kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
wtorek, 02 marca 2010
HISTORIE PRAWIE PRAWDZIWE (3)

 PIEŚŃ ANIOŁA

W miarę zbliżania się świąt Bożego Narodzenia dręcząca mnie od dłuższego czasu pustka zdawała się coraz bardziej rosnąć. Daremnie próbowałem zapełnić ją pracą, udziałem w rozlicznych programach radiowych i telewizyjnych oraz przedświąteczną krzątaniną. Wysiłki te spełzły na niczym. Pogłębiły tylko poczucie beznadziei i wewnętrznego zaskorupienia. Nie była to ani zimowa depresja, ani typowe dla naszych czasów wypalenie. Było to coś znacznie gorszego. Coś, co jednoznacznie kojarzyło mi się ze „śmiercią duszy”.
Opisując ten stan, święta Teresa z Lisieux wspominała o całkowitym zatraceniu wiary i sensu tego, co się czyni. Porównywała go do pustyni i nazywała odtrąceniem przez Boga. Tak i ja się czułem w pierwszym roku XXI stulecia. Wszystko, do czego dążyłem i czego pragnąłem runęło w gruzach. Szukałem Światła, odnalazłem Mrok, zmierzałem ku Niebu, trafiłem w piekielne czeluście. Moje wnętrze wypełniła szarobura mgła. Mgła lepka, gęsta, podobna do smolistej mazi, której niczym nie potrafiłem rozświetlić. Nosiłem jej ciężar w sobie, ugrzęzłem w niej, niczym w bezdennym bagnisku. Zalewała moje usta, zaklejała oczy, nozdrza, uszy. Ciążyła na ramionach, przygniatała do ziemi.
Kiedy nastał z dawna oczekiwany dzień Wigilii, maź przemieniła się w bulgoczącą lawę. Pałając nieopanowaną złością, najpierw pokłóciłem się z żoną, potem z synami, aż wreszcie, miotając przekleństwa wyszedłem z domu i wsiadłszy do pierwszego z brzegu autobusu, pojechałem do śródmieścia. Autobus z trudem przedzierał się przez nie odśnieżone ulice. Ochlapywał przechodniów brudną breją. Gniew szybko wyparował. Jego miejsce znów zajęło poczucie beznadziejnej pustki. Zamknąłem oczy. Chciałem zniknąć, rozpłynąć się w nicości. Nagłe szarpnięcie sprawiło, że je otworzyłem. Autobus zarył się w zaspę nieopodal kościoła Świętego Krzyża.
Lubię ten kościół i pewnie dlatego, miast pójść gdzieś na kawę, ruszyłem w jego kierunku. Wszedłem do środka. Był pusty. Pachniał kadzidłem, stęchlizną i czymś jeszcze, czego nie potrafiłem określić. Usiadłem w ławce. Przeżegnałem się. Zasłoniwszy twarz rękami, z głową opartą o blat ławki zacząłem się modlić. „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” – mechanicznie powtarzałem słowa Modlitwy Pańskiej. „Co ty tu właściwie robisz?! Idź stąd! No już! Wynocha! Czego skamlesz, stary durniu?! I tak nikt ciebie nie słucha!!!” – szydziłem jednocześnie w myślach sam z siebie.
Do moich uszu dobiegł jakiś szelest. Ktoś usiadł koło mnie, kichnął, potem głośno westchnął. Uniosłem głowę. Tym kimś była szczupła, może trzydziestoletnia kobieta.
   - Co pan robi? – spytała.
   - Nie widzi pani? – warknąłem.
   - Widzę. Modli się pan do Jezusa…
   - Nie do Jezusa…
   - A do kogo?
   - Do Boga!!!
Zamrugała powiekami.
   - A to Jezus nie jest Bogiem?
   - Noooo… - wydukałem zakłopotany. Kobieta roześmiała się cicho.
   - Bo ja, proszę pana ciągle się do Niego modlę. Nawet Mu śpiewam piosenki na melodie z telewizyjnych reklam. A pan Mu śpiewa?
   - Ze względu na Jego dobro raczej nie – próbowałem żartować - Ze śpiewem u mnie nietęgo. Straszliwie fałszuję…
   - Jeżeli serce śpiewa razem z aniołem stróżem, nie fałszuje – odrzekła filuternie. W jej oczach zamigotały srebrzyste iskierki. Zanuciła coś pod nosem i natychmiast się rozpłakała. Podałem jej chusteczkę do nosa.
   - Proszę mi wybaczyć – wychlipała, głośno w nią smarkając – Zawsze kiedy śpiewam, płaczę. Mój anioł nie chce dzisiaj śpiewać ze mną. On mówi, że to pan potrzebuje jego śpiewu.
   „Niczego nie potrzebuję” – chciałem powiedzieć, lecz  nie dała mi dojść do słowa.
   - Ja wiem, co pan o mnie myśli. Lekarze także stwierdzili, że jestem psychicznie chora. No i co z tego? Czy On nie kocha chorych?  A pan? Kogo pan kocha?
   - Moich synów… - bąknąłem.
   - Dzieci… - pokiwała głową. – Więc i one pana kochają…
   - Tak sądzę…
   - To czym pan się martwi? Czy nie jest pan dzieckiem bożym?
   - … nie wiem… - wybełkotałem.
Znów zanuciła coś cienkim głosem. Kichnęła, wytarła nos rękawem, jej twarz pojaśniała.
   - Wygląda pan na takiego mądrego, a nie wie… - powiedziała ze smutkiem. – Czemu wciąż  chowa się pan w mroku?
   - Jestem nim!
   - Już nie jesteś…
Ktoś przytulił mnie, objął, przygarnął do siebie. Ten ktoś szeptał mi do ucha czułe słowa. W jednej sekundzie mgła rozpierzchła się, skorupa pękła, zamieniła w pył. Czułem piekący ból, jakby razem z nią odpadały wżarte w skórę strupy. Rozpłakałem się. Kobieta pogładziła mnie po ramieniu.
   - Niech pan śpiewa – szepnęła – trzeba śpiewać… głośno śpiewać…!
I zaśpiewałem. Tak czysto i wyraźnie, jak nigdy dotąd. Ktoś śpiewał razem ze mną. Modulował tony, wysnuwał z moich płuc wibrujące dźwięki. Pieśń potężniała, pięła się ku górze, melodyjna, śpiewana w miękkim, miłym dla ucha języku. Nie znałem go i nie rozumiałem, wiedziałem jednak o czym śpiewa. Bo tak naprawdę nie on, lecz to ja poprzez niego śpiewałem.
W tej pieśni zawarło się wszystko, czego nikomu nigdy nie mówiłem. Był w niej ból, trawiąca serce tęsknota, rozpacz, miłość, skarga, żal za wzgardę, za krzywdę i za odrzucenie. On grał na mojej duszy, dobywał z niej każde, najbardziej nawet skrywane uczucie. Mówił za mnie. Pląsał i tańczył. Modlił się, błogosławił, dziękował, wołał i tęsknie przyzywał. Wzrastałem razem z nim, wzlatywałem w górę niczym świetlny promień. W promieniu tym rozśpiewała się cała moja dusza. Śpiewało całe moje „ja” we wszystkich swych postaciach. Śpiewało jako dziecko, którym niegdyś byłem. Śpiewało jako mężczyzna. Jako ktoś, kto istniał zanim się urodziłem. A potem był tylko śpiew. Nic więcej, poza radosnym śpiewem. I pewnością, że w Nim nie ma i nie może być najmniejszego braku kochania…
   - Teraz pan wie? – spytała kobieta.
Pokiwałem głową.
   - No to nich pan sobie popłacze – powiedziała odchodząc. – Rozumie pan… Dzieci zawsze płaczą, kiedy się rodzą…

***

Miało to być trzecie z cyklu opowiadanie napisane dla magazynu „Trendy”. W kilka godzin po jego przesłaniu, otrzymałem ten oto mail:

Witam,
Przeczytałam Pana artykuł. Gratuluje wyobraźni i talentu, ale obawiam się, że  zbyt dramatyczny i mroczny wymiar tej opowieści nie pasuje do profilu pisma life-stylowego.
Dlatego byłabym bardzo wdzięczna jeśli przysłałby nam Pan w zamian inny tekst. Zależy nam by czytelnicy dowiedzieli się więcej na temat angelologii, o tym co to oznacza, że każdy ma swojego anioła, a jeśli nie, to jak go znaleźć. Generalnie żeby było bardziej optymistycznie.         
Pozdrawiam,
sekretarz redakcji
Itd.

Jak to skomentować? Nie wiem, bo mi nie tylko ręce, ale i również anielskie skrzydła opadły. Chyba tylko tak, że skoro ktoś chce dowiedzieć się, jak znaleźć „swojego anioła”, to w następnym odcinku mogę mu wskazać kilka sklepów z pamiątkami i galerii, gdzie aniołów skolko ugodna, jak powiadali starożytni Rosjanie. Kosztują grosze, dramatyzmu przy zakupie aniołów nie ma, wszystko zaś zgodne jest z life-stylem promowanym przez nasze, dziennikarskie elity. 
Na tym zapowiadany cykl się kończy. A szkoda, bo pisanie tych opowiadanek sprawiało mi wielka frajdę.
Wasz generalnie mało optymistyczny, acz nieco złośliwy Suljan J

czwartek, 18 lutego 2010
HISTORIE PRAWIE PRAWDZIWE (2)

  ABBARYS

Człowiek o imieniu Abbarys istniał naprawdę. Żył w IV wieku przed Chrystusem i był scytyjskim magiem, którego z racji umiejętności wznoszenia się w powietrze nazywano „Latającym”. Podobno nauczył się tej sztuki od samego Pitagorasa, lecz nie jest to informacja pewna. Pewne natomiast jest to, że chcąc zawładnąć mocą niezniszczalnego życia kazał powiesić się za nogę na gałęzi dębu. Wisiał tak około dwóch tygodni, nim skonał. Mówią, że jeszcze żył, kiedy jego ciało zaczęły rozdziobywać ptaki.

Kimkolwiek był – realnie istniejącym człowiekiem, opowieścią Marii, czy płodem mojej wyobraźni – jednego jestem pewien: był kimś, kto karmi się nienawiścią oraz żarłoczną żądzą podporządkowywania sobie innych ludzi. Nie, nie był magiem parającym się czarami. Nie wiedział nic o magicznych sposobach wyrządzania zła i rzucania uroków. Obcy mu był satanizm. Podejrzewam, że nie wierzył nawet w Szatana. On jedynie żył w przekonaniu, że ludzie istnieją po to, by mógł uzależniać ich od siebie i doprowadzać do stanu, w którym zatracali samodzielność myślenia. Wzbudzał lęk. Lęk, odrazę i miłość.

Nie wiem, jak wyglądał. Nigdy nie spotkałem go na ulicy, nie uścisnąłem jego dłoni, nie popatrzyłem w oczy. Ujrzałem go w kartach tarota rozłożonych na prośbę Marii; kobiety, którą zadręczył tak bardzo, że zrozpaczona zwróciła się do mnie o pomoc. Z kart emanowała obrzydliwa pustka. To wtedy pierwszy raz nazwałem go Abbarysem. Tak też nazywać go będę dalej.

Abbarys zniszczył życie dwóch kobiet, dwóch sióstr. Pierwsza, Maria, starsza i silniejsza, zdołała uciec, przenosząc się z Polski do Szwecji, gdzie założyła firmę pośrednictwa handlowego. Druga, Agata, została w kraju. Wyszła za mąż za Abbarysa i w dwa lata po ślubie trafiła do szpitala psychiatrycznego, skąd słała do męża obłąkane listy, w których przekleństwa mieszały się z czułymi wyznaniami miłości. Był jej kochankiem. Mężem. Wyrocznią. Niemal Bogiem. Abbarys zastępował jej wszystko. Również samą siebie.

Mimo to podjęła próbę ucieczki. Uległszy namowom siostry wyemigrowała do Szwecji. Zamieszkały razem w Upplands Vasby, niedużym miasteczku położonym na północ od Sztokholmu. Po roku zaprosiła Abbarysa do siebie. Przyjechał. Wiózł jej listy - pliki kartek, na których widniało powtórzone setki razy jedno słowo. Jego imię. To prawdziwe. To, które wyjawiła mi Maria, kiedy siedziałem pochylony nad kartami tarota. Imię pogromcy apokaliptycznego smoka.

Tego samego dnia, w którym Abbarys wylądował na sztokholmskim lotnisku Maria wsadziła Agatę na prom płynący do Danii. Nie zastawszy żony w domu, Abbarys udał się na ulicę Birger-Jarlsgotan, gdzie w szarej, upstrzonej secesyjnymi ozdóbkami kamienicy mieściła się firma Marii. Jego przybycie zaskoczyło kobietę. Nie ukrywając swego zdenerwowania oprowadziła go po wszystkich pomieszczeniach firmy. Mówiła dużo, gorączkowo, szeroko rozwodząc się nad zaletami komputerowego systemu obsługi klientów. Ten system był jej dumą. Oczkiem w głowie. Umilkła dopiero wtedy, gdy w jednej sekundzie ekrany wszystkich monitorów zbielały, a z trzewi drukarek popłynął informacyjny bełkot.

Miesiąc później Abbarys zniknął. Wkrótce potem Maria otrzymała od niego kartkę pocztową. Z Londynu. Po tygodniu w jej mieszkaniu wybuchł pożar. Drugi pożar, w garażu, okazał się dużo groźniejszy. Nim ukradziono jej samochód zdążyła trzykrotnie spowodować kolizję na drodze. Wracając metrem  ze Sztokholmu do domu natknęła się na bandę skinheadów. Zabrali jej pieniądze, dokumenty. Okaleczyli. Ciągle chorowała. Niby nic groźnego – przeziębienia, grypy, anginy, złośliwe egzemy, uczulenia. Ale coraz rzadziej bywała w firmie. Interesy szły kiepsko, coraz gorzej. Stanęła na progu bankructwa.

Patrząc na karty tarota czułem groźbę płynącą z powietrza. Przymknąłem oczy. Gdzieś z głębi czaszki wychynął migotliwy obraz. Ujrzałem ptaka. Gnijące, ptasie truchło przywiązane złotym sznurem do pozbawionej liści gałęzi. Czas nie istnieje bez przestrzeni, energia – bez materii. W domu Marii musiał być jakiś, należący do Abbarysa, przedmiot. Był. Uformowany z grubych ogniw złoty łańcuszek.

     -  To jedyna rzecz, jaka po nim została – rzekła Maria. - Innych się pozbyłam. Tej się boję. Tydzień temu wrzuciłam go do wody. Zaraz potem nad moją głową zaczęło krążyć stado ptaków. W nocy wichura zwaliła drzewo w ogrodzie i zerwała linie elektryczne. Następnego dnia odwiedził mnie sąsiad. Znalazł go i oddał, mówiąc, że to moja własność…

Łańcuszek przyjemnie ciążył w palcach. Odłożyłem go na bok, potasowałem karty tarota, na chybił trafił wyciągnąłem jedną z nich. Odsłoniłem ją. Przedstawiała anioła przelewającego wodę z jednego dzbana do drugiego. Jego widok sprawił, że zmartwiałem.

To samo musiał czuć Eliphas Levi, gdy wiosną 1858 roku napisał o karcie Umiarkowanie, iż „lęk i miłość przenikają nas ilekroć nas dotyka, albowiem anioł ów jest tym, przez którego dłonie przepływa energia niezniszczalnego życia. Jej się poddając, bachantki rozrywały żyjące zwierzęta na strzępy, a jogini umierali z mistycznej rozkoszy. Tych, którzy chcą nią zawłaszczyć, czyni demonami. Czcicieli – darzy wolnością. Oto czemu dla pierwszych anioł ten jest Lucyferem, dla drugich - Dionizosem. I niech tak pozostanie, gdybyśmy bowiem poznali jego prawdziwe imię, musielibyśmy się zmierzyć z szaleństwem tańczącego Boga”.

Mogłem obwiesić dom Marii amuletami. Mogłem wypisać na drzwiach magiczną formułę Nihil mali capiat me i wypowiadając imiona strażników progu wyrysować obok święte symbole granicy. Mogłem odprawić rytuał Alberta Wielkiego uwalniający „od złego”. Lecz byłby to trud daremny. Miałem do czynienia z czymś potężniejszym, niż sądziłem z początku. Tym czymś była boska energia życia, która sama w sobie czysta i ani dobra, ani zła, w ciele Abbarysa przeistaczała się w mroczną moc iluzji oplątywania. Zneutralizować ją mógł ktoś, w kim strumień boskiej siły również staje się światłem lub cieniem. We wszechświecie jest  jedna tylko taka istota. Człowiek.   

Sekret tego sposobu był prosty, odwołujący się do najpierwotniejszego z magicznych praw, zgodnie z którym „na podobne należy działać podobnym”. Łańcuszek musiał przejść przez łańcuch ludzkich rąk. Otrzymać stygmaty licznych dotknięć. Zatracić się w przestrzeni i czasie, w plątaninie losów ludzi, którzy go dotkną.  A wszystko to pod pozorem, że wraca tam, skąd przyszedł. Że podąża do Abbarysa.

     - On wróci – rzekła Maria z obawą.

Nie wrócił. Wysłany pocztą w kopercie bez nadawcy, z wypisanym na niej imieniem i nazwiskiem oraz przypuszczalnym miejscem zamieszkania Abbarysa, trafił ostatecznie w ręce brytyjskich celników. Zważono go, oceniono wartość, zaksięgowano jako rzecz niewiadomego pochodzenia i schowano do sejfu. Wiem, że w 1997 roku ktoś go ukradł albo kupił za bezcen. Wiem jak się nazywał. Albert Harris. I wiem również co napisał w swoim pożegnalnym liście nim targnął się na swoje życie. Było w nim jedno, krótkie zdanie: „Nienawidzę ptaków”.

Drugie z zamieszczanego tu cyklu opowiadanie opublikowane zostało w magazynie TRENDY, Nr 1, styczeń – luty 2010 r. - link

Opowiadanie trzecie już wkrótce J

piątek, 15 stycznia 2010
HISTORIE PRAWIE PRAWDZIWE (1)

 SŁONECZNIK

Historia ta wydarzyła się dwa lata temu, wiosennego poranka, w moim ogrodzie, do którego wyszedłem, żeby nieco odpocząć po intensywnej pracy przy komputerze. Lubię tę porę roku, choć  odkąd pamiętam nastrajała mnie ona melancholijnie, budząc niejasne wspomnienie czegoś, co chciałbym sobie przypomnieć. Sęk w tym, że nie mogłem i fakt ten pogłębiał smutek. W tym dniu jego poczucie minęło raz na zawsze. Wszystko za sprawą słonecznika.
Słonecznik ów wyrósł w bramie wiodącej do drewutni. Jeszcze wczorajszego dnia go nie było, dzisiaj już był, na dodatek - przepięknie rozkwitał. Miejsce, które wybrał należało do najgorszych z możliwych. Po pierwsze – sterczał w samym środku przejścia, utrudniając dostęp do taczek i innych, ogrodowych narzędzi. Po drugie, w miejscu tym mój pies, Wódz, bardzo lubił sikać. Słonecznikowi groziło zatem połamanie lub uschnięcie.
   - No i co mam z tobą zrobić? – mruknąłem pod nosem świadom tego, że najrozsądniej byłoby go wyrwać i nie zaprzątać nim sobie więcej głowy. Słonecznik milczał. Machnąłem ręką. - OK, rośnij zdrowo – oznajmiłem.
   - Dziękuję  - słyszałem czyjś głos w mojej głowie. 
   - Ki diabeł?
Rozejrzałem się. Poza mną, Wodzem i słonecznikiem w ogrodzie nie było nikogo.
   - Czemu zaraz diabeł?  – ów ktoś parsknął śmiechem.
   - Więc kto?
   - Anioł, oczywiście.
Gdyby przytrafiło mi się to jakieś dziesięć lat wcześniej, kucnąłbym zapewne z wrażenia i popadł w mistyczną ekstazę. Od tamtej pory upłynęło sporo wody w Wiśle i w Gangesie, ja zaś obcując  z niejednym aniołem przekonałem się, że nie zawsze obdarzają nas serdecznym uczuciem. Z tego względu pytam każdego anioła o imię. Jest ono czymś w rodzaju jego „duchowej matrycy”, zwierciadłem prawdziwej natury. 
   - A po cóż ci znać moje imię? – odpowiedział.    
   - Nie cytuj mi tu Biblii  – warknąłem, śląc sygnał, że nie pozwolę zbyć się słowami, jakimi uraczył Jakuba zmagający się z nim anioł. – Znam ją nieźle. Pamiętam ponadto, że…
   - … to Bóg był prawdziwym przeciwnikiem patriarchy Izraela – wpadł mi w słowo.
   - Nie jesteś Bogiem!
   - A kim?
   - Nie wiem.
   - Przypomnij sobie. 
Nagły podmuch wiatru zachwiał słonecznikiem. Krople rosy roziskrzyły się na złocistych płatkach. Wódz usiadł, w jego oczach malowało się zdziwienie. Ktoś dotknął mnie i pogładził po głowie. Zdrętwiałem. Niczym kadry ze starego filmu przed moimi oczami przewinęły się zamglone obrazy.
Najpierw ujrzałem siebie stojącego nad brzegiem rzeki płynącej szeroką, suchą doliną. Nosiłem inne imię, inaczej wyglądałem, mówiłem innym, chrapliwie brzmiącym językiem. Potem zobaczyłem zmierzający w moją stronę tłum rozeźlonych ludzi. W dłoniach trzymali kamienie. Skulony ze strachu słyszałem ich wrzask, pełne nienawiści krzyki. Nagle umilkli. Spojrzałem w górę. Na wzgórzu, w długiej szacie, w białym turbanie na głowie stał jakiś człowiek.
   - Poznajesz go? - spytał anioł.
   - Poznaję was obu – odrzekłem.
   - Wypowiedz jego imię.
   - Mój mistrz, Adi ibn Musafi al-Umawi, szejk plemienia Jazydów…
   - …Twojego ludu - wtrącił.
   - A ty jesteś Anioł Paw, Tausi Melek - dokończyłem.
W księgach Jazydów napisano, że stworzywszy świat Bóg powierzył Tausi Melekowi opiekę nad słońcem i przywództwo nad wszystkimi aniołami. Pewnego dnia Stwórca wezwał je przed swe oblicze i wskazując na ulepionego z gliny Adama kazał im złożyć mu hołd. Tylko Tausi Melek wyraził sprzeciw, za co strącony został z nieba. Nie pycha nim jednak kierowała, lecz wierność najważniejszemu przykazaniu danemu przez Boga aniołom. Przykazanie to brzmi: „Nie stworzenie jest twoim Bogiem, lecz Ten, kto je stwarza” ( ludzie znają je w wersji: „Nie będziesz miał innych bogów przed Mną” ). Powód chwalebny, Anioł Paw wszelako przede wszystkim winien okazywać posłuszeństwo Bogu. Poniósł karę, przez siedem tysięcy lat pokutował, a jego łzy ugasiły ognie piekieł. Dopiero wtedy zyskał przebaczenie, razem z nim – nagrodę. Bóg ustanowił go królem widzialnego świata, oddał też we władanie moc kołowrotu wcieleń. Ten ostatni przywilej pozwalał Tausi Melekowi rodzić się w rozmaitych postaciach. Jedną z nich był Adi ibn Musafi al-Umawi, mój mistrz, święty starzec, sufi, szejk ludu Jazydów. Przygarnął mnie, stałem się jego uczniem, złożyłem mu przysięgę wierności. Złamałem ją, gdyż nie Anioła Pawia chciałem czcić, lecz Tego, który go stworzył. Dowiedziawszy się o tym szejk zawrzał gniewem. Mamrocząc zaklęcia patrzył jak kamienowany umieram nad brzegiem tamtej rzeki, w dolinie Lalish, pośród gór Kurdystanu. Obłożył moją duszę klątwą, skazał ją na wygnanie. Nie wolno mi było ponownie przyjść na świat jako Jazyd. Co gorsza, nie mogłem znowu stać się ludzką istotą.
Odetchnąłem głęboko.
   - Teraz już wiesz? – upewnił się anioł.
   - Tak, Tausi Meleku. To, co czynimy – powraca. 
   - I co zrobisz? – spytał.
   - Nic – odpowiedziałem. – Raz podjętej decyzji nie zmienię.
Zapaliłem papierosa, wyciągnąłem spod płotu kilka pniaków, obstawiłem nimi słonecznik ze wszystkich stron, utrudniając psu dostęp do niego. Ogrodzenie okazało się zbyteczne. Słonecznik rozkwitał przez całe lato nie niepokojony przez nikogo, jedynie z końcem sierpnia zmarniał nieco, lecz wciąż prężnie parł do góry mimo narastających chłodów. Z nadejściem jesieni niepostrzeżenie zniknął. Dosłownie! Nie pozostał po nim nawet korzeń.
.
Opowiadanie to, pierwsze z cyklu, opublikowane zostało w magazynie
TRENDY, Nr 5, wrzesień – październik 2009 r. - link
Opowiadanie drugie, „Abbarys” - link

czwartek, 20 grudnia 2007
DZIECIŃSTWO ALEFA

Wszystkim Gościom CTUD-u w dniu moich urodzin, cztery dni przed Świętą Nocą Solis Invictis...

     Urodził się w najdłuższą noc roku, niemal dokładnie w połowie ubiegłego wieku, niecały kilometr od wawelskiego wzgórza. Jego matka nie zapamiętała godziny, w której przyszedł na świat, wspominała tylko, że wiał porywisty wiatr, ulice pokrywał śnieg, a na niebie połyskiwał sierp młodego księżyca. Ojciec twierdził natomiast, że ten, o którym opowiadamy wyszedł z łona matki o zachodzie słońca, w chwili bowiem, gdy usłyszał kwilenie dziecka upajał się widokiem czerwonej łuny rozświetlającej zachodni skraj horyzontu i widział stado czarnych ptaków krążące wokół wież królewskiego zamku. Jakkolwiek było naprawdę, pewne jest, że swój pierwszy krzyk wydał w tej samej sekundzie, gdy w położonym niedaleko jego domu kościele dominikanów rozpoczynała się msza upamiętniająca chwalebne czyny założyciela zakonu „psów Boga”. Pewnym jest również to, że tego dnia zmarł na zawał serca ostatni, żyjący na wolności mistrz loży Wielkiego Wschodu, który uniknął więzienia tylko dlatego, że był kochankiem cenionej przez sowieckie władze pisarki. Co do reszty spraw związanych z jego narodzinami i życiem trzeba wyraźnie powiedzieć, że żaden z nas nie zamierza oddzielać prawdy od fikcji, przestrzeń bowiem w jaką wraz z nim wkroczymy podobna jest od pustyni, gdzie miraż okazuje się być oazą, oaza – uwodzicielskim mirażem.  

     Po swoim ojcu odziedziczył stygmat rodu chanów kipczackiego plemienia, które spychane na zachód przez tatarskie hordy, opuściło swoją azjatycką ojczyznę i w pierwszej połowie XII wieku osiedliło się u podnóża Łysogów, w dobrach krakowskich biskupów. Od przodków matki przejął czarne włosy, śniadą karnację skóry i śródziemnomorskie rysy twarzy – świadectwo kaukasko-żydowskiego pochodzenia jej pradziada. Kiedy dorósł, przekonał się, że na chrzcie otrzymał dwa imiona oznaczające Chwała Jahwe oraz Pan Mocy. Imion tych  nie zapisano w żadnej parafialnej księdze, dlatego wolimy nazywać go Magiem albo Alefem. Wiemy też, że imieniny obchodził w porze letniego przesilenia, kiedy słońce wstępuje w znak Raka, a nad brzegami rzek rozpala się sobótki. Rak widniał ponadto w jego ascendencie, co jasno dowodzi, że ludzkie przeznaczenie zapisane jest zarówno w imionach, jak i w gwiazdach i że skazało ono Alefa na zmaganie się ze Światłem i Mrokiem, z którymi walcząc opierał się mu tylko po to, żeby je do końca wypełnić.

     Był samotnym dzieckiem, mającym za jedynych towarzyszy zabaw ołowianych żołnierzy. Czasami miewał dziwne sny o ludziach mieszkających w mieście, nad którym rozpościerała się czarna kopuła nieba jarząca się milionami konstelacji gwiezdnych. Nawiedzali go we snach, a także wtedy, kiedy chorował i majaczył w gorączce. Czuł ich obecność, dotykali go, unosili, szybował wraz z nimi, widząc samego siebie leżącego w łóżku, potem przenikał sufit i mknął gdzieś w bezdenną, szarobiałą otchłań. Nazywał ich Olbrzymami, lecz nigdy nie pytał kim są, ani skąd pochodzą. Mimo lęku, jaki go w takich chwilach ogarniał, czuł, że są życzliwi, że nie zazna od nich żadnej krzywdy.

     Kiedy ukończył dziesięć lat i już całkiem nieźle potrafił pisać opowiadania i wiersze, jego ojciec porzucił rodzinę i przeniósł się do domu swojej kochanki. Tak naprawdę uczynił to znacznie wcześniej, jednakże matka Maga ukrywała ten fakt przed synem i dlatego wywiozła go do miasta K., gdzie w starej, pamiętającej czasy I Wojny Światowej kamienicy mieszkała jego babka, u której zamieszkał. Z początku niemal każdego dnia pytał ją, kiedy wróci do miasta, w którym się urodził, ona jednak niecierpliwie wzruszała ramionami, mruczała coś pod nosem i zmieniała temat. Wreszcie pojął, że jego pobyt w K. trwać będzie dopóty, dopóki nie wydarzy się coś, co stanowi dla niej wstydliwą, skrzętnie ukrywaną tajemnicę.

    Sekret ten ciążył mu, a jeszcze bardziej doskwierała tęsknota za matką. Odkrywszy w sobie zdolności malarskie zabrał się do rysowania jej portretów. Przedstawiały one smukłą kobietę o wielkich, czarnych oczach i twarzy podobnej do oblicza Jasnogórskiej Pani. Rozwieszał je wszędzie: na ścianach, drzwiach, oknach, nosił ze sobą, wierząc, że niczym magiczne zaklęcia przyciągną ku niemu matkę i sprawią, że zabierze go stąd. Ona wszakże odwiedzała go rzadko, dwa, trzy razy w roku, zazwyczaj w okresie Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia. Po jej wyjeździe babka wpadała w ponury nastrój: wzdychała, wertowała książeczki do nabożeństwa, a w każdą niedzielę – ubrana w koronkową sukienkę, toczek z woalką oraz buty na podwyższonym obcasie - prowadziła go do kościoła, gdzie czekając na mszę musiał klęczeć przed głównym ołtarzem i głośno modlić się za ojca. Czynił to niezbyt chętnie, jego zapał wzrósł dopiero wtedy, gdy uwierzył jej zapewnieniom, że dobry Bóg wysłucha próśb niewinnego dziecka, ojciec zmądrzeje i porzuci kobietę, która go opętała. Potem wracali do domu, babka wyjmowała z szuflady talię kart, tasowała je i kładła kabałę, żeby sprawdzić „co los przyniesie”. Jego matkę symbolizowała dama kier, ojca – król tegoż koloru, a tę, o której nigdy nie mówiło się inaczej jak „dziwka” – dama karo. Przycupnąwszy obok babki z zapartym tchem śledził jej ruchy, liczył karty i powtarzał za nią:

     - Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem – as karo, list z dalekiej podróży; raz dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem – od ojca; raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem – król trefl: sprawa urzędowa; raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem – niedobrze, ta „dziwka” znów jest koło niego...

.

( Początek pierwszego rodziału powieści Złotoróg )

poniedziałek, 25 grudnia 2006
PRZEMIENIENI... (1)

PRZEMIENIENI W PTAKI

Z tamtej strony Dunaja

 a jest ci tam dwa gaja;

w jednym ptaskowie śpiewają,

a w drugim ludzie gadają...

piosenka krakowska )

 

     Równie ważnym, a jednocześnie analogicznym do wiosennej Rękawki świętem Wiślan były obchodzone w dniu 2 listopada Zaduszki.

     „W XIX wieku – pisze o nich w Świętach polskich Barbara Ogrodowska -  (...) w wigilię listopadowego dnia zmarłych pieczono chleby i pierogi, gotowano bób, kaszę (...) i wraz z wódką pozostawiano je na noc na stołach dla dusz zmarłych (...). W całej Polsce ugaszczano, i to obficie, żebraków i modlących się przy wszystkich kościołach dziadów kościelnych  (...). W zamian za jadło, za przynoszone im garnuszki z gorącą kaszą, za chleby, które dzielono na tyle części, ilu w rodzinie było zmarłych (...) zobowiązani byli do modlitwy za dusze zmarłych (...) a w dzień Wszystkich Świętych często zapraszano ich do domu na ucztę – stypę zaduszną. Wierzono skrycie, iż postać dziada kościelnego przybrać może duch zmarłej przed laty osoby”.

     U Słowian wschodnich i południowych zachował się także obyczaj przychodzenia na groby z jadłem i napojami. W Polsce uległ on zapomnieniu, zastąpiony zwyczajem zapalania świateł na mogiłach. Płoną one również na położonym kilkaset metrów na południe od kopca Kraka największym po tej stronie Wisły  cmentarzu, stanowiącym niejako kontynuację starszego miejsca grzebalnego ( wspomnianych już grobowców kurhanowych ). Na północ od kurhanu widać wieże kościoła świętego Benedykta. Według legendy pod jego schodami mieszka zaczarowana księżniczka. Jest ona - pisuje ją Michał Rożek w Mistycznym Krakowie – „czarna i pilnuje nieprzebranych skarbów, ukrytych pod ołtarzem. Z zaklęcia wyzwoli ją tylko ten młodzieniec, który ją pokocha i poślubi”. Musi jednak wydać ofiarowane przez nią pieniądze z nikim się nimi nie dzieląc. Jeśli tego nie uczyni, królewna urwie mu głowę i w ten sposób pozbawi go życia. Przygoda ta przytrafiła się pewnemu żaczkowi, który przehulał dany mu majątek, lecz ujrzawszy siedzącego na moście dziada zlitował się nad nim i, zapominając o danym przyrzeczeniu, rzucił mu pod stopy ostatni pieniążek.     

     W demonicznej i skąpej księżniczce widzieć trzeba nie tylko strażniczkę progu benedyktyńskiego sanktuarium, ale i również kogoś, kogo pierwowzorem była najprawdopodobniej Babka Kraka, której niewielki kurhan sąsiadował z mogiłą Smokobójcy. Nie była to zresztą żadna księżniczka, lecz – jak przekonuje nas warszawska wersja tego podania – złota kaczka, ptak Wielkiej Bogini - królowej podziemnych zaświatów (Dzidzileyli). Rezydująca w podziemiach czarna pani pełniła zapewne funkcję bóstwa strzegącego progu oraz bramy wiodącej do usytuowanego na Krzemionkach  locum sacrum. O ile Krak reprezentował w nim boską moc, która pragnie obdarować jak najszerszy krąg żywych i umarłych, o tyle owa nieznana z imienia Babka fundatora Krakowa uosabiała siłę, która powoduje zamykanie się, zatrzymywanie, maksymalne ograniczenie darów. Swoje skarby kryła pod ołtarzem wytyczającym sakralne centrum świątyni ( czyli u podstawy kosmicznej axis mundi ). Podzielić się nimi mogła z jednym zaledwie człowiekiem – z tym, który ofiaruje jej swą miłość i wykaże się taką samą chciwością. Wpierw jednak człowiek ów musiał poddać się próbie: po wydobyciu z podziemnej krypty maleńkiej cząstki skarbów wolno mu było spożytkować je tylko na własne przyjemności. Kruszec ten symbolizował światło, ogień, słoneczny blask, nad którym władzę przejęła chtoniczna bogini, jego zaś egoistyczne marnotrawienie oznaczało kreatywną niemoc boga, który owładnięty skąpstwem  stawał się - jeśli tak można powiedzieć – równie jak ona czarny i pożądający złota. Korelacja tego wątku legendy z  wizją „umierającego” i zstępującego do otchłani jesiennego słońca nie przysparza najmniejszych trudności. Ofiarowany siedzącemu na moście dziadowi grosik symbolizował ostatnią iskrę światła przekazaną duszy zmarłego, która utknęła pomiędzy światem żywych a światem umarłych. Otrzymawszy podarek zmarły zyskiwał moc pozwalającą mu przejść na drugą stronę rzeki. Ofiarodawca natomiast płacił za swą hojność straszliwą cenę: ciemnolica bogini urywała mu głowę, „szczyt” jego ciała, w którym  – jak wierzyli Celtowie, ale i też pewnie Słowianie – mieszczą się życiowe siły oraz jaźń człowieka.

     Dekapitacja miłośnika czarnej pani dokonała się zatem w okresie poprzedzającym przesilenie zimowe, tj. wtedy, gdy z kopca Esterki można było oglądać wschód słońca nad kopcem Wandy, stamtąd zaś jego zachód nad kurhanem Kraka. Dla stojącego na szczycie Wawelu obserwatora wschodziło ono wówczas w połowie dystansu dzielącego kopce Wandy i Kraka i zachodziło nad Dębnikiem oraz leżącymi nieco dalej Skałkami Twardowskiego. Na skałkach tych, według legendy, krakowski Faust podpisał z diabłem pakt i skazał duszę na zatracenie. Ostateczna rozgrywka między sygnatariuszami tego układu nastąpiła w karczmie „Rzym”. Diabeł porwał duszę czarnoksiężnika, lecz kiedy ten, wzywając na pomoc Matkę Boską począł odmawiać Godzinki, diabeł wypuścił go ze szponów. Twardowski znalazł schronienie na Księżycu i uwiązł pomiędzy niebem, piekłem a ziemią tak, jak żebrak z podania o kościele świętego Benedykta siedzący na moście między dwoma brzegami Wisły.

     Podanie to ma późną proweniencję, nosi wszakże ślady starszej warstwy wierzeń i być może dlatego legenda zlokalizowała miejsce ugody czarownika z diabłem tam o zmierzchu, 24 grudnia słońce zstępowało do otchłani podziemnego Wyraju, po czym, następnego dnia  wynurzało się na wschodzie. Punkt jego wschodu najlepiej widoczny był w miejscu, gdzie znajduje się obecnie wieża zwana Kurzą Stopką, w której król Zygmunt August oddawał się praktykom alchemicznym (w opinii ówczesnych ludzi – czarnoksięskim), a która swoje miano, jak powiada Oskar Kolberg, wzięła od powiedzenia, że przybyło dnia na kurzę stopę, co „odnosić się ma do okoliczności, że słońce wschodząc po najkrótszym dniu i wznosząc coraz wyżej, najprzód rzucało swe promienie na tę wieżę”.

     Kurza Stopka kojarzy się z kogutem, wierzchowcem Twardowskiego, ptakiem solarnym, zwiastującym nastanie świtu i poranne odrodzenie się słońca, ale też bliskim symbolowo księżycowi, bo piejącemu w czasie jego pełni. „Według wierzeń ludowych – pisze o nim Władysław Kopaliński – był to pierwszy ptak, który zapowiedział narodziny Jezusa, i dlatego pieje przez całą noc Bożego Narodzenia; on też ( wraz z kogutami na wieżach kościelnych ) pierwszy zapowiedzieć ma zmartwychwstanie ciał i nadejście dnia Sądu Ostatecznego”. Sugeruje to, że aczkolwiek owa baszta wzniesiona została w XVI wieku, jej nazwa może wywodzić się z odleglejszych czasów i że najpewniej odnosiła się ona do kamienia lub skały z odciśniętym w niej zagłębieniem przypominającym ślad ptasich pazurów. Podobnie sygnowany kamień  zdobi mur kościoła Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny na Piasku. Widnieje na nim ślad przypominający ludzką stopę. Legenda wiąże go królową Jadwigą, która zoczywszy, że jeden z zatrudnionych przy budowie świątyni robotników rozpacza z powodu braku pieniędzy na leczenie żony, położyła na kamieniu złotą sprzączkę od trzewika. Murarz podniósł ją i ze zdumieniem dostrzegł, że odcisnęła się ona w głazie. Uradowany pobiegł do domu, wezwał lekarza, który przywrócił zdrowie jego małżonce.

 PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2

PRZEMIENIENI... (2)

     Każdy archeolog dojrzy w tym kamieniu analogon licznie rozsianych w całej Polsce głazów ze znakami, które wiejska ludność zwie „śladami czarciej łapy” lub „stópkami Matki Boskiej”, a które w przedchrześcijańskich czasach uznawane były za odciski końskich kopyt pozostawione przez rumaka Gromowładcy. Głazy te pełniły funkcje ołtarzy w pogańskich sanktuariach. O istnieniu takowej świątyni na Starym Mieście, a dokładniej przy wylocie ulicy Grodzkiej,  wspomina Oskar Kolberg, powołując się na legendę, zgodnie z którą w miejscu tym „święty Wojciech, idąc z Węgier do Gniezna (...) ludowi zgromadzonemu (...) słowo boże opowiadał. Po jego śmierci stanął na rynku kościołek św. Wojciecha ze świątyni pogańskiej przerobiony”. Nie wykluczone więc, że kamień ze stópką królowej Jadwigi pochodził z tej właśnie gontyny i że noszący podobne znamiona głaz spoczywał po południowo-wschodniej stronie wawelskiego wzgórza.

    Zważywszy jednak, że to nie Mistrz Twardowski, lecz książę Krak rezydował na Wawelu domyślamy się, iż owo signum posiadało jakieś symbolowe związki nie tylko z kogutem, ale i również z innym, kojarzącym się Wiślanom z mitycznym założycielem Krakowa ptakiem. Imię Krak może być bowiem tłumaczone jako „kruk”, zaś nazwa Kraków wzięła się, według legend, od stad tych ptaków żyjących w załomach wawelskiego wzgórza, które po zwycięstwie Kraka nad smokiem kołowały nad cielskiem zabitego potwora.    

     Nastawieni krytycznie do ludowych podań językoznawcy wyprowadzają wszelako imię pogromcy wawelskiej bestii  nie od kruka, lecz od chorwackiego słowa krak  -  krok, noga, gałąź rosochata, rozgałęzienie, a wywodzącemu się od koracziti – kroczyć, rozkraczać się, rozwidlać. Natomiast wedle Marka Derwicha i Marka Cetwińskiego słowo to było synonimem rozłożystego, rosochatego drzewa (chociażby dębu, który rósł na szczycie mogiły Krakusa). Jedno drugiego nie wyklucza ponieważ słowo krak mogło mieć kilka, komplementarnych znaczeń, począwszy od nazwy ptaka, skończywszy na „rozwidleniu” i rosochatym dębie. Zakodowane w nim „kroczenie” odnosiło się do nogi i mogło znaczyć rozczapierzoną nogę kruka, bądź obrazowało kroczącego ptaka. Kruk zaś, jak wiadomo, kracze, czy też – wedle dawniejszej terminologii – krekorze, którym to słowem określano zarówno krakanie kruków i wron, jak i pianie kogutów. Pamiętając, że czarna barwa piór wiąże kruka ze słoneczno-księżycową symboliką, i że jest on, podobnie jak kogut, ptakiem dnia oraz nocy stawiamy zatem między nimi znak równości w tym sensie, że oba te ptaki były „wierzchowcami” lub reprezentacjami herosa-mocarza ( kruk - księcia Kraka, kogut - Mistrza Twardowskiego ) i że za dwoma tymi bohaterami skrywał się ktoś większy niż ziemski władca i czarodziej – bóg o dwóch głowach i dwóch obliczach, noszące imię Swaroga i Welesa solarno-lunarne bóstwo nieba i podziemi, którego reprezentacją na kopcu Kraka był rosochaty dąb, na Wawelu zaś skała ze znakiem ptasich pazurów.

     Znajdowała się ona na wschodniej grani wawelskiego wypiętrzenia, w punkcie przecinającym azymut kurhanu Esterki i kopca Kraka. Będąc locum szczególnie dogodnym do obserwacji wschodów i zachodów słońca w okresie zimowego i letniego przesilenia skała ta nosiła ślad kruczych (czy też może kogucich) pazurów, które - jako signum boskiej teofanii – uświęcał padający na tę skałę w dniu Szczęsnych Godów ( 25 grudnia ) słoneczny promień. W legendzie o kamieniu ze stópką królowej Jadwigi promień ów symbolizuje złota sprzączka z pantofelka władczyni, a w podaniu o czarnej pani z kościoła świętego Benedykta – ostatni grosz rzucony żebrakowi przez niefrasobliwego żaczka. Sygnalizował on zatem nie tylko nastanie zimy oraz początek nowego słonecznego cyklu, kiedy to słonce odzyskuje utraconą moc, ale i również był impulsem pobudzającym zmarłych do nowego życia ( tj. przywracającym im „zdrowie” ).

     Do symboliki tej zdaje się również nawiązywać podanie o mieszkającej w zwierzynieckich lasach czarownicy. Pewnego razu, w wigilię święta Bożego Narodzenia, odwiedził ją Henryk IV Probus i poprosił o wyczarowanie złota potrzebnego mu do dobycia podróży do Rzymu i uzyskania od papieża zgody na koronowanie się na króla Polski. Czarownica zgodziła się to uczynić, pod tym wszakże warunkiem, że książę wyruszy sam, bez swojej drużyny, którą ona zamieni w stado ptaków. Rankiem, 25 grudnia, przybyła na krakowski rynek, wymamrotała zaklęcie, zaś przeistoczeni w gołębie wojowie wzlecieli nad dachy Krakowa i poczęli z nich strącać kamienie, które zamieniły się w różnego rodzaju kosztowności. Zaopatrzony w nie Henryk pojechał do Italii, „jednakże – czytamy o tym w „Legendach starego Krakowa” - po drodze majątek cały na hulanki roztrwonił, na prawo i lewo bez umiaru złotem sypiąc. Nawet w pobliże Rzymu nie dotarłszy, w sromocie do Krakowa powrócił (...). Tak więc do latają nad Krakowem rycerze w gołębie zaczarowani (...) wciąż powrotu księcia Henryka w królewskiej koronie tęsknie oczekują”.  

     Podobnie jak żaczek z podania o krzemionkowskiej Czarnej Pani, Henryk Probus uległ tedy pragnieniu wzbogacenia się i ziścił swe pragnienia dzięki demonicznej mieszkance Zwierzyńca, po czym zmarnotrawił zdobyte bogactwa, szastając pieniędzmi i wydając dukaty na własne przyjemności, skutkiem czego nie mógł przyozdobić swej skroni koroną ( stracił ją tak, jak kochanek zaczarowanej księżniczki głowę ). Niejasna z początku historia przemiany rycerzy w ptaki zyskuje klarowność z chwilą, gdy zestawimy ją ze świętokrzyską pieśnią o przenoszącym w niebieskie zaświaty dusze Jezusie-ptaku, o której piszę w części „Łysiec”. Podobnie jak tam krakowska legenda obrazuje magiczny akt wyzwolenia dusz wojowników z sideł podziemnego Wyraju. O ile jednak na Łyścu promotorem uwolnienia zmarłych z podziemnej krainy był solarny heros, zaś akt ten dokonywał się na szczycie kosmicznej góry w dniu letniego przesilenia i owocował wstąpieniem dusz do niebiańskiego Wyraju, u tu rolę wyzwolicielki pełniła ciemna hipostaza Mokoszy, której towarzyszył wyzbyty mocy partner, czarownica wypowiedziała zaklęcie stojąc u podnóża Wawelu, a przeistoczeni w ptaki rycerze wzbili się co prawda w górę, lecz spętani mocą czarnoksięskiej magii musieli pozostać na miejscu swej transformacji ( dlatego gołębie nigdzie nie odleciały i do dziś kołują nad Krakowem ).

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 3

PRZEMIENIENI... (3)

     A może nie tyle nad Krakowem, co nad wawelskim wzgórzem - miejscem, gdzie szukały schronienia przylatujące zimą wrony, kawki, gawrony, a które będąc kosmiczną osią „świata Wiślan” stanowiło ostoję przybywających razem z  ptakami dusz. Archetyp ten tak dalece wrył się w zbiorową pamięć mieszkańców podwawelskiego grodu, że jeszcze w XIX wieku śpiewali oni bożonarodzeniowe kolędy opowiadające o lecących do Betlejem stadach ptaków. W kolędach tych betlejemska stajenka symbolizowała axis mundi, jej dach – wierzchołek kosmicznej góry, Jezus – władcę zaświatów a zarazem „rodzące się” w dniu Szczęsnych Godów słońce: 

 „W dzień Bożego narodzenia, ptactwo chwali Pana (...),

 Król orzeł najprzód przyleciał, gdy się o Godach dowiedział:

 Nawiedził dzieciątko, małe pacholątko w Betleem.

 Ptactwo też się dowiedziało, za królem swym leciało,

 Na królewskie gody, nie pili tam wody, lecz wino (...).

 Zaczem wszystek dom okryli, gdy się w szopie nie zmieścili,

 Potem zgodne głosy, wrzaski pod niebiosy leciały (...)

 Kur jako gospodarz domu, wiedząc co rozkazać komu,

 Kazał mało gadać, a owocu dawać dostatkiem,

 Pana  obudził swem pianiem, by żyli jego staraniem,

 I czeladź i dziadki, by mieli dostatki i goście...”

     

     Ważną reprezentacją tego solarnego bóstwa na Wawelu był - położony w prostej linii na południowy-zachód od miejsca, w którym wzniesiono później Kurzą Stopkę - kopiec. Konstrukcje tego rodzaju Celtowie zwali sidh  i wierzyli, że są one miejscem zamieszkania wojów oraz nigdy nie starzejących się istot z Tamtego Świata wiodących szczęsny żywot na nieustannej zabawie i ucztowaniu. Podobną wizją podziemnych zaświatów dysponowali Germanie – Goci i Wandalowie, poprzednicy Wiślan. Jej reliktem zdaje się być, odnotowana przez Oskara Kolberga legenda, wedle której pod współcześnie istniejącym wawelskim zamkiem znajduje się „drugi taki Zamek (...) tylko, że jasny, wesoły, wspaniały i strojny, w nim znajduje się świetlica wielka, niby kościół jako i dużo tam zbrojic, tarcz, szabel i chorągwi, a w środku świetlicy stoji stół a koło stołu siedzą wszyscy dawni królowie, w szatach koronacyjnych. Raz w roku słyszą ludzie huk i rżenie koni, trąby i wrzawę, i wtedy jeden z nich, ponoć to Bolesław co się zwał chrobrym królem, z głębokiego grodu wychodzi o północy i rusza krokiem żelaznym przez duże dziedzińce zamkowe, a na ramieniu świeci mu niby anioła miecz. Gdy się kto z ludzi śmiertelnych z nim spotka, jeśli (spotykający) jest dobry, to zobaczy króla, a w sercu mu lekko i wdzięczono, a jeśli jaki zły, to go nie zobaczy, ale mu się w mózgu skręci i upadnie”.

     Zgodnie z inną wersją tego podania uczta królów odbywała się w każdą noc wigilijną i kończyła o świcie uroczystą procesją władców i ich rycerzy po krużgankach podziemnego zamczyska. Jej analogonem jest legenda o powstaniu, położonych na zachód od Wawelu, a w pobliżu Zwierzyńca, Skałek Panieńskich – pagórkach Lasu Wolskiego. Według niej, gdy w 1241 roku Kraków został zdobyty przez dzikie hordy tatarskie, rezydujące na Zwierzyńcu mniszki z zakonu norbertanek postanowiły skryć się w Lesie Wolskim. Tatarzy ścigali je, lecz nie zdołali ich pochwycić ponieważ przed uciekinierkami rozstąpiła się ziemia i pochłonęła zakonnice. Od tej pory, w tajemnym wnętrzu Skałek znajduje się „sklepiona izba ze stołem, za którym zasiadają norbertanki. Dawniej można było przez szparę w szczelinie zajrzeć do owej tajemniczej komnacie i ujrzeć śpiące zakonnice, budzone tylko na modlitwy chórowe” (cytat za: Michał Rożek, Mistyczny Kraków, Kraków 1991, s. 181 – 182).  

     W podobny nastrój wprowadza nas zwierzyniecka legenda o zatopionym w nurtach Wisły klasztorze lub kościele, którego dzwon, zwany „dzwonem topielców” wynurza się z wody w każdą świętojańską noc, rozbrzmiewa jękliwym tonem i o północy znów zapada się w głębinę. Analogiczną historię odnajdujemy w podaniu o trzech kościołach z położonego na zachód od zwierzynieckich błoń Tyńca. Do wizji podziemnych zaświatów nawiązuje również opowieść o mieszkającym w ziemskich głębinach królu węży z Sikornika ( lasu sąsiadującego ze zwierzynieckimi błoniami ). Widziano go tam wielokrotnie jak  „przy silnym jesiennym wietrzysku” wypełza z podziemnej siedziby i wije się pośród drzew, dumnie wznosząc ku górze głowę ozdobioną diamentową, mieniącą się w słońcu koroną. Pewnego razu wypasający w pobliżu owce pastuch postanowił mu ją zabrać i omal nie stracił życia, kiedy bowiem zauroczony dobywającym się z niej blaskiem pochwycił ją, został natychmiast zaatakowany przez węże, a zmuszony przez nie do ucieczki porzucił koronę i tak długo umykał przed nimi, aż znalazł ocalenie za murami klasztoru Norbertanek na Zwierzyńcu.                                    

     Archeolodzy nie odkryli w okolicach Zwierzyńca żadnych przedchrześcijańskich miejsc kultowych, jednakże z legend tych wynika, że mitologia Wiślan lokalizowała tam wężowy Wyraj, którego władcą był bóg o ciele węża, partner ciemnolicej bogini zmarłych. Jawił się on jako postać chtoniczna, lunarna i solarna ( połyskująca na jego głowie korona może być symbolem zarówno księżyca jak i słońca ).  Heros ów reprezentował słabnące jesienią i podążające ze wschodu na zachód ( ku podziemnemu Wyrajowi ) słońce i był przeciwieństwem uosabiającego solis invictus Lajkonika, który w czerwcu przybywał pod Wawel z zachodu i kierował się na wschód, w stronę światła i Wyraju niebieskiego. O ile zatem Lajkonik zwiastował nastanie czasu letniego przesilenia i zapowiadał sobótkową uroczystość wzniecania „nowego ognia” ( Kupała ), pojawienie się tego drugiego miało ścisły związek z okresem poprzedzającym czas przesilenia zimowego ( Gody ), kiedy to czczono narodziny „młodego słońca”, którego „świadkami” były dusze zmarłych, a ich ziemskimi reprezentacjami odziani w dziwaczne stroje, skryci za maskami zwierząt oraz innych, mistycznych stworów przebierańcy zwiastujący nastanie czasu karnawałowej „rozpusty”…

 

( fragment  „Świętego kręgu Polski”, część druga „Wawel” )

sobota, 23 grudnia 2006
OPOWIEŚĆ PRZEDWIGILIJNA

Wszystkim Gościom i Sympatykom CTUD-u

z najlepszymi życzeniami w dniach świąt Solis Invictis

\

     Zbliżały się bożonarodzeniowe święta, a wraz z nimi narastała w nim dręcząca pustka, którą Mag próbował zapełnić pracą i przedświąteczną krzątaniną. Wysiłki te spełzły na niczym. Co gorsza zeźliły go do tego stopnia, że kiedy nastał ów z dawna oczekiwany, poprzedzający wigilię dzień,  najpierw pokłócił się z Zofią, po czym wyszedł z domu i nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca pojechał autobusem śródmieścia. Gniew wyparował zeń dopiero wtedy, gdy dotarł do rynku Starego Miasta, w pobliże katedry świętego Jana. Śnieg topniał, Mag przedzierał się przez rozmiękłe  sterty brudnoszarej maź. Z każdą minutą narastało w nim przekonanie, że postąpił głupio, zostawiając Zofię samą w domu, zaś przedmiot sporu wydał mu się całkowicie błahy, tak bardzo błahy, że nie potrafił sobie nawet przypomnieć czego właściwie dotyczył. Uspokojony postanowił zachować się tak, jakby kłótni wcale nie było. Dogasił papierosa i skierował swe kroki do pobliskiego kościoła.

     Zaczynała się msza. Mag przyklęknął, przeżegnał się, wstał i skręcił do bocznej nawy, by obejrzeć betlejemski żłóbek. Widok przystrojonej w narodowe flagi szopki, żłóbka, w którym leżała porcelanowa lalka adorowana przez gipsowe woły, osły, anioły o pucołowatych, głupkowatych gębach i pasterzy odzianych w góralskie stroje rozśmieszył go, a jednocześnie zniesmaczył. Patrząc na kiczowate figury jeszcze silniej odczuł brak niefrasobliwości, lekkości, radości jaką winien napawać ten dzień; dzień zwyczajny i jeszcze nie święty, lecz mimo to nasycony już jakąś świętością, jakimś wewnętrznym oczekiwaniem na coś, co sprawi, że Mrok ugnie się pod naporem wschodzącego Światła i przeistoczy w nieziemski blask narodzin nowego świata, w którym niebo i ziemia trwają splecione w miłosnym uścisku, anioły tańcują z diabłami, demony harcują w chmurach śpiewając weselne pieśni, a światłość boskich zaślubin wdziera się w najbardziej przepastne otchłanie piekieł.

     Takim właśnie jawił mu się od najwcześniejszego dzieciństwa dzień 23 grudnia, wilia wilii, missa pagana, powrót do Prapoczątku. W tym dniu najboleśniej ciążył mu ów stygmat, dzięki któremu wciąż widział tysiące wschodów i zachodów słońca, czuł pulsowanie światła księżyca, słyszał głosy zmarłych, wycie demonów i pienia anielskich zastępów. Gra Jasności i Cienia toczyła się w jego duszy i tylko w niej nabierała sensu, ofiarowując mu dar rozumienia języka mitów i odczytywania znaczeń imion zapomnianych bogów. W tym dniu wszyscy ci,  bogowie opuszczali Mrok i wstępowali w życiodajne Światło, traktując Maga jako bramę wiodącą do świata rzeczy kanciastych i twardych. Jeszcze wczoraj miał złudną nadzieję, że Bóg zdjął wreszcie z niego ten ciężar. Bóg wszakże milczał, bogowie zaś powrócili. Czuł ich w sobie, czuł tak mocno, jak nigdy dotąd i wcale go to nie zmartwiło. Przeciwnie. Powitał ich radosnym, gromkim śmiechem.

     Jego zachowanie wzburzyło kilka babć, które zerknąwszy nań zasyczały wściekłe, że przeszkadza im w odmawianiu zdrowasiek. Opuścił kościół i wyszedł na ulicę. Zmierzchało. Stojąc na autobusowym przystanku wsłuchiwał się rozbrzmiewający w jego sercu rytm. Znał tę muzykę, znał to dzikie wibrowanie bębnów i łoskot mieczy uderzających o tarcze. Miał ochotę tańczyć, podrygiwał więc w miejscu, przytupując i podrygując, a jednocześnie, z uśmiechem na ustach przyglądał się twarzom czekujących na autobus ludzi. Unikali jego spojrzenia, odwracali się spłoszeni, gdy nazbyt długo zatrzymywał na nich wzrok lub przeciwnie – warczeli coś gniewnie pod nosem. Nagle w tłum wmieszał się pijany mężczyzna w przebraniu świętego Mikołaja. Mag uśmiechnął się do niego. Mężczyzna również rozciągnął wargi.

     - No co się tak gapisz, ty głupi chuju? – zapytał bełkotliwie.

     Nadjechał autobus. Popychany przez napierającego nań faceta z wielgachną choinką pod pachą Mag z trudem wszedł do środka i mimo ścisku zdołał przedostać się do okna. Samochód ruszył niezgrabnie, zwolna nabierał rozpędu.

     - Proszę się posunąć! – facet wepchnął Magowi czubek choinki w ucho. - A pani – zwrócił się do obładowanej siatkami kobiety – co się pani tak rozpycha?!

     - To pan się rozpycha! – zajazgotała swarliwie. –  Karpie mi podusi! Gdzie z tym drzewem?! Taksówką jechać,  nie autobusem!

     Mag przymknął powieki i zachichotał cicho na myśl, co stałoby się, gdyby wszyscy ci, stłoczeni niczym śledzie w beczce ludzie ujrzeli idącego środkiem ulicy białego żubra. Zwierz szedłby powoli, swobodnie, oni zaś gapiliby się nań w osłupieniu, z rozdziawionymi ze zdumienia gębami. Wizja ta rozbawiła go. Parsknął śmiechem. Wtedy usłyszał pisk opon autobusu i krzyk kierowcy:

     - O Jezu!

      Spojrzał przez okno. Autobus toczył się siłą rozpędu przez wiadukt. Tuż obok niego stąpał biały żubr. To niemożliwe – pomyślał Mag, jednakże zwierz był jak najbardziej realny. Kroczył dostojnie, jakby od niechcenia, jego biała skóra i sięgające ziemi srebrzyste kudły wyraźnie odcinały się od czerni asfaltu. Zwierzę potrząsnęło łbem i popatrzyło na Maga. W jego źrenicach Mag dojrzał odbicie nocnego nieba i migoczące mrowie gwiazd, które spalały się w ogniu złotoszarego światłem. W chwilę później żubr skręcił i niespiesznym truchtem podążył w kierunku kolejowego nasypu. Z jego grzywy sypały się lśniące białym światłem skry, które padając na asfalt przemieniały się w połyskujące srebrną poświatą monety. Wnętrze autobusu rozbrzmiało dziesiątkami głosów. Ktoś krzyczał histerycznie, ktoś inny domagał się od kierowcy, żeby natychmiast stanął i otworzył drzwi. Samochód wyhamował. Żubr zniknął za drzewami. Tratując się i przepychając pasażerowie rzucili się na zewnątrz.

     - Ludzie, co wy robicie! To diabeł! – wrzasnęła jakaś kobieta, tłum jednak nie zwracał na nią uwagi zajęty zbieraniem srebrzystych monet i upychaniem ich po kieszeniach. Autobus opustoszał. Pozostał w nim tylko Mag oraz mężczyzna z choinką, który daremnie próbując wyciągnąć ją spod sterty toreb oraz innych, porzuconych przez pasażerów pakunków patrzył na Maga szeroko rozwartymi oczami.

     - On uciekł z ZOO! – mamrotał piskliwym głosem. - No niech pan powie. On po prostu uciekł z ZOO, prawda?!

( fragment przygotowywanej powieści Złotoróg )

poniedziałek, 25 września 2006
TAROT MAGÓW. WPROWADZENIE DO TRZECIEGO WYDANIA

3 4

     Z tarotem po raz pierwszy zetknąłem się w marcu 1985 roku w Paryżu. Dobrze pamiętam ten wiosenny poranek. Świeciło słońce, wiał chłodny, orzeźwiający wiatr, ja zaś wszedłem do jednej z knajpek położonych nieopodal Centrum Pompidou i zamówiwszy kawę zacząłem przyglądać się dziewczynie o ślicznej, dziecięcej twarzy, która pochylona nad kartami tarota mówiła coś do siedzącego naprzeciw mężczyzny. Nie ona jednak przykuła moją uwagę, lecz te niezwykle karty. Skądś je znałem. Skąd? Nie wiedziałem, ich „zew” wszelako był tak przemożny, że natychmiast postanowiłem je zdobyć. Marzenie to ziściło się dwa lata później, w Szwecji. Od tamtej pory tarot stał się integralną częścią mojego życia, a i ja przez wielu wciąż jestem z nim kojarzony.

     Nic w tym dziwnego. Wydana w 1990 roku książka Tarot. Karty, które wróżą była wszak pierwszą, oficjalnie opublikowaną w Polsce pozycją na jego temat i, podobnie jak dwie dalsze moje książki ( poświęcona dziejom kart tarota Biblia szatana oraz Tarot magów ), doczekała się kilku wznowień. Opracowałem ponadto i wydałem dwie talie tarota, z których ta druga, będąca owocem kilkuletnich medytacji i wizualizacji, nosiła na sobie liczne sygnatury magicznych, hermetycznych oraz kabalistycznych symboli. Patrząc na Boga i świat przez pryzmat nauk starożytnych gnostyków, heretyków średniowiecza, kabalistów, różokrzyżowców i hermetyków okresu Renesansu i Oświecenia oraz żyjących na przełomie XIX i XX wieku spadkobierców różokrzyżowego dziedzictwa: masonów, teozofów i antropozofów, czułem się dumny, że kontynuuję ich dzieło; że jestem ogniwem łańcucha ezoterycznego przekazu, o którym Eliphas Levi powiadał, iż „zaczyna się od Hermesa i Henocha, a nie kończy nigdzie”. W tym właśnie duchu napisałem Tarota magów. Książka ta wtajemniczała czytelników w zawiłe arkana symboliki opracowanej przeze mnie talii kart i odnosiła ją do ezoterycznych treści alchemicznych i hermetycznych traktatów, przede wszystkim zaś do kabały.

     Słowo „kabała” bywa zazwyczaj rozumiane jako „ezoteryczny przekaz”. Kabaliści uważają, że stanowił on komplementarną, wewnętrzną część objawienia danego Mojżeszowi przez Boga na górze Synaj. Oba te przekazy znalazły odbicie w Torze; w mojżeszowym Pięcioksięgu, a szerzej – w całej Biblii ( mowa oczywiście o Starym Testamencie ), interpretowanej przez żydowskich kabalistów dwojako: egzoterycznie i ezoterycznie.

     Egzoteryczna interpretacja obejmuje trzy poziomy egzegezy Pisma. Poziom pierwszy (literalny) polega na dosłownym rozumieniu jakiegoś fragmentu - na przykład historii walki Jakuba z Bogiem zwieńczonego nadaniem patriarsze imienia Izrael (Genesis, 32, 22 i dalsze), którą to opowieść traktuje się jako relację o rzeczywistym zdarzeniu. Sposób drugi (alegoryczny) i trzeci (symboliczny) pozwalają wyjść poza dosłowność i doszukiwać się w tym tekście czegoś więcej – jakiegoś moralnego przesłania lub symbolu zmagań człowieka z mocą uobecniającego się w jego życiu Boga.

     Interpretacja ezoteryczna ( kabalistyczna ) sięga znacznie głębiej. Jej wiodącą metodą jest gematria – odnajdywanie i kojarzenie słów lub całych fraz Biblii, których litery posiadają tę samą liczbową wartość. Dzięki gematrii dowiadujemy się, że suma liczbowych wartości liter obozu Manachaim, w którym Jakub walczył z bożym aniołem, ma tę samą wartość liczbową co drugie ( wedle żydowskiego systemu ) przykazanie Dekalogu: „Nie będziesz miał innych bogów obok mnie”. Zważywszy, że Jakub pracował u Labana, czciciela bożków, sprawa staje się zatem jasna. Historia walki Jakuba ukazuje go jako człowieka, który uciekając przed mocami labanowych bóstw nie tylko przeciwstawia im siłę drugiego przykazania, ale i również sam musi zmierzyć się ze swoją skłonnością do bałwochwalstwa, by doznać duchowej przemiany i zawrzeć przymierze z Bogiem.

     Ezoteryczne metody kabały nie naruszają tedy egzoterycznego pojmowania Biblii. Przeciwnie. Dopełniają i wzbogacają jej egzegezę o nowe, ukryte treści. Niewłaściwie stosowane mogą jednakże powieść kabalistę na manowce iluzji. Kabalistyczna legenda o czterech kabalistach, którzy dotarli przed tron Boga i tylko jeden z nich powrócił cało z tej wyprawy, pozostali zaś przepłacili ją śmiercią, szaleństwem i herezją, jest tego prawidła doskonałą ilustracją. Sama znajomość kabały i jej metod nie wystarcza. Potrzebne jest coś więcej. Co? Zespół duchowych norm jakich kabalista winien się trzymać. Norm osadzonych w duchu i literze Tory, których kwintesencję zawiera Dekalog.

     Legenda ta uświadamia zarazem, że choć kabała wytycza drogę człowieka ku Bogu, to  idąc nią nie zawsze osiągamy zamierzony cel, gdyż istnieją rozmaite jej wersje i odmiany. 

     Najważniejszą oczywiście jest kabała żydowska, „matka” wszystkich kabał. Dzieli się ona na trzy, główne nurty. Nurt pierwszy to kabała magiczna ( jej najbardziej znanym i najwybitniejszym przedstawicielem był, żyjący w XIII wieku, Abraham Abulafia ). Nurt drugi formuje kabała teozoficzna. Rozgałęzia się ona na kilka odmian, z których do najważniejszych zalicza się kabałę luriańską ( nazwa pochodzi od szesnastowiecznego kabalisty  Izaaka Lurii ). Koncentruje się ona na zgłębianiu istoty Stwórcy oraz roli czynu człowieka w restytucji dawnego porządku wszechświata naruszonego w skutek kosmicznej katastrofy, strącenia zbuntowanych aniołów i grzechu nieposłuszeństwa Adama. Do trzeciego nurtu należy kabała mistyczna reprezentowana przez średniowiecznych chasidim („pobożnych”), a następnie przez osiemnasto i dziewiętnastowiecznych chasydow. Jest to kabała ukierunkowująca człowieka na zawiązanie osobistego kontaktu z Bogiem poprzez micwot ( właściwe uczynki ) oraz modlitwę, dzięki której „przylega” on do Boga i z Nim „chadza”. 

     Obok kabały żydowskiej istnieje jeszcze, ukształtowana w średniowieczu w środowiskach chrześcijańskich heretyków, kabała okultystyczna sprzężona doktrynalnie z hermetyzmem, alchemią i astrologią. Idee tej kabały legły u podstaw dziewiętnastowiecznego okultyzmu, a wcześniej sekretnych nauk różokrzyżowców i masonów. Jej magiczna odmiana opierała się na kabalistycznej i alchemicznej teurgii. Natomiast uformowany pod koniec XVI wieku i zrzeszający ludzi zafascynowanych duchową alchemią teozoficzny ruch różokrzyża, dokonał fuzji kabalistycznych idei z naukami chrześcijańskiej i hermetycznej gnozy.  

     Co do tego, że tarot wywodzi się z kabały okultystycznej nigdy nie miałem żadnych wątpliwości. Jej symbolika była mi bardzo pomocna przy tworzeniu talii Tarota magów i pisania o nim książki. Z drugiej jednak strony pozostawałem wtedy również pod silnym wpływem kabały luriańskiej, której teozoficzna doktryna znalazła odzwierciedlenie w rozdziałach opowiadających o inicjacyjnej wędrówce tarotowego Głupca i omawiających problematykę kreacji świata, antropogenezy, przyczyny wymieszania dobra i zła, itp. 

     Od tamtej pory minęło piętnaście lat, w moim życiu wiele się zmieniło i znacznie bliżej  mi dziś do wyrosłej na gruncie teszuwa ( nawrócenia, powrotu do Boga ) mistycznej kabały chasidim, niż do kabalistycznych dywagacji takich okultystów jak Eliphas Levi, MacGregor Mathers, czy Artur Edward Waite. Kiedy więc zaproponowano mi ponowne wydanie Tarota magów uznałem, że owszem, warto go opublikować, ale po dokonaniu szeregu poprawek i usunięciu zeń nazbyt „dętych” i upstrzonych „hermetycznymi mądrościami” fragmentów. Stwierdziwszy ponadto, że nie mam ochoty propagować technik medytacji i wizualizacji kart tarota, postanowiłem usunąć rozdział o nich traktujący. Poza tą jedną, ważką zmianą, a także wspomnianymi poprawkami, nie ingerowałem jednak wprost w kabalistyczną i magiczną treść książki. Jej główne przesłanie bowiem wciąż pozostaje aktualne, opisana zaś w niej kabalistyczna wizja Boga, człowieka i świata w niczym nie straciła swej duchowej wartości.

 

Jan Witold Suliga

 

( książka ukaże się niebawem wydana nakładem  Domu Księgarskiego "Ezoteric" )

wtorek, 19 września 2006
ZASIADAJĄCA NA SMOKU

I stanął smok przed niewiastą... 

Apokalipsa 12. 4 

     Rozpowszechniona we wczesnym średniowieczu legenda o walczącym ze smokiem świętym Jerzym stanowi  recepcję, znanej wszystkim indoeuropejskim ludom mitycznej opowieści o zmaganiach dwóch bliźniaczych bóstw: świetlisto-niebiańskiego Gromowładcy oraz jego chtonicznego, mrocznego przeciwnika ( symbolowo ten pierwszy koreluje ze słońcem i orłem, ten drugi – z księżycem i wężem, a u Słowian – z dzikiem ). W pierwotnym micie Gromowładca zabijał smoka po to, by uwolnić zatrzymywane w jego gardzieli życiodajne wody. Wedle innej wersji chodziło o kobietę – siostrę, a zarazem żonę wrogich sobie braci. Niewiasta ta występuje również w legendzie o świętym Jerzym. Heros zabija bestię i uwalnia kobietę z niewoli. Cóż stąd, skoro wkrótce potem umiera męczeńską śmiercią. Nie on jeden. W podobny sposób schodzą ze sceny wszyscy niemal smokobójcy, począwszy do Heraklesa, za którego śmierć odpowiada Dejanira, skończywszy na celtyckim królu Arturze i hinduskim Ramie.

     Okazuje się zatem, że potęga bogini jest tak przytłaczająca, iż walczący w jej imieniu wojownik płaci za możliwość obcowania z nią najwyższą cenę. Podobny, acz nieco różniący się od tego schematu mityczny wątek odnajdujemy w legendzie o Wandzie władającej Wiślanami po bezpotomnej śmierci swego brata, Lecha.

        Ona tak dalece przewyższała wszystkich zarówno piękną postacią, jak powabem wdzięków że sądziłbyś, iż natura obdarzając ją, nie hojna, lecz rozrzutna była – pisze o niej Wincenty Kadłubek. - Albowiem i najrozważniejsi z roztropnych zdumiewali się jej radami, i najokrutniejsi spośród wrogów łagodnieli na jej widok. Stąd, gdy pewien tyran lemański ( tj. alemański, niemiecki; Długosz podaje, że miał na imię Rytygier – uwaga J.W.S ) srożył się w zamiarze zniszczenia tego ludu, usiłując zagarnąć tron niby wolny, uległ raczej jakiemuś (jej) niesłychanemu urokowi, niż przemocy oręża. Skoro tylko bowiem wojsko jego ujrzało naprzeciw królową, nagle rażone zostało jakby jakimś promieniem słonecznym; wszyscy jakoby na jakiś  rozkaz bóstwa wyzbywszy się wrogich uczuć (...). Król ich, tknięty udręką miłości czy oburzenia, czy obojgiem rzecze: „Wanda morzu, Wanda ziemi, obłokom niech Wanda rozkazuje, bogom nieśmiertelnym za swoich niech da się w ofierze, a ja za was, o moi dostojnicy, uroczystą bogom podziemnym składam ofiarę, abyście tak wy, jak i wasi następcy w nieprzerwanym trwaniu starzeli się pod niewieścimi rządami”. Rzekł i na miecz dobyty rzuciwszy się, ducha wyzionął, życie zaś gniewne między cienie uchodzi ze skargą

     Historia ta ma analogię w czeskiej legendzie o najmłodszej córce Kroka, sławnej czarodziejce i wojowniczce Luboszy. Swoje miano wzięła ona od słowa lubieznyj - miły, powabny, piękny, wdzięczny, ale też lubieżny, znajdujący rozkosz, pożądliwy, szukający seksualnej przyjemności, co zdaje się wskazywać na jej mitologiczne pokrewieństwo z nęcącą Rytygiera swoimi wdziękami Wandą ( imię Wanda wywodzi się od słowiańskiego węda – nęcić, chwytać w wyki, przyciągać ). Bohaterki te jednak dzieli głęboka różnica. O ile bowiem Lubosza wyszła za mąż za pochodzącego z gminu Przemysła oracza ( co należy rozumieć jako obraz hierogamii uranicznej bogini i chtonicznego boga ), Wanda z pogardą odrzuciła zaloty przybysza. Nic dziwnego, ponieważ nie był to miłujący pokój oracz, lecz nadciągający z krainy zachodzącego słońca ( Niemiec ) wojowniczy książę, czyli podziemny ( słońce zachodząc kryje się pod ziemią ) bóg. Smok również był stworem chtonicznym. Pozwala to domniemywać, że Rytygier i smok to de facto jedna i ta sama osoba.

     Zważywszy, że ojciec Wandy, Krak ( w innych wersjach krakowskiej legendy jej brat  Krak młodszy bądź jego bliźniak, Lech )  pokonał już wawelskiego potwora, winniśmy zatem widzieć w Rytygierze „smoka zmartwychwstałego”, który pokonany przez smokobójcę (Kraka albo Lecha) odżywa w „zachodniej krainie”, wraca i oczarowany świetlistą mocą bogini po raz wtóry umiera, tym razem z własnej ręki. W opowieści tej skrywa się tajemnica. Jaka? Ano taka, że „promotorką” i powodem zmagań niebiańskiego herosa ze smokiem, a następnie zwyciężczynią  smoka jest bogini, u której stóp smok dwakroć ginie, raz przeszyty włócznią ( gromem ), drugi raz – zniewolony bijącą z jej lic świętością.    

     Nie jestem pewien, ale to bodajże Aleksander Bruckner narzekał w swej Mitologii słowiańskiej i polskiej, że nie zachował się chociażby jeden modlitewny tekst pogańskich kapłanów Słowian. I popełnił błąd, znany jest on bowiem wielu historykom studiującym kroniki Kadłubka i Długosza. Zapisał go i wtłoczył w usta Rytygiera ten pierwszy, ten drugi nadał temu tekstowi w swojej kronice bardziej kwiecistą formę, wszelako zabiegi te w niczym nie naruszyły jego kultowej wymowy. Była to modlitwa skierowana do dziewiczej bogini i będąca: 1/ aklamacją przyznającą Wandzie status bóstwa trzech sfer wszechświata ( niebios, ziemskiego kręgu i podziemnych wód ); 2/ ofiarniczą formułą poprzedzającą złożenie podwójnej żertwy symbolizującej samobójstwo przybywającego z podziemia dzikiego herosa oraz „roztopienie się” rezydującej „na wysokościach” heroiny w życiodajnych wodach Wisły, nie przypadkowo zwanej „rzeką Wandalów”, czyli „rzeką Wandy”.

     Jako smokobójczyni bogini dzieli zatem los wszystkich smokobójców: zwyciężywszy smoka umiera, jednakże ta śmierć jest pozorna. Ostatecznie to ona w każdej z tych historii jest wodą i o jej uwolnienie i zapłodnienie tu wszak chodzi. Jeżeli jednak pozostawimy na boku seksualną symbolikę tych mitów, ujrzymy ich drugie dno. Rycerz i smok są dwiema stronami tego samego medalu, którego spoiwem zawsze pozostaje bogini. W pierwszym akcie niewinna dziewica, w drugim wojowniczka unifikuje ona w sobie cechy żeńskie i męskie, „zawiadując” i smokiem i rycerzem. W tym względzie stanowi ona jedną z wielu mitologicznych postaci Asura Soratha, o którym piszę w swym artykule o SDU, a który jawi się w dwóch postaciach – Arymana ( smoka ) i Lucyfera ( rycerza ). Mit uświadamia nam, iż Asur wiąże w sobie pożądliwość męską i kobiecą, nadawszy jej pozór boskiej świętości. Jej blask sprawia, że to w jego de facto imieniu toczą „duchowe zmagania” z „szatanem” wszyscy lucyferyczni bojownicy wiary. I zaślepieni bijącym z lic Asura zniewalającym światłem sądzą, że zmagają się z realnym wrogiem, podczas gdy tak naprawdę składają Sorathowi rytygierowski hołd...

( fragment nieopublikowanej książki Święty krąg Polski, część II, Wawel )

czwartek, 25 maja 2006
ŁYSIEC

 Fragment przygotowywanej książki Świety krąg Polski, część dotycząca Łyśca w Górach Świętokrzyskich...

  

      Mimo, że pod względem geograficznym ziemie sandomierska, kielecka i krakowska wchodzą w skład  Małopolski, w okresie plemiennym znacznie różniły się one kulturowo. Na ziemi krakowskiej występowały liczne skupiska grodzisk, których niemalże brak po północnej stronie Wisły. Ziemię krakowską i sandomierską rozdzielała ponadto „osadnicza pustka” – lasy określane mianem Puszcz Rytwiańskiej i Szydłowskiej. Sandomierskie stanowiło wyodrębniony region geograficzno-kulturowy rozciągający się między Wisłą a Pilicą i zaludniony przez nieznane z nazwy grupy plemienne. Wielu badaczy mniema, że byli to Wiślanie, co wydaje się nieprawdopodobne, albowiem siedzieli oni dorzeczu górnej Wisły. Inni natomiast sądzą, że mogli być to Lędzianie bądź Lędzice, którzy, wedle Geografa Bawarskiego posiadali 98 grodów, a których nazwa wywodzi się od słowiańskiego słowa lęda - pole.

     „Temu poglądowi (...) przeciwstawiono inny (...), lokalizujący Lędziców na wschodnim krańcu dorzecza Wisły – wyjaśnia Jerzy Wyrozumski. - Istotną przesłanką jest tu wzmianka Konstantyna Porfirogenety, że „Lenzeninoi” (...) byli trybutariuszami Rusi Kijowskiej, a więc musieli siedzieć na wschodzie. Bardzo istotna jest także przesłanka, że skoro na Węgrzech nazywano Polaków „Lengyel”, na Litwie „Lenkas”, a na Rusi „Lachy”, to na pewno nazwy te utworzono od plemienia czy związku plemiennego, który miał swoje siedziby na wschodzie, a nie na zachodzie naszego kraju (...). Czy należy ich szukać gdzieś w rejonie Sanu, czy raczej w rejonie Bugu? Jak daleko mogli sięgać na wschód, a jak daleko na zachód? – są to pytania otwarte”.

      „Symptomatyczny z tego punktu widzenia jest też fakt – dodaje Andrzej Buko - obecności koło Opatowa wsi Łężyce, której pierwotna nazwa, wymieniona w Liber Beneficiorum Długosza, brzmiała „Lędzice”. Nazwa taka (...) nie powstałaby w Sandomierskim jako wtręt obcy, gdyby pierwotnie zamieszkiwali tu Lędzianie”.

     Skoro więc nie Lędzianie, to kto? Pewną wskazówkę daje, wspomniany już Konstantyn Porfirogeneta, autor dzieła De administrando imperio. W 33 rozdziale swej księgi opowiada on o plemieniu Zachlumian żyjącym na terenie Dalmacji. Nazwa tej grupy wywodziła się od góry Chlum, będącej odpowiednikiem polskiej nazwy Chełm. „A poza tym – pisze Konstantyn – w języku Sklawów Zachlumianie tłumaczy się też „za górą”, ponieważ w tej prowincji znajduje się wielkie wzniesienie z dwoma miastami na szczycie: Bona i Chlum, za nim zaś przepływa rzeka zwana Bona, co tłumaczy się „dobra”. Ród księcia Zachlumian (...) Michała, syna Wyszewica ( panującego w latach 910 – 950; uwaga J.W.S ) przybył od [ludów] nie ochrzczonych, mieszkających nad Wisłą, które nazywane są Litzike (...)”.

     Niemal identyczną nazwę tego plemienia znajdujemy w Dziejach saskich bernardyńskiego mnicha Widunkinda, który odnotowuje, że Mieszko I przyłączył do swego księstwa plemię Słowian o nazwie Licicaviki. „Tak z perspektywy zachodniej – komentuje to zagadnienie Jerzy Wyrozumski – mieli nazywać się poddani Mieszka I, mieszkańcy jego kraju. Trzeba przypomnieć od razu o owych „niechrzcieńcach” znad Wisły Konstantyna Porfirogenety, nazywanych „Ditzike” lub „Litzike” ( duże litery delta i lambda są w alfabecie greckim bardzo podobne ), czasowo bardzo bliskich tym, których wymienił Widukind, a widzianych w perspektywie wschodniej. Jeżeli przyjąć lekcję „Litzike”, to podobieństwo do nazwy „Licicaviki” jest uderzające”.

     Tak uderzające, że przeczytawszy te słowa prawie natychmiast nabrałem pewności, iż  Litzike/Licicaviki nie byli Lędzianami/Lędzicami, lecz zgoła kimś innym.

     Kim? Kimś, kto musiał mieć jakiś związek z dalmatyńskimi Zachlumianami. Wygląda na to, że Zachlumian i nadwiślańskich Litzików/Licicavików łączyło wspólne pochodzenie. W innym przypadku ród księcia Michała nie szukałby pośród nich schronienia, a że musiał to być ród znaczny, objął nad nimi władzę. Należy domniemywać, że przodkowie księcia mieli u Zachlumian krewnych i utrzymywali z nimi kontakty zanim wyemigrowali znad Wisły.

     Może więc Zachlumianie i Litzike/Licicaviki stanowili w przeszłości jedną grupę etniczną? Jest to wysoce prawdopodobne. Konstatnyn Porifrogeneta nie stwierdza tego wprost, powiada jednak zagadkowo: „Zaś mieszkający tam ( tj. w Dalmacji, uwaga J.W.S ) Zachlumianie są właściwie Serbami od czasu owego księcia (...)”. Wzmianka ta sugeruje, że Zachlumian i południowosłowiańskich Serbów wiązało bliskie pokrewieństwo, i że ci pierwsi stopili się z tymi drugimi w X wieku ( za panowania Michała ). Serbowie, Zachlumianie oraz Litzike/Licicaviki stanowili zatem jedno odgałęzienie ludów słowiańskich – Serbów.

    Plemiona o tej nazwie spotykamy nie tylko na Bałkanach. Wczesnośredniowiecze źródła mówią też o Serbach naddnieprzańskich i Serbach Połabskich. Fakt ich pobytu na terenach Polski poświadczają nazwy miejscowości Sarba, Sarbia, Sarbice, Sarbicko, Sarbinowo, Sarbka, Sarby, Serby, Sarbice, Surbice oraz Herby. Największa koncentracja tych siedlisk  występuje w Wielkopolsce. Ponadto odnajdujemy je na Śląsku, na ziemi Lubuskiej i pod Górą Dobrzeszowską. Ponieważ „etniczna” nazwa wsi wskazuje raczej na „obcy wtręt narodowościowy”, wnosić trzeba, iż owi Serbowie przyszli tam z innych okolic. Skąd? Z Połabia, gdzie Bolesław Chrobry wyprawiał się po łupy, a pojmawszy ich osadził w Polsce? Jest to możliwe, choć mało prawdopodobne, gdyż tereny te podbili wcześniej Niemcy. Zatem znad Wisły, z obszarów zajętych przez Mieszka I, który po inkorporacji ziemi sandomierskiej do państwa Piastów wyniósł Sandomierz do rangi naczelnego grodu, osiedlił w jego okolicach przybyszy z Wielkopolski, część zaś rodzimych mieszkańców świętokrzyskiego pogórza przeniósł na północ i zachód swojego dominium.

     Ludzie ci samych siebie nazywali Serbami. Kiedy żyli na swych rodzimych terytoriach ich sąsiedzi nadali im miano Litzików/Licicavików,  by uwidocznić jakieś charakterystyczne przymioty tego ludu. Mogło ono wywodzić się od starosłowiańskiego lik – liczny, mnogi, gromadny. Słowo to w języku serbskim ( a także staroruskim; pamiętajmy o naddnieprzańskich Serbach! ) oznacza „walne zebranie świąteczne”, „tłum tańczących”, „korowód taneczny”, a po chrystianizacji przyjęło znaczenie „chór cerkiewny”. Kultowa proweniencja tego słowa sugeruje, że wspomniane wyżej „korowody” odgrywały ważką rolę w religijnych praktykach „Licików”, bądź „Liciców” ( bo tak chyba trzeba czytać porfirogenetesowe Litzike i Licicaviki Widunkinda ) i były na tyle odmienne, czy też może bardziej masowe od świątecznych „korowodów” reszty słowiańskiej ludności, że uwieczniono je w nazwie tego plemienia (...).    

      



 

Chcesz przeczytać całość? Zajrzyj na...

 

 zdjęcie pochodzi z: http://www.lop.org.pl/_files/parki/lysica.jpg

wtorek, 24 stycznia 2006
JEDNOROŻEC ALBO TRAKTAT HERMETYCZNY

( Fragment powieści ) 

W NIECAŁY ROK PÓŹNIEJ OTRZYMAŁEŚ LIST WYSŁANY PRZEZ REDAKCJĘ jednego z wydawnictw Stolicy. Informowano cię w nim, iż swoja książka została przyjęta do druku i zyskała bardzo przychylne recenzje wewnętrzne. Przez kilka minut bezradnie miętosiłeś w dłoni nieduży arkusik papieru, przeczytałeś raz i drugi, sprawdziłeś na wszelki wypadek, czy list zaadresowany jest do ciebie — zachowywałeś się śmiesznie i nieporadnie. Nawet gdy przepisywałeś Białoniezwierza (bo tak ostatecznie zatytułowałeś swoją powieść), nie przypuszczałeś, że ktokolwiek zdecyduje się ją opublikować. Czasami tylko wyobrażałeś sobie księgarnię i siebie sięgającego po leżącą na ladzie książkę w koniecznie, ale to koniecznie, białej okładce z narysowanym na niej wizerunkiem jednorożca oraz alchemicznymi symbolami koniunkcji słońca i księżyca. Była to swoja książka, coś, co wytworzyła twoja imaginacja, bajka nie będąca bajką, zabawa w słowo, gdzie akcja — na poły baśniowa, na poły mitologiczna, chaotyczna, przerywana raz po raz monologami narratora, jego snami, fragmentami wyrwanych pozornie z kontekstu opowieści i rozważań — kryła w sobie rzecz najważniejszą, którą, o czym doskonale wiedziałeś, nie każdy mógł zrozumieć. Białoniezwierz, przerobiony i napisany powtórnie w Bykowcu, był traktatem o wyobraźni, o stwarzaniu świata, o rozdarciu, które później następuje i, co najważniejsze — o powrocie do wyobrażanego przez wyobrażane. Zamierzałeś początkowo napisać powieść pudełkową. Po kilku próbach — zrezygnowałeś; doszedłeś do wniosku, że tak jak śnienie we śnie nie ujawnia nic poza faktem, że śniąc można być śnionym, tak opowieść w opowieści nie pozwoli ci wyjaśnić, czym są i w jaki sposób się rodzą kosmosy twoich bohaterów. Ale wszystko to było jedynie cząstką tego, co pragnąłeś zawrzeć w skrótowych, lapidarnych zdaniach, czasami w rozwlekłych i pokrętnych monologach narratora, nazywanego przez postaci Białoniezwierza Obserwatorem, Patrzącym lub najczęściej — Niewidzialnym, który niczym biblijny Jahwe wykreował na swój obraz i podobieństwo Bliźniaków: Kadmona i Adama (po dłuższym namyśle postanowiłeś zachować imiona swoich synów), oddając im we władanie Lewy Brzeg Rzeki — królestwo zagadkowych, fantastycznych stworów podobne nieco do terenów rozciągających się wokół Bykowca. Znalazła się tam Skarpa, Studnia-Do-Środka-Ziemi, Najwyższa Sosna, Ślimacza Droga, Dom Parek, gdzie mieszkały dwie kobiety zajęte tkaniem nie kończącego się gobelinu i robieniem na drutach skarpetek, szalików i swetrów. Niedaleko Domu Parek płynęła Rzeka oddzielająca Lewą stronę od Prawej; na tej ostatniej rozprzestrzeniały się tylko Pola i Bagna.

Topografię Bykowca wykorzystałeś rozmyślnie, podobnie jak imiona braci, z których Kadmon posiadał zdolność przekształcania się w rybę i potrafił wszystko dojrzeć, Adam natomiast z łatwością oswajał zwierzęta i znał języki wszystkich smoków. Jego najbliższym towarzyszem był Setek: wielobarwny smok żyjący w zagłębieniu pod korzeniami Najwyższej Sosny.

Ale użyte w książce biblijne symbole przeznaczone były dla powierzchownego czytelnika. Nie chodziło ci o komentowanie Genesis czy historii o Ablu i Kainie. Kadmon i Adam nie rywalizowali o względy Niewidzialnego, więcej — nie dostrzegali go, choć co chwila natykali się na jego ślady. Po to żyli na Lewym Brzegu Rzeki, aby go poznać. Oni go stwarzali. Cokolwiek powiedzieli, narysowali, wyimaginowali sobie — stawało się, nasycało Brzeg, zaś nurt Rzeki — z początku szary i bezbarwny wchłaniał kolory i słowa, aż przemienił się w ruchliwy, tęczowy bąbel. W tym zawierała się najważniejsza tajemnica twojej powieści, której nigdy nie odkryli Bliźniacy: świat Lewego Brzegu Rzeki był odmiennie postrzegany przez nich, a inaczej przez Białoniezwierza, Jednoroga, Niewidzialnego — narratora i obserwatora w jednej osobie: ciebie, autora książki. Bracia, zajęci przemierzaniem coraz to nowych płaszczyzn baśniowej rzeczywistości, widzieli wypełniające je elementy raz takimi, to znów innymi, nadszedł wreszcie czas, gdy dotarli do Najwyższej Sosny, która rosła na skraju Skarpy, wskrabali się na jej wierzchołek i zobaczyli z dala Prawy Brzeg Rzeki — Pola i Bagna.

Na tym kończyła się pierwsza część powieści. Część druga traktowała o rozdarciu i o pragnieniu powrotu. Jej narratorem i bohaterem był Kadmon. Bracia rozdzielili się. Adam pozostał na Lewym Brzegu — Kadmon przedostał się na Pola i Bagna. Jak ty wędrował po Sindhu, włóczył się po Truanie, wałęsał po całej Azji, zamieszkał w mieście K., i tam — jak zresztą wszędzie — stykał się z ułomnymi i niepełnymi fragmentami rzeczywistości znanej z Lewego Brzegu Rzeki. Lecz to, co było dlań prawdziwe i realne, na Prawym Brzegu Rzeki egzystowało w postaci legend, opowieści, było baśnią albo skrawkiem wyrwanego z kontekstu, a znanego z dzieciństwa zdarzenia. Świata Prawej Strony nie zasiedlały jednorożce i smoki. Tu przemieniały się one w kiczowate kamienne maszkary pilnujące odrzwi sindhijskich i tybetańskich świątyń. Nikt nie polował na wodniki. Sosny stawały się Kosmicznymi Drzewami przez obrzęd, ażeby po jego zakończeniu natychmiast stracić cechy niezwykłości. Kadmon-bohater twojej powieści podejmował te same, co ty niegdyś, wysiłki zmierzające do scalenia §wiata, ponosił klęski, narażał się na śmieszność, przegrywał, w końcu napisał książkę, którą zatytułował Białoniezwierz, i w ten oto sposób wdał się w ostatnią, wręcz rozpaczliwą walkę, będącą próbą powrotu...

Białoniezwierz. Twoja hermetyczna biblia. Wyznanie wiary, bo też czułeś się niczym prorok, który odkrył największą tajemnicę i teraz wyjawia ją tym, którzy posiedli uszy do słuchania. Zaistniały kosmos zawładnął tobą, pochłonął ciebie — jego demiurga — do tego stopnia, że oddałeś mu się bez reszty tym mocniej, im bliższy był rzeczywistym wydarzeniom, jakie rozegrały się w trakcie wakacji. W twojej powieści nic nie było całkowicie wyimaginowane, niczego nie wymyśliłeś. Całymi dniami śledziłeś zabawy twoich synów, podsłuchiwałeś ich rozmowy, podążałeś za chłopcami pod skarpę, do lasu, na brzeg rzeki, nawet do głazu upamiętniającego kaźń Żydów. Co wieczór zamykałeś się na strychu i ustawiwszy naftową lampę na kulawym stole pisałeś, strona po stronie zapełniając zeszyt. Z niecierpliwością oczekiwałeś następnego dnia. Kosmosy twojej powieści i zabaw Kadmom i Adama zmieszały się ze sobą. Pisałeś o Rzece i miałeś wrażenie, iż naprawdę znalazłeś się na jej Lewym Brzegu, a siedząc po pępek w wodzie zatapiasz w niej kubek i wyławiasz gotowe już fragmenty książki, twoim zadaniem jest powiązać je w całość — to wszystko.

Pisałeś. Nurzałeś się w opisywanym Świecie. Z wolna ogarniał cię niepokój, wszak jeszcze dwa-trzy dni i będziecie musieli wrócić nad morze, nastąpi apokalipsa; nie ta uniwersalna, ale dotycząca swojego świata, kosmosu bliźniaków, a ty nie zdążysz doprowadzić go do końca. Zapisałeś dwa brudnopisy, opuściliście Bykowiec, dokąd znów wracałeś co niedziela, tym razem zabierając ze sobą Kadmona, wieczorami zaś przepisywałeś Białoniezwierza na pożyczonej maszynie.

Chcesz czytać dalej? Wejdź na...