kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
środa, 18 marca 2015
PRAGNIENIE
Wszystko, co istnieje ma w sobie pragnienie powrotu do Źródła. I wszystko do Niego powróci. W kabale ów świat jedności stworzenia ze Źródłem nazywa się olam haba ( światem przyszłym ). Mistycy chrześcijańscy identyfikują go z Rajem lub Królestwem, które nadejdzie. Lecz przecież wszyscy mamy je już teraz, w sobie. Czym ono jest? Tym, co rodzi w nas owo pragnienie... Miłością. W niej roztapia się każda ciemność, jaką ze sobą wleczemy. Starczy ją tylko rozświetlić... Rozświetlić światłem Źródła, które z nas emanuje. W tym sensie każdy jest Źródłem, nie przestając być sobą, czyli stworzeniem wywodzącym się ze Źródła... :)


http://ctud.blox.pl/resource/6e4d23eb8147c0cca0a747a8dd48ad65.jpg
sobota, 16 sierpnia 2014
PARUZJI NIE BĘDZIE, PIOTRZE...

Kilka dni temu zaczepił mnie w pobliżu jednego z warszawskich centrów towarowych Piotr, mój niegdzisiejszy ( o jakże to dawne czasy były! ) współbrat w chrześcijańskiej wierze ze zboru ewangelickiego i oznajmił, że jest teraz Adwentystą Dnia Siódmego, ma prorocze sny, które wszystkie się spełniają, ostatnio zaś wciąż śni o rychłym Sądzie Ostatecznym i nadejściu Jezusa Chrystusa, po czym spytał co ja na to. „Spokojnie, Piotrze – odpowiedziałem. – Jezus nie  nadejdzie, bo nie jest nikomu potrzebny…”. Piotr spojrzał na mnie nieco nieprzytomny wzrokiem i i szybko odszedł zawiedziony moim brakiem wiary w Sędziego i Zbawcę-Mesjasza.

Trochę szkoda, bo gdyby pozostał dłużej,  wyjaśniłbym mu, czemu tak rzekłem. Otóż powiedziałem to, co powiedziałem Piotrku dlatego, że wedle mnie  ludzie nie potrzebują żadnych mesjaszy, żadnych boskich zbawicieli i sędziów, o jakich mówią mity różnych religii. Potrzebują czegoś całkiem innego. Czego? Miłości i wybaczenia. Potrzebują wybaczenia sobie tego wszystkiego, co uczynili przeciw sobie. Potrzebują miłości, która to przebaczenie rodzi. Nikt tego nie może im dać z zewnątrz. Mogą tylko ( i aż! ) sami sobie wybaczyć to wszystko, co Bóg dawno im już wybaczył i spojrzawszy na siebie z perspektywy Jego miłości zrozumieć, iż dopóty, dopóki nie pokochają samych siebie, nie są w stanie prawdziwie kochać innych takimi, jacy oni są. Jak tedy mogą im cokolwiek wybaczyć? W boskiej perspektywie wszystko jest wyrazem miłości lub jej potrzeby. Każda zbrodnia, każdy występek, każdy grzech skrywają w sobie tę potrzebę. Wystarczy ją dojrzeć i zrozumieć, że wszystko może się stać znakiem miłości i że z chwilą, gdy to odkryjemy w sobie, stajemy się wolni od ciążących nad nami (de facto noszonych w nas i wciąż osądzanych przez nasze ego) grzechów. Jeśli bowiem Bóg mnie kocha ( a gdyby tak nie było, dawno już bym nie żył ), to czemu ja nie mogę pokochać siebie? Czyżbym był „lepszy” od Boga? Bardziej niż On „sprawiedliwy”? Tak, tak, Piotrze… niekochanie siebie wcale nie jest wyrazem pokory. To najwyższy rodzaj pychy, która sprawia, że osądzając siebie i innych daremnie oczekujemy na nadejście Sędziego, tracąc dany mi przez Boga czas życia w miłości, szczęściu i radości, jakich moglibyśmy doświadczać każdego dnia, tutaj, dzisiaj i teraz… Pragniesz Piotrku zbawienia? Ok., to skoro tak, to pokochaj samego siebie. Jedynie w ten sposób naprawdę pokochasz Boga i innego człowieka… Wtedy pojmiesz, że apokalipsy i sądy ostateczne nosimy tylko w sobie. I że tam, gdzie wzrasta miłość siebie, przestają mieć one jakiekolwiek znaczenie :)   

poniedziałek, 23 maja 2011
PORANNA REFLEKSJA

Zatęskniłem dziś za pustynią, podróżą, przestrzenią, która rozwiera się przede mną i we mnie i pozwala, choćby na chwilę, wyjść poza znajome krańce ziemi, popatrzeć inaczej na świat i ludzi. To, co tutaj ważne, tam jest niczym, pustką, mydlaną bańką naszych przywiązań do rozmaitych durnot nazywanych duchowością, religią, polityką, ekonomią lub czymkolwiek innym. Dlatego lubię kosmos. Lubię patrzeć nocą na gwiazdy. Lubię wschody i zachody słońca – te szczególne momenty, gdy nie ma jeszcze dnia ani nocy, zza nich zaś wyłania się bezkresna przestrzeń wiecznego teraz.

Wszystko ma swój początek i kres, wszakże kres wcale nie jest realnym kresem, a początek – początkiem. Iluzja zamkniętej liniowo czasoprzestrzeni opanowała wiele umysłów, daremnie próbujących zgłębić co było „na początku” i bałamutnie wieszczących nadejście apokalipsy i mieniących się jej mesjaszami. Nic bardziej błędnego. Paruzji nie będzie. Nie pojawi się ani jeden z zapowiadanych mesjaszy. Dlaczego? Odpowiem ezoterycznie – a bo tak! A po ludzku – ponieważ są oni jedynie wytworem naszych bezpłodnych wyobrażeń.

Ot i wszystko… Taka, Suljana, poranna refleksja dotycząca również blokowania komentarzy na CTUD, hi hi hi :D  

poniedziałek, 17 stycznia 2011
SAHARA

Są takie miejsca, w których będąc człowiek uświadamia sobie coś, czego przedtem nie potrafił sformułować, a za czym tęskniło jego serce.

Dla mnie takim miejscem stała się Tunezja, gdzie pojechałem na przełomie roku.

Tunezja…

A dokładniej Sahara…

Zawsze chciałem ją zobaczyć…

I zobaczyłem J

Zachłysnąłem się nią. Zauroczyłem jej przestrzenną przestrzenią, jej barwami i tym „czymś”, co sprawia, że człowiek staje wobec Nieba sam, samotnie, bez możliwości ukrywania tego, co kryje się w jego sercu…

Niby nic się nie stało…

Nie doświadczyłem niczego nadzwyczajnego…

Niczego „boskiego”, czy „diabelskiego”…

Zero „cudów”…

Żadnego „bliskiego spotkania trzeciego stopnia”…

A jednak…

A jednak…

Wróciwszy stamtąd tuż przed „jaśminową rewolucją” i obaleniem tunezyjskiego prezydenta, sięgnąłem po Koran.

Otworzyłem go na chybił trafił i przeczytałem:

Powiedz: Pan mój prowadził mnie drogą prostą - właściwą religią, religią Abrahama, sprawiedliwego. On nie był z tych, którzy łączą bogów z Allachem. (Sura Al-An'Am, 6.162)

Otóż to…

Otóż to...
wtorek, 21 grudnia 2010
MERRY SOLIS INVICTUS

Spośród rozmaitych maili, które przychodzą na pocztę CTUD moją uwagę zwrócił ten oto, niżej cytowany post, zawarte bowiem w nim pytania dotykają ważnej sprawy, o której już wzmiankowałem w moich notkach, jak chociażby w PRZYPADKU TEZEUSZA, czy w CZY MATRIX JEST NAM POTRZEBNY?

Witam, Pańskie doświadczenia są bardzo interesujące, co przekłada się na dosyć oryginalną i zajmującą aktywność. Niemniej, szczególnie po "tyradzie" Jerzego Prokopiuka, pragnę zadać pewne pytanie, które, być może, jest stosunkowo płytkie. Otóż, o ile dobrze zrozumiałem i cokolwiek upraszczając, można przyjąć, że każda duchowa dziedzina posiada swoją hierarchię egregorów, które mamią złudzeniami i wykorzystują rzecz do swoich celów. I tutaj pojawia się pewna wątpliwość, którą można się zasugerować podczas lektury (być może jest to kwestia walorów opisu), bo można odnieść wrażenie, że w każdą z tych dziedzin duchowych niemal immanentnie wpisany jest fałsz. Czyli bez względu na gałąź i stopień starań lub rozeznania, to finalnie i tak doją nas egregory... Wkraczamy, dajmy na to, na Diamentową Drogę, a tu bach! - zamiast radości promiennej pustki, dojący nas przez promienną pustkę egregor. Itd. W związku z tym nasuwa się pytanie, czy jakakolwiek dziedzina duchowa ma sens, skoro za wszystkimi stoją duchowe iluzje. Pozytywne więc rozwiązanie problemu, jak rozumiem, krystalizuje się we właściwym rozeznaniu, które rozrywa zasłonę iluzji i powierza istotę naszej natury prawdziwej istocie naszej natury, która dla Pana jest prawdziwym i jedynym Bogiem i Jemu tylko znaną prawdziwą duszą człowieka. Cała reszta, można powiedzieć, to razwiedka bojem i nasze prawdziwe zadanie na duchowej ścieżce. Moje pytanie więc brzmi, czy łączy Pan cel duchowych ścieżek jako drogę do jednego, uniwersalnego i ostatecznego Źródła, które jest poza duchowymi iluzjami, czy też poddaje w wątpliwość wartość istoty każdej innej ścieżki poza nicością Niepoznawalnego (i jednocześnie, oczywiście, tak bliskiego)? Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że stanowię tutaj pewien pojęciowy nonsens (bo jeśli Źródło jest jedno itd.), ale wiem też, że bez problemu uchwyci Pan sens mojego pytania. Dobrym uzupełnieniem pytania będzie przykład praktyki Powa. Mamy tutaj do dyspozycji praktykę, której sensem jest praca z umysłem od strony jego energetycznego potencjału, a celem czysta kraina Amitaby, czyli stan wolny od ego. Jednocześnie jest to jeden z niższych poziomów sambhogakaji, który gwarantuje np. możliwość decydowania o swoim następnym odrodzeniu. Ciekaw jestem Pańskiego zdania na ten temat?

Znaczę od powtórzenia tego, co od dawna mówię: rzeczywistość egregoryczna jest ekumeną człowieka, co oznacza, że jako jej mniej lub bardziej świadomi „producenci”, żyjemy w niej pogrążeni po uszy i bez względu na to, z jaką duchową tradycją się wiążemy, wciąż mamy z nimi do czynienia. Wiedząc o tym nie będziemy tedy trawili sił i środków na uwolnienie się od egregorów, gdyż do niczego to nie prowadzi. Jedyne, co można zrobić, to odpowiedzieć podobnym na podobne -  skoro one chcą mnie wykorzystać, ja również mogę to uczynić. W jaki sposób? Pisałem o tym w SPRAWIE TEZEUSZA i tam ciekawskich odsyłam. Pytanie tyczy czego innego. Tego, czy celem wszystkich, duchowych ścieżek jest Źródło Wszystkiego.

