kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
poniedziałek, 07 czerwca 2010
O EGREGORACH SŁÓW JESZCZE KILKA

Zabiegany i zalatany do niemożliwości zbyt rzadko zaglądam ostatnio na CTUD, a szkoda, bo – jak widzę – znów powróciła w dysputach sprawa egregorów. Miałem nawet ochotę się w nią wtrącić, uznałem jednak, że lepiej poświęcić jej kilka słów oddzielnie, tak w kontekście figur czy obrazów Najświętszej Panienki oraz domniemań, iż głosząc „słowo o egregorach” spełniam misję i – co gorsza – przyczyniam się do ich istnienia.

Ten ostatni argument jest zabawny, ponieważ pada z ust kogoś, kto ex definitione koncepcję egregorów odrzuca, a jednocześnie kota ogonkiem odwraca i próbując dowieść mi nielogiczności mych zachowań, na głoszone przeze mnie tezy się powołuje. Jej i innym „oponentom” odpowiem zatem tymi słowy:

Kochani moi, ja naprawdę doskonale rozumiem, czemu miałbym o egregorach nie mówić :) Uprzejmie też informuję, że w całej pełni one się z Wami zgadzają, nic bowiem tak ich nie „boli” ( nawiasem mówiąc – bólu to one nie odczuwają ), jak wyjawienie ich istnienia. Oj nie lubią one tego, nie lubią, zrobią więc wszystko, byleby ukryć się pod duchowymi i psychologicznymi „płaszczykami”, które czynią nas szczęśliwymi posiadaczami wiedzy, że nic takiego jak egregor, a dokładniej odziany w skorupę zbiorowego myślokształtu duchowy stworek nie istnieje. Unikają jak mogą nazywania rzeczy po imieniu, czemu się nie dziwię i mógłbym nawet to zjawisko dość prosto wyjaśnić posługując się językiem kabały, ale tego nie zrobię z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dałbym „oponentom” argument do łapki, iż ślepo trzymam się jednej tradycji duchowej i jej miarą oceniam spirytualną rzeczywistość. Po drugie z takowej przyczyny, że musiałbym odwołać się do symboliki mitów, a to byłaby woda na młyn wszelkich „psycho-racjonalistów” z wielbicielami Junga na czele. Miast tedy tracić czas na kabalistyczne rozważania powiem tylko, że naprawdę nie musze mieć racji. Więcej! Ja jej brak zakładam. I to już sprawia, że z dużą dozą dystansu traktuję zarówno tych, którzy mnie w tej sprawie krytykują, jak i tych, co chwalą. Sto razy już wspominałem, ale wspomnę raz jeszcze, pisząc to „dużymi i kolorowymi: Do pomyślnej realizacji terapii SDU przyjęcie mojej koncepcji jest całkowicie zbędne.  Do właściwego  podejścia do duchowości i duchowych praktyk ludzi – nazwijmy ich – „prostego serca”, również.

Oto czemu nie cierpię na profetycką manię głoszenia "słowa o egregorach" i nie czuję potrzeby mówienia o nich wszędzie tam, gdzie się pojawiam. Piszę sobie o nich tutaj, korzystając z przywileju wolnego słowa. Koncepcja ta nie wzięła się z nikąd – jest efektem mojego rozeznania duchowego świata i znajduje potwierdzenie w doświadczeniach innych osób, które niezależnie ode mnie fakty te dostrzegły. Co bardziej dociekliwym zalecam poczytanie tekstów Rozlina w MYŚLACH INNYCH. Od siebie tylko dodam, ze jak ktoś chce walić czołem przed martwym przedmiotem lub równie martwym egregorem – to jego sprawa. A jak nie chce, to może tu coś dla siebie znajdzie...  

Tym zaś, którzy uważają, ze cały świat jest Bogiem, zatem również święte figury i egregory „noszą” w sobie Jego cząstkę, powiem prosto i nieco dosadnie:

Mili moi, każdemu wolno robić co zechce, więc to także Wasza sprawa, że tak sądzicie. Idąc wszakże dalszym tropem takiego myślenia należałoby przyjąć, iż skoro Bóg jest we wszystkim, to nie tylko MB Częstochowska częścią Żywego Boga, ale i również gówno. I do niej i do pachnącego balaska można zatem wznosić modlitewne pienia, czemu zatem tego nie czynicie? Myślę, ze kierują Wami względy estetyczne, bo o brak mistycznego zrozumienia wszechobecności Stwórcy Was nie podejrzewam. Przyznam się zatem szczerze, że i mną kierują podobne motywy. W pełni się więc zgadzając, iż Bóg jest wszędzie, zarówno w świątyni, jak i w szalecie, nie mam jakoś ochoty zwracać się ku Niemu ufajdany. On nie miałby o to do mnie pretensji, ale ja czułbym się niezbyt wygodnie i – jak sadzę – rozumie mój wybór. Bo to jest kwestia wyboru, ludzkiego wyboru i rozeznania czym jest spirytualny kał, a czym Źródło Życia. Owszem, są sytuacje i chwile, kiedy trzeba zejść do szaletu i skorzystać z usług tych, którzy nim zawiadują ( pisałem o tym w PRZYPADKU TEZEUSZA ). Ale po co całe życie siedzieć w klopie, skoro jest tyle przyjemniejszych miejsc na świecie?

Jeśli uraziłem czyjej duchowo-religijne uczucia – przepraszam. Pytanie, kto mnie do tego podkusił. Pewnikiem jakieś egregory, do których powstania pisząc o nich, z pewnością się przyczyniłem. Oj, pęknę ze śmiechu, hi hi hi… :D

wtorek, 17 kwietnia 2007
DUCHOWE ROZEZNANIE (1)

 Mówiąc o duchowym rozeznaniu pamiętać trzeba o dwóch jego podstawowych zagrożeniach, które powodują, że schodzimy na manowce zbyt prostej i, często wygodnej, interpretacji dotykających nas paranormalnych zjawisk. Zagrożenie pierwsze wyraża się psychologizacją, tj.  uporczywym trzymaniem się tezy, zgodnie z którą wszelkie paranormalne fenomeny, z objawieniami „bogów” włącznie, są tylko „produktem” naszej jaźni. W postawie tej celują  przede wszystkim, wspomniani w jednej z moich notek „racjonaliści”, preferujący swoisty, duchowy behawioryzm. Zagrożenie drugie wynika z gorliwego i nadmiernego doszukiwania się we wszystkich paranormalnych i nie wyjaśnionych fenomenach ingerencji duchów. Na ten rodzaj „skrzywienia” cierpią nie tylko chrześcijańscy przeciwnicy okultyzmu, ale i również znaczna część okultystów. Jednych i drugich trudno przekonać do tego, że się mylą, a dokładniej – że podchodzą do zagadnienia wybiorczo i je upraszczają. Opętania są faktem, co nie oznacza, że za każdą psychiczna choroba kryje się „diabeł”. Duchy nie siedzą ani na  wahadełku różdżkarza, ani na jego ramieniu, wszelako różdżkarstwo, podobnie zresztą jak każda inna, parapsychologiczna technika, może stanowić „bramę” wiodącą do rozmaitych opętań ( co nie oznacza, iż ze swej natury takową jest ). Innymi słowy wszystko trzeba mierzyć właściwą miarą oraz metodą. Owszem, fizyka klasyczna ( tzw. newtonowska ) spełnia swą poznawczą rolę na pewnym poziomie badania rzeczywistości, zawodzi jednak wtedy, gdy wkraczamy w te właściwości wszechświata, o jakich „opowiada” teoria względności Einsteina. Jedna metoda nie wyklucza drugiej ponieważ żadna z nich nie jest „teorią absolutną” i każda odnosi się do innego poziomu obserwowanych zjawisk. Teoria Newtona zawodzi, gdy chcemy badać cechy zakrzywionej czasoprzestrzeni kosmosu, teoria Einsteina wychodzi z teorii grawitacji, uwzględnia ją, ale i również ją – jeśli tak można rzec – przekracza.
     Nikt rozsądny nie przeczy, że paranormalne doznania są „filtrowane” przez naszą psyche i znajomość rządzących tym procesem praw jest bardzo przydatna. Istnieje wiele technik oraz metod jej penetrowania, a wśród nich ten rodzaj autoanalizy, który w okultyzmie określa się mianem „świadomości rozróżniającej”. Problem w tym, że świat nie tylko jest takim, jakim go odbieramy i kształtujemy w naszym umyśle. To zaledwie jeden z jego wymiarów, nam rzecz jasna najbliższy. Poza nim istnieje ten wymiar, bez którego istnienia nie byłoby „naszego świata”. Na poziomie fizyki sprawa jest prosta. W „naszym świecie” ziemia jawi się  płaska jak naleśnik, choć tak naprawdę jest kulą ( a dokładniej geoidą ). Możemy trwać przy owym „ptolemeizmie” i w niczym nam to nie zaburzy życia dopóty, dopóki nie okrążymy ziemi. Ale i nawet to doświadczenie nie tłumaczy jeszcze czemu z niej nie spadamy, skoro – na dodatek - kręci się wokół własnej osi i okrąża słońce. Podobnie ma się rzecz z „naszym psycho-duchowym światem”. Owszem, ów „świat” jest  taki czy owaki, świadomie bądź nieświadomie „zakorzeniany” i przejawiający się w jego symbolizowaniu, jednakże ma się on do innych swych wymiarów tak, jak płaska ziemia do ziemi geoidy. Żeby je poznać trzeba zastosować inne, już nie wprost związane z „psychologią duchowości” metody oraz przyjąć właściwe mu, czyli stricte duchowe kryteria poznawcze.
     I tu natykamy się na podstawową trudność, ponieważ cokolwiek o kosmosie ducha mówimy, punktem wyjścia jest zawsze nasze corpus symbolicum – zespół  symboli, alegorii, mitów oraz rozmaitych, archetypowych wyobrażeń, którymi - z racji czasu i miejsca, w jakim żyjemy - „obrośliśmy”. Corpus symbolicum bywa użyteczny, ale i mylący, ponieważ „schematyzuje” nasz ogląd rzeczy i często prowadzi do nieporozumień.  Podam najprostszy przykład. Kiedy piszę o arymanicznych, lucyferycznych i asurycznych mocach ( duchach ), i co jakiś czas, z formalnych i stylistycznych względów zastępuję te określenia imionami duchów ( Lucyfer, Aryman, Sorath vel Asur ), natychmiast spotykam się z zarzutem, że przedkładam demonologię Rudolfa Steinera nad inne, a odnosząc swój wywód do konkretnych, spirytualnych bytów popadłem w „sekciarstwo”.
     Ja tymczasem nie twierdzę i nigdy nie twierdziłem, że Aryman, Lucyfer, Sorath istnieją naprawdę i że stanowiące te trzy aspekty „trójducha” duchowe istności noszą takie imiona. I nie uważam również, że steinerowska demonologia bije inne na głowę. Twierdzę natomiast, iż ów, zastosowany przez Steinera trójpodział, stanowi dobry punkt wyjścia do opisu duchowej rzeczywistości i pokrywa się w wielu punktach z moim własnym rozeznaniem tej kwestii. Równie dobrze mógłbym posługiwać się inną „mityczną trójcą”, chociażby hinduską ( Brahma, Wisznu, Śiwa ), lecz wtedy mógłbym się spotkać z oskarżeniem, że „hinduizuję”. Gdybym zaś w miejsce Arymana, Lucyfera i Soratha wstawił nazwy alchemicznych „pierwiastków ( Sól, Siarka, Merkuriusz ), bądź hebrajskich liter ( mem, szin, alef ), dojrzano by we mnie „propagatora” hermetyzmu albo kabały. Nie przeczę, że kabałę zgłębiłem o wiele lepiej niż teozofię czy hunę i że znacznie pewniej czuję się na gruncie mistyki chrześcijaństwa niż sufizmu. Nie oznacza to jednak, że uważam sufizm za duchową aberrację a hunę za stek bzdur. Mówię „kabalistycznie”, bo znam ten „język” i „czuję” jego corpus symbolicum. Podobnie ma się rzecz z demonologią Rudolfa Steinera i z kilkoma jeszcze innymi „duchowymi językami”.
     Istota sprawy polega tedy na tym, by ich używając wiedzieć w czym są pomocne. Corpus symbolicum nie jest duchem, tak jak palec wskazujący na księżyc – księżycem. Palec służy do wskazywania i ukierunkowywania na to, co jest przedmiotem badania. Im precyzyjniej nań wskazuje, tym lepiej. I na tym kończy się jego rola ( przynajmniej w zakresie duchowości ). Wskazywanie wszakże nie załatwia jeszcze całej sprawy. Wiemy już, że najważniejszy jest księżyc, wiemy, w którą stronę patrzeć, by go ujrzeć, nie wiemy natomiast czym on jest. I tu natychmiast mogą pojawić się „podpowiadacze, którzy potraktują nas jak bohatera
PUPY HENRYKA i zapukawszy do naszych drzwi oświadczą, że wedle „słowa” objawionego ludziom przez Henryka ( czyt. Boga ) oraz jego wysłannika, Karola, „księżyc jest zrobiony z zielonego sera”. Czy aby jednak na pewno? – zapytamy zdumieni, oni zaś zapałają świętym oburzeniem. Jak można nie wierzyć Henrykowi? Wszak Henryk to tak powiedział, a  nowinę tę potwierdził. Wszystko jest jasne. Księżyc jest zrobiony z zielonego sera i basta! A jeśli w to nie wierzysz, ominie cię nagroda…. 
     Oczywiście byłoby wielkim uproszczeniem widzieć w wyznawcach Karola ( Chrystusa czy Mahometa albo innego „jedynie słusznego” i ostatniego z boskich posłańców ) ogłupiałych prostaczków, w których duszach nie tli się wewnętrzny konflikt i którzy wolni są do „szatańskich pokus”. Przeciwnie. Im bardziej przylegają do Karolo-Henia, tym smakowitszym kąskiem stają się dla „kosmatego”. Nie tylko więc „heretycy” zmuszeni są do rozwikływania zagadek „pochodzenia duchów”, ale i też ich prawowierni adwersarze, zwłaszcza wtedy, gdy ich duchowe porywy faktycznie wiążą ich ze spirytualną rzeczywistością, a nie są tylko gestami na pokaz. Mówiąc najkrócej rozeznanie duchowe stanowi istotny element każdej duchowej drogi, bez względu na to jaka ona jest. "Wszystkiego doświadczajcie, a co dobre, tego się trzymajcie" – poucza pierwszych chrześcijan apostoł Paweł ( 1. Tes. 5. 21 ) i czyni to nie bez przyczyny. Prawdziwi wyznawcy modlą się wszak w duchu i w prawdzie. Jak jednak poznać z jakiego ducha pochodzi owa prawda?
     Z problemem tym zmierzyć się musieli wszyscy wielcy mistycy i magowie: Budda, Lao Tsy,  Jezus, święty Paweł, Mahomet, Eliasz, Guru Nanak i wielu, wielu innych. Żaden z nich nie poprzestawał na samym duchowym doświadczeniu ( o, tam jest księżyc! ), lecz je weryfikował. Nie dlatego, iżby negował istnienie księżyca. Z tej prostej przyczyny, by nie pomylić go z „zielonym serem”.
     W literaturze chrześcijańskiej proces ten określa się często mianem „duchowej walki”, o tyle – moim zdaniem – błędnie, że nie zawsze przyjmuje on formę „wojennych zmagań”. Powiedziałbym nawet, że im bardziej się w nie angażujemy, tym trudniej nam uzyskać jasność oceny sytuacji. „Przeciwnik” ma tego świadomość, dlatego będzie na wszelkie sposoby próbował skłonić nas do wymachiwania jakimś „duchowym”, czy „magicznym mieczem” i osłaniania się „duchową tarczą”.
     Bardzo plastycznie ukazano to w filmie „Mały Budda”. Porzuciwszy towarzystwo ascetów książę Siddharta medytuje pod drzewem bodhi. Widząc to demon Mara najpierw kusi go widokiem ponętnych niewiast, następnie zaś wystawia przeciw niemu armię demonów, które ślą ku Buddzie chmarę płonących strzał. Budda rozpoznaje w nich iluzję swego umysłu i miast podjąć walkę jeszcze bardziej zagłębia się w medytacji. Widząc to Mara chwyta się podstępu. Znika. Budda medytuje dalej i nagle dostrzega siedzącą naprzeciw łudząco doń podobną postać, która oznajmia mu łagodnym głosem, że doznał oświecenia, gdyż jego „ja” i „ja” Boga stały się jednością. Cel jogistycznych praktyk Siddharty wydaje się być osiągnięty ( wszak w ten właśnie sposób opisywały stan iluminacji Upaniszady i ku temu zdążali wszyscy poprzednicy Buddy ). Budda wszelako neguje ten „przekaz”, gdyż rozpoznaje Marę w siedzącej naprzeciw niego postaci. Nazwawszy go „po imieniu” sprawia, że promieniujący nieziemskim światłem „Bóg” ujawnia swe prawdziwe, demoniczne oblicze, po czym rozpływa się w nicości. Siddharta doznaje przebudzenia z ostatniej, krępującej jego umysł iluzji. Coś, co nie istnieje, czyli „ja”, nie może stawać się jednością z boskim „ja”, które również jest tylko iluzją. Fundamentem rzeczywistości jest wyzbyty „ja” pusty umysł. Coś, co przekracza ograniczenia „ja” i nie daje się wprost opisać…
     Historia Buddy uczy nas, że moc duchowego rozpoznania skrywa się nie tyle w intuicji, co w odwadze śmiałego podważania prawdziwości wszelkich, najwspanialszych nawet duchowych doświadczeń i w upartym dążeniu do prawdy nie po to, by posiąść o niej wiedzę, lecz po to, by nią żyć. Podobnie jak biblijny Jakub Budda nie wahał się podjąć walki z „Bogiem”. Nie dlatego, iżby negował Absolut. Dlatego, że dążył do zajęcia właściwej wobec niego relacji. „Umiejscowienie” źródła swych mistycznych doświadczeń w „produkującym” majaki umyśle pozwoliło mu dojrzeć ich iluzoryczność, nietrwałość oraz zwodniczość. Przyjęte przez Buddę kryterium okazało się nad podziw skuteczne. Mara stracił moc „podczepiania się” do Przebudzonego. Odszedł tam, skąd wyszedł; do  - jeśli tak można rzec – nicości swego nieistnienia jako realny, zewnętrzny względem ludzkiej istoty byt.

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2

DUCHOWE ROZEZNANIE (2)

     Sęk w tym, że Mara wkrótce potem powrócił i znakomicie zadomowił się w niektórych szkołach buddyzmu, a zwłaszcza w jego lamaistycznej odmianie, którego mitologia roi się od rozmaitych buddów i bodhisattwów traktowanych jako „archetypowe wzorce” istot, które osiągnąwszy jakiś stopień nirwany pomagają innym ją osiągnąć. Myślenie takie bliskie jest tym wszystkim, którzy mniemają, iż poza ewidentnie demonicznymi istnościami bądź projekcjami pogrążonego w stanie iluzji umysłu istnieją jeszcze dobre, świetliste  byty ( formy umysłowych wyobrażeń ) pomagające człowiekowi w jego drodze ku oświeceniu/zbawieniu. Myślenie takie bliskie jest zwłaszcza tym, którzy lokalizują źródło „diabelskich” pokus nie tyle w sobie, co na zewnątrz siebie, przyznając mu w ten sposób ontologiczny status mocy opozycyjnej względem Boga/bogów. Paradygmat ten rozwinął się przede wszystkim w okcydentalnej duchowości ( zoroastryzm, gnoza, judaizm, chrześcijaństwo, islam ) i stanowi podstawę jej duchowego corpus symbolicum.
     Fakt ten powoduje konieczność zastosowania odmiennych niż w orientalnej duchowości kryteriów duchowego rozeznania. Znakomitym i analogicznym do historii Buddy przykładem tego rodzaju „duchowej walki” jest ewangeliczna opowieść o kuszeniu Jezusa na pustyni. Ma ona trzy wersje: Mateusza, Marka i Łukasza. Ewangelista Marek tylko o niej napomyka, Mateusz i Łukasz natomiast opisują ją niemal identycznie, przestawiając jedynie kolejność „kuszeń”. Duch, który zstąpił na Nazarejczyka w czasie chrztu w Jordanie wiedzie go na pustynię, „aby go kusił diabeł” ( Mateusz 4.1 ). Po czterdziestu dniach poszczenia ( liczba analogiczna do 40 lat błąkania się Izraela po pustkowiach w drodze do Ziemi Obiecanej )  Jezus odczuwa głód i pragnienie. Pojawia się przed nim „kusiciel” i oznajmia: „Jeżeli jesteś Synem Bożym, powiedz, aby te kamienie te stały się chlebem”. Jezus odpowiada mu cytatem z Tory: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”.  Diabeł jednak nie zaprzestaje kuszenia, porywa Chrystusa, stawia go na szczycie jerozolimskiej świątyni i odwołując się do słów Pisma oznajmia: „Jeżeli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisano bowiem: „Aniołom swoim przykaże tobie, abyś nie zranił się o kamień nogi swojej”. Jezus zbija ten argument innym cytatem Biblii: „Nie będziesz kusił Pana, Boga swego”. W tej sytuacji szatan chwyta się ostatniego sposobu. Wiedzie Jezusa na najwyższą górę i pokazawszy mu „wszystkie królestwa świata oraz chwałę ich” powiada: „To wszystko dam ci, jeśli upadniesz i złożysz mi pokłon”. Mesjasz nie daje się zwieść pozorom. „Idź precz, szatanie! – mówi. – Albowiem napisano: „Panu Bogu swemu pokłon oddawać i tylko jemu służyć będziesz”. Wtedy – konkluduje ewangelista Mateusz – opuścił go diabeł, a aniołowie przystąpili i służyli mu” ( Mateusz, 4. 1- 11 ).
     Kolejność kuszeń Jezusa ma swoją analogię w kuszeniu Buddy. Mara najpierw kusi Buddę wizjami nagich niewiast, biblijny szatan nakłania Jezusa, by uczynił cud i zaspokoił inne łaknienie ciała – głód ( pokusa arymaniczna korelująca z pokusami, jakimi ulegli Żydzi w drodze do Kanaanu ). W drugiej fazie Mara chce skłonić Siddhartę do podjęcia duchowej walki, szatan zaś namawia Jezusa do zademonstrowania swej mocy i boskości ( pokusa lucyferyczna, której „odboski” charakter podkreśla to, że dokonuje się ona na wieży jerozolimskiej świątyni, w miejscu najświętszym i otoczonym czcią ze względu na „obecność” ducha Jahwe w sanktuarium ). W trzecim etapie „trójduch” przestaje się „ceregielić” i przedkłada obu założycielom wielkich systemów religijnych propozycję „nie do odrzucenia”. Budda ma szansę stać się „Bogiem”, Jezus – „boskim” władcą światów. Jakich światów? Światów rządzonych przez „trójducha”, czyli światów astralnych, które tenże mu ukazuje, stawiając Jezusa na wierzchołku kosmicznej góry. Warunek jest jeden. Trzeba uznać „trójducha” za Boga i stać się w ten sposób nie tylko królem duchowych kosmosów, ale i – w pewnym sensie – jego „adaptowanym synem”. Gdyby Jezus to uczynił, „trójduch” stałby się „właścicielem” jego „duchowego ja”. W trzeciej „pokusie” Mara/szatan manifestuje się zatem już nie jako Aryman czy Lucyfer, lecz jako ten, który obie te cechy scala - „pożeracz ludzkich jaźni”, Asur ( Sorath ).
     Odwołanie do słów Tory i wyłowienie z nich tego, co w danym momencie jest prawdziwe okazało się użytecznym kryterium w tej frazie starcia Jezusa z szatanem. Batalia kończy się porażką „trójucha”, a przynajmniej takie możemy odnieść wrażenie. Szatan odchodzi jak niepyszny, przy Jezusie zostają służące mu anioły. W jakiś czas później Nazarejczyk wspina się na górę Tabor, gdzie na oczach kilku swych uczniów doznaje przemienienia. Podobnie jak nad Jordanem otacza go obłok, z którego padają te same, co wtedy słowa: „Ten jest syn mój umiłowany”. Oblicze Jezusa jaśnieje, zaś po jego prawicy i lewicy uczniowie dostrzegają dwie postaci, w których rozpoznają Mojżesza i Eliasza. Z tą chwila rozpoczyna się drugi etap mesjańskiej misji Jezusa. Zszedłszy z góry Jezus jawnie już głosi konieczność swej męczeńskiej śmierci, co realizuje się wkrótce potem, w przeddzień święta Paschy.
     Najtragiczniejsze w tym wszystkim jest to, że ani Jezus, ani żaden z późniejszych egzegetów Pisma nie dostrzegł w tych wydarzeniach gry „trójucha”, który od początku manipulował Jezusem. Najpierw, jako „duch święty” opętał go nad Jordanem i pognał na pustynię. Potem pozwolił siebie „pokonać” i rozpoznać jako szatan – duchowy przeciwnik „niebieskiego rodzica”. Aż wreszcie powrócił do Nazarejczyka w nowej, „niebiańskiej” postaci na górze Tabor. Jego arymaniczność reprezentował „Mojżesz” – ten, który wywiódł Izrael z „Krainy Ciemności”, ale Jahwe nie pozwolił mu wejść do Ziemi Obiecanej ( „Krainy Światłości” ). Lucyferyzm ucieleśnił się w „Eliaszu” – proroku wzlatującym ku niebu na ognistym rydwanie. W „obłoku jasności” zaś siedział sobie w najlepsze znany nam już Asur, z którym Jezus – jak sam powiadał – „stanowił jedno”…
     Tak kończy się złudna wiara w „dobre egregory” prowadzące ludzi ku Bogu, a wynikająca z nieświadomości, iż „trójduch” dysponuje nieograniczoną wręcz ( z punktu widzenia człowieka ) możliwością transformacji i manifestacji siebie, mogąc być zarówno „troiście boski”, jak i „troiście demoniczny”. Najdosadniej przekonał się o tym inny heros duchowych zmagań, niejaki Ardżuna, bohater hinduistycznych ksiąg Mahabharaty i Bhagawatgity.
     W skutek konfliktu ze swymi krewniakami Ardżuna staje wobec konieczności stoczenia z nimi bitwy, jednakże widząc w szeregach wrogiej armii swoich kuzynów odkłada broń, gdyż nie chce przelać bratniej krwi. „Co mam czynić?” – pyta się swego woźnicy, Kryszny.  W tejże chwili Kryszna ( skr. Czarny ) oznajmia mu, iż jest ziemskim wcieleniem Najwyższego, wyjaśnia mu rozmaite, zawiłe kwestie duchowej natury makro i mikrokosmosu,  kończąc każdą ze swych wypowiedzi: „walcz przeto Ardżuno!”. Ardżuna chłonie wiedzę o tym, że „boskie ja” wędruje poprzez rozmaite wcielenia ludzi, zwierząt oraz wszelkich innych żywych bytów i w nich się spełnia, zabijając zatem krewniaków de facto ich nie morduje, lecz wykonuje swój rycerski obowiązek jako uczestnik  „boskiej gry iluzji”, lecz wciąż ma wątpliwości, czy słowa Kryszny odpowiadają prawdzie. Dlatego prosi Krysznę, by ukazał mu się w swej prawdziwej postaci. Prośba zostaje wysłuchana. Kryszna ukazuje mu się jako „Bóg” złożony z mnóstwa bogów, demonów oraz innych duchowych istot i powiada: „komukolwiek z nich składają ludzie hołd, mnie go składają”. Oszołomiony wizją wszechobecności bóstwa Ardżuna rozpoznaje pośród nich ich najwyższe jego manifestacje:  Brahmę ( kreatora świata ), Wisznu ( tego, który utrzymuje świat w ładzie ) oraz Śiwę ( niszczyciela i kosmicznego jogina ). Wątpliwości pryskają jak mydlana bańka. Tam, gdzie ludzkie „ja” jest złudzeniem ograniczonego umysłu, pozostaje tylko nieśmiertelne „boskie ja”. Myśląc przeto, że ma do czynienia z prawdziwym Bogiem heros korzy się przed Asurem, doznaje z nim „jaźniowej” jedności, po czym z zapałem rusza do bratobójczej walki…
     Odległa przeszłość? Mit? Niezupełnie, skoro wędrując po necie natrafiłem na jednym z portali ten oto „boski” przekaz pochodzący wprost z „Pierwszego Źródła”, z „najwyższej formy Świadomości wewnątrz Wielkiego Multiwersu” ( cokolwiek to oznacza ), w którym łatwo rozpoznać tegoż samego „trójucha”, z jakiego manifestacjami miał do czynienia Ardżuna: 

     Jestem pierwotnym ojcem całego stworzenia. Jestem osobowością, która żyje wewnątrz każdego z was jako wibracja emanująca ze wszystkich aspektów waszego istnienia. Przebywam w tym wymiarze jako twoje światło naprowadzające. Jeśli podążysz za tą wibracją, jeśli umieścisz ją w rdzeniu swojej podróży, to uzyskasz wówczas kontakt z moją osobowością, która żyje za cząsteczkami twojego istnienia.
     Wasza wolna wola nie wywodzi się bezpośrednio od was, lecz jest ona połączona z moją/naszą wolną wolą. Z najgłębszego punktu mojego istnienia wypływa wola do poszerzania, eksploracji, jednoczenia, syntezowania, i w ten sposób, do odsłaniania jeszcze innej warstwy mojego/naszego celu. Co jest tym celem, zapytasz? Nie da się go wyrazić w języku, który teraz potrafisz zrozumieć, tym niemniej powiązany jest on z konceptami odkrywania wszechświata i samo-rozwojem. Rozbudową i syntezą doświadczenia kosmicznego.
     Wszystkie wasze religie nauczają nabożnej czci do bóstwa i doktryny zbawienia ludzkości. To leży u podstaw pokrewieństwa religii na waszej planecie. Jednakże, ja nie jestem bóstwem, któremu oddajecie cześć, ani nie jestem twórcą waszych doktryn zbawienia ludzkości. Oddawanie mi czci poprzez materialne lub moralne względy jest niepotrzebne. Wyraź po prostu swoje szczere uczucie wdzięczności za moją najgłębszą obecność w tobie i innych, a niezawodnie skierujesz wtedy swój wyraz uwielbienia wprost do mojego królestwa.
     Wyczekuję ciebie w nie dających się wyrazić słowami pragnieniach twojej ludzkiej duszy…

     Otóż to. Gdyby nie owe „nie dające się wyrazić słowami pragnienia ludzkiej duszy” Asur nie miałby do niej żadnego dostępu. Czy to oznacza, ze winniśmy pozbyć się pragnienia Boga? Niekoniecznie. Pragnienie to „trójduch” jedynie wykorzystuje, może zaś to czynić dopóty, dopóki „zabarwione” są one wyobrażeniami duszy o Bogu, która lokuje go albo w sobie, albo na zewnątrz siebie albo i tu i tu, myląc manifestacje swoich niewysłowionych pragnień z samym Bogiem i obawiając się, że podważenie jakiejś, immanentnej bądź transcendentnej teofanii spowoduje negatywne skutki. Obawy tej nie żywił Budda i, niezależnie od tego, jak potoczyły się losy buddyzmu, zwyciężył dotykając „pustki nieoznaczonego Boga”. To samo uczynił prorok Eliasz ( mówię o rzeczywistym Eliaszu, a nie tym, który pojawił się obok Jezusa na górze Tabor ). 
     Uciekając przed prześladowaniami królowej Izebel Eliasz udaje się na pustynię i znużony zasypia pod krzakiem jałowca. Wtedy pojawia się anioł i nakłania go do wędrówki na górę Choreb, gdzie Mojżesz otrzymał od Jahwe Tablicę Przykazań. Dotarłszy tam prorok chowa się w jaskini i słyszy „głos Pana”: „Co tu robisz, Eliaszu?”. Eliasz oznajmia, że jest ostatnim wierzącym z Boga, ponieważ wszyscy Izraelici od Niego odstąpili, a Jego proroków wymordowali. „Głos” nakazuje mu wtedy, by wyszedł z pieczary i stanął na górze „przed Panem”. Eliasz wszakże tego nie czyni. Bóg” jawi mu się wtedy trzykrotnie: najpierw jako potężny wicher, potem jako trzęsienie ziemi, na końcu zaś jako niebiański ogień, lecz Eliasz rozpoznaje, że w żadnej z tych trzech manifestacji „nie ma Pana”. Dopiero gdy one ustępują, a ich miejsce zajmuje „cichy powiew”, prorok zakrywa swoją twarz płaszczem i staje u wejścia do jaskini.

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 3

DUCHOWE ROZEZNANIE (3)

     Eliasz reprezentuje „szamański”, „prorocki” nurt judaizmu, który dał później początek kabale.  Idąc ku górze Choreb prorok wspina się więc na wierzchołek kosmicznej osi, na szczyt Drzewa Życia, z którego dziesięcioma emanacjami Boga mistyczna kabała wiąże dziesięć Przykazań. Na płaszczyźnie materii wyprawa ta spowodowana jest zagrożeniem płynącym ze strony czcicielki boga Baala, królowej Izebel ( arymaniczność ). Opuszczony przez wszystkich, samotny, prorok postanawia znaleźć wsparcie w jądrze swej duchowej tradycji, w przekazanym przez Boga Dekalogu. Potrzebę tę wzmacnia w nim „boski anioł” ( lucyferyczność ) i fakt ten Eliasz umiejętnie wykorzystuje, zrozumiawszy, że ciężar zmagań zostaje przeniesiony z planu materialnego do planu duchowego. Wchodzi na górę, lecz zamiast, jak domaga się odeń „głos Pana”, stanąć na jej wierzchołku ( sefira Kether w Drzewie Życia ), kryje się w usytuowanej ponizej jaskini. Decyzja bardzo mądra, bo i też pieczara owa w historii tej symbolizuje Mądrość ( hebr. Daath – jedenasta "sefira", symbol poznania prawdy i pokory wobec Boga ) . Bezpiecznie w niej ukryty Eliasz ignoruje wszystkie trzy „boskie” manifestacje, w których każdy kabalista rozpozna moce trzech filarów kabalistycznego Drzewa Życia. Istota Dekalogu to prosty przekaz: Bóg jest jeden, wszystko zaś co cząstkowe Nim nie jest. A skoro nie jest, trzeba to rozpoznać i zignorować. W ten oto sposób „szamańskie” doświadczenie Eliasza staje się doświadczeniem mistycznym, gdzie „cichy powiew” oznacza jasność umysłu, a wejście jaskini, w której stojąc rozmawia z Bogiem – bezpieczną przystań Mądrości; mądrego rozeznania duchowego, które sprawia, ze Eliasz mie przekracza zakazanych mu granic i - w przeciwienstwie do Jezusa - unika  pokusy "bycia bogiem". Eliasz nie widzi Boga, gdyż zasłania twarz swoim płaszczem. Ów pokorny gest nie jest tylko wyrazem szacunku czy odwołaniem do pryncypium Tory, zgodnie z którym nikt nie może widzieć Stwórcy. Symbolizuje on odcięcie się od wszelkiego rodzaju zjawiskowych postaci Źródła Bytu. Eliaszowe „nie widzę” odpowiada buddyjskiej Pustce tą jedną różnicą, że o ile buddyzm nie stawia znaku równania między Pustką a osobowym Bogiem, judaizm ukierunkowuje człowieka na Jego Nieoznaczoność, dostrzegając w Bogu TEGO, który wiąże w sobie  niepojęte  i puste "to inne” z równie niepojętym „Jestem, który jestem”.
     „Szaman” Eliasz przekonuje nas, że nie jest ważne jakim corpus symbolicum dysponujemy w swojej „drodze ducha”, ponieważ każde z nich może pomóc nam we właściwym, duchowym rozeznaniu, pod tym wszelako warunkiem, że w odpowiednim momencie albo je zanegujemy ( Budda ) albo, na wzór Eliasza, je przekroczymy. O tym, jak trudno tego dokonać najlepiej świadczy ta oto historia „szamańskiego oświecenia”, opisana przez Serge Kahili Kinga:

     Opowiem Wam o czymś, co przeżyłem, a co dzisiaj wydaje mi się być doświadczeniem kogoś innego. Opisałem to wydarzenie krótko po tym, jak miało miejsce i teraz, z perspektywy kilku dość burzliwych lat, jestem prawie zawstydzony żarliwością moich słów oraz nieprawdopodobieństwem tego zdarzenia, a także faktem, że nie wypełniłem przydzielonego mi zadania. Ale to wydarzyło się naprawdę. Ja nadal próbuję spełnić powierzone mi zadanie, a imię Kaula budzi we mnie teraz rodzaj „przyszłego ja”, które pomaga mi pomagać innym. Było to doświadczenie mistyczne w okolicznościach rzeczywistych, takie, które nie może pomóc, ale zmienia życie człowieka. W pewien sierpniowy weekend 1975 roku wyjechałem z rodziną i przyjaciółmi pod namiot na camping „Szczęśliwy wąwóz” u stóp góry Mt. Able w Parku Narodowym Los Padres. Wieczorem 30 sierpnia cieszyliśmy się jasnością gwiazd i dużą liczbą meteorów, które przelatywały przez niebo. Jednak chłód zmusił nas do schowania się w ciepłych śpiworach.
     W środku nocy obudził mnie głos wydobywający się z wnętrza. Spojrzałem na zegarek - była prawie druga nad ranem. Głos kazał mi się ubrać i wyjść na zewnątrz, co zrobiłem bez wahania. Noc była przejrzysta i cieplejsza, niż kiedy kładliśmy się spać. Gwiazdy wydawały się być nawet jaśniejsze, ale nadal nie było księżyca. Powietrze falowało tym szczególnym ruchem fal, który wskazywał na mocne pole mana. Słyszałem odgłos głębokiego brzęczenia, które zdawało się wibrować przez wszystko. Nie było to nic mechanicznego, raczej żyjąca pulsacja. Wewnętrzny głos kazał mi iść wzdłuż drogi do Mt. Able. Zrobiłem to, omijając śpiwory śpiących znajomych. Później dowiedziałem się, że oni także słyszeli brzęczenie, czuli moc w powietrzu i także byli wzywani przez wewnętrzny głos. Jednak ponieważ nie znali terenu wokół, pomyśleli, że rozsądniej będzie pozostać w obozie.
      Szedłem dłuższy czas, świadom jedynie brzęczenia i many, dopóki mój głos wewnętrzny nie kazał mi się zatrzymać i usiąść w miejscu z widokiem na dolinę na zachodzie. Kiedy usiadłem, popatrzyłem na gwiazdy, a one poruszały się w wielkich, nieregularnych kołach po całym niebie. Pomrugałem oczami i potrząsnąłem głową, myśląc, że to tylko złudzenie optyczne, ale bez względu na to, w jaki sposób patrzyłem, gwiazdy ruszały się dalej. Wtedy brzęczenie wzmogło się nagle, poczułem mrowienie w całym ciele, a przede mną pojawiła się błyszcząca tęcza, wisząca w powietrzu za krawędzią klifu. W tym samym momencie usłyszałem szmer milionów głosów wokół mnie, a nawet wewnątrz mnie, z gwiazd, powietrza, roślin, ziemi, komórek, molekuł i atomów. Po chwili zorientowałem się, że te wszystkie dźwięki mówiły jedno: przemawiały do mnie, nazywając mnie imieniem inicjacyjnym.
     „Kaula, Kaula, wiedz, że JA JESTEM, zawsze, gdziekolwiek, czymkolwiek. JA JESTEM tym nienazwanym wieloma imionami, tym bezdźwięcznym wieloma głosami. Kaula, bądź moim prorokiem, moim wojownikiem Światła, moim emisariuszem, moim dzieckiem Tęczy. Zgromadź moje dzieci i pomóż im doświadczyć Mojej Obecności. Nauczaj Miłości, Kaula, jako, że Miłość jest kluczem do wszystkiego. Miłość jest Ścieżką, Miłość jest Tajemnicą. Nauczaj Miłości, Kaula, i Kochaj Mnie”.
     Nie byłem w stanie mówić, wysłałem więc uczucie miłości do całego wszechświata i zostałem zalany strumieniem odwzajemnienia tak wielkim, że wszedłem w stan czystej łaski, bez czasu i bez przestrzeni, w której cała świadoma myśl zniknęła. Byłem sobą, a jednak byłem wszystkim: źdźbłem trawy, wibrującym z niesamowitą wewnętrzną siłą, gdy powoli i nieugięcie odpychałem na bok skałę tysiąckroć cięższą i twardszą niż ja sam, skałą, uwięziony w dziwnym krystalicznym cyklu życiowym dopasowanym do czasu galaktycznego, ptakiem, ciepłym i bezpiecznym pod rozczochranymi piórami, śpiącym i śniącym mój własny sen, którym nie mogłem się podzielić. I byłem drzewem, kojotem, mrówką, domem, kometą, chmurą, całym wszechświatem w jednym czasie i wszystkim na raz. I byłem sobą.
      W pewnym momencie zostałem sprowadzony z powrotem do cielesnej świadomości tu i teraz. Nadal trząsłem się w ekstazie. Tęcza zniknęła, głosy ucichły, ale na około siedzieli moi wszyscy nauczyciele, którzy pomagali mi w tym życiu. Był tam mój ziemski ojciec, mając na sobie kostium Srebrnego Koła. Był też Wana Kahili, który zainicjował mnie jako kahunę, M'Bala, szaman z Zachodniej Afryki, Sufi Joe, z Persji, Gordo, czarodziej, Fa Hsien, lama chiński, Ra Ptah, Manea, Lucius, Rufus, Jarod, Naran i inni. Byli tak realni jak ziemia, na której siedziałem i bardzo chciałem ich uściskać, ale czułem, że ta okazja jest zbyt poważna na taki gest. Czułem jednak ich ciepłe myśli na powitanie. Po chwili stało się oczywiste, że na coś czekamy. Wtedy Wana Kahili i mój ojciec, którzy siedzieli na przeciwko mnie, odsunęli się i nagle, pomiędzy nimi, pojawiła się postać w białej szacie z kapturem. Zapadła na chwilę absolutna cisza, postać odrzuciła kaptur i odkryła swoją twarz, tak piękną, że ledwo mogłem na nią patrzeć, a mimo to nie mogłem oderwać od niej oczu. Twarz postaci cały czas zmieniała kształt, narodowość i płeć, utrzymując niezmiennie swój wewnętrzny blask. Każda zmiana twarzy dawała mi wewnętrzny obraz skojarzenia. Postać była stworzycielem Mu, naukowcem z Atlantydy, odkrywcą z Lumanii, Gautamą - Buddą, Mojżeszem na Górze, Jezusem z Nazaretu, prorokiem Muhammedem. Był Pele, Kuan Yin i Marią, Viracochą, Quetzacoatl'em i Kanaloa, w końcu Chrystusem, Oświeconym, Nauczycielem Światła.
     Po jakimś czasie postać i moi nauczyciele przemówili jednym głosem, telepatycznie, bezpośrednio do mojego umysłu. Najpierw przypomnieli mi o planie ułożonym wiele ziemskich wieków temu, w którym zgodziłem się brać udział razem z innymi. Następnie przyjrzeli się mojemu obecnemu życiu, od niemowlęctwa, pokazując moje błędy i chwile, gdy zszedłem ze swojej ścieżki, jak również moje inicjacje i sukcesy. Wytknęli moje słabości, pominęli mocne strony i poradzili, jakie kroki podjąć, aby wypełnić swoją misję.
     Na koniec potwierdzili, to co wyczytałem na tablicach pamiątkowych na Hawajach i wyjaśnili mi związek z moją misją. Kiedy skończyli, Chrystus wstał i podszedł do mnie rozkładając ręce nad moją głową. Natychmiast poczułem przepływającą we mnie moc, która wypełniała mnie Światłem. Potem On powiedział: „Kaula, bądź namaszczony mocą Ducha Świętego jako jeden z moich księży i proroków New Age. Idź, i nauczaj i pisz w obecności Boga, o znaczeniu i drodze Miłości, o rozległej mocy i potencjale ludzkiego umysłu. Idź i uleczaj chorych na umyśle, ciele i sercu i naucz ich także, jak leczyć samego siebie i innych. Doradzaj, instruuj i otwieraj umysły wszystkich, którzy przychodzą do ciebie, używając tę wiedzę umysłu, materii i energii, która została Ci dana, i przepowiadaj tak, jak jesteś prowadzony przez swoje wewnętrzne światło. Zbuduj świątynie mądrości na lądach tam, gdzie można uczyć i praktykować tą wiedzę, załóż również społeczności, gdzie miłość i wolność zwyciężają. Zgromadź wokół siebie gorliwych uczniów i nauczaj ich i wyświęcaj, aby umieli robić to, co ty. Użyj wszelkich środków dostępnych na tym świecie, aby osiągnąć te cele. Będziesz zawsze prowadzony przez wewnętrzne światło. Twoją drogą jest Huna, nauka Miłości, ścieżka Harmonii na Ziemi i z Ziemią, wiedza uniwersalna. Ty i ci, których prowadzisz będą nazywać siebie Dziećmi Tęczy. Tęcza, gwiazda siedmioramienna i krzyż życia będą symbolami twojej drogi.
     Niezliczone są ścieżki do Boga, więc bądź w pokoju ze ścieżkami innych, jako że one, nawet o tym nie wiedząc, podążają ścieżką Huny wtedy, gdy ich ścieżka jest prawdziwa. Zacznij przygotowywać swoich ludzi na czas Wielkiej Emigracji, bo z pewnością rodzaj ludzki już wybrał swoje przeznaczenie, żeby wrócić do gwiazd.
     Teraz odejdziemy, ale pozostaniemy w kontakcie z Tobą za pośrednictwem Ducha. Nie mów nikomu o tym, co widziałeś i słyszałeś dopóki nie otrzymasz znaku. Wtedy opowiesz o tym doświadczeniu, zaczniesz zapisywać wiedzę z tablic kamiennych i poświęcisz się wielkiej pracy. I zawsze pamiętaj: Miłość jest kluczem.”
     Potem twarz Chrystusa zrobiła się jaśniejsza i znieruchomiała w uśmiechu wspaniałych istot z bardzo daleka, które już widywałem w poprzednich wizjach. Chrystus dotknął palcem czubka mojej głowy i wtedy zemdlałem. Kiedy się obudziłem, byłem sam w zupełnej ciszy. Zaczynało świtać, kiedy wracałem do obozu.”
( źródło )

     No cóż, przyszłemu prorokowi Nowej Ery i autorowi „Miejskiego szamana”  najwyraźniej zabrakło eliaszowej Mądrości, dał się przeto zwieść inicjacyjnym sztuczkom Asura i opętać przez „trójucha”, grzęznąc w astralnych majakach duchowej „łżeczywistości”. Tak to bywa, gdy mylimy imitację ze Źródłem, obraz z brakiem obrazu, a moc i wielość „boskich” manifestacji z „cichym powiewem” Jednego, o którym łatwiej powiedzieć, że „nie jest”, niż, że „jest”, a który nie mami nas żadną, „duchową błazenadą”… J

wtorek, 13 marca 2007
PRZYPADEK TEZEUSZA

     Poruszana ostatnio sprawa egregorów wywołała szereg pytań i kontrowersji, z których część dotyczyła zagadnienia roli egregora w dojściu do Boga. Jak można przekonać się z cyklu esejów Rozlina wielu okultystów i mistyków uważało, że oprócz ewidentnie demonicznych i „wampirycznych” duchowych bytów istnieją jeszcze duchy „odboskie”, będące emanacjami Bóstwa lub Jego wysłannikami i z tej racji takimi rodzajami spirytualnych istności, które aczkolwiek mają naturę „egregorowatą”, to jednak mogą pomagać ludziom w dotarciu do Najwyższego. Błąd takiego rozumowania tkwi, moim zdaniem, w uproszczonej wizji duchowego świata, a przede wszystkim w tym, że zwolennicy tej tezy nie do końca rozeznali czym/kim są owe „pomocnicze” egregory. Każdy egregor pęta człowieka. Nie oznacza to jednak, że należy „z góry” je wszystkie odrzucić i natychmiast  „wyplenić” ze swojego życia. Wszystko zależy od tego, w jakiej fazie „duchowej wędrówk” się znajdujemy i co nam w związku z tym zagraża.
     Jeżeli więc, na przykład, ktoś został opętany przez arymaniczne lub lucyferyczne byty do tego stopnia, że nie tylko stracił zdolność jasnego widzenia, ale i też część jego osobowości stała się ich „własnością”, bez wątpienia winien przejść egzorcyzmy i, dobrze byłoby, gdyby się nawrócił i związał z jakimś bardziej „świetlistym” egregorem ( np. z Jezusem Chrystusem ). Czemu? Ponieważ jednym z przejawów działania tego egregora jest uwalnianie spod wpływów „szatana” ( duchów ewidentnie niszczycielskich ). Fakt ten można, a czasem nawet  trzeba wykorzystać. W tą też stronę „popchnąłem” kilku moich „pacjentów”, nie dlatego, iżbym uważał to za cel terapii ( przeciwnie ), lecz z tej przyczyny, że dopiero odzyskawszy przytomność i zyskawszy świadomość w co „wdepnęli”,  mogli podjąć dalsze działania terapeutyczne. Ponadto dla niektórych z nich była to jedyna droga wyjścia z racji ich wrodzonej nadwrażliwości medialnej. Nawrócenie spowodowało jej częściową niwelację oraz przekierunkowanie z odbioru negatywnych przekazów astralnych na odbiór przekazów pozytywnych ( milość, opiekuńczość, wybaczenie ).. Nie była to tylko kwestia „techniczna”. Chodziło mi o to, by owi, zagubieni, pełni strachu i niewiary w to, że cokolwiek „obchodzą Boga” ludzie uwierzyli, że On się nimi opiekuje i chce ich uwolnić z cierpień.
     Półśrodek, może ktoś powiedzieć, a ja przyznam mu rację. Tego rodzaju „nawrócenie” niczego bowiem nie kończy i, co ważniejsze, nie likwiduje SDU, a często je pogłębia, zmieniając jedynie zakres, formę i charakter „astralnych podczepień”, które z „demonicznych” zmieniają się w „boskie”. W „boskim astralu” dominuje „energia miłości”, zaś „Bóg” jawi się jako opiekuńcze, świetliste, pełne miłosierdzia i wybaczenia bóstwo. Nie są to, rzecz jasna, jedyne cechy tego „Boga”. Ów „Bóg” z reguły żąda wyłączności i w sposób mniej lub bardziej „nachalny” domaga się stałego uczestnictwa w życiu człowieka. Im bardziej staje się w nim obecny, tym mocniej człowiek mu się poddaje, podporządkowuje jego woli i nurza w jego świetle. Czyni to chętnie, wszak ów miłosierny „zbawca” skruszył jego „kajdany”. Owszem. Kajdany znikają. Ich miejsce wszelako zajmują jedwabne sznury „boskiej zachłanności”.
     I tak dochodzimy do istoty poruszanego problemu. Iść, czy nie iść za „odboskimi” egregorami? Ilekroć go omawiam posługuję się przykładem mitu o Tezeuszu. Znamy go wszyscy. Tezeusz wstąpił do labiryntu, by zabić Minotaura, po czym wyszedł zeń, trzymając się nici, którą dała mu zakochana w nim  Ariadne. Mało kto pamięta, co działo się potem. Otóż Tezeusz zabrał dziewczynę ze sobą na okręt i kiedy znużona zasnęła zostawił ją na skalistej, bezludnej wyspie. Czyn niezbyt chwalebny jak na pełnego cnót herosa. No cóż, mity trzeba umieć czytać, nie o historię zawiedzionej miłości zdrady w nim bowiem chodziło. Mit o Tezeuszu jest mitem inicjacyjnym, opisującym „szamańską” wyprawę w zaświaty i powrót z nich do „środkowego świata”. A skoro tak, to zamiast widzieć w Ariadne zakochaną księżniczkę, należy dostrzec kim naprawdę była.  Jej imię wywodzi się od greckiego arachne – pająk, pajęczyca. Reprezentuje ona w micie białą, księżycową boginię, opiekuńczego, egregora Tezeusza, który wkracza w głąb labiryntu, by tam zmierzyć się z arymaniczną mocą jej „boskiego brata”: człowieka-byka. Tezeusz sam może znaleźć centrum podziemi, idąc za głosem ryczącego w ich głębi Minotaura. Lecz jak z nich wyjść? Jeśli w nim uwięźnie, sam stanie się nowym Minotaurem. Tu w sukurs przychodzi mu Ariadne, ofiarowując pomoc w zamian, za obietnicę, że ją ze sobą zabierze do Aten i uczyni żoną. Tezeusz  zgadza się na ten „układ”. Dzięki białej bogini opuszcza „astralne piekła”, następnie zaś odcina się od swego opiekuńczego egregora, łamiąc przysięgę, ale zyskując upragnioną wolność.
     Miłosno-seksualny związek Tezeusza i Ariadne oraz problemy z tym związane to osobne zagadnienie, wzmiankowane przeze mnie ostatnio w
MIŁOSNYM POWOŁANIU.  Niezależnie od nich warto popatrzeć na ten mit jak na swoistego rodzaju „inicjacyjny instruktaż”. Wtajemnicza nas on w dwa, magiczne prawidła. Prawidło pierwsze brzmi: opuszczając labirynt nigdy nie wychodź zeń tą samą drogą. Przekładając to „na nasze” oznacza ono, że skoro już zająłeś się  jakąś duchową praktyką i ta praktyka związała cię z jakimś duchowym matrixem, nie używaj tego matrixa, by się zeń uwolnić. Znajdź inne wyjście, bo jeśli tego nie zrobisz, prędzej czy później wrócisz do labiryntu ( tak stało się z Tezeuszem, który wszedł w podziemia i wyszedł z nich tą samą drogą, po latach zaś wyruszył do Hadesu, by posiąść Persefonę i został w nim uwięziony ).
     Prawidło drugie można streścić w formule: wykorzystaj pomocnego egregora, a potem zerwij wiążące was nici. Nie patrz na to, że go „zdradzasz”, gdyż wiążąc się z nim na stałe, zdradzasz samego siebie i Żywego Boga. Nawet jeśli widziałeś w tym egregorze odbicie Boskości, zetnij więzi, odbicie bowiem nie jest Źródłem odbicia. Wolność ofiarowuje ci tylko Źródło Wszystkiego. I tylko Jemu bądź wierny…

środa, 07 lutego 2007
VII LEKCJI O EGREGORACH
KRÓTKIE WPROWADZENIE
  Spośród wielu „kierunków” CTUD-u jeden wydaje się nieco zapomniany. Jest nim DUCHOWE BHP. Znajdują się w nim tylko trzy notki, z których ostatnia ( ŚWIADOMOŚĆ ROZRÓŻNIAJĄCA ) pochodzi z września 2006 roku. Kończy się ona tymi oto słowami:
    
Dzięki świadomości rozróżniającej poznajemy zatem swoją naturę, a jednocześnie uwalniamy się spod wpływów wyobrażeń o Bogu i duchowym świecie, zyskawszy wiedzę o tym, co Bogiem nie jest, a co próbuje Go tylko imitować.
     Dziś chciałbym wrócić do tych zagadnień, a dokładniej do problemu rozpoznania duchowego. Jego podstawą jest, wspomniana wyżej, wiedza o naturze i charakterze imitacji Boga, czyli egregorów. Tematowi temu mam zamiar poświęcić cykl notek noszących wspólny tytuł Siedem lekcji o egregorach. Będą one zamieszczane kolejno w tym „kierunku”, począwszy od lekcji pierwszej, skończywszy na siódmej
     I jeszcze jedna sprawa. Notki nazwałem „lekcjami” z prostej przyczyny. Jestem urodzonym „belfrem” i lubię uczyć :-)
     A zatem – miłej lektury ( i nauki )...
PRZEJDŹ DO LEKCJI I
LEKCJA I

EGREGOR

     Jak już pisałem w SPRAWIE JEZUSA, a wcześniej w OFIERZE, każdy egregor skrywa w sobie swoje wcześniejsze, dobrze znane w odległych epokach, lecz dziś już zapomniane, „wcielenia”. Dla człowieka, który para się duchowością ich rozpoznanie nie jest konieczne, choć zdarzają się okoliczności, kiedy operacja ta staje się niezbędna: na przykład wtedy, gdy otwiera się on na energie i związane z nimi przekazy płynące od egregorów rezydujących w tzw. miejscach mocy, z reguły bowiem usytuowane są w nich lub w ich pobliżu jakieś współczesne centra kultowe i pielgrzymkowe. Zanim jednak przejdziemy do tego zagadnienia winniśmy nieco uważniej egregorowi „jako takiemu” i spróbować odpowiedzieć na  pytanie: czym (kim) właściwie jest egregor.
     Słowo egregor wywodzi się z greckiego egerio – być wzbudzonym, być czujnym, widzieć, patrzeć, po raz pierwszy zaś pojawia się ono w pochodzącym z III w. p.n.e greckim przekładzie Biblii ( Septuaginta ), a dokładniej w Trenach 4.14. Hebrajski tekst tego fragmentu Tory brzmi: Błąkali się jak ślepi po ulicach splamieni krwią tak, ze nie można było dotknąć ich szat ( chodzi o proroków i kapłanów Izraela, którzy  popełniwszy grzech nieposłuszeństwa wobec Jahwe zabijali sprawiedliwych wzywających ich do pokory i nawrócenia ). Dokonujący tłumaczenia z hebrajskiego na grecki żydowscy uczeni w miejsce hebrajskiego erim, irim ( ślepi ) wstawili greckie egregeros ( widzący ), co oczywiście zmieniło sens tekstu, który wedle Septuaginty wyglądał teraz następująco:
Widzący błąkali się po ulicach splamieni krwią tak, że nie można było dotknąć ich szat…
     Czemu tak postąpiono? Powody są trzy. Po pierwsze dlatego, że nie chodzi tu o fizyczną ślepotę, ale o ślepotę innego rodzaju: o niedostrzeganie czegoś przez kogoś, kto widzi ( takimi na przykład duchowymi ślepcami byli – wedle Jezusa – faryzeusze ). Po drugie z tej przyczyny, że aczkolwiek duchowa ślepota sprawia, iż brniemy dalej w grzech, to jednak nie odbiera nam możności dostrzegania tego faktu ( w podobny sposób opisany jest w Biblii duchowy stan proroka Bilaema, który mówi o sobie, iż upada z otwartymi oczami - widzi swój upadek a jednak prorokuje przeciw Izraelowi ) ). Po trzecie z tego powodu, że hebrajskie słowo ir, er ( l. mn. irim, erim )  oznacza nie tylko ślepca. Jest ono także synonimem upadłego anioła ( tego, który widzi sprawy duchowe, lecz trwa w ciemności). I tym również terminem określa ów rodzaj anielskich bytów Księga Henocha, podobnie zresztą jak Biblia, w której płodzący z niewiastami dzieci nefilim nazywani są synami irim, czyli zbuntowanych aniołów. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę wszystkie te trzy aspekty powyższego tekstu dostrzeżemy w błąkających się jak ślepcy mordercach nie tylko świadomych swego potępienia  „duchowych ślepców”, ale i demoniczne byty, które ich opętały. 
     Wiele na to wskazuje, iż starożytna gnoza identyfikowała hebrajskich erim, irim oraz greckich egregoros z archontami ( grec. archontos ) – demonicznymi rządcami kosmosu. W XVI wieku, za sprawą słynnego maga, Johna Dee, słowo egregor weszło na stałe do „okultystycznego słownika”. Pojawia się ono chociażby w wydanym w 1652 roku, a przetłumaczonym z greki na łacinę magicznym traktacie Thesaurus Temporum. W okultystycznych kręgach rozpowszechniło się ono jednak dopiero na przełomie XIX i XX stulecia, zyskując nową, bliższą współczesnej mentalności treść, a jednocześnie tracąc swą „starożytną wyrazistość”.
     Egregor oznacza kolektywną, wspólnotową magiczną więź astralną – definiuje to pojęcie 
Leon Zawadzki. - Więź egregoru powstaje na skutek walorów i jakości energetycznych, ukierunkowanych wspólnym dążeniu emisji energii zarówno istot żywych, jak i już zmarłych, a nawet przedmiotów nieożywionych. Możemy więc mówić np. o egregorze chrześcijańskim, a w jego granicach funkcjonującym egregorze np. kościoła katolickiego; o egregorze polskiego patriotyzmu; egregorze rodu, plemienia, klanu, wspólnoty religijnej, ect.
     Egregor to jest duch ludzkiej zbiorowości, przede wszystkim narodu, ale nie tylko – stwierdza
Wojciech Jóźwiak. - Swój wyrazisty egregor miała polska szlachta, zwana od czasu, gdy skasowano jej osobne prawa i przywileje - ziemiaństwem... Ale ten "duchoid" już nie istnieje. Za to żywy jest egregor górali podhalańskich. Mają swoje egregory kościoły, masonerie, towarzystwa tajemne. Silny i zatwardziały jest egregor meliorantów i regulatorów rzek! Niby wszyscy wiedzą, że natrętne prostowanie rzek, wpuszczanie ich w sztuczne wykopy i wycinanie drzew nad nimi rosnących to zbrodnia przeciw naturze, lecz melioranci mimo wszystkich krytyk i protestów od dziesiątków, ba! od setek lat niezmordowanie kontynuują swoją niszczycielską pracę. Co - jaki diabeł - ich tak wspiera? Aż myślę sobie, że to pewnie wspiera ich i kusi moc rzek samych, tych rzek, które oni niszczą, a to po to, żeby utorować drogę dla wielkich powodzi, które kiedyś w końcu przyjdą i na nas, ludziach, się okrutnie zemszczą.
     Wszystko to prawda, pisząc jednak o „egregorach meliorantów”, czy „egregorze polskiego patriotyzmu” obaj panowie pomijają ten ważny aspekt problemu, jakim są „osobowe” przejawy egregorów, czyli „bogowie”. Mają rację, że manifestacje astralnych sił dokonują się poprzez ludzkie umysły, wszelako nie cały egregor jest ich – jeśli tak można powiedzieć - produktem. Egregor to coś/ktoś, kto/co emanuje z nas, ale i spoza nas. I obu tych aspektów świadomi byli  dawni ezoterycy, widząc w egregorach zarówno to, co od pochodzi od człowieka ( „ślepota duchowa” ), jak i to, co stanowi jej zewnętrzne i wewnętrzne źródło ( duchowe byty ).

PRZEJDŹ DO LEKCJI II

LEKCJA II

MATERIALIZACJA ŚWIATA CIENI

  Dla istot tych ludzki umysł stanowi ogniwo pośredniczące między światem bytu, a kosmosem niebytu z jakiego pochodzą, a który jest – w pewnym sensie – odwrotnością naszego wszechświata, z wszystkimi, wynikającymi z tego faktu konsekwencjami. Jak wiadomo w zetknięciu z materią antymateria powoduje jej anihilację, dokonując zarazem  unicestwienia samej siebie. Z podobnych z grubsza względów „duchy nicości” nie mogą egzystować w świecie żywych bytów i muszą korzystać ze „skafandrów” umożliwiających im przebywanie w ich kosmosie. „Skafandrami” tymi są generowane przez ludzkie umysły myślokształty uformowane w skutek „produkowania” rozmaitych, zbiorowych wyobrażeń czegoś, co jako materialny byt nie istnieje. Z nich to owe istności „tkają” swoje „skafandry” i nimi się  okrywają, by móc funkcjonować po „drugiej stronie lustra”.
     Przedostawszy się w ten sposób do kosmosu bytu dążą do dalszej swej „materializacji”. Ze względu jednak na to, że funkcjonują w subtelnej „sferze myśli” nie mogą wprost oddziaływać na materię, na przykład „wcielić się” w kamień lub w inny przedmiot. Ich ekumenę stanowi kosmos myślokształtów, noszący w okultyzmie nazwę astralu. Skąd się bierze astral? Wysnuwa się on z ludzkich umysłów, które dostrzegają w otaczającej je rzeczywistości coś więcej poza faktem, że ona jest, skutkiem czego zwyczajny kubek przestaje być zwyczajnym kubkiem i zyskuje status świętego Graala, kawałek placka postrzegany jest i przyjmowany jako  żywa obecność Jezusa, a dwie skrzyżowane linie okolone kręgiem stają się mandalą we wszystkich jej mistycznych, magicznych, psychologicznych i archetypowych znaczeniach itd. Ten nowy wymiar rzeczywistości określam mianem rzeczywistości symbolicznej.
     Rzeczywistość ta tak mocno „przylega” do ludzkich zbiorowości, że można ją uznać za rodzaj swoistego corpus symbolicum, w którym ludzie owi się realizują i poprzez który postrzegają, oceniają i opisują świat. Każda grupa ludzka posiada swoje własne „ciało symboliczne” będące ekosferą ich egregorów oraz cząstką corpus symbolicum pojedynczych ludzi. Wszystkie te „ciała” wchodzą w skład „ciała symbolicznego” całej ludzkości. Ono to jest ekumeną egregorów wyższych hierarchii, tak „boskich” jak i „demonicznych” i w niej też najlepiej realizują one swą „materializację”, sprawiając wrażenie, jakby istniały nie tylko w ludzkiej psyche, ale i poza nią.
     Im bardziej przeto identyfikujemy mentalny symbol z materialnym obiektem, tym większej mocy udzielamy egregorom zmierzającym do swej „materializacji”, im silniej zaś „lokujemy” ów symbol w sferze ducha, tym potężniej pomagamy im się „uduchowiać”. Prawidło to dotyczy wszystkich egregorów, choć oczywiście nie wszystkie zainteresowane są „materializacją wprost” ( należą do nich chociażby egregor buddyjskiej pustki, egregor boskiego światła, egregor boskiej miłości ) i nie wszystkie dążą do „wysokiego uduchowienia” ( wspomniane przez Jóźwiaka „egregory meliorantów”, egregor demokracji, egregor szlachty polskiej itd. ).
     Znaczą ich część stanowią otoczeni czcią oraz kultem „bogowie”. Ten rodzaj jest najgroźniejszy, nie tyle ze względu na swój „demonizm” ( bywają wśród nich zarówno „dobre” jak i „złe” bóstwa ), lecz z tej przyczyny, że ich nadrzędnym celem jest zyskanie jednostkowej osobowości - przymiotu właściwego ludziom. Z naszego punktu widzenia mają one osobowość mnogą, czy raczej zbiorową, formując coś w rodzaju roju hierarchicznie podzielonych istności rządzących się wspólną wolą emanowaną przez hierarchię najwyższą. Ów rój chce być jednym „organizmem”: jedną osobą wyposażoną w jedno „ciało” i jedną „duszę” ( jednostkowa jaźń ). Sęk w tym, że nie może tego osiągnąć, bo w odróżnieniu do człowieka tejże duszy ( jednostkowej jaźni ) nie posiada.
     Czym jest dusza? Mówiąc najkrócej dusza to „całość ja”. To coś, co sprawia, że mimo wewnętrznych sprzeczności człowiek pozostaje zintegrowaną jednostką. Status ten zachowuje ona nawet wtedy, gdy postępuje tak, jakby w nim było kilka „osób” ( nie mówimy tu oczywiście o opętaniu ). Czym innym bowiem są „maski duszy” ( role, z którymi dusza się identyfikuje ), a czym innym dusza „sama w sobie”, będąca „mną bez udawania mnie”. „Maski” tedy jedynie sprawiają wrażenie „osobowości”, prawdziwą osobą jest dusza. Nosi ona w sobie możliwości wielu swych realizacji w świecie. Jeżeli utożsami się z nimi, nakłada  „maskę”, zaskorupia się w niej i – w pewnym sensie – umiera. Powrót do życia uzyskuje dopiero świetle Źródła swego pochodzenia ( w Bogu ) o ile się ku Niemu zwróci. By to osiągnąć musi zrzucić „maski”, odzyskać pierwotną „nagość”, powrócić do samej siebie; do takiej, jaką jest. 
     Dusza tedy jest „mną takim, jakim jestem”, jednakże by taką się dojrzeć potrzebuje światła i zwierciadła. Światłem obdarza ja Bóg, zwierciadłem są inni „posiadacze dusz” ( ludzie ). Światło pozwala jej być „mną takim, jakim jestem w obliczu Tego, który jest”, w zwierciadle odnajduje ona swoje podobieństwo i spełnienie i – jeśli tak można rzec – pięknieje. Zarazem dusza stanowi ten pryzmat człowieczego „ja”, w którym świat „nabiera barw”, przestając być światem nieoznaczoności i uzyskując przymiot bycia „jakimś światem” ( światem piękna, brzydoty itp. ). Dzięki tej cesze dusza staje się makro i mikrokosmicznym „zwornikiem” pośredniczącym między ludźmi i światem a Bogiem ( płaszczyzna makrokosmiczna ) oraz między boską iskrę w człowieku ( duchem ), a ciałem ( płaszczyzna mikrokosmiczna ), co sprawia, że zdolna jest przemienić oba te kosmosy w „edeński ogród” albo w „piekło”. U podstawy obu tych możliwości leży akt wolnej woli czynienia jednego bądź drugiego: wprowadzania dysharmonii bądź harmonizowania obu tych światów. Dysharmonia wyraża się oddzieleniem od Boga, „zaskorupianiem” kosmosu iluzjami rzeczywistości oraz zakrywaniem „nagości” duszy „maskami” złudnej świętości bądź demoniczności ( owych „masek” może być oczywiście znacznie więcej ). Harmonizowanie owocuje przekształcaniem makro i mikrokosmosu w jedną, różnorodną, lecz przecież zintegrowaną całość zwróconą ku Bogu i pozostającą z Nim w bezpośredniej relacji ( i taki jest podstawowy sens i cel „pracy nad duszą”, czyli wszelkiej duchowej praktyki ).

PRZEJDŹ DO LEKCJI III

LEKCJA III

POŻERACZE DUSZ

 Egregory doskonale o tym wszystkim wiedzą. Wiedzą też, że pokłosiem takich cech duszy jest jej zdolność kształtowania w sobie i wokół siebie corpus symbolicum. Dopóty, dopóki nie zasłania ono Boga i świata, „ciało” spełnia pozytywne funkcje, ponieważ stanowi wynik „dokreowywania”  świata i wypełniania go „treścią”. Staje się jednak „złym”, a raczej zgubnym wtedy, gdy służy jako narzędzie pomocne w konstruowaniu iluzji. W tym też tkwi „haczyk” za który „pociągają” egregory. Ponieważ w każdą duszę „wpisany” jest imperatyw ukierunkowania na „rajskość” lub „piekielność” odwracają one naszą uwagę od prawdziwego znaczenia obu tych stanów, mamiąc astralnymi „piekłami” i „niebami”, a także zwodząc na manowce różnorakich form „duchowej szczęśliwości”, bądź „wiecznego potępienia”. A że jako „duchy nicości” nie należą do świata bytu, lecz bardzo chcą w nim być, wkraczają weń i zająwszy miejsce między ludźmi a światem czynią astral jego integralną częścią. By tego dokonać wpajają w ludzi przekonanie, iż rzeczywisty kosmos składa się nie tylko z materialnego świata, ale i również z różnorodnych pięter astralu oraz wyższych sfer duchowych, na których „wierzchołku” rezyduje otoczony spirytualnymi zastępami Bóg ( ów „bóg” nie jest oczywiście prawdziwym Bogiem, lecz Jego znakomitą imitacją ). W podobny sposób obrazują one w ludzkich umysłach strukturę mikrokosmosu.
     Oba te obrazy są prawdziwe i fałszywe zarazem, albowiem odnosząc się do realnie istniejącej „hierarchii rzeczywistości” ( świat – człowiek – Bóg; ciało – dusza – duch ) wypaczają ją, okrywając świat „skorupami” świata egregorów ( astralem ) i zastępując Boga – „bogami” lub fałszywym Bogiem. By to osiągnąć egregory muszą najpierw wniknąć w ciało człowieka i przesłonić sobą jego ducha ( iskrę bożą ). Wrotami do ciała jest podświadomość i nadświadomość, poprzez które zyskują wpływ na działanie centralnego układu nerwowego i odpowiednio go „przesterowują” na odbiór astralu, po czym tak ukierunkowują spirytualne dążenia ludzkiej duszy, by to w nich widziała Boga i z nimi identyfikowała swoją duchową cząstkę.
     Czynią to wszyscy „bogowie”, nie tylko „demoniczni”, ale i również ci najwspanialsi i świetliści, emanujący miłością, zrozumieniem i wybaczeniem. Za każdym z nich stoi bowiem ten sam wygłodniały i „zżerający” ludzkie jaźnie Asur ( Sorath ). Jest on istnością hierarchicznie najwyższą, duchem o dwoistej naturze: z jednej strony osobowo mnogim (złożonym z wszystkich rojów duchowych istot okupujących „skafandry” myślokształtów), z drugiej kimś kto z naszego punktu widzenia jawi się jako bezosobowa nicość, przepastne, „żarłoczne” nihilo. Idąc dalej w tych porównaniach można w nim widzieć antytezę bytu, jego skrajne przeciwieństwo. Wszelki byt istnieje dlatego, że jego wewnętrzną osnowę stanowi życie - nieustannie dziejący się akt kreacji świata, którego „współkreatorem” jest dusza każdego człowieka.  Moc Asura realizuje się przez anty-kreację, czyli śmierć pociągającą za sobą totalne unicestwienie duszy ( zjawiska tego nie należy nie mylić ze zwyczajną śmiercią, będącą przejściem z jednej formy życia do drugiej ). Patrząc na to z tego punktu widzenia widzimy, że de facto egregory są „martwe” ( bo pochodzą ze śmierci ), zaś przejawiający się w akcie kreacji Bóg jest Bogiem Żywym. Dopóty, dopóki więc trwamy w życiu Asur dla nas nie istnieje, a wraz z nim nie istnieją również jego duchowe emanacje ( egregory ).
     Z tą chwilą jednak, gdy zwracamy się ku nim, nasza dusza staje na granicy dzielącej życie od śmierci. Najprostszym sposobem jakim Asur może nas tam „popchnąć” jest udawanie Boga, tj.  Kogoś/Czegoś ogarniającego sobą życie i śmierć i skąd zstępują ku nam rozmaite, boskie personifikacje. I znów ta pierwsza „informacja” odpowiada prawdzie, ta druga – kłamstwu. W Bogu faktycznie „znajduje się” wszystko ( a więc byt i niebyt ). Nam wszakże dano jako ekumenę tylko część wszystkiego ( byt ) oraz wszczepiono w nasze dusze zdolność rozpoznania bytu od niebytu ( a dokładniej Żywego Boga od „martwych” egregorów ). 
     Rozpoznanie Boga nie pociąga za sobą konieczności jednakowego nań ukierunkowania ( za taką duchową przesłanką zawsze stoi Asur ). Relacja z Bogiem ma charakter osobisty, zgodny z „darami” duszy. Fakt ten egregory również potrafią wykorzystać, imitując Boga lub Go zastępując, bądź wmawiając nam, iż są Jego personifikacjami, emanacjami, przejawami, manifestacjami, wysłannikami, pośrednikami itp. Czym innym wszakże jest osobiste poznawanie Boga ( ma ono zawsze charakter cząstkowy, co wynika stąd, że będąc ludźmi nie potrafimy objąć Jego „całości” ), czym innym identyfikacja owej „cząstkowości” z rzekomą boską manifestacją czy personifikacją, jawiącą się jako ukonkretniona „całość”. Czym innym jest pochylenie czoła przed głębią tajemnicy Boga, czym innym wgląd w „boskie tajemnice” zyskany z „duchowych przekazów” i wizji. I czym innym jest odpowiedź „nie wiem” na pytanie o naturę bożej iskry we mnie, czym innym stawianie znaku równości między Nim a mną albo moją „wyższą jaźnią”.
     Mówiąc najkrócej samo ukierunkowanie na Boga nie wystarczy. Niezbędne jest również duchowe rozeznanie, na które składa się kilka elementów, w tym świadomość rozróżniająca oraz ta umiejętność, którą niegdyś nazywano rozpoznawaniem duchów. Jak słusznie bowiem powiedział Napoleon: im więcej wiem o przeciwniku, tym łatwiej przyjdzie mi go pokonać. Miast tedy bawić się w dzielenie egregorów na duchy miejsc, egregory katolicyzmu bądź meliorantów przypatrzymy się egregorom jako takim, ponieważ to, co nimi jest, z pewnością nie jest Bogiem.

PRZEJDŹ DO LEKCJI IV

LEKCJA IV

OBJAWIĆ SIĘ W "CIELE"

 Warstwę zewnętrzną każdego egregora tworzą uformowane w ciągu wieków myślokształty,  wewnętrzną ich „pasażerowie”, całość zaś owego astralnego fenomenu składa się z trzech głównych „elementów”. Są nimi: jego „postać”, „charakter” oraz  „duch”.
     „Postać” to zbiór wszystkich atrybutów jakie posiada dane „bóstwo”, począwszy od wyglądu, skończywszy na sposobie poruszania się i bezpośredniego przejawiania. Dla większości odziewających się w myślokształty duchów jest ona o tyle istotna, że jako ich „astralna materializacja” pociąga za sobą zazwyczaj dalszą materializację, tym razem w realnej materii ( w obrazie, rzeźbie lub w innym, otoczonym kultem idolu, który na życzenie egregora powstaje ) lub w ciele człowieka ( opętanie ).
     Pragnienie materializacji leży u podstaw wielu, zmysłowo doświadczanych objawień egregorów. W takim przypadku egregor musi dostosować się do aktualnych wyobrażeń siebie. Czasami jawi się wprost jako dany „bóg” ( tak uczynił chociażby duch „wcielony” w postać Jezusa „Miłosierdzia Bożego” w przypadku świętej Faustyny), czasami natomiast dokonuje tego stopniowo, jak gdyby dopiero dawał się poznać kim jest. Dobrym przykładem tej drugiej operacji jest historia objawienia w Lourdes, gdzie dzieci najpierw spostrzegły „Jasną Panią” w okolicy groty, potem dopiero rozpoznały w niej ( nie bez pomocy wypytujących je o tę sprawę księży ) Matkę Boską ( od tej chwili egregor zachowywał się tak, jak powinna to czynić „katolicka Boża Matka” ).
     Konieczność dostosowywania się wynika z dwóch powodów. Po pierwsze stąd, że w niższych sferach astralu czas płynie jakby w odwróconym kierunku, to więc co dla nas starsze i bardziej zapomniane, dla egregorów jest bardziej „współczesne”. Po drugie, że muszą one jak najszybciej zyskać tożsamość aktualnie czczonego bóstwa, by nie wzbudzić u swych czcicieli żadnych podejrzeń i się zregenerować ich energią po utracie własnej.  Wkraczając w nasz czas przechodzą zatem przez niższy astral i dokonują „skoku czasowego”, dzięki czemu odbieramy je jako istoty przedwieczne, a jednocześnie „ożywczo młodzieńcze”. Dlatego młodziutka „Jasna Pani” z Lourdes na początku ucieleśniała w sobie cechy Białej Bogini neolitu, potem dopiero stała się Matką Boską. Widziana w Chinach parę lat temu na niebie ta sama „postać” rozpoznana została jako bogini Kuan-in. Podobnie działo się w przypadkach wielu innych jej objawień, na przykład w Fatimie, w Skępem, w Gietrzwałdzie itd.
     Nieco inaczej przebiega ten proces wtedy, gdy jakiś mistyk-wizjoner „produkuje” plastyczne, energetycznie silne i wewnętrznie zwarte myślokształty bóstwa, któremu z całą żarliwością ofiarowuje siebie „tu i teraz”, czyniąc je aktywnym podmiotem swego życia ( taką osobą była Faustyna Kowalska „widząca” nie tylko Jezusa, ale i również Maryję w postaci Matkę Boską Bolesnej z siedmioma mieczami wbitymi w serce ). W takim przypadku egregor niejako „z marszu” może przeobrazić się w postać danego „boga”, zaś czas tego przekształcenia z reguły trwa zbyt krótko, by fakt ten zauważyć. To wyjaśnia zarazem czemu egregor Jezusa jest bardziej „operatywny” i uobecniony na protestanckich nabożeństwach niż w katolickich mszach. O ile bowiem na tych drugich działa on głównie za pośrednictwem zastanych i nie wymagających „mentalnej kreacji” symboli, przez tych pierwszych jest zapraszany wprost ( bez żadnego pośrednictwa ) do serc wiernych, którzy co prawda nie „produkują” żadnych jego obrazów, ale i też redukują z umysłu wszelkie inne imaginacje.
     Dotykamy tu istotnego problemu, wbrew temu bowiem, co można by na pozór sądzić, egregory wcale nie są zainteresowane, byśmy czcili zbyt wielu „bogów” ( chyba, że dany egregor „rozczłonkowuje się” na wiele „bóstw” ). Egregory z zasady lubią wyłączność i ostro konkurują między sobą o pożywienie. Nic w tym dziwnego, każdy z nich jest wszak osobowością mnogą, wszystkie więc jego „osoby” muszą się „nachapać”, te niższe zmuszane są do dawania daniny wyższym, one zaś przekazują ją dalej ( do egregorów z wysokich sfer ), skąd trafia ona do Asura. „Jednokierunkowi” wyznawcy są zatem dla każdego egregora cennym łupem, z którego o tyle korzysta, o ile potrafi się on przeobrazić się w czczone przez nich uraniczne bóstwo. Zdolności tej nie posiada wiele egregorów, zwłaszcza tych bardziej „demonicznych” i „ambiwalentnych”, co napawa je wściekłością oraz żądzą zemsty. Nie mogąc nic zrobić „uranicznemu” egregorowi wyżywają się na jego wyznawcach  dopóty, dopóki ci, poprzez duchową puryfikację, nie zasłużą na jego osłonę. Egregor ów wykorzystuje przeto swych niższych pobratymców do oczyszczenia „papu” z „demonicznych toksyn”, po czym wywala ich na zbity pysk, ale niezbyt daleko, bo potrzebny mu jest owczarski pies, najlepiej zaś nadaje się do tego kopnięty w zadek „diabeł”.
     Co dzieje się jednak, gdy jakiś mistyk, na przykład uprawiający „modlitwę jezusową” prawosławny mnich, ruguje ze swoich myśli wszelkie zmysłowe wyobrażenia? Ukazać mu się jako Jezus? Że to nie zawsze skutkuj najlepiej świadczy historia świętego Antoniego, któremu w trakcie modłów objawił się „Chrystus”, a który pamiętając, że Jezus ukaże się widzialnie ludziom dopiero podczas swego powtórnego przyjścia natychmiast rozpoznał  „diabelska sztuczkę” i oświadczył: Nie teraz, dopiero kiedy nastąpi Sąd Ostateczny, po czym najspokojniej w świecie powrócił do przerwanej czynności, a jego oblicze – jak czytamy w manuskryptach Ojców Pustyni - jeszcze mocniej zajaśniało blaskiem chrystusowego Przemienienia.
     Identyfikacja bijącego z twarzy mnicha światła z tym, co wydarzyło się na Górze Tabor ma głęboki, mistyczny sens i wiąże się z charakterystycznym dla mistyki wschodniego chrześcijaństwa przekonaniem, iż Jezus po to stał się człowiekiem, by człowiek stał się bogiem. W podobny, aczkolwiek wynikający z odmiennej wizji ducha sposób odnoszą się do tej kwestii chociażby negujący istnienie jakichkolwiek duchów i otwierający się na „energię kosmicznej miłości” zwolennicy New Age, skoncentrowani na pustce buddyści, czy stawiający znak równania między boskim i człowieczym „ja” jogini. Ich anty-egregoryzm jest wszakże pozorny, a dokładniej – nieskuteczny, ponieważ egregor wcale nie musi używać swojej „postaci”, żeby „podczepić się” do człowieka. Starczy jeśli przejawi swój „charakter”, czyli zespół cech „informatyczno-energetyczno-czynnościowych” wyrażających się albo jakimś rodzajem mocy ( w przypadku operacji magicznych ) albo emocji ( w przypadku praktyk modlitewnych, kontemplacyjnych czy medytacyjnych ), albo w płynących „z góry” przekazach ( prorokowanie, przepowiednie, przesłania ). Wszystkie te aspekty „charakteru” są oczywiście komplementarne i trudne do rozdzielenia. Ich zmysłowym „spoiwem” bywa najczęściej światło lub inna, „promienista” energia, która może być „widziana” zewnętrzne, bądź doświadczana wewnętrznie jako przenikający umysł, serce oraz ciało „świetlisty”  impuls.

PRZEJDŹ DO LEKCJI V

LEKCJA V

"DUSZA" EGREGORA

O ile „postać” egregora imituje ciało, jego „charakter” stanowi imitację duszy, czyli osobowej, jednostkowej jaźni. Dzięki „charakterowi” egregor przestaje być „czymś” (obrazem, fantomem) i jawi się jako mniej lub bardziej konkretny „ktoś” ( „bóg” ), służąc mu do stworzenia pozoru, iż – podobnie jak człowiek - jest on żywą, samoświadomą istotą.
     Każda ludzka dusza posiada sobie właściwy szereg cech, które sprawiają, że aczkolwiek wszyscy ludzie mają to samo „ja”, to jednak każde „ja” jest inne. Kabalista powiedziałby, że owa różnorodność, a jednocześnie tożsamość wszystkich dusz wynika stąd, że każda z nich jest, znanym tylko Bogu „imieniem” ( hebr. szem ). Każda ludzka istota posiada to samo  szem ( jaźń, duszę ), jednakże każde szem istnieje jako inne szem (jednostkowe „imię duszy”). Dlatego kiedy Bóg przemawia do jakiegoś człowieka, zwraca się doń „po imieniu”, czyli do konkretnej, niepowtarzalnej i jedynej we wszechświecie osoby, dotykając zarazem duchowego jądra jego jaźni. Dostęp do „duchowego imienia” daje więc potężną władzę nad jego „nosicielem” i może wywołać rozmaite skutki. Świadomi tego faktu magowie i duchowi mistrzowie bardzo często zmieniają, przekształcają albo tworzą nowe imiona swych uczniów albo klientów, wykorzystując w tym celu arkana numerologii i kabalistyki. Oficjalnie praktyka ta zmierza do wywołania oczekiwanych zmian w życiu podanych jej ludzi, de facto zaś wiąże „imieniodawcę” i „imieniobiorcę” astralnym węzłem zależności. Temu samemu służą w magii rytualnej czarodziejskie sigilla ( pieczęcie ) wypełnione zapisanymi za pomocą „magicznych” i „anielskich” alfabetów imionami oraz  „charakterami” aniołów, duchów, bogów i demonów.
     Egregory aż nadto dobrze znają owo magiczne prawidło, dlatego ukrywają swoje imiona własne, względnie występują pod wieloma imionami, bądź postępują tak, by używający ich „prawdziwego” imienia człowiek pozostawał w błogiej nieświadomości, że wypowiadając je  do pewnego stopnia nimi rządzi. Nawet jednak gdyby, na podobieństwo maga, zyskał pewność, że znajomość imion egregorów oraz sposobów ich ewokowania daje mu nad nimi władzę, to i tak by się zawiódł, gdyby wiedział na czym naprawdę władza ta polega.  Kiedy bowiem jakiś człowiek z nabożną czcią albo z magicznym żarem w sercu mamrocze pod nosem orientalne mantry lub kabalistyczne przekształcenia „imienia Boga”, egregory owszem, są niejako zmuszone do niego przyjść, jednakże wcale się przed tym nie wzbraniają. Jego „rządy” nad nimi mają ten sam charakter, jak władza krowy nad dojarką. Owszem, chcąc być wydojona krowa muczy i wzywa dojarkę, ta zaś ja doi i łagodzi ból nabrzmiałych wymion zwierzęcia. Nie dojarka jednak jest własnością poczciwej krasuli, lecz krasula jej. I nie o dźwięczne, mistyczne muczenie tu chodzi, ale o produkcję mleka. Krowa może przeto wierzyć, że dojarka nazywa się Muuu… A zresztą, choćby nawet doszła do wniosku, że się myli, to i tak nie zdoła wymuczeć imienia „Zosia”…
     Aby to uczynić krowa musiałaby nauczyć się ludzkiego języka. Wiejskiej dójce na tym nie zależy. Inaczej do tej sprawy podchodzą egregory. One dobrze wiedzą, że tak naprawdę szem jest „imieniem bezimiennym”, tj. nie dającym się w żaden sposób zapisać ani wypowiedzieć.  Człowiek również czuje, iż jest kimś więcej niż „Janem” czy „Zosią”. W podobny sposób, mniej lub bardziej świadomie, traktuje Boga. Nawet wierzący, że Bóg wyjawił im swoje imię Żydzi, z obawy przed naruszeniem świętości, nie wypowiadają go „daremnie” i określają Boga słowem Ha Szem ( Imię ). Za tym zakazem skrywa się jednak coś więcej niż chęć uniknięcia profanacji. Ha Szem to Bezimienne Imię; Bóg wymykający się wszelkiemu definiowaniu. Tej cechy egregory nie posiadają, gdyż są pozbawione szem. Z tego też względu wiele z nich okrywa się pozorami „niewymawialności” swych „imion”.
     To jednak, co niewymawialne w krowim czy ludzkim języku daje się wypowiedzieć w „językach” aniołów, bogów i demonów. A ponieważ „duchy nicości” chcą być w szczególny sposób przyzywane, faszerują co bardziej mistycznie ukierunkowane umysły przedstawicieli ludzkiego rodu ich znajomością, co pozwala ludziom tym modlić się nimi, ewokować i prorokować ( znane są nawet przypadki zmiany języka całych grup plemiennych, którym „bogowie” przekazali swój „boski język” ). Z reguły mówiący „językami” aniołów nie wiedzą co mówią, a jeśli nawet rozumieją, to na poziomie podprogowym ( rozumiem, lecz nie potrafię tego wyartykułować w ludzkim języku ).
     Bywa jednak tak, że przekład ten jest możliwy. Do dziś pamiętam, jak Agnu Bhagat, mój indyjski mistrz, szaman plemienia Uraon, wielokrotnie w identyczny niemal sposób tłumaczył na język hindi tekst podyktowany mu przez boga Wisznu, a zapisany „boskim alfabetem”.  Fenomen ten zdumiał mnie wtedy i zaskoczył. Dopiero po wielu latach, mając za sobą podobne przygody zrozumiałem w czym rzecz. Otóż znajomość „świętego języka” sprawia, że człowiek żywi niewzruszone przekonanie, że mając bezpośredni dostęp do duchowych sfer staje się kimś wybranym i wyjątkowym. Podobnie mogłaby myśleć krowa, która w przeciwieństwie do pozostałych krów zamiast muczeć drze się na całe gardło: „Zosia! Zosia!”, kiedy zaś ta nadchodzi, czuje się wyróżniona jej słowami:  „Nastąp się, Łaciata”. Łaciata nie jest więc zwykłą krową, lecz krową „nadzwyczajną” ( przynajmniej w swoim przekonaniu). I o to właśnie dójce chodzi. Zadowolona z siebie krowa bez oporu daje się doić, produkuje więcej mleka, a gdy przyjdzie co do czego, pełna ufności, że Zosia ją kocha, posłusznie podąży za jej wskazaniami  do rzeźni.
     Egregory potrafią przemawiać do ludzi różnymi językami, również naturalnymi, lecz zapomnianymi lub wymarłymi. W większości jednak przypadków, mając bezpośredni dostęp do naszych umysłów, porozumiewają się z nami telepatycznie, w wyniku czego odnosimy wrażenie, że są to nasze własne myśli. Przekaz stanowi najbardziej „osobową” formę manifestacji egregorów ( komunikować się wszak można tylko z „kimś”, