokładając wiarę w samym sobie, uważając siebie za boga, stałem się satanistą.

     Wtedy też moje fascynacje wszystkim co zakryte, tajemnicze poszły w kierunku parapsychologii. Była to po prostu inna forma okultyzmu. Praktykowałem wtedy seanse spirytystyczne, czyli wywoływanie duchów, rozmowy ze zmarłymi i gdy zobaczyłem, że to działa wciągnąłem w to jeszcze kilka osób. Podczas jednego z seansów złapałem kontakt z nieznaną istota pozaziemską. Było to tak fascynujące i tak oryginalne, że poddałem się działaniu tego ducha w moim życiu. Na początku potrzebowałem różnych akcesoriów do komunikacji z nim, lecz im bardziej otwierałem się na jego działanie, tym bardziej relacja z nim pogłębiała się, aż w którymś momencie zauważyłem, że już nie potrzebuję żadnych rzeczy do komunikacji, gdyż mogłem rozmawiać z nim w swoim umyśle. Wtedy wiele osób mówiło o mnie, że jestem medium i mam zdolności medialne. Chodzi tu o osobę, która ma wejrzenie w świat duchowy, a także przez ten świat może ingerować w życie innych, w dobry lub zły sposób.

     Wówczas przeszedłem jakby do następnego etapu. Była to radiestezja (prace z wahadełkiem), bioenergoterapia, czyli wykorzystywanie mocy, w tym przypadku prądów, które miały leczyć. Owszem, leczyły, lecz to nie pochodziło od Boga. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Od początku byłem typem samotnika i nie chciałem nigdy mieć przyjaciół. Miałem swój świat i „opiekuna”, który, jak miało się okazać, chciał mnie opętać. Doszło do tego jednego wieczoru, podczas praktyki, która fachowo nazywa się eksterioryzacją lub wyjściem w ciele astralnym. Chodziło o wyjście z ciała. Wydarzyło się to w świecie duchowym, który wydawało mi się, że dosyć dobrze znam.

     Nie będę tego opisywał ze szczegółami, bo nawet niektórych rzeczy nie da się opisać. W każdym bądź razie okazało się, że istota, którą zobaczyłem ma wobec mnie złe zamiary. Poczułem, że olbrzymia moc zaczyna wsysać mojego ducha, przyciągając mnie jak magnes dobrze znaną mi już mocą, lecz tym razem ta moc działała przeciwko mnie. To było potworne i straszne, zostałem całkowicie unieruchomiony i nie mogłem nic zrobić. Istota ta miała około czterech metrów wysokości i była na wpół przezroczysta, zbliżałem się do niej coraz bardziej i bardziej, w ostatniej chwili, gdy już zaczynałem tracić świadomość kim jestem, zawołałem: Boże ratuj mnie! I wtedy pojawiła się błyskawica, która z niewyobrażalną mocą uderzyła między mnie i tego demona. Mój duch z wielką siłą został oderwany i wrzucony z powrotem do ciała, które cały czas leżało na łóżku czekając na mnie...

Autorem tych słów jest J., który po opisanym tu zdarzeniu nawrócił się i jest teraz "odrodzonym w Jezusie Chrystusie" chrześcijaninem. Nawrócenie to częsty efekt takich jak ta "przygód", gdzie miejsce demonicznego bytu, który pragnie zawłaszczyć człowiekiem zajmuje byt o cechach boskich i zbawczych. Temu jednak zagadnieniu poświęcę oddzielny wpis. Teraz zajmę się pewną analogią. Otóż całkiem niedawno czytałem w blogu Transwizji relację z podobnego zdarzenia ( notka: DZWON ): http://transwizje.blox.pl/2006/05/Dzwon.html W tym wszakże przypadku modlitwa do Boga nic nie pomogła i "delikwent" wyniosł się sam z dość niejasnych powodów. Przeczytawszy notkę zadałem Autorce pytanie, czemu jej zdaniem, modlitwa owa "nie zadziałała". No właśnie, czemu? - odpowiedziała pytaniem. Z doswiadczenia swojego i innych wiem (...), że nie wszystko złoto, co się świeci: modlitwa do "najwyższego" wcale nie musiała być rzeczywistą modlitwą do "najwyższego"...  - odpisałem. - W pewnych sytuacjach i przy pewnych zaangażowanich nastepują "blokady". Sądzę, ze "blokują"ją "bogowie" ( czyt. egregory )w nas i poza nami... Ostatecznie 1 vel 2 przykazanie nie bez przyczyny brzmi: "Nie bedziesz miał innych bogów obok Mnie". Nie twierdze, że Biblia to niepodważalna prawda, ale w tym przypadku moge rzec: "trafione, zatopione". Kontaktujac się z "bogami" człowiek narusza tę duchową zasadę... I tak zaczął się między nami, ciekawy jak mniemam, dyskurs, do przeczytania którego wszystkich zachęcam... :-)

piątek, 26 maja 2006
ODNALEŹĆ ANDRZEJA...

 Andrzej dowiedział się o istnieniu Antrovisu z miesięcznika Nie z tej ziemi; w wieku 17 lat  ( 91-92 r. ) uczestniczył w wykładach i zajęciach relaksacyjno - medytacyjnych tej grupy. Ponieważ Andrzeja zawsze interesowały nadzwyczajne zjawiska i tematy, np. ufo, parapsychologia, astrologia, medycyna naturalna, sądziliśmy, że jest to kontynuacja tego kierunku, nawet to aprobowaliśmy, ciesząc się, że znalazł środowisko i ludzi, z którymi ma wspólny język i czuje się dobrze. Te szczególne zainteresowania nałożyły się na wybitnie indywidualny charakter naszego syna, na trudny okres dojrzewania połączony z problemami adaptacyjnymi w środowisku szkolnym, problemami z nauką pomimo dużych zdolności, z konfliktami w domu. U naszego syna, bezkrytyczna wiara w prawa uniwersalne kosmosu doprowadziła do całkowitego zaniedbania nauki. W okresie uczestnictwa w zajęciach Antrovisu w r. 1991/92 nie czytał książek, nie uczył się, przestał chodzić na lekcje religii, zerwał kontakt z kolegami, z rodziną, odsunął się od młodszego brata, od rodziców. Popadł w całkowitą izolację  ( zamknął się w ciemnym pokoju ) i skupił się tylko na swojej osobie, na zajęciach usprawniających jego stan psychiczny, kondycje umysłową, stan energetyczny i zdrowotny. Były to ćwiczenia relaksacyjne, medytacje, "wchodzenie w ciszę", autohipnoza. Godzinami siedział bez ruchu wpatrując się w fotografie dziwnych twarzy o oczach przyciągających uwagę. Stosował diety, głodówki "oczyszczające", pił dużo wody, unikał słońca, ostrzegał innych przed zatrutą żywnością. Wszystko to chyba po to, aby zasłużyć na przeżycie i przetrwanie. Stałe napięcia nerwowe, strach przed katastrofami i innymi zapowiadanymi plagami, spowodowało to wyczerpanie i znerwicowanie. Popadł w bezsenność, stany lękowe, nieuzasadnioną agresje, nadmierną pobudliwość na przemian z apatią. Teraz widzę, że wtedy nie rozumiałam jego lęków, Andrzej nie zwierzał się, a ja nie potrafiłam mu pomoc. W tamtych dniach, dla odwrócenia jego uwagi, zabraliśmy go do opery na "Nabucco" - po 1 akcie Andrzej uciekł nam z teatru czymś poruszony. Teraz wiem, że to brodate postacie z opery przypominały mu zapowiadanych wcześniej przez Mielnika kosmitów! Ponieważ nie wystąpiły przepowiadane wydarzenia i zjawiska, nie pojawiły się obiecane pojazdy kosmiczne  ( ewakuacja miała mieć miejsce 15.05.92 r. ), zawiedziony i rozczarowany zniszczył część książek, materiałów, notatek i zrezygnował z dalszych wykładów. Niestety, jakaś zależność psychiczna pozostała, być może kontaktował się nadal z kimś z Antrovisu, wiem, że chodził do kogoś uczyć się tarota ( ...). W ostatnich dniach lutego 1993 roku Andrzej rozpaczliwie bał się czegoś ( może czegoś ), wpadał do domu z pytaniem: czy coś się stało?, w mieszkaniu nie zdejmował okrycia wierzchniego, czekał na coś, w nocy nie spał, miał zaburzenia oddawania moczu, bolał go żołądek, mówił, ze mandarynki, którymi ostatnio wyłącznie się odżywiał, są zatrute. W takim stanie wyszedł 1 marca 1993 r. z książkami do szkoły. Pomimo poszukiwań do dzisiaj nie wiemy nic więcej

 

Opowieść tę napisała matka Andrzeja, zamieścił ją zaś na swojej internetowej stronie Dominikański Ośrodek Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach: http://www.opoka.org.pl/varia/sekty/antrovis.html  Prezentuję ją tutaj, ponieważ w pewien sposób jestem z tą historią związany. O zaginięciu Andrzeja dowiedziałem się od jego matki w czasie naszego spotkania wiosną 1993 roku i że byłem wtedy jedną z osób, które podjęły bezowocne próby jego odnalezienia.  Dodam również, że do dziś spotykam ofiary Antrovisu - milenarystycznej sekty założonej przez Edwarda Mielnika na początku lat dziewięćdziesiątych we Wrocławiu,  głoszącej rychłą zagładę Ziemi i utrzymującej, że z katastrofy tej ujdzie z życiem tylko 144 tysiące Polaków urodzonych po 1983 roku, których zabiorą na planetę Mirinda przybysze z kosmosu.  Apokalipsa nie nastąpiła, kosmiczni  przybysze się nie pojawili, o proroku-Mielniku  mało już kto dziś pamięta, ezoterycy wszakże raz po raz epatują nas apokaliptycznymi wieściami i wyznaczają nowe daty końca świata wysnute z Centurii Nostrodamusa czy też astrologicznych kosmogramów. Można powiedzieć – obłęd. W obłędzie tym jest jednak metoda. Sekty wykorzystują go do werbowania swoich członków, prorocy pasą nim swoje „duchowe ego”, a podsuwające im te informacje duchowe istoty ( "bogowie", egregory )  zyskują nowe, nieprzebrane zasoby emocjonalnej i mentalnej energii , jakie te proroctwa w ludziach pobudzają... 

czwartek, 25 maja 2006
MISTRZYNI

sgwater  Mam "klientko-znajomą" , która uwielbia sobie stawiać karty u różnych osób - napisała do mnie B. - Robi to zawsze i wszędzie. Między innymi u pewnej pani I. Zawsze chciała nas poznać ale jakoś nigdy się to nie kleiło. W końcu na początku tegoż roku umówiłyśmy się we trójkę. Na wariackich papierach. Nawet nie z dnia na dzień ale z godziny na godzinę.

     Do spotkania za Chiny nie chciało dojść. Ciągle jakieś przeszkody. W końcowym efekcie po wielu perypetiach spotykamy się. Stawiamy sobie karty , rozmawiamy , jemy słodycze. To moje pierwsze spotkanie z I. Czasami utrzymujemy kontakt telefoniczny. To raczej ona bardziej dąży do kontaktu ze mną. Po jakiś 2 tygodniach mówi ,że chce się ze mną spotkać, pogadać o czymś co zupełnie nie jest na telefon. Umawiam się z nią. Do spotkania znowu dochodzi po perypetiach (co raczej rzadko mi się zdarza!).Spotykamy się w kawiarni -spóźnione mocno obydwie-dochodzi do nas moja "klientko-znajoma."

W pewnym momencie I. mówi do mnie ,że:

* urodziłam się po to ,żeby wróżyć

*że nade mną jest klątwa- "klątwa weszła przez pępowinę" i z 4 stron świata pilnuje jej 4 strażników klątwy

*stwierdza to przy pomocy planszy z Jezusem w środku i dużego wahadła

*że nie chcę wróżyć "pełną gębą", korzystam z miniaturek kart bo kiedyś 3 razy spalono mnie na stosie w tym raz jako dziecko!

*stwierdza ,że uwalnia mnie od owej klątwy i podłącza do "Duchowego Komitetu numer 9(chyba)...

     W tym momencie czuję ból w brzuchu , łomot w czaszce , sztywnieją mi ręce-robią się lodowate, mam wrażenie ,że zaraz zemdleję... Najsilniejsza jest jednak myśl - straszny opór gdzieś z głębi mnie -że nie chcę być do niczego podłączana , chcę być sobą-a potem pojawia się dziwne odczucie, bardzo silne - COŚ ODRZUCA MNIE OD KART (...). 2 centymetry nad pępkiem robi mi się coś w rodzaju wrzoda - co dziwniejsze w tym samym miejscu robi się coś większego mojej mamie i minimalnego córce. I. dzwoni do mnie często , pyta jak się czuję , wymyśla dla mnie imiona , które mi się nie podobają. Pyta o rzeczy na których absolutnie się nie znam. Czasami czuję łupanie w głowie , straszliwe nad nosem , w czaszce... Modlę się wtedy. Co Pan na to?