Otóż nie. Powiem więcej. Żadna duchowa tradycja nie prowadzi do Żywego Boga, każda natomiast daje człowiekowi narzędzia pomocne do ukierunkowania na Niego. Narzędzie wszakże nie jest celem, lecz czymś tylko, co można właściwe użyć. I nie są to żadne idee, czy wyobrażenia, lecz coś całkiem innego. Dopóty bowiem, dopóki mówimy o tradycjach, religiach czy duchowych drogach i w nich dopatrujemy się sposobu osiągnięcia celu, chybiamy. Dlaczego? Ano dlatego, że większość z nich lokuje go w jakimś stanie egregorycznym, określanym ( i doznawanym ), jako „mistyczna pustka”, „boskie światło”, czy inne „wyzwolenie” albo „zbawienie”. To sprawia wrażenie, że religie (duchowe ścieżki ) mają wspólny cel (wersja optymistyczna), bądź – ze względu na swoje kulturowe ( etniczne) podłoże – są ułomne, a zatem fałszywe. Ta ostatnia konstatacja skłania niektórych "jurodliwych" do chęci zastąpienia ich jakimś innym „systemem” – na przykład „religią Prawdy”, Królestwem Bożym, Królestwem Mesjasza, Nową Erą, Erą Wodnika itd. Źródłem tych idei są oczywiście stare, religijne systemy epatujące wiernych proroctwami o rychłym nadejściu "mesjasza", bądź/i spirytualnej przemiany całej (?) ludzkości. W ten oto prosty sposób, dalej siedzimy w matrixie i kręcimy się wokół siebie. Jesteśmy jak ów pies, który pędzi w pogoni za własnym ogonem, myśląc naiwnie, że to nie jest ogon...

Systemy, drogi, religie, tradycje, praktyki, idee, mity to tylko narzędzia. To język nazywania Nieuchwytnego. Musimy z nich korzystać, więc korzystajmy, ale – do jasnej cholery – umiejętnie. Jak? Ilekroć ktoś mnie o to pyta, daję taki ten przykład. Dwóch ludzi modli się w kościele przed obrazem świętego Judy, odmawiając nowennę. Jeden prosi go o pomoc, drugi – kieruje tę prośbę wprost do Jedynego. Obaj tkwią zanurzeni w rzeczywistości egregorycznej, obaj wypowiadają te same słowa i te same czynią gesty. Czym się różnią? Wewnętrznym ukierunkowaniem. Pierwszy używa narzędzi swej duchowej tradycji (religii), do pogaduszek z egregorem, drugi – do ukierunkowania siebie na Niepoznawalnego. Oto dlaczego napisałem kiedyś (ale gdzie - nie pamiętam), że bliższa Żywemu Bogu jest świętokrzyska baba modląca się pod przydrożnym krzyżem, niż niejeden” mistyk, ezoteryk albo inny „duchowy rozwojowiec”. Tradycja niby ta sama, lecz efekt zgoła odmienny, inne są też cele. Nie jest więc immanentnie fałszywa lub prawdziwa, bo tym, czym jest, staje się w ludzkim sercu i w ludzkiej praktyce.

Co do drugiego pytania zaś odpowiem bardzo prosto. Jeśli celem wyzbycia się egoizmu jest moja korzyść (lepsze wcielenie, zbawienie, miłosne uściski z Jezusem), to niczym nie różnię się od tego, kto w miejsce Boga wstawia świętego Judę. Jeżeli natomiast niwelacja egoizmu zmienia moje ukierunkowanie na bliźniego i na nim się skupia, mnie przy okazji czyniąc o ździebełko lepszym, bliższy jestem temu drugiemu człowiekowi z opisanej wyżej historyjki. Niwelacja egoizmu nie mnie bowiem ma pomóc, lecz innym w rozmaitych poziomach, zgodnie z ich potrzebą. Czemu? Bo wtedy rodzi się Miłość, a czymże jest Ona, jak nie przekroczeniem ego? Jeżeli więc w Miłości skupiam się na sobie i sobie ją sprawiam, uprawiam duchowa masturbację. Owszem, miła ona i daje rozkosze, lecz czy to oznacza, że potrafimy kochać?

Tak wiem, tu wychodzi mój sznyt kabalisty (którym przecież jestem). Więc spojrzymy na to inaczej. Redukcja egoizmu na duchowej drodze to tylko narzędzie. Może nas ono popchnąć ku lucyferycznej doskonałości albo miłosierdziu. Wybór jest w naszych rękach, sercach i sumieniach.

Merry Solis Invictus J

Suljan

Ps. Jak co roku protestuję przeciwko bożonarodzeniowej hekatombie karpia!!!

poniedziałek, 06 września 2010
PRAWSPOMNIENIE... :)
wtorek, 18 maja 2010
WYZNANIE

Ilość odsłon CTUD nieuchronnie zbliża się do czterystu tysięcy, co z jednej strony napawa mnie dumą, z drugiej – niepokojem, ponieważ nie wiem, czym jeszcze mógłbym przyciągać ku CTUD-owi rzesze gości. Pisanie o nowych przypadkach SDU nudzi mnie śmiertelnie, a poza tym nie lubię się powtarzać. Większość jest taka sama i różni się między sobą jedynie „fabułą”, bez wątpienia ważną dla sdu-owca ( wszak to jego życie i jego „duchowe”  przygody ) oraz stopniem popadnięcia w spirytualno-magiczny-mistyczno-religijny matrix, dla mnie zaś przerażająco przewidywalna. Nie dlatego, iżbym popadł w rutynę, a z tego powodu, że strategia zniewalania człowieka przez obcujące z nim duchowe istoty jest zdumiewająco prosta. Prosta i, niestety, skuteczna. Starczy troszkę człowieka zachwycić, troszkę postraszyć, troszkę pocieszyć, dać mu dowody mocy, czystości, zbrukania, świętości, wybrania albo zbawienia i już ma się go na widelcu, wkładanym do egregorycznych paszczęk na śniadanie, obiad,  podwieczorek i kolację. Starczy podsunąć mu jakiś cielesny lub duchowy obiekt spirytualno-seksualnej i miłosnej adoracji, a on sam polezie do ich miski, mniemając, iż to sam Pan i Bóg nim kieruje i że dzięki temu osiąga wyższe stopnie spirytualnego rozwoju. Ileż to razy widziałem! Ileż razy sam przez to przechodziłem! I wciąż się nabieram, niczym nie różniąc się od innych ludzkich istot. No, może tylko tym, że łatwiej i szybciej orientuję się w sytuacji, w związku z czym nie mam najmniejszych skrupułów, by wieź takową sprowadzić do właściwego poziomu.

Tak to już jest, każdy bowiem ma swoje słabości, swój spirytualny punkcik G, którego smyranie owocuje rozkosznym spazmem zakończonym nie zawsze przyjemnym przebudzeniem. U większości ludzi owym punktem G jest wrodzona całemu ludzkiemu gatunkowi potrzeba miłości. Chcemy kochać i być kochani, dlatego wciąż pakujemy się w najrozmaitsze partnerskie związki, zaś słowa „Bóg jest miłością” wywołują u wielu z nas mistyczny dreszcz pożądania. Duchowe stworki-egregorki, doskonale sobie zdają z tego sprawę. I wykorzystują ów fakt równie bezwzględnie co beznamiętnie, albowiem same kochać nie potrafią. Tyczy to wszystkich spirytualnych nie-bytów, począwszy od tych, które żerują na seksualnym opętaniu, skończywszy na „Jezusach” i „Maryjach” i innych zsyłaczach „kosmiczno-nieziemskiej”, bezwarunkowej oczywiście „Miłości”. Nie o rzeczywistą miłość im bowiem chodzi, ale o zaprawione miłosno-seksualnym uczuciem papu w postaci wywalanych przez człowieka emocji. Nie mogąc same ani kochać ani czuć seksualnego pożądania, zadawalają się tymi substytutami, które są dla nich bardzo ważne. Czemu? Bo oprócz żądzy zaistnienia w świecie bytów, ich pragnieniem jest doświadczać Byt poprzez to najintensywniejsze uczucie Istnienia. Przez Miłość. Niczym impotent karmią swoją żądzę miłowania prokurowanymi przez siebie spirytualno-mistycznymi pornosami, pragnąc doświadczać tego, czego same czynić nie mogą i uczestnicząc w czymś, w czym de facto nie mogą brać realnego udziału. Domagają się przeto od człowieka miłosnej adoracji dla siebie. Prokurują u niego skierowane ku drugiemu człowiekowi miłosne spazmy za pomocą rozmaitych, spirytualno-seksualnych praktyk, symboli i misteriów, ale nie go kochają. Gdyby bowiem kochały, nie manipulowałyby nim w celach, że tak powiem, kulinarnych. I nie tylko takich. Im chodzi również o władzę. O ten rodzaj emocjonalnej dominacji, która pozorując miłość, pęta nas i uzależnia od innego człowieka. Niewolnikiem łatwiej sterować. Niewolnik nienawidzi i kocha swojego „pana”, „pan” żywi doń te same uczucia, choć inaczej je wyraża. I kiedy tak oni kłębią się we wzajemnych, miłosno-nienawistnych zapasach, słychać wokół nich rozkoszny chichot wgapionych ów pornos „duszków” oraz głośne mlaski ich egregorycznych gęb  

Jako rzekłem, nie ma znaczenia, z jakimi stworkami-egregorkami mamy do czynienia. Wszystkie, co do jednego, kierują się tym samym, rozmaicie manifestowanym, dążeniem. Pochodzą z Nie-bytu, chcą zaistnieć w Bycie. Dobrze wiedzą, że Byt = Miłość, gdyż nic tak nie czyni go równie pełnym i pięknym, jak ona. Nic przeto dziwnego, że jej potrzeba stanowi najgłębszą podstawę każdego istnienia; jest owym „punktem G” każdej istoty świata Bytu.  Do tej prawdy odnosi się, zapisane w Genezis „pierwotne błogosławieństwo” Boga, mówiące o multiplikowaniu się żywych istnień. To ona przemawia do nas w biblijnym micie o podziale Pierwszego Adama ( istoty hermafrodycznej – jak uczy kabała ) na Mężczyznę i Kobietę. Zostawmy jednak kabałę ( kto chętny, zapraszam na nauki ). Nie w kabale rzecz i nie w Torze, lecz w prostym fakcie. Motorem wszystkich naszych działań jest potrzeba miłości. Wszystkich! Nawet wojen, mordów i ludobójczych zbrodni. Paradoks? Bzdura? Niech Wam będzie, moi zamiłowani w dysputach Goście J Ujmę rzecz krótko – jest tak, ponieważ ów skryty w sercu każdego z nas „punkt G”, stanowi naszą największą siłę i jednocześnie największą słabość.

Owocem mojej londyńskiej podróży jest wszakże nie to „odkrycie”, lecz uświadomienie sobie, że wbrew pozorom miłość można zdefiniować. Podobnie jak duchowość, jest ona tym, co czynimy w „świecie zwyczajności”. Miłość daje i to różni ją od wszystkich innych uczuć oraz czynów opartych na zasadzie „daję, byś dał”. Nie oznacza to wcale, że miłosne dawanie wyprane jest z oczekiwań lub przyjemności. Przeciwnie. Miłość pragnie miłości, przyjemnością zaś jest to, że daje, a nie to, że w zamian coś bierze. Jeśli więc Miłość staje naprzeciw Miłości, dla obu rozkoszą jest dawanie i troska o to, by dar sprawił drugiemu przyjemność. W tym sensie Miłość jest najwyższym przejawem Życia. Oto czemu Nie-Życie nie potrafi kochać, choć zapewne by chciało. W jego łapkach Miłość staje się jednak karykaturą Miłości, podobnie jak udawany orgazm. Nic odkrywczego? A czy coś takiego obiecywałem? Rzeczy najprostsze są najbardziej odkrywcze. W ich świetle jakże inaczej wygląda moich ostatnich dwadzieścia lat życia. O tym wszakże pisać nie będę. Powiem tylko, że wszystko ma swój kres i że niczego on nie kończy. Przeciwnie. Owszem, pogorzeliska zarastają chwasty. Lecz jeśli już wiesz, jak je wypielić, prędzej czy później ucieszysz oko najpiękniejszym z kwiatów…

.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
ŚMIERĆ FARAONA

Czym była jedenasta plaga egipska?

Unoszącym się nad Micraim odorem samobójczej śmierci faraona i jego wojska...

Kto mitem żyje, od mitu umiera i innych za sobą ciągnie...