Co ja na to? No cóż... Takie historie się zdarzają ( znam kilka analogicznych przypadków ). Przytrafiają się one zwłaszcza tym, którzy wykazują już pewne zaawansowanie w magicznych sztukach. Należy do nich B. Natomiast pani I. to osoba o znacznie dłuższym, o ile mi wiadomo,  "magicznym stażu", ktoś, kto odczuwa silną potrzebę znalezienia uczennicy-następczyni. Żeby zrealizować to pragnienie pani I. chciała  „podłączyć” B. do źródła  swoich magicznych mocy, epatując ją sekretami jej wcześniejszych wcieleń, informując o ciążącej na niej rzekomo klątwie ( de facto rzucając ją na nią ) i próbując nadać jej nowe imię. Stare, magiczne sztuczki, stosowane przez wielu mistrzów okultnej ( i nie tylko okultnej ) duchowości. Zawsze chodzi w nich o jedno: o uformowanie energetyczno-mentalnego łańcucha spajającego mistrza i ucznia. W ten sposób mistrz zyskuje władzę nad uczniem, uczeń przekracza następny próg swej duchowej inicjacji. Aż sam stanie się kiedyś mistrzem i odczuwszy „głód ucznia” zrobi z nim to, co jego mistrz z nim. Prawidłowość ta znalazła nawet odbicie w ludowym folklorze. W Górach Świętokrzyskich, na przykład, powiada się, ze czarownica musi znaleźć następczynie, gdyż jeśli tego nie uczyni umiera w straszliwych męczarniach. Podobne wierzenia spotkać można również na Ukrainie...

wtorek, 23 maja 2006
M. - BIOGRAFIA OKULTNA

 2    "Oto krótka moja okultna biografia (...).  Zaczęło się bardzo niewinnie ,jak to zwykle bywa - podczas jednego z wyjazdu w góry na dworcu ktoś sprzedawał książki, była wśród nich książka "Czarna magia", autor Barcello, chciałem ją kupić, ale  nie miałem czasu . I tak by się to zakończyło. Dziwne, że w będąc w górach - Małych Karpatach - piękna kraina pełna starych ruin zamków, tam  o tym sporo już rozmyślałem. Wróciłem z wyjazdu, zacząłem jej szukać, ale po rozeznaniu tematu stwierdziłem, że to szmira, i nie ma wiele wspólnego z prawdziwą magią, więc zacząłem poważne poszukiwania, a że uwielbiam studiować interesujący mnie temat szybko zacząłem wchodzić w posiadanie prawdziwych dobrodziejstw okultnego inwentarza.

     Później dołączył Kolega Tarot (...). W swojej biblioteczce zgromadziłem maszynopisy dotyczące magii kabalistycznej, nigdy publicznie nie wydane autorstwa pana Nikuliego Leona, i inne. Profesjonalne kompendium dotyczące magii ,astrologii kabalistycznej. Czytałem te prace fragmentami. Oczywiście w duchu powtarzałem sobie nie zagłębiaj się zbyt głęboko bo to niebezpieczne. Myślę ze mój umysł specjalnie stawiał opór, może podświadomie zdawałem sobie sprawę, że to niebezpieczne.

     Pózniej zaczęły się dolegliwości, miedzy innymi nudności, i  prześladująca mnie wizja rysowania prawą dłonią w powietrzu ognistego pentagramu. Zaczęły się dołączać inne obsesje, doszło do tego, że wizyta u dentysty z powodu mdłości była koszmarem, dręczyły mnie wtedy jakieś wizje diabelskie, prześladowały wizerunki kart, odmawiałem po cichu modlitwy głownie proste wymyślone na poczekaniu modlitwy katolickie lub znane  dzieciństwa, gdyż edukacje religijna zakończyłem  na bierzmowaniu ,wtedy te koszmary ustępowały. Czułem wtedy  się dobrze. Trwa to od stycznia tego roku, teraz powiedziałem dosyć i cześć  obsesji , zaczęła znikać. Nudności jeszcze odczuwam, ale o wiele mniej niż przedtem. Ale ciągle miewam wizje tarotowych kart, no i ta wizja ognistego pentagramu jakby o wiele słabsza. Wyraźnie odczuwam, że dzieje się to na poziomie podświadomości. Czasami jakieś skojarzenie ezoteryczne wystarczy aby pewne wizje powróciły. Dlatego staram się nie myśleć o tychże skojarzeniach, sprowadzam wszystko do spraw materii. I wtedy jest lepiej dużo.

     Charakterystyczne jest poczucie pustki od momentu jak powiedziałem dość magii. Nie to żebym nie miał innych pasji, ale to uczucie pustki jest dość dziwne, brakuje tych duchowych podniet, tak to odczuwam, tak jak powiedziałem wcześniej - wszystko dzieje się gdzieś na poziomie podświadomości.. Pokrótce opisałem moje przygody, może ułatwią one diagnozę. Tak naprawdę nie studiowałem tej wiedzy systematycznie i do końca, studiowałem tylko fragmenty tej wiedzy, urywki, ale zniewolenie i tak przyszło bez  tego, przerażające.  Należę do ludzi którzy łatwo nie poddają się nałogom, ale i tak mnie chwyciło, mimo zdrowego rozsądku -nieco mnie omotało. Ale teraz już wiem.......co się za tym kryje, nauka bardzo pouczająca, choć nieco bolesna..."

     Tekst ten pochodzi z mojego archiwum terapii SDU.   Wywołane zaniechaniem magicznych działań poczucie wewnętrznej pustki o jakim M. wspomina w ostatnim akapicie swojej "okultnej biografii" jest jednym z najbardziej charakterystycznych objawów wychodzenia z SDU. To trudne i bolesne doświadczenie wywołane odstawieniem "duchowego narkotyku" oraz brakiem doznań, jakie on wywołuje. Wbrew pozorom ma ono jednak charakter pozytywny. Po pierwsze dlatego, iż stanowi sygnał, że terapia idzie w dobrym kierunku. Po drugie zaś z tej przyczyny, że pojawienie się pustki zapowiada powrót do pełni bycia prawdziwym sobą. Tę fazę terapii SDU trzeba jednak przejść samemu. Na "pustkę" nie ma lekarstwa, a wszelkie rady terapeuty... trafiają w pustkę... 

     Dodam jeszcze, że M. zainteresował się tarotem po przeczytaniu moich książek o tarocie... Ironia losu... A może coś więcej? Gdyby ich nie przeczytał i nie uznał ich autora za "znawcę tematu", być może nigdy nie zwróciłby się do mnie o pomoc i radę... Ech, dosyć "gdybania"... Pora iść spać, zaufać Bogu i nie zastanawiać się nad splotem wypadków, których sens i tak pozostaje poza naszym zrozumieniem...   

poniedziałek, 22 maja 2006
PRZYPADEK AGNIESZKI

     "Moja historia jest długa. Od ponad 30 lat zajmowałam się magią, w tym świadomie lat 20. Mając 5-6 lat zaczęłam odczuwać obecność innych bytów. Była to droga wiodąca od strachu po fascynację. Zaczęły się pojawiać dręczące myśli, w których byłam w stanie przewidzieć przyszłe wydarzenia, i po raz pierwszy zaczęłam odczuwać moc. Jednocześnie dowiedziałam się że mój ojciec ma ogromne predyspozycje różdżkarskie, a więc było to dziedziczne! Niestety we mnie poszło to dalej, w nieco innym, o wiele gorszym kierunku.

     Mijały lata. Miałam 14-15 lat, szłam uwiedziona, tym razem spirytyzmem. Robiłam to z zaangażowaniem, początkowo z innymi ludźmi, potem nie potrzebowałam już nikogo. Byłam samowystarczalna, byłam silnym medium, samoczynnie wprowadzałam się w trans i działo się. Jednocześnie ujawniły mi się inne zdolności jasnowidzenia, np. przewidywanie śmierci oraz zdolności chiromanckie. Wystarczył dotyk mojej ręki, spojrzenie na człowieka i już wiedziałam wszystko, znałam cudze myśli, życie, co było, co będzie.

     Wchodziłam w to wszystko coraz głębiej, każdego dnia łatwiej. Niczego nie musiałam się uczyć, nie wiedziałam tylko skąd to wszystko wiem. Zaczęłam medytować i wtedy potoczyła się lawina, wtedy się zaczęło, zaczęło poważnie i głęboko. Poczułam ogromną moc jaką posiadam ( miałam wtenczas 16-17 lat ). Dochodziłam do różnych stanów świadomości, robiłam to w każdej wolnej chwili. Byłam silna, bardzo silna, moje myśli się urzeczywistniały, oddałam się złu i czułam jego obecność. Żyłam w innym świecie, któremu się poświeciłam.

     Wkrótce zajęłam się tarotem, fascynował mnie i uduchawiał w złym znaczeniu tego słowa. Kompletnie odleciałam, żyłam w tajemnicy, która mnie obezwładniała i radowała, a jednocześnie niepokoiła. Wtedy to zaczęłam podejrzewać, iż przestałam decydować o wszystkim i tak naprawdę jestem manipulowana. Przekonałam się o tym w czasie podjęcia pierwszej próby wycofania się z tego układu. Przestraszyłam się pewnej walki duchowej, którą musiałam stoczyć, wygrałam ją, ale gdy potem spojrzałam na wszystko z innej strony uświadomiłam sobie, że zostałam zwiedziona, uwiedziona i oszukana, że poniosłam klęskę, nie udało się, przepadłam.

     Nic nie pomogło, miałam różne, powtarzające się ataki, a co dziwne, choć bałam się, upajało to mnie, a on mnie uwodził. Wszystko powróciło do poprzedniego stanu. Po jakimś czasie ponownie podjęłam próbę uwolnienia się, zauważyłam konkretne konsekwencje tej znajomości. Nie udało się. Wciąż byłam atakowana i sama...".

  

     Przypadłość Agnieszki to przejaw rzadko opisywanego fenomenu takich inklinacji do SDU, które występują w gronie związanych pokrewieństwem osób( ojciec autorki tej relacji ). Inklinacje te ujawniają się w skutek przejęcia przez młodsze pokolenie duchowej spuścizny powołań lub spirytualnych praktyk ich starszych krewnych. Byłoby dużym uproszczeniem twierdzić, że zjawisko to powstaje tylko w wyniku naśladownictwa dorosłych bądź wychowania w religijnej czy ezoterycznej otoczce ( tę odmianę inklinacji daje się od biedy zaliczyć do nabytych ). Zachodzi ono bowiem również wtedy, gdy czynnikiem sprawczym uzależnienia stały się spirytualne zabiegi oraz zainteresowania kogoś ze starszego pokolenia rodu/rodziny, z kim „zainfekowany” SDU człowiek nie utrzymywał żadnych fizycznych kontaktów lub fakt zajmowania się duchowością przez rodzica/krewnego był starannie przed nim ukrywany. Prawidłowość tę potwierdza prowadzona przeze mnie praktyka z zakresu terapii SDU. Zauważyłem ponadto, że  wszędzie tam, gdzie doszło do aktywizacji tego typu uwarunkowania, osoby te szybciej popadły w SDU, przewyższając skalą parapsychicznych zdolności i intensywnością duchowych zainteresowań swoich krewnych. Nie zawsze zresztą muszą to być więzy krwi. Do „zainfekowania” SDU jednej z moich pacjentek doszło poprzez matkę chrzestną, drugiej zaś w skutek zajmowania się magią przyjaciółki jej matki, którą traktowano w rodzinie jak „przyszywaną ciotkę”. Związek z tymi osobami nie opierał się więc na pokrewieństwie, lecz na rodzinnym powinowactwie. Do problemu tego jeszcze powrócę przy innej okazji...

niedziela, 21 maja 2006
OPOWIEŚĆ P.

 Przedstawiona wczoraj "historia pewnego SDU" przypomina mi inną historię, której bohater ( nazwijmy go P. ) tak oto ją opisuje:

     Jak wszedłem w okultyzm? Miałem poważne problemy rodzinne, w małżeństwie i z dzieckiem. Zacząłem chodzić do terapeuty rodzinnego, a ten zaproponował mi seans hipnotyczny... Wprowadził mnie w stan medytacji, a potem trafiłem w jakieś dziwne i STRASZNE miejsce. Natychmiast wróciłem do ciała, ale w następnym tygodniu powtórzyliśmy seans, i następny. Szybko doszedłem do wniosku, że to nie to, bo nauczyłem się robić terapeutę w bambuko, mówiąc coś i czekając, aż wyciągnie wnioski takie jak ja chciałem.

Ktoś mi powiedział, że jest osoba która prowadzi kursy tzw. reberthingu. Poszedłem. Zobaczyłem. Przeszedłem trzy tzw. stopnie. Przyznaję – nauczyłem się wiele rozumieć z zachowania innych ludzi. Na zaawansowanych warsztatach dałem sobie wdrukować tzw. prawo osobiste. Robi się to tak, że wspólnie z prowadzącym ustala myśl, której najbardziej się boisz. Potem pewną metodą myśl ta zostaje wdrukowana w umysł i od tej pory steruje zachowaniem adepta. Oczywiście tłumaczenie trenera dlaczego trzeba to zrobić było zupełnie inne. Resztkę zaufania do rebirthingu straciłem, gdy już potrafiłem zobaczyć jak prowadząca z wielce zadowoloną miną chłepce energię uwolnioną przez ćwiczących w procesie oddychania. Była tą, której rebirthing na pewno dopomógł. Osoba po 70-tce, o sylwetce, kondycji i ruchach trzydziestolatki.

     Uniwersytet duchowy – nauka medytacji. Znajoma powiedziała mi, że są ludzie, którzy uczą medytacji. Na pewno pomogą mi się uspokoić wewnętrznie. Chodziłem na ich tzw. szkolenia, których główna część polegała na intensywnym wpatrywaniu się w trzecie oko instruktora. A on wpatrywał się w moje. Teraz wiem, że w ten sposób nakłada się telepatyczne macki, służące do zniewolenia umysłu adepta i przyłączenia go (wraz z majątkiem) do grupy. Z jakichś powodów zostałem zakwalifikowany przez nich do dalszych kursów. W tym czasie porzuciłem swoją rodzinę. Po prostu spakowałem się i wyszedłem. W firmowym mieszkaniu, do którego dorobiłem klucze złapał mnie prezes. W ciągu dwóch dni traciłem rodzinę i pracę.

     Miałem w tym wszystkim szczęście. Zarząd przegłosował, że jednak chcą mnie do roboty (1 rok opóźnienia w awansie), a w Uniwersytecie, po usłyszeniu, że warunkiem przystąpienia do nich jest zachowywanie absolutnej czystości, więcej się nie pojawiłem. Żona bez kłopotów pozwalała wziąć dziecko na spacer.

     Pewnego dnia byłem z wizytą u siostry w pracy. Jej koleżanka była bioterapeutką. Byłem osłabiony, więc siostra poprosiła: zrób mu zabieg. Jak rzuciła we mnie energią to wgniotło mnie w ścianę, ale kobieta stwierdziła: ale ty wrażliwy jesteś – możesz zrobić kurs i pomagać ludziom. Kurs bioenergoterapii w Stowarzyszeniu Psychotronicznym (...). Któraś z kobiet pokazywała, jak ona to „leczy” swoich klientów, machając rękami nad głową. Poczułem mdłości w żołądku. Coś we mnie wlazło. Od tego dnia po dzień dzisiejszy mam ubikacyjny skręt jelit przed każdym spotkaniem. A odbywam ich setki.

Pomyślałem sobie, że skoro psychoterapeuta nie może znaleść przyczyny moich schorzeń somatycznych – to znajdę tę przyczynę sam. Sposób znalazł się szybko - Metoda Silvy. Skończyłem dwa stopnie, tzn. z wchodzeniem do Laboratorium, głęboko w podświadomość i mentalnym cofaniem się w czasie. Ale nie pomogło.

     Na miłość boską, gdzieś ta wiedza musi być! Może poza cywilizowaną Europą. Zaliczyłem kursy szamańskie, w tym chodzenie po ogniu. W edukacyjnym szale zaliczałem rozmaite inne metody pracy z podświadomością. Zahaczyłem też o szkołę manipulacji (fuj, co za OHYDA!). No i literatura. Pracowicie zgłębiałem wszystko co było dostępne na polskim rynku, a jest tego mnóstwo, także na kasetach. W tym czasie natrafiłem na książki Longa, a potem Leszka Żądły. Zacząłem chodzić najpierw na indywidualne sesje regressingu, a potem na kursy. Ponownie ukończyłem szkołę bioenergoterapii. Miałem szczęście. Z ostatnich zajęć wyszedłem, zanim prowadzący podłączył kursantów pod mentalne ciało szkoły.

     Huna. Bardzo ciekawa, praktyczna i „europejska” forma magii. Prowadzący szybko i sprawnie przedstawiał kolejne ćwiczenia, mające za zadanie rozwinięcie różnych specjalnych zdolności, zdobycie majątku czy idealnego partnera. Nie zadawałem sobie wtedy pytania dlaczego jemu się nie wiedzie za dobrze ...

     U mnie też nie było w porządku. Praca w prestiżowej firmie, manager, duże pieniądze, ale nie byłem w stanie utrzymać żadnego związku dłużej niż dwa miesiące i tak naprawdę nie byłem szczęśliwy. W moim wnętrzu był wciąż ten sam wstyd i poczucie osamotnienia (...). Moje kreacje okazywały się chybione. Np. wygrałem cztery przetargi na raz, a potem dostalem niesamowicie w kość usilując je wykonać. Zarabialem duże pieniądze we własnej firmie, a jednocześnie stałem na skraju bankructwa bo zlodzieje zadłuzyli moje konto. Wszystkie techniki jakie opanowałem właściwie przyczynały się do pogłębienia mojej samotności. Bo jak tu zawrzeć ciekawą znajomość czy prowadzić interesującą rozmowę, skoro wiesz na trzy zdania naprzód co powie twój rozmówca...

sobota, 20 maja 2006
HISTORIA PEWNEGO SDU...

 Otrzymałem wczoraj maila, który cytuję, dedykując go tym wszystkim, którzy zafascynowani New Age, ezoteryką, magią i rozmaitymi kursami nie wierzą w żadne duchowe uzależnienia i ich negatywne skutki...  

"Witam Pana,
 nie wiem czemu do Pana piszę. Może jednak mi Pan coś poradzi.

Powodziło mi się dobrze, troje dzieci, żona. Pojechałem na kurs Silvy, ponad rok temu, poznałem kilka osób. Stałem się uduchowiony, jakieś wizje w kościołąch w stanie Alpha. I tak powoli doszedłem do tego, że uznałem się Rycerzem Boga. Narobiłem masę głupstw, kierowałem się znakami, każde zaswędzenie skóry to obrót w tę stronę i próba odpowiedzi o co chodzi, co ten znak (pierwsza ujrzana sytuacja lub rzecz) oznacza.

Jestem prezesem firmy, której nie mogę zlikwidować ani ogłosić upadłości. Długi narastają, u mnie ogromna depresja od kilku miesięcy, paraliżuje mnie to. Skrajny pesymizm, myśli o samobójstwie. Obawa o rodzinę, dom i ogród - o który tak bardzo dbałem, w który wsiąkło tyle mojego potu.

 Właściwie to powinienem pójść na policję i o wszystkim opowiedzieć. Przyjaciele mi to odradzają. Prokuratura, policja - nikt mi nie uwierzy w to co przeżywałem, to ogromne uduchowienie, podpowiedzi, a tyle razy pytałem w myślach - z kim mam do czynienia? Z Bogiem czy z Szatanem. Wiem, że Dobro i Zło - to tylko zależy od naszego wychowania, sumienia itd.
Cały mój świat zawalił mi się kilka miesięcy temu. Złamałem podstawowe prawa i przykazania. Cierpię, ogromnie cierpię, ciągle o tym myślę, jak mogłem w tylu sytuacjach kierować się znakami zamiast czystą, prostą, twardą logiką.
Można sobie stworzyć raj na Ziemii a potem zamienić go w piekło.
Co robić dalej? Przeanalizowałem sytuację tysiące razy, konsultowałem z fachowcami. Zagoniłem się do pułapki z której nie ma wyjścia.
To kwestia czasu, dni, tygodni gdy dobierze się do mnie urząd skarbowy i prokuratura.
Zgłosić się samemu, czy ciągle wierzyć, że sytuacja może się zmieni? Złamałem życie dzieciom, żonie i sobie (...)".

Nie wiem, czy osoba, która do mnie pisze podejmie terapię SDU. Wiem jednak, że znalazła się w sytuacji typowej dla wielu duchowo uzależnionych ludzi. Jest to jedna z wielu historii SDU, z którymi wciąż mam do czynienia i których przebieg  znam także z własnych doświadczeń. W pewnym sensie typowa. Wzlot,  upadek, bolesne przebudzenie i próba racjonalnego wyjścia z trudnej sytuacji.

Sęk w tym, że racjonalizowanie niewiele pomoże. Świadomośc fałszu to dopiero pierwszy krok ku wyjściu z "magicznego teatru". Bo magia, duchowość, religia są czymś w rodzaju teatru. Najpierw wierzymy, ze oglądana na scenie sztuka dzieje sie naprawdę. Nagle, z rozmaitych przyczyn, orientujemy się, ze zarówno aktorzy jak i widzowie odgrywają dziwaczną sztukę pustych gestów pośród tekturowej scenografii znakomicie imitujacej królewski pałac. Cóż z tego, ze o tym wiemy, skoro  wciąż pozostajemy w teatrze?  Trzeba ruszyć do wyjścia, lecz gdzie ono się znajduje? Wokół pełno drzwi, a każde z nich okazuje się być atrapą... Daremnie więc biegamy od jednych do drugich... Wciąż tkwimy w "magicznym teatrze"...

Terapia SDU to coś wiecej niż "zracjonalizowanie sytuacji". Celem terapii jest odnalezienie wyjścia z theatrum magicum... Tylko w ten sposób można odzyskać wolność.