Mity rodzą się z Ciemności, wolność - ze Światła...

Kto ma uszy do słuchania - zrozumie....

piątek, 02 kwietnia 2010
PESACH

 

Nie wiem, czemu ma służyć wiosenne przestawienie czasu, mnie w każdym razie wybija ono z naturalnego rytmu i sprawia, że wciąż z czymś nie nadążam. Może jest to oznaka starości (cóż, nieuchronnie zbliżam się do sześćdziesiątki), ale mój organizm reaguje na te manipulację ostrym protestem, skutkiem czego odnoszę wrażenie, że śpię za długo, za późno kładę się spać, i wszystko ogólnie jest nie tak. Kto to wymyślił? Jakiemu durniowi rzecz taka przyszła do głowy? – pytam sam siebie i sam sobie odpowiadam – Ani chybi musiał to być jakiś kompletny kretyn, który o tym, czym jest cykl słoneczny dowiedział się z opowiadań,  niebo zaś oglądał tylko w telewizorze. Protestuję! Nie chcę! Nie zgadzam się! I co z tego? Nic. Mogę sobie protestować do woli. Dla mnie jest teraz dziewiąta rano, dla pozostałych mieszkańców tego „cudownego” kraju  – dziesiąta. Do dupy z takim interesem L

OK., ponarzekałem ździebko. Starczy. Pogoda śliczna, świeci słońce, przylaszczki wystawiają swoje łebki ku niebu, dwie sójki kokoszą się w moim ogrodzie zajęte miłosnymi igrcami, radio wyłączane, telewizja również, nie docierają do mnie zatem żadne wieści… Sielanka, albo – jak kto woli – szabat… No, prawie szabat, bo ten rozpoczyna się o zachodzie słońca. Ale co tam! Szabat szalom, mruczę sobie pod nosem. Szabat szalom… Szabat wyjątkowy. Paschalny…

Pisanie o tym święcie mija się z celem, gdyż napisano o nim chyba wszystko, co było do napisania. I teologicznie, i mistycznie, i magicznie i jak kto sobie jeszcze życzy. Sam poświeciłem mu kilka dobrych stronic w „Wielkich magach świata”, jeśli więc kogoś to interesuje, niech sobie zajrzy i przeczyta. To, co dla mnie w tym ważne można sprowadzić do kilku słów. Jest to święto wolności. Wolności „od” i wolności „do”... Od czego? Od przymusu robienia czegoś, czego się nie chce robić. Do czego? Do siebie samego w relacji z wszystkim i ze Źródłem Wszystkiego. Nic nadzwyczajnego. Zero cudów. Dlaczego? Bo wolność sama w sobie jest cudowna. I tyle J

Z wolnością jest jak z miłością – albo nią żyjemy, albo nie. Trzeciego wyjścia nie ma. Co najwyżej możemy pomylić ją z zakochaniem. Zakochanie daje się zdefiniować, podobnie jak niewola. Dlatego w tarocie szósty arkan ( Kochankowie ) i arkan piętnasty ( Diabeł ) są numerologicznie ze sobą związane. O miłości, szabacie, pesach - opowiada Słońce. Kto ma oczka do patrzenia, ten widzi. A jak kto nie ma, niech się za tarota po prostu nie zabiera..

„Zostaw tego tarota – powiedziała mi dziś przez telefon pewna moja znajoma – on cię wykańcza”.  Zabrakło mi refleksu, więc odpowiem jej tutaj i teraz: „Droga B., wykańcza mnie wiosenna chrypa i wiosenne przestawienie czasu, nie tarot. Tarot to użyteczne narzędzie, i nic poza tym.” I niech to starczy za cały komentarz, także w odniesieniu do prastarych moich wypowiedzi na rożnych forach, jakie ostatnio – nie wiedzieć czemu – wydobył na słoneczne światło Feniksx…

Dociekliwym przypomnę jeszcze jedną, wciąż powtarzaną zasadę terapii SDU. Nie jest ważne jaką formą duchowości ( magii, religii, mistyki, ezoteryki ) się zajmujesz. Ważne jest to, czy odczuwasz wewnętrzny przymus, żeby to robić. Jeśli tak, jesteś uzależniony. Jeżeli nie – obserwuj to bacznie. Duchowe bhp obowiązuje każdego. Zwłaszcza tych, którzy cierpieli na SDU. Ja cierpiałem, więc mam tego świadomość i wciąż to sobie powtarzam. Nie musze się modlić, walić pokłonów przed figurką NMP lub kartami tarota, świętować Wielkiej Nocy, jeździć na pielgrzymki, rozczulać się nad piątą rocznica śmierci JPII.  Po pierwsze – nie chcę tego robić, więc nie robie. Po drugie – skoro nie chcę i nie robię, nie odczuwam przymusu. Czemu? Bo owocem zyskanej przeze mnie  wolności „od”, stała się właściwie ukierunkowana wolność „do”… Czy stoi ona na przeszkodzie operowania symbolami i odniesieniami do nich? Nic z tych rzeczy! Symbole są potrzebne. Pomagają coś zrozumieć. W tym sensie pesach jest takim symbolem, podobnie jak arkan Słońce w tarocie.

I na tym starczy „słowa bożego” na dzisiaj…

Albo „diabelskiego”…

Jak kto woli, hi hi hi…

poniedziałek, 01 lutego 2010
TĘSKNOTA

Od czasu wydarzeń opisanych w BOŻONARODZENIOWYM PODARKU nawiedziła mnie seria snów o Indiach. Były to sny to przedziwne, po części wspomnieniowe, po części dziejące się tu i teraz, w moim domu. Już dawno nie doświadczałem tak intensywnego „śnienia”, przyglądam się więc temu z uśmiechem, najpierw dlatego, przenosiły mnie w świat barw i rozmaitych przygód, po wtóre z tej przyczyny, że coś mi mówiły. Co? Ano to, że najwyraźniej mam dosyć polskiej zimy i wszystko we mnie pragnie słońca, szumu morza, ciepła oraz wyzbycia się konieczności odziewania w ileś tam warstw chroniących przez zimnem ciuchów.

Gdybym wszakże głębiej „wejrzał w mą duszę” najpewniej okazałoby się, że istnieje co najmniej jeden jeszcze powód owego śnienia. Cóż. Prawda jest taka, że moje indyjskie wędrówki nierozerwalnie wiążą się z czasem młodości. Wniosek z tego zdaje się płynąć prosty. Stetryczałem i marzy mi się powrót do ówczesnej niefrasobliwości, która sprawiała, że z nikim i niczym się nie licząc wypływałem na Indyjski Ocean z rybakami lub szwendałem się po górach Ghatów Wschodnich i nocowałem we wsiach plemion Khond i Saora. To se ne vrati, wiem, wiem. Daremna moja tęsknota i daremne śnienie. Czy aby na pewno? I czy tylko o to tu chodzi?

Indyjska lekcja ( podobnie jak chińska, afgańska, nepalska, egipska czy jakakolwiek inna, która stawia nas w obliczu inności ) przydaje się każdemu, pod tym wszakże warunkiem, że zamiast tkwić w kazamatach swojego, „jedynie słusznego” oglądu świata, uświadamia sobie, iż jest to zaledwie jeden z możliwych sposobów postrzegania rzeczywistości. Ani lepszy, ani gorszy, ani bardziej „ludzki” niż inne, ani wcale nie tak oczywisty, jak mu się na pozór wydaje.

Myśl ta przyszła mi do głowy po rozmowie z pewnym „nawróconym na Jezusa” chrześcijaninem, który powróciwszy z Indii przez kilka godzin opowiadał o „indyjskiej biedzie”, „indyjskim bałwochwalstwie” i „indyjskim pragnieniu Chrystusa”. Najzabawniejsza w tej opowieści była historia pewnego pastora, który zaproszony do hinduistycznej świątyni na spotkanie z panditami oznajmił, że owszem, tak, ale muszą oni zakryć wszystkie, znajdujące się w tym sanktuarium posagi bóstw, gdyż on nie ma zamiaru obcować z demonami. Spotkanie tyczyło nie kwestii religijnych, lecz pomocy, jakiej jego misja miała udzielić dotkniętym przez powódź wieśniakom. Indyjscy kapłani zrobili to, czego oczekiwał. Bidulek nie wiedział i nie mógł oczywiście wiedzieć, że z punktu widzenia panditów, jego zachowanie było nielogiczne, chrześcijaństwo bowiem to – wedle nich - taka sama część hindu dharm, jak np. sikhizm, w którego świątyniach również nie uświadczysz ani jednego wizerunku Boga. Hinduizmem jest każdy rodzaj duchowej praktyki, niezależnie od swoich, kulturowych korzeni. Hinduizm „ogarnia” sobą wszelkie odmiany „duchowych dróg”, z ateizmem łącznie, nie dlatego jednak, że popiera ateizm, lecz dlatego, że uznaje, iż w danej fazie życia ( czyt. wcieleniu ) jest on dla danego człowieka konieczny. To samo tyczy „duchowej ślepoty” i „spirytualnego zawężenia perspektywy”, którymi – jak uznali – cechował się ów pastor. Uśmiechnąwszy się więc, zrobili to, czego sobie życzył.  Jezus „zatryumfował”. Co prawda tylko w doznaniu pastora, ale lepsze to, niż nic…

W pewnym sensie jego zachowanie niczym się nie różniło od postępowania talibów wysadzających w powietrze figury Buddy w Bamianie ( gdyby mógł, zrobiłby zapewne to samo). Nie jest wszelako moją intencją zeń się naśmiewać. Przeciwnie. Obie strony miały rację, nie mając jej jednocześnie. Chrześcijaństwo nie jest hinduizmem ( choć może być tak postrzegane ), hinduizm to nie religią czczącą demony ( acz wiele indyjskich bóstw demoniczne cechy posiada ). Pastor i hinduscy kapłani widzieli jeden świat, lecz  „po swojemu”. Wszyscy uznawali to za rzecz naturalną i oczywistą. Dysponowali, każdy swoim, punktem odniesienia, sytuującym ich w dwóch, jakże odmiennych „centrach wszystkiego”, tj. wzorcach i schematach służących do wartościowania ich sposobu czczenia Boga. Różnica między nimi wyrażała się tym, że „centrum wszystkiego” panditów sprawiało wrażenie bardziej „pojemnego” niż „centrum wszystkiego” pastora. Można się z nimi zgodzić, można dyskutować, ale to już insza inszość. Ważne jest nie to, za kim się opowiadamy, lecz to, co z tym fantem zrobimy

Zazwyczaj wybieramy jedną opcję, te drugą odrzucając lub – przynajmniej – krytycznie się do niej odnosząc i konfrontując ją z „lepszym” ( czyt. naszym ) oglądem rzeczywistości. Rzadko kiedy staramy się ów „gorszy” ( obcy, wstrętny, dziwny, błędny itp. ) ogląd zrozumieć i przyjąć, iż jest tak samo równoprawny, jak nasz własny. Ani gorszy, ani lepszy. Po prostu – inny. Gdybyśmy jednak to zrobili, wyszłoby to nam na zdrowie. Czemu? Bo nie utożsamiając się z „innością” i jej nie odrzucając, nasz  zajmujący „centrum wszystkiego”  punkt widzenia, staje się punktem mniej centralnym. Nie straciłby swej ważności, mógłby natomiast ulec wzbogaceniu nie tyle poprzez przyjęcie jakiś „obcych” wzorców, lecz poprzez „zubożenie”, wyrażające się uświadomieniem sobie, że nie jesteśmy pępkiem świata. A skoro tak, to  nie dajemy się również nabrać na wszelką, inną „pępkowość”. Nie musimy zasłaniać figur bogów, by modlić się do Boga,  nie musimy uwierzyć, że każda religia stanowi cząstkę hindu dharm. Oczywiście, lepiej wtedy możemy się czuć tam, gdzie „centrum wszystkiego” jawi nam się bardziej przestrzennie - Indie. Co wcale nie oznacza, iż są one krainą „tolerancją i zrozumieniem płynącą”. Z tyloma konfliktami na tle religijnym co tam, nie spotkałem się nigdzie. Na moich oczach mordowano sikhów, widziałem spalone kościoły, ledwie uszedłem z życiem, gdy hindusi zaczęli naparzać się z muzułmanami. O mniej drastycznych historiach nie wspomnę, bo szkoda mi psuć sobie dzisiejszego nastroju.

W tej też tęsknocie za większą przestrzennością duchowo-religijnego wzorca upatruję przyczyny mego śnienia o Indiach. A poza tym – lubię Azję. Ilekroć tam byłem, zawsze czułem się „jak u siebie”. Uwielbiam targować się na bazarach, szwendać po wąskich uliczkach, wdychając tamtejsze zapachy. Nie przytłacza mnie bieda, ale też nie jestem na nią obojętny ( nie wszystko zresztą jest taką biedą, na jaką wygląda ). Nigdy nie szukałem w Indiach oświecenia. Zawsze natomiast odnajdywałem w sobie „wewnętrzną przestrzeń”. Czym ona jest? Szerokim oddechem. Brakiem konieczności bycia tym lub owym. I takim byłem, mniej „pękowo centrycznie”, za to bardziej, że tak powiem, szczerze. Słuchając zatem na You Tube sikhijskich kirtanów śpiewanych w Złotej Świątyni w Amritsarze, gdzie niegdyś spędziłem kilka miłych tygodni, bądź wsłuchując się w czułe dźwięki ragi Bhairavi, tęsknię za Indiami. Było nie było, to moja druga ojczyzna. Mogę tam, nie budząc niczyjego zdziwienia, iść sobie ulicą i śpiewać to, co mi serce dyktuje - Szma Israel, HaSzem Elochejnu, HaSzem echad… I w rytm tej muzyki  tańczyć…( link ) J

piątek, 22 stycznia 2010
ARCHEOLOGICZNA CIEKAWOSTKA

Wieczór. Na dworze ziąb. Siedzę w domu i ćmikam papierosa. Dym wije się po pokoju. Taki miniaturowy pląs galaktyk. Zawiozłem dziś mamę na badania. Napisałem najdurniejszy z moich wierszy ( ale mi się rymnęło, hi hi hi ) i zamieściłem go na mym „taoistycznym” blogu ( link ). Ot, chwila przerwy w biegu, w jeździe po bandzie, który to „sport” od lat kilku  uprawiam. Wczorajszy „pacjent” SDU wykończył mnie niemal całkowicie. Należy mi się odpoczynek J

Jutro jadę do Gdańska „nauczać tarota”. Jutrzejszy dzień spędzę w pociągu. Ale to jutro dopiero. Dzisiaj jest dziś. Też mi wielkie odkrycie!

Chciałem napisać jakiś „mądry” tekst. O duchowości, inicjacji, tarocie, Indiach, albo o czymś innym. Chciałem, lecz nie napisałem. I dobrze.

Dzwoni komórka. Znów telewizja. Przyjadą w poniedziałek, nagrają ze mną wywiad. O czym? O duchach. Kurde, mam dosyć. Ale zapłacą ( fakt ten warto podkreślić ), więc niech przyjeżdżają i nagrywają. Zazwyczaj nie chcą płacić. Myślą, że jak mnie pokażą w telewizji, posikam się z zachwytu. Nic z tych rzeczy. Nie to,  żeby mi nie zależało, ale i też nie gonię za tymi sprawami. Jestem w TV, OK., nie ma mnie – też dobrze. Ani mnie to rajcuje, ani ziębi.  

Siedzę więc tak, pisząc o niczym i myśląc – jest mi dobrze. Jutro gonitwa, dzisiaj – spokój, pojutrze będę „mądry”, „ezoteryczny” i „duchowy”. Lubię uczyć. Nadaję się do tego. Czuję się wtedy na swoim miejscu i w swoim żywiole. Bycia dyrem muzeum nie lubiłem. A w każdym razie nie na tyle, żeby za tym tęsknić. Nikomu nie muszę lizać tyłka, nikomu się przypochlebiać, nikomu kadzić fałszywych komplementów, z nikim przestawać jedynie dlatego, że jest Bardzo Ważną Osobą. Ode mnie zależy z kim przestaję ( „pacjentów” SDU tu nie liczę ), co zrobię ( lub nie zrobię ) i dokąd się udam. A skoro o udawaniu się gdzieś mowa – planuję kilka podróży. Czas zajrzeć gdzie mnie nie ma i zobaczyć jak to jest, kiedy tam jestem. Ale nie dziś. Wiosną lub jesienią.

Teraz powinienem napisać coś o Bogu, bądź kimś doń podobnym. Tu zacytuję słowa mojego ostatniego „pacjenta” – „mam dosyć tego Kosmity”. Ryknąłem śmiechem, kiedy to powiedział . Oczywiście wiem, że Bóg kosmitą nie jest. Ale, czy na pewno?

Dawno temu postanowiłem jakoś wyobrazić sobie rozmiary wszechświata. Przyjąłem, że 1 milimetr o 1 rok świetlny. Wymiękłem w okolicach orbity Księżyca. Najwyższa pora wywiesić białą flagę.

W kosmosie jedna galaktyka zżera drugą, gwiazdy puchną do gigantycznych wymiarów, ich mrowie znika w czarnych dziurach, a większość planet to „wypierdki gazów”. Wszechświat bywa piękny, kiedy na niego patrzymy, wszakże nasze patrzenie trwa zaledwie chwilę ułamka  chwili.

Mając 17 czy 18 lat napisałem taki oto, odnaleziony przypadkiem niedawno w szpargałach, tekst, który stanowił coś w rodzaju podsumowania albo streszczenia mojego, ówczesnego widzenia świata.

Wszechświat jest tylko i wyłącznie materialny. Energia, myśl, sen, wyobrażenie są materialne. Wszechświat jest wieczny i trwa ułamki sekund. Jest nieskończony i skończony zarazem. Jest nieskończony, ponieważ w każdej jego cząstce, w każdym stanie jego energetycznego skurczu skrywa się inny wszechświat rodzący dalsze wszechświaty. Jest skończony, bo każdy kosmos zawiera tylko samego siebie. Spowija siebie niczym płatek śniegu, będąc jedynym w swoim rodzaju światem pośród nieskończoności innych światów.

Nic nie jest takie same, dlatego nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, ani po raz wtóry iść po tej samej łące. Bóg nie istnieje. Jedność i niezmienność są pozorem. Jest tylko wszechświat pęczniejących wszechświatów; doskonały i niedoskonały zarazem. Każda jego cząstka to życie, żyje wszystko, lecz inaczej – bo każde życie jest inne. Nie gorsze, nie lepsze, ani wyżej, ani niżej. Inaczej żyje atom, inaczej człowiek, inaczej kot, inaczej kropla deszczu. „Inne” oznacza „inne”. Nic więcej.  

Każda inność cechuje się doskonałością i niedoskonałością zarazem, gdyż doskonale zawiera sama siebie i zawierając siebie w sobie, siebie niedoskonałością tą ogranicza. Podobnie ma się  z człowiekiem. Człowiek jest ułomnie doskonały i doskonale ułomny. Doskonały – bo patrzy na świat i patrząc go zmienia. Ułomny – ponieważ zmienia go, znakomicie dopasowując swoje patrzenie nań do swojego patrzenia. Dopiero kiedy czuje w sobie spazm niezmierzonego życia ( życia, które w żadnej inności nie umiera ), przestaje patrzeć. Przestaje zmieniać. Płynie nurtem nurtu życia wszechświata, tracąc w nim własne życie.

Ot archeologiczna ciekawostka, prawda?

J

wtorek, 29 grudnia 2009
BOŻONARODZENIOWY PODAREK (1)

.

Blisko trzydzieści lat temu, wędrując po Indiach zamieszkałem na pewien czas w domu wiejskiego bramina. Bramin ów każdego poranka stawał o otwartych drzwiach swojej chaty z twarzą skierowaną ku wschodzącemu słońcu i złożywszy dłonie intonował półgłosem mantrę Gayatri. Drugiego, czy trzeciego dnia przyłączyłem się do jego porannych modlitw, co skwitował pełnym zrozumienia uśmiechem, a w dowód uznania zawiózł mnie swoim starym samochodem nad pobliską rzekę, gdzie odziani na biało kapłani, zwani agnihotarami, palili ognie o brzasku i zachodzie słońca i śpiewali stare, wedyjskie hymny ku czci Agniego, Surji i Sawitara -  bogów ognia, słońca i słonecznego blasku. Uczestnicząc w ich ceremoniach odniosłem wrażenie, że wracam do odległej epoki, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o żadnym Jezusie, czy Buddzie, i – mówiąc szczerze – znakomicie się w niej czułem. Z nagła wyrwany spod „pręgierza” Dekalogu oraz innych, „spirytualnych wynalazków” judeochrześcijańskiej tradycji czułem radość, ale i też zadziwienie, ponieważ znów nawiedziło mnie, znane mi dobrze od dzieciństwa, poczucie, że jestem „u siebie”. Że skądś to wszystko znam i rozumiem.

.

Poczucie to nazywam „prawspomnieniem”. Rodzi się ono w pewnych miejscach i chwilach, które – choć różnią się od siebie – posiadają jedną, wspólną cechę. Są miejscami i chwilami przejawiania się czegoś pradawnego, odwiecznego, równie starego ( jeśli nie starszego ) jak kosmos. We snach, w wizjach, na jawie odczuwałem „to coś” wielokrotnie. Za każdym razem inaczej, w innych sytuacjach, lecz zawsze w ten sam emocjonalny sposób. Nigdy jednak nie próbowałem wzbudzić tego w sobie poprzez zastosowanie jakiejś duchowej praktyki. To raczej ona była efektem „prawspomnienia”, a nie jego źródłem.

.

Różnica między wszystkimi, doznawanymi wcześniej ( i później ) „prawspomnieniami”, a tamtym „prawspomnieniem” polegała na tym, że po raz pierwszy ( i jak dotąd – ostatni ), zbiegło się ono z obserwacją, a potem udziałem w rycie, który nie był teatralną inscenizacją przygotowaną dla turystów, czy odtworzeniem dawnych obrzędów, bądź ich zeuropeizowaną mutacją ( jak agnihotra ), lecz czymś, co nie tylko stanowi element żywej tradycji duchowej, ale i również jej „spirytualnym korzeniem”. Kilka tygodni później wrażenie to powróciło, tym razem w niewielkiej świątyńce Durgi nieopodal Phulbani ( północna Orisa ), gdzie siedząc koło tamtejszego pandity ( kapłana ), słuchałem, jak śpiewa hymny Jadźurwedy. Znów byłem „u siebie”, znów śmiałem się i machałem radośnie rękami, pandita także się śmiał i w przerwach gadał coś do mnie w języku urija, z czego niewiele pojmowałem. Mimo to rozumieliśmy się doskonale. Noc minęła szybko, zbyt szybko nawet. O brzasku obaj stanęliśmy twarzami ku słońcu. I odśpiewaliśmy Gayatri.

.

Wspominam o tym nie dlatego, by chwalić się swymi podróżami, lecz z tej przyczyny, że po trzydziestu latach mantra ta powróciła do mnie w dość dziwnych okolicznościach. Otóż jakieś dziesięć dni temu obudziłem się rano, mamrocząc tę mantrę pod nosem. Fakt ten mocno mnie zdumiał. „Ki diabeł?” – pomyślałem, oprzytomniawszy nieco. Machnąłem ręką i pewnie szybko bym o tym zapomniał, gdyby nie to, że następnego ranka historia ta zdarzyła się ponownie „No cóż – stwierdziłem, paląc papierosa i poranną siorbiąc kawę - Indie są moją drugą ojczyzną, spędziłem w nich kilka latek, nie dziwota zatem, że co jakiś czas ogarnia mnie tęsknota za nimi”. Kiedy jednak w dzień później po raz trzeci okazało się, że przechodząc ze snu w jawę recytuję Gayatri, uznałem, iż należy przyjrzeć się temu uważniej. Skąd mi się to wzięło? Mentalny implant? Figle podświadomości? Astralny przekaz? A może coś więcej?

Zadałem sobie dwa pytania. Po pierwsze - jaki „brak czegoś” fenomen ten we mnie wywołuje? Po drugie  – dlaczego „brak” ów „zapełnia się”  tą właśnie mantrą, a nie innymi, kulturowo i duchowo bliższymi mi, modlitewnymi tekstami?

Odpowiedź na pierwsze pytanie wydała się stosunkowo prosta. Brakuje mi codziennej modlitwy, rytmu czasu wyznaczonego porannym i wieczornym modleniem się, konkretnej, modlitewnej praktyki, którą dość często zalecam moim „pacjentom”, lecz sam ją niezbyt regularnie stosuję. OK., „coś” we mnie chce tedy regularnie się modlić. W porządku. Czemu wszakże owo „coś” nie wzbudziło w mym sercu kawanah ( ukierunkowania woli na Jedynego) oraz pragnienia dewekut ( „przylgnięcia” doń ), jak dzieje się to na jawie? Co sprawiło, że mechanicznie „mantruję” Gayatri i to na dodatek w sanskrycie? Sanskryt owszem, znam. Sanskrycki tekst mantry pamiętam. Lecz co z tego? Ostatni raz „mantrowałem” ją trzydzieści lat temu, w żaden sposób nie identyfikuję się z hinduistyczną tradycją, owszem, w trakcie mych indyjskich wędrówek brałem udział w rozmaitych praktykach, lecz nigdy nie byłem „białasem” szukającym w Indiach guru i „oświecenia”. Od tamtej pory wiele wody upłynęło w Gangesie i w Wiśle. Nie fascynuje mnie góra Kaliasa. Zdecydowanie wolę świętokrzyskiego Łyśca.

Mówiąc krótko - gdybym zamiast Gayatri  recytował w półśnie modlitwę Jezusową, którą kiedyś uparcie „ćwiczyłem”, „Ojczenaszkę”, „Zdrowaśki”, bądź Szma Israel, sprawa byłaby bardziej oczywista i niezbyt interesująca. Tu wszakże miałem do czynienia z „obcym bytem”. A dokładniej z czymś, co nigdy nie stało się częścią mojej świadomej, realizowanej przez długi czas duchowej praktyki. Ani chybi mentalny implant. „Odczyniłem uroki”. Skutkują w 99 procentach. Tym razem nie poskutkowały. Znów obudziłem się z mantrą Gayatri na ustach…

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI DRUGIEJ - LINK

BOŻONARODZENIOWY PODAREK (2)

 Skoro tak, stwierdziłem, to pora przyoblec „indyjskie wdzianko” i przeanalizować rzecz całą bardziej metodycznie.

Mantra Gayatri ( od sanskryckiego gai śpiewać, gīta - pieśń ), znana także pod nazwą Savitri (od imienia boga Sawitara uosabiającego słoneczny blask ) jest najsłynniejszą, najświętszą frazą Wed, którą wielu Hindusów intonuje co najmniej trzy razy o swicie i o zachodzie słońca. Ma ona silny związek z praktyką agnihotry ( tej prawdziwej, a nie jej new age’owej mutacji, w której – o ile wiem – jej się nie wypowiada, zastępując ją mantrami skierowanymi do Agniego i Pradźapatiego ). Odgrywa ona ważną rolę w inicjacji chłopców z wyższych ( rytualnie czystych ) kast. Przede wszystkim jednak uważa się, że mantra ta najpełniej odzwierciedla istotę indyjskiej duchowości. Zaliczyć ją przeto można do tej samej kategorii świętych tekstów i modlitw zarazem, do jakich należą: żydowska modlitwa Szma Israel, chrześcijańskie „Ojcze nasz”, pierwsza Sura Koranu zwana „Otwierającą” ( od której rozpoczyna modlitwę każdy muzułmanin ), czy buddyjska mantra Om mani padme hum ( O Ty w kwiecie lotosu ). Dlaczego? Ponieważ jest w nich „zogniskowane” to wszystko, z czym i ku czemu kieruje się wypowiadający je podczas modlitwy bądź medytacji człowiek. W tym sensie widzieć w nich trzeba coś w rodzaju „katalizatora” duchowych odniesień ku temu, do kogo są skierowane i jakimi słowami go określają. Z drugiej strony działają także na człowieka, najpierw „energetycznie” ( jako „mocne słowa” ), potem mentalnie, poprzez kształtowanie i formowanie myśli. W rezultacie stają się „napędem” uruchamiającym mechanizm powstawania myślokształtów, wiążąc nas z egregorem danego, spirytualnego przekazu. Związek ów nie musi być trwały, jeżeli jednak praktykujemy go regularnie i, na dodatek, wzbogacamy religijnymi symbolami, staje się on głębszy i – w pewnym sensie – naturalny.

.

Nie wyklucza to możliwości „przekroczenia” egregorycznej sfery „adresata” tego typu modlitwy. Skutecznych sposobów jest kilka. Inne ( jak chociażby nadawanie „mantrom” nowych znaczeń lub ich przeobrażanie ) – zawodzą. Najprostszy sposób to „przeniesienie” punktu koncentracji z zewnątrz do wnętrza i „odarcie” go z określanych przez „mantry” atrybutów. Tą drogą poszli autorzy Upaniszad i zawiodło to ich do postawienia znaku równości między atmanem a brahmanem. W mistyce prawosławia i, po części, katolicyzmu, metoda tą stała się postawa apofatyczna, tj. wykluczająca wszelkie obrazowanie i ukierunkowująca na „boską pustko-pełnię”. Buddyzm „wynalazł” śunyatę, okultyzm, a za nim jego new age’owe popłuczyny - psychologizację duchowych doświadczeń. Sęk w tym, że nikt, nawet buddyści zen, nie mogą obyć się bez symboli. „Międlący” Jezusową modlitwę mnich kłania się ikonom, jogin upodabnia się do góry Meru, a buddysta zen obrazuje „takość” rzeczywistości kaligrafią lub wierszami haiku. O kabalistach, szamanach i katolickich świętych z ich wizjami i doznaniami nie wspomnę, bo sprawa to oczywista. Wszyscy tkwimy w jakimś zespole egregorow. Trzeba je więc najpierw rozpoznać jako egregory, potem dopiero fakt ten wykorzystać.

.

Doszedłszy do tych „wstrząsających” wniosków Wasz przemądrzały Suljan wziął się za analizę tekstu Gayatri. Składa się on z czterech wersów. Pierwszy pochodzi z Jadźurwedy (zbioru hymnów rytualnych śpiewanych w trakcie rozmaitych ceremonii). Trzy pozostałe - z Rygwedy ( Rg. 3.62.10 ). W sanskrycie brzmi następująco:

.

Oṃ bhūr bhuvaḥ svaḥ

tat savitur vareńyaṃ

bhargo devasya dhīmahi

dhiyo yo naḥ praćodayāt

.

Tłumaczy się go rozmaicie, ja wszakże nie po to uczyłem się rozmaitych języków, by wzorem mych „nawróconych na Jezusa” przyjaciół bić czołem przed cudzymi przekładami. Wygrzebałem z biblioteki sanskryckie słowniki, sięgnąłem po moje stare przekłady Upaniszad i Wed, po czym wziąłem się do roboty. Najpierw dokonałem zestawu formujących mantrę słów i ich gramatycznych oraz znaczeniowych odniesień[1]. Potem, zapisawszy wiele możliwych wersji tłumaczenia, wybrałem jedną z nich:

Stwórcy wszelkiego bytu, chwała!

Tego Ożywiciela cudownego,

światłością boską się sycimy,

niechaj pobudzi nasze myśli.[2]



[1] Wers pierwszy: Om - święta sylaba, pradźwiek, który zapoczątkował stworzenie wszechświata, stanowiący jedność ze Stworzycielem, uznawany za mantrę wszystkich mantr; bhūr  - „ziemia”, „grunt”, „byt” (od b – „być”, „istnieć”); bhuvaḥ - „istnienie”, „świat”, tu w formie ablativu ; svah - od sanskryckiego svaha – „chwała”, bliskie słowom svarga – „niebo”, „blask”, sva – „mój”, lub „sam w sobie”, „własny dla siebie” oraz svasti – „świecący”, „błyszczący”, „świetlisty” (etymologicznie stare, praindoeuropejskie słowo, w języku polskim przekształcone w „swar”, „skwar”,„żar”  i występujące w takich „pogańskich” imionach i nazwach, jak „Swarożyc”, czy „swarzyca”).

Wers drugi: tat  ( od tad ) – „tego, o którym mowa”, „owego”; savitur – od imienia boga słonecznego blasku,  Sawitara, imię to oznacza „Ożywiciel”, „Pobudzacz”, „Inicjator”, „Przewodnik” (w tym znaczeniu również – Psychopompos, ten, który wiedzie dusze w zaświaty); vareńyam – „cudownego”, „nadobnego”, „zdobnego”, „błyszczącego”, „miłego”, „lubego”, „strojnego”.

Wers trzeci:: bhargo ( od bharga ) - „blask”, „lśnienie”, „światłość”, „wzniosłość”, „królewskość”;  devasya – „boskiego”, „boga”; dhīmahi – „myślimy”, „życzymy sobie”, „świecimy”, „przyjmujemy”, „chłoniemy”, „sycimy się”, „czcimy” (bywa też tłumaczone jako – „medytujemy”), tu – w formie biernej.

Wers czwarty: dhiyo – „myśli”, „umysły”; yo – „oby”, „niech”, „może”; naḥ - „nasze”, „naszych”; praćodayāt ( od praćoda ) - „pobudzać”, „ożywiać”, „napędzać”, „ponaglać”.

[2] Wersje innych tłumaczy: Pomyślmy o cudownym blasku boga Sawitara, by natchnienie zesłał naszym umysłom ( Artur L.Basham, Indie, Warszawa 1973, s. 204 ); Obyśmy światłość tę posiedli, cudowną boga Sawitara, niech on pobudzi nasze myśli (Słownik mitologii hinduskiej, Warszawa 1994, s. 165); Medytujemy na chwałę tego bytu, który stworzył ten wszechświat, który może oświecić nasze umysły. (wg. Swamiego Vivekanandy). Inne, bardziej rozbudowane pomijam, zainteresowanych odsyłam do fachowej literatury, a mniej wybrednych – do Internetu.

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI TRZECIEJ - LINK

BOŻONARODZENIOWY PODAREK (3)

Im bardziej wgłębiałem się w sanskrycki tekst mantry, tym oczywistsze stawało się dla mnie, że to nie indolodzy mieli rację, uznając, że ów fragment hymnu odnosi się do Sawitara, lecz indyjscy guru, dla których mantra ta stanowi odniesienie do Stworzyciela, którego symbolem jest słoneczny blask. Nihil novi sub solem,  ale czy do końca? Przymiotem Boga, wedle mantry, jest Jego świetlistość. W pierwszym wersie obrazuje ją słowo svah ( „chwała”, w jej świetlnym znaczeniu ), w drugim - vareńyaṃ ( dosł. „klejnotozdobny” ), w trzecim – bhargo (lśniący, połyskliwy, itd. ). Posiada On zdolność „rozświetlania” (wers trzeci, dhīmahi – dosł. „czyni świetliste myśli”) i „pobudzania”, „ożywiania” (wers czwarty -  praćodayāt ) ludzkich jaźni. Jest „samoistny” ( drugie znaczenie słowa svah ), a jednocześnie się przejawiający jako savitur („ożywiacz”). Istniejący i stwarzający, w dynamice tego, co stwarza (bhūr bhuvaḥ) i w swej niezmienności jako Om. Nic więc dziwnego, że obaj bramini nauczyli mnie zaczynać i kończyć Gayatri tym „pradźwiękiem”. Wszystko z Niego się wysnuwa i doń powraca. Jak oddech, którego właściwa rytmiczność odgrywa w śpiewnej recytacji tej mantry podstawową rolę.

Zadowolony z siebie, a jeszcze bardziej z tego, że nie zapomniałem sanskrytu, pojechałem na Wigilię do mamy. W trakcie wigilijnej wieczerzy mama przyznała się, że od czasu śmierci jej brata odczuwa trapiący ją smutek.

- Mamo – powiedziałem – kiedy ci jest smutno, wyobraź sobie, że stoisz w jakimś ulubionym miejscu i patrzysz na wschodzące słońce. To pomaga.

- Synku – odrzekła z uśmiechem – ja już dawno to robię.

- Naprawdę? – zdziwiłem się, gdyż byłem pewien, że poznana przeze mnie Indiach metoda, którą nazywam „twarzą na wschód”, powinna być jej z gruntu obca.

- Oczywiście!

- I gdzie wtedy siebie wyobrażasz?

- Jak to gdzie? Na Świętym Krzyżu…

- Na Łyścu… – wtrąciłem

- Bo tam oglądałam z twoim ojcem wiele wschodów słońca, kiedy ciebie jeszcze na świecie nie było. I tam właśnie… to był chyba kwiecień… no wiesz, co chcę powiedzieć…

„Twarzą do wschodu” – mamrotałem, wracając samochodem do domu. – „Twarzą do wschodu, debilu! Do dupy cała twoja „duchowa mądrość”, kretynie! Stamtąd to wziąłeś. Tam  tego naprawdę się nauczyłeś…”. 

Szczerze mówiąc, to wcale nie było mi głupio. Przeciwnie. Uśmiechałem się od ucha do ucha i raz po raz parskałem gromkim śmiechem. Lepszego daru „pod choinkę” nie mogłem dostać. A co do reszty… No cóż… Po tej rozmowie samoistne „mantrowanie” Gayatri przeszło, jak ręką odjął...

.

Om, amen, alleluja, ect… J

sobota, 31 października 2009
CHCĘ...

Od czasu, kiedy mój pies, Wódz, stetryczał i ogłuchł na jedno ucho, zrobiło mi się nieco smutniej w sercu, w jego oczach bowiem widzę narastające oddalenie. Starość boli, nie tylko ze względu na choróbska i niemożność bycia takim, jakim się niegdyś było. Przede wszystkim dlatego, że uświadamia nam, iż brama do zaświatów znajduje się bardzo blisko. Taka kolej rzeczy – chciałoby się powiedzieć, i na tym kończy się nasza „mądrość”. Czemu? Bo zaświat to milczenie. Stojąc na jego progu milczymy, brakuje nam słów.

Głaszczę więc Wodza po jego chudej łepetynie, martwię się, że nie chce jeść nawet swych ulubionych „kosteczek”, mruczę coś pod nosem pieszczotliwie, wieczorem, kiedy oglądam „Fakty” a on leży przy mnie, trzymam go za łapę. Mówię mu w ten sposób – nie odchodź, ale on chce odejść. I szykuje się do tej podróży zupełnie tak samo jak moja mama, nie walcząc z tym, co nieuchronne, lecz temu się poddając.

Nie wiem, jak będę umierał, kiedy i gdzie, mam wszakże świadomość, że może to nastąpić w każdej chwili, co nie oznacza oczywiście, że żyję w cieniu śmierci. Przeciwnie. Już parokrotnie oznajmiałem „Temu w górze” – „Nie teraz! Jeszcze nie czas. Jeszcze chciałbym…”. No właśnie, czy to „chciałbym” jest silniejsze od nieuchronnego „teraz musisz”?

Myśląc o tym coraz jaśniej widzę, że dawno, dawno temu, tak bardzo dawno, że nawet nie pamiętam kiedy, podjąłem pewną decyzję, która sprawiła, że jestem dziś tym, kim jestem, a moje życie wyglądało tak, jak je opisałem w „Mojej duchowej drodze”. Zapłaciłem za to słoną cenę, lecz ani jej, ani tej decyzji nie żałuję. Obłożony klątwą za odstępstwo i zdradę musiałem błądzić na wygnaniu; błądząc chciałem być wierny. Dlatego chcę, by kiedy umrę, odczytano nad moim grobem dwa teksty. Pierwszy, to Sutra Serca.  A drugi to modlitwa  Szma Izrael

czwartek, 24 września 2009
CZY MATRIX JEST NAM POTRZEBNY?

Jakby na przekor temu, co dotychczas pisałem, odpowiem na to pytanie twierdząco. Otóż duchowy matrix jest nam potrzebny. Co więcej - nic i nikt nie jest w stanie nas od niego uwolnić. A skoro tak, to mamy trzy wyjścia. Możemy strawić życie na nieudolne próby wyzwolenia się zeń. Możemy nurzać się w nim, uznawszy, iż stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzeczywistości. Ale możemy też nauczyć się przechodzić mimo niego, wykorzystując go do osiągnięcia konkretnych celów. Żywoty Jezusa, Buddy, Lao Tsy, czy Icchaka Lurii świadczą o tym, że każdy z nich obrał tę właśnie drogę, z jednej strony krytycznie odnosząc się do „swojego matrixa”, z drugiej - osadzając trzon swoich nauk właśnie w nim i zeń go wywodząc.

W oczach ortodoksyjnych Żydów Jezus był heretykiem łamiącym zasady szabatu, a przecież – wedle jego własnych słów – nie przyszedł po to, by znieść nakazy Tory, lecz po to, by ją dopełnić tym chociażby stwierdzeniem, że to szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Bramini potępiali Buddę, ponieważ podważył zasady kastowości i innych form społecznego tabu oraz za nic miał dywagacje Upaniszad, on wszakże, podobnie jak oni, wierzył w reinkarnację i na tym przekonaniu zbudował system swoich nauk. Izaak Luria sformułował ideę cimcum – wycofania się Boga w głąb siebie po to, by oddać miejsce stwarzanemu światu, jednakże idea ta, wbrew opinii ortodoksów, nie odarła Bóstwa z przymiotów królewskości; przeciwnie - dopełniła je poprzez ukazania cimcum jako aktu miłości. Wyśmiewając sformułowane przez Konfucjusza reguły zasad społecznych obowiązujących władcę i jego poddanych, Lao Tsy nie był anarchistą. Jego Tao Te King to nie tylko mistyczny traktat; to także zbiór rad dla króla pragnącego rządzić państwem zgodnie z naturą Tao. Stosunek każdego z nich do matrixa był zatem – jeśli tak można rzec – heretycki. Nie „walczyli” z matrixem.  Oni go dopełniając, przeistaczali.

Klasycznym przykładem takiego postępowania jest Kazanie na Górze, w którym Jezus obiecał Królestwo Niebios „ubogim duchem”, zamykając doń bramy „duchowym bogaczom” ( prędzej wielbłąd przeciśnie się przez ucho igielne, itd... ). Kim jest „duchowy bogacz”? „Duchowym mędrcem”. A kim „ubogi duchem”? „Duchowym głupcem”. Ten pierwszy wie i wierzy ( negacja roli wiary przez niektórych „mędrców” stanowi dowód ich zgoła „nieduchownej głupoty” ). A ten drugi? Wierzy, nie wiedząc? Z dziecięcą ufnością zawierza Bogu. „Rozpływa się” w Nim. Zatraca swoje „ego”? Być może. Jak można jednak ufać, rozpływać się i zatracać w kimś/czymś o kim/o czym nic się nie wie? „Ubogi duchem” zatem także jest człowiekiem wiedzącym, a raczej „nabywającym wiedzę” poprzez wiarę. „Mędrzec” poznał Boga i czerpie z tego pyszne zadowolenie. „Duchowy głupiec” czyni siebie w Jego obliczu nikim, pokornie postępując za Tym, w którego żarliwie wierzy.

I tu powinienem napisać mini traktacik o „poznawaniu sercem” i „poznawaniu głową”, ale mi się nie chce. Najpierw dlatego, że mógłbym kogoś urazić. Po wtóre z tej przyczyny, że mam na temat „duchowego głupca” nieco inne zdanie. Owszem, jest nim ten, kto z pokorą serca zawierza siebie Bogu. Ale jest nim również ten, co nie wiedząc, czy wierzy, z wiarą odnosi się do Tego, który jest, lecz jakby Go nie było. Czyni tak, ponieważ nie może żyć bez Boga, cieszy się więc Nieobecnością Obecnego. A jak ten fakt powiązać z matrixem, o którym wspominałem wcześniej? Najprościej - matrix i tę durną postawę uwzględnia. Ja tylko go dopełniłem, hi hi hi…

czwartek, 23 lipca 2009
OPOWIEŚĆ O OPOWIADANIU

Dawno, dawno temu, tak bardzo dawno, że już prawie nie pamiętam kiedy, postanowiłem napisać opowiadanie, którego akcja rozgrywa się na cyplu mazurskiego jeziora i trwa jeden dzień. Bohaterami opowieści mieli być człowiek i jętka jednodniówka.  Człowiek przywędrował nad to jezioro o świcie po to, by spędzić nad nim cały dzień w samotności, z dala od „zgiełku cywilizacji”. W tej samej chwili, gdy siedząc na zwalonym drzewie napawał swoje oczy widokiem wschodzącego słońca, kilka metrów od niego wykluła się z larwy jętka jednodniówka. Spotkać się mieli tylko dwa razy. Po raz pierwszy, gdy odfrunęła od człowieka, odgoniona niedbałym ruchem dłoni. I po raz wtóry, wieczorem, kiedy umierając wpadła mu do kociołka z zupą.

Czemu wybrałem taki temat? Z prostego powodu. Chciałem opisać to, jak jedna czasoprzestrzeń objawia się w dwóch psychokosmosach - człowieka i owada. Niewielki cypel i jeden dzień są w ludzkim odczuwaniu zaledwie fragmentem czegoś większego od nich. To, co dla ludzi trwa krótko, dla jętki jest całym jej życiem. Wielkość i małość to sprawy względne, zależne od punktu widzenia. To samo tyczy wszystkich przezywanych doznań. Inaczej postrzega gałąź człowiek, a inaczej owad.

Utknąłem już w drugim akapicie, ponieważ zabrakło mi słów zdolnych opisać to, czym był dla jętki brzask dnia. Nie potrafiłem znaleźć określeń dla skali barw i amplitudy świetlistych drgań przez nią odbieranych. By to zrobić musiałbym wprowadzić trzeci punkt odniesienia – narratora, czyli kogoś, kto za nią to opowiada i w którego jaźni odzwierciedlają się jaźnie obu bohaterów opowiadania. Kim jest ów „trzeci” względem tamtych dwóch? Na poziomie pozaliterackim, ontologicznym – Bogiem. „Na początku było Słowo”. Bóg świat opowiada. Każda opowieść to obraz psychokosmosu opowiadającego. Każdy psychokmosmos ma swoje granice i zakrzywienia; postrzega tylko to, co znajduje się w ich zasięgu. Co znajduje się poza nimi? Mistyka nazywa to pustką. Ja nadałem temu miano przestrzeni.

Do problemu tego wróciłem, pisząc moją pierwszą powieść, „Księgi dolin”. Traktowała ona o przygodach człowieka imieniem Odyniec, który wraz ze swym ludem mieszkał w Zielonej Dolnie. Pewnego dnia dowiedział się, że musi ją opuścić i odszukać kogoś, kto przybył do niej z zewnątrz dawno temu, a potem odszedł  i od tej pory nazywany jest Przybyszem. Szukając go Odyniec wędrował, odkrywając, że poza jego doliną są inne doliny i w każdej z nich opowiada się mity i legendy o Odyńcu poszukującym Przybysza. Zagubiony w ich labiryncie zapragnął ujrzeć świat poza dolinami. Chciał wyjść poza doliny, poza wszelkie opowieści, legendy i mity. Swój cel osiągnął, wspinając się na Białą Górę. Ujrzał kosmos z innej perspektywy. Czym on był? Mieszkaniem, w którym dzieci bawiły się zabawkami, on sam zaś i wszyscy bohaterowie książki okazali się być plastykowymi żołnierzykami.

Konstatacja gorzka, lecz przecież nie o zasugerowanie, iż Bóg bawi się nami jak my zabawkami w książce tej chodziło. Chodziło o to, że Odyniec opowiadał o swoim świecie dolin, inni bohaterowie opowiadali o Odyńcu, a ja opowiadałem o nich. „Kto jest bogiem dla boga?” – napisałem wtedy i skierowałem to pytanie do Odyńca. „Nigdy – odpowiedział – nigdy nie widziałem przestrzeni…”. W tym punkcie spotkaliśmy się: on i ja. Ktoś wymyślony przeze mnie i jego kreator. Obu nas zamykał świat dolin. Żadnemu z nas nie udało się wyjść na otwartą przestrzeń.

Temat ten powracał do mnie wielokrotnie, najmocniej w drugiej powieści – „Miasto twarzy”. Tu już całkiem świadomie wprowadziłem postać „nadnarratora”, który przejawia się w opisywanym przez siebie świecie dwa razy. Pierwszy raz, na początku, gdy mówi do zagubionego w pustyni człowieka; „jeden” i słowo to sprawia, że ów człowiek doznaje siebie jako kogoś innego, niż reszta świata. Po raz drugi, na końcu, gdy świat ten ulega zagładzie, opowieść się kończy, „nadnarrator” zaś zabiera wszystkie żyjące w nim ludy do swojego Królestwa, czyli swojego świata. Nie sądzi nikogo i nie odbiera mu daru ocalenia, gdyż wszyscy robili to, co powinni robić, by ta opowieść zaistniała opowiadana przez opowiadających.

„Po co Bóg stworzył człowieka?” – pyta Myszonę, bohaterkę mojej trzeciej powieści, Magister, przyjaciel jej męża, Szymona. Myszona odpowiada: „Po to, by współtworzył z nim to, co On stwarza”. Odpowiedź ta stanowiła rekapitulację tego, dokąd doszedłem. I otworzyła przede mną wrota matrixa. Do kabały, tarota, magii i innych mistyczno-magicznych form duchowości, w których grzęznąc, wciąż zadawałem pytanie: co znajduje się poza ich światami? Dusiłem się w nich. Potrzebowałem Boga, ale jeszcze bardziej potrzebowałem przestrzeni.

Myślę, że to właśnie sprawiło, że praczłowiek zlazł z drzewa i ruszył w sawannę, zaś mityczni Praludzie przyjęli dar węża – owoc poznania dobrego i złego.  I wiem, że przestrzeń nie jest jakaś mrzonką czy produktem wiecznie niespokojnego umysłu. Ona istnieje. Gdzie? Tam, gdzie nie sięga matrix. Nie w dolinach, lecz w tym, co sprawia, że doliny w ogóle mogą zaistnieć. Nie jest dolinami, matrixami, astralami czy światami astrofizycznych teorii, lecz to w niej one mogą się „zajmować” same sobą. Nie jest umysłem, bo każda jaźń, nawet wszechogarniająca, boska, staje się dla siebie więzieniem. Więzienie to nuda. Przestrzeń nie jest nudna. Spójrzcie na tych wszystkich bogów, bogów mitów i bogów nauki, bogów wiedzy, poznania, miłości, pieniędzy, szczęścia, mocy, ekstazy, oświecenia i jego braku. Są nudni. Są mali, ułomni, cząstkowi, choć zdają się wielcy jak ta kupa śmiecia, którą nazywamy kosmosem. Przestrzeń nie jest cząstkowa. Nie daje się podzielić, ani tym bardziej pomnożyć. Gdzież jest? W tym, co wspólne dla człowieka i jętki. W czymś do czego zbędny jest „nadnarrator”. Bo o czym tu opowiadać, skoro przestrzeń o opowieści nie opowiada? Nazwij ją przestrzenią, a stracisz przestrzenność. Nazwij ją brakiem przestrzeni, a znajdziesz świat dolin...

środa, 24 czerwca 2009
WYZNANIE WIARY

wierzę...

wtorek, 23 czerwca 2009
BÓG WOŁAJĄCYCH

Są tacy, którzy w Niego wierzą. Są tacy, którzy nie wierzą. Są tacy, którzy wiedzą, że jest. Są tacy, którzy wiedzą jaki jest. Są tacy, którzy o Nim opowiadają. Są tacy, którzy w Jego imieniu zabijają. Są tacy, którzy odmawiają innym do Niego dostępu. Są tacy, którzy cierpią i wyrzekają się świata, żeby Go znaleźć. Są tacy, którzy nie szukają i Go znajdują.  

Był czas, kiedy myślałem, że w Niego wierzę, lecz byłem daleko od Niego. Był czas, kiedy weń nie wierzyłem, a przecież Go wypatrywałem. Był czas, kiedy sądziłem, że wiem, iż jest i ta wiedza mnie zwiodła. Był czas, kiedy myślałem, że wiem jaki jest – wspominam tamte dni ze wstydem. Był czas, kiedy moglem godzinami o Nim opowiadać, lecz szczęśliwie ten czas przeminął. Był czas, kiedy szydziłem z tych, którzy zabijają w Jego imieniu, zapomniawszy, że zabijać też można słowem. Był czas, gdy wyrzekałem się rozmaitych spraw, byleby Mu się przypodobać – zawiodłem tylko siebie. Był czas, kiedy Go szukałem i nie znalazłem. Był czas, w którym zaniechałem szukania i On mnie znalazł.

Co z tego wynika?

Nic szczególnego, poza tym, że czegoś w tej historyjce brakuje.

Powiem Wam, czego.

Tego, że Bóg nie jest Bogiem wierzących, nie wierzących, szukających i nie szukających, wiedzących i nie wiedzących.

Bóg jest Bogiem wołających.

Nie odnalazłby mnie, gdybym doń nie wołał,

Całym sobą.

Ze wszystkich sił.

Kto ma uszy do słuchania… itd. J

Link

sobota, 06 czerwca 2009
PIJĄC PORANNĄ KAWĘ

Zapalam papierosa. Jest sobota, słonecznie, przez otwarte balkonowe drzwi wpada do pokoju chłodne powietrze. Patrzę na ogród i myślę: „czas skosić trawę”. Ale nie chce mi się. Poczekam chwilę. Łyk kawy jest ważniejszy. I siwy, papierosowy dym…

Na stole leży „Prawdziwa księga południowego kwiatu” otworzona na piętnastym rozdziale noszącym tytuł „Zatwardziałe przekonania”. Lektura w sam raz na dzisiejszy poranek. Dziś wyjątkowo nigdzie nie pojechaliśmy. Dzisiaj idziemy na gimnazjalny bal naszego, młodszego syna. I możemy poświęcić się nicnierobieniu J

W górze jest niebo, w dole ziemia, a miedzy nimi to wszystko, na co patrzę. Duchy odeszły, Bóg umarł, diabeł skonał w zaświatach. Opieram się o biurko, które odziedziczyłem po moim dziadku. Dotykam dłonią wyżłobień – śladów przeszłości. Domu, w którym ono kiedyś stało już nie ma. Spłonęł 2-3 lata temu. Teraz biurko jest u mnie, w Radości pod Warszawą. Ludzie i rzeczy mają swoją historię. Kto ją spamięta? Kto ją spisze?

Kawa nieco wystygła, lecz mnie to nie przeszkadza. To, co gorące przed chwilą, teraz jest letnie. Taka kolej rzeczy.

Gil usiadł na kamieniu, wygrzebuje coś spośród nieskoszonych traw. Zerkamy na siebie. Frrrrrrrr… Odfrunął. Frrrrrrr… Powrócił. Co lepszego mogło mnie dziś spotkać?

piątek, 17 kwietnia 2009
ROZSTAJE

     Jaki czas temu, napomknąwszy o tym, że pewien „duchowy autorytet”  oświadczył, że jestem opętany i brakuje mi „duchowych podstaw”, obiecałem powrócić do tej sprawy, po czym, z przyczyn wszelakich, tego nie uczyniłem ( link ). Może i dobrze, gdyż „autorytet” był, delikatnie mówiąc, mierny, a na dodatek z lekka zbzikowany, by nie powiedzieć psychiatrycznie leczony. Z przykrością zatem odnotowuję fakt, że tej samej klasy opinię o mnie wyraził niedawno inny "autorytet"; ktoś, kogo do tej pory bardzo ceniłem i nie byłem w tej kwestii odosobniony. Stwierdził on, że ze względu na to, iż moja duchowa inicjacja zakończyła się niepowodzeniem głoszę to, co głoszę ( a co głoszę, kazdy może poczytac na CTUD-zie ). Na domiar złego niczego nie rozumiem ( przyczyna niezrozumienia – patrz punkt pierwszy ), zwodzę więc słuchaczy i – jeśli tak można powiedzieć – obciążam swoją klęską. Owszem, kierują mną szlachetne pobudki chronienia innych przed niebezpieczeństwami „duchowej podróży”, cóż z tego jednak, skoro utknąłem w martwym punkcie. O moim niskim morale świadczy to, że złamałem złożone aniołom i innym duchom przysięgi. Przysiąg zaś i przyrzeczeń zawsze trzeba dotrzymywać. Słowa te zostały wypowiedziane publicznie, dlatego nie muszę ukrywać imienia i nazwiska owego „autorytetu”. Był nim Jerzy Prokopiuk, sztandarowa postać polskiej ezoteryki.

     No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak w stu procentach zgodzić się z tezami „profesora” Prokopiuka. Najpierw dlatego, że mimo braku ukończenia studiów wyższych w pełni zasłużył na ten tytuł, jakim go często w mediach określają, ja zaś jestem zaledwie skromnym doktorem nauk humanistycznych. Po wtóre z tej przyczyny, że duchowa inicjacja, jaką przechodziłem,  naprawdę zakończyła się klęską. Nie moją wszakże, lecz spirytualnych bytów, z którymi musiałem ( i – nie ma co ukrywać – chciałem ) obcować. Mówiąc najprościej, ku ich „zmartwieniu” nie tylko je rozpoznałem, ale i też konsekwentnie odrzuciłem, nie one bowiem były celem mojej „duchowej wędrówki”, lecz Źródło Wszystkiego, które określam mianem Żywego Boga. I tym różnię się zasadniczo od Jerzego Prokopiuka, nic więc dziwnego, że kiedy na wspomnianej konferencji zaprezentowałem tezy opisane w VII Lekcjach o Egregorach oraz w Przypadku Tezeusza, naczelny gnostyk III RP zawrzał gniewem i wytoczył ciężkie działa argumentów ad personam. Nie będę ukrywał. Zaskoczył mnie. Znam Jerzego od lat, liczyłem się z krytyką, ale nie w takim stylu. A jednak… Szkoda L

     Z drugiej strony dobrze wiem, że prędzej czy później musiało dojść między nami do jakiejś  konfrontacji, gdyż nasze drogi okazały się diametralnie różne. Symbolicznego znaczenia nabiera fakt, że na ich krzyżówce stanęły „anielskie istoty”, którym Jerzy Prokopiuk dotrzymał przysiąg, a ja pokazałem wiadomy palec. A skoro o krzyżówce dróg mowa. Kilka miesięcy temu ze współpracy ze mną zrezygnował Ryszard Gąsierkiewicz, szef krakowskiego Studium Psychotroniki im. J. Ochorowicza. Powód? Nieco inny, choć w pewnym sensie bliski temu, o czym napomknął Jerzy Prokopiuk ( wykładający zresztą w tejże szkole ). Kiedy się o tym dowiedziałem, odetchnąłem z ulgą, coraz wiekszą trudność bowiem sprawiał mi "marsz w rozkroku". Bez watpienia - krzyżówki dróg są potrzebne. Dzięki nim dowiadujemy się dokąd prowadzą ścieżki, po jakich się idzie…

piątek, 03 kwietnia 2009
POWRÓT...

Jest taki „dział” mojego nauczania, który trudno opisać. Myślę tu nie o tarocie, kabale czy duchowym bhp, lecz o czymś, co nazywam „powrotem do mandali, powrotem do siebie”. Co kryje się pod tym tytułem?  Proces przesterowania wewnętrznego ukierunkowania. Konia z rzędem temu,. kto to zrozumie. Literacka nagroda Nobla dla tego, kto zdoła to jasno i zrozumiale opisać.

Czemu więc o tym wspominam? Może dlatego, że za oknem świeci słońce, w moim ogrodzie rozkwitają przylaszczki i krokusy, za kilka zaś dni, 9 kwietnia obchodzić będę 43-cią rocznicę wydarzenia, które rozegrało się na pewnej górze pod Kielcami i zmieniło całe moje życie ( link ). Nazwałem je dniem moich duchowych narodzin i faktycznie tak było. Zszedłszy z tej góry nie byłem tym, kim byłem na nią wchodząc. Czy zdawałem sobie z tego sprawę? Nie. Tak bywa na początku…

Co ma wspólnego rocznica 9 kwietnia z „powrotem do mandali, powrotem do siebie”? Nic i wiele. Nic, ponieważ ta „ścieżka” należy tylko do mnie i wiedzie tam, dokąd tylko ja zmierzam. Wiele, albowiem dzięki niej mogę wskazać palcem kierunek tym, którzy potrzebują ukierunkowania, by taką „ścieżkę” znaleźć. Nie ma w tym niczego niezwykłego i magicznego. A przynajmniej w nie takim sensie, w jakim duchowość i magię pojmuje i opisuje ich współczesna „popłuczyna”, czyli New Age.

Może dlatego nigdy nie zrobiłem i pewnie nie zrobię kursu „powrotu do mandali”. Robię za to inne kursy. Kto chętny – zapraszam J

niedziela, 22 lutego 2009
POCHWAŁA GŁUPOTY

Niedzielny poranek. Zimno, ogrzewanie wyłączone, bo gaz kosztuje, a poza tym i tak za dwie godziny wychodzimy z domu na ostatni, karnawałowy kulig.  Za oknem śnieg. Siedzę w swoim pokoju przerobionym na galerię, okutany w kilka swetrów, z żydowską kipą ( mycką ) na głowie, która grzeje mój łeb łysy i, jak niektórzy powiadają, durny. Z tym akurat się zgadzam i opinię tę potwierdzam. Nie kieruje mną fałszywa skromność, lecz pamięć, aż zbyt dobrze bowiem pamiętam ileż to ja durnot w życiu  poczyniłem i ile głupot nagadałem. Nieważne. Było, minęło, przede mną następne durnoty i głupoty. I dobrze, bo czymże by było życie bez nich? Kosmiczną nudą.

Co do kosmosu... Ludziska się nim zachwycają, a to przecież nic innego jak przeogromna bańka pustki wypełniona tu i ówdzie skupioną materią, gdzie nic prawie się nie dzieje, a jeśli już, to w skali kosmicznej, czyli niemożebnie długiej. Nuda. Szczęśliwie, dziwnym kaprysem ewolucji ( jak chcą jedni ), bądź w skutek boskiego aktu miłości ( jak wierzą inni ) w tej nudnej czasoprzestrzeni pojawił się człowiek i od razu coś się zaczęło dziać. Mity ujmują to wprost, opowiadając o puszcze Pandory lub spożyciu owocu poznania dobrego i złego – pierwszej głupocie jaką człek uczynił i która wywołała lawinę następnych głupot. Mówiąc krótko – głupota może nie jest zbyt mądra, lecz bez wątpienia bywa kreatywna,  zaś nieszczęścia jakie powoduje ( wygnanie z raju, choroby itp. ) stymulują ludzką kreatywność. Choróbska są matką medycyny ( a wcześniej – szamanizmu ), rajskie jabłko ( de facto była to figa ) – rodzicielką wszelkich duchowych tradycji, że o filozofii nie wspomnę. Jednym słowem – gdyby nie ludzka głupota, świat byłby nudny i nie do wytrzymania. Dziś składam więc hołd głupocie. Jest. Chwała jej za to...

A skoro o tym mowa. W tarocie ciąg Wielkich Arkanów zaczyna się od karty Głupca, słusznie ntak nazwanej, najpierw dlatego, że głupota jest początkiem wszystkiego, po wtóre z tej przyczyny, że trzeba być patentowanym durniem, by zająć się tarotem. Gdyby Głupiec wiedział, co go dalej czeka, z pewnością nie wlazłby w głąb tarotowego labiryntu, a przede wszystkim nie dałby się nabrać Magowi, który go do tego zachęca, mamiąc czarodziejska różdżką i „cudami” do jakich ponoć jest zdolny. Tarotowy Dureń wszakże za nic ma wszelkie ostrzeżenia – tarot ciekawi go i fascynuje, niczym rajska figa w gębie węża. Sięga więc po ten „zakazany owoc”, choć Kościół grzmi, zwąc tarota „narzędziem szatana”. No i od razu w jego życiu ( Durnia, nie Kościoła! ) zaczyna być ciekawiej, co nie oznacza – łatwiej i przyjemniej.

Wracając do przykładu figi, którą rajska Ewcia pożarła i Adasia nią nakarmiła. Co stałoby się, gdyby nie uległa pokusie i pokazała wężowi wiadomy palec? Wszystko poszłoby na marne. Chrystus nie miałby za kogo cierpieć, umierać i zmartwychwstawać, Lao Tsy nie podyktowałby strażnikowi granicznego punktu księgi „Tao Te Ching”, Budda nie odnalazłby drzewa bodhi, a Muhammad nie powiódłby wygłodniałych bogactw Arabów na podbój świata i jego okolic. Fakt. Oszczędziłoby to nam paru religijnych wojen, inkwizycji oraz materializmu dialektycznego. Świat byłby rajem, w którym zamiast wrzasku palonych czarownic rozbrzmiewałby tylko jeden dźwięk – ziewanie.

Uśmiechnijmy się zatem mile do głupoty, cokolwiek jej bowiem zawdzięczamy, chroni nas ona od nudy. A poza tym – jak osiągnąć mądrość, jeśli wpierw nie było się głupim?       

niedziela, 01 lutego 2009
CHOROBA

Dopadła mnie choroba; ta sama, która – jak głoszą media – ścięła z nóg ponad 70 tysięcy  mieszkańców Mazowsza. Prawdziwa epidemia! Jestem jej ofiarą. Kichanie, katar, kaszel, łamanie w kościach, bóle w piersiach, brak gorączki, zawroty głowy, niezborność myśli. Trwa to już czwarty dzień i nie chce przechodzić… Do d… z tym wszystkim L

Co gorsza znów przyczepili się do mnie rozmaici „prorocy” spod znaku „krzyża i Biblii” i tęczowego sztandaru „ery Wodnika”, zawalając moją mailowa skrzynkę swoimi „przesłaniami”. Ci pierwsi grożą mi piekłem i boskim gniewem, ci drudzy – zwą mnie „duchowym kretynem”, który całkowicie pobłądził. Aczkolwiek wywodzą się z dwóch, przeciwstawnych, spirytualnych opcji, coś ich łączy.  Tym czymś jest niepokój o stan mojej duszy wobec nadchodzącego kresu świata i zbliżającej się nieuchronnie „wielkiej, duchowej odnowy”. Moja dusza, bowiem, uległa zaślepieniu, nie rozpoznała PRAWDY, której są zwiastunami i depozytariuszami. Ponadto, jako człek ślepy i duchowo zacofany, by nie powiedzieć – niedorozwinięty, spycham w ów mroczny dół każdego, kto ze mną poprzestaje. Mam „krew na rękach” niewinnych ofiar. Jestem zbrodniarzem! Jeszcze chwila i w to uwierzę  Straszne! Okropne! Przerażające! Popadam w depresję…! L

Przytłoczony tym jarzmem, powalony chorobą ( bez wątpienia znakiem boskiej kary ) sięgnąłem po zestaw kryminałów w nadziei, że ich lektura ukoi moje serce. Najpierw przeczytałem historię zawiłej intrygi, jaka rozegrała się w środowisku lekarzy w USA ( 4 trupy, tortury, porwania, pościgi), która uzmysłowiła mi, że nie mam co liczyć na publiczną służbę zdrowia. Potem dobiłem się lekturą książki Chandlera „Kłopoty to moja specjalność” ( tia...). Ożyłem dopiero przy kabalistycznym thrillerze o 36 sprawiedliwych. Wedle kabalistycznych legend to ze względu na nich Bóg powstrzymuje swą karzacą rękę.  Fakt ten strasznie deprymował bractwo gnozytów  - ludzi gardzących ciałem i wielbiących Ducha. Dlatego postanowili wykończyć kolejno wszystkich sprawiedliwych, a poprzez to sprowadzić apokalipsę na ziemię i rozdzielić ostatecznie dobro od zła ( dobrymi byli oczywiście gnozyci, plan się jednak nie powiódł, w ich pojęciu - niestety ).

Ta ostatnia książka dała mi trochę do myślenia. Najpierw dlatego, że zahaczała o pewien, wciąż jeszcze nie zrealizowany, literacki pomysł, który narodził się w mojej głowie z 20 lat temu i który także tyczył 36 sprawiedliwych oraz końca świata. Po wtóre z tej przyczyny, że ostatnio sporo osób pytało mnie, co sądzę o zbliżającym się roku 2012 i kresie Ziemi. Otóż nic nie sądzę, gdyż w to nie wierzę, a nie wierzę, bo jestem za mało uduchowiony ( wersja odpowiedzi dla gnozytów spod znaku najwyższej ezoteryki ), a jeśli nawet coś sądzę, to nie sądzę, by ktoś kogoś miał wtedy sądzić ( wersja dla ich pobratymców z Biblią i krzyżem w łapce ). W tym punkcie implantowana przez ezo i chrysto-gnozytów deprecha odchodzi tam, gdzie jej miejsce, czyli w niebyt, gęba zaś moja nieogolona wykrzywia się w „chasydzkim uśmiechu”. Bo skoro już gnozyci przypomnieli mi, że dobrze byłoby wreszcie wrócic do literatury i napisać powieść o apokalipsie, której nie było, to zrobię to z sensem. Gdzież on się skrywa? W paradoksie Życia. Nie ten jest zbawcą świata, kto go zbawia. Nie ten wielbi Boga, kto spełnia Jego słowa. I to na dzisiaj tyle, Suljanie. Marsz do łóżka! Chorujesz po to, żeby chorować, więc choruj. Lekarstwem zaś niech ci będą „Opowieści chasydów”. Szalom! J  

poniedziałek, 06 października 2008
KUFEREK

Dziś trafił w moje ręce skórzany kuferek, własność mojego pradziadka, w którym  przechowywał rozmaite papiery oraz narzędzia. Kuferek dostałem do mamy. Przeglądając jego wnętrze znalazłem schowany w specjalnej przegródce niewielki medalik z przytwierdzonymi doń trzema paciorkami. Kawałek różańca. Kuferek skrywał skarb! Wspomnienie słów modlitwy do Boga moich ojców…

Nie wiem, czy mój pradziadek modlił się na tym różańcu. Wiem za to, że wiele lat po jego śmierci otrzymałem wraz z kuferkiem coś, co muszę uznać za swoistego rodzaju spadek. Czym on jest? Nie mam pojęcia, choć moje serce zna już odpowiedź. Jest zaskakująco prosta. Tak prosta, że wciąż trwam w zdumieniu, czemu na to wcześniej nie wpadłem… J

 
1 , 2 , 3 , 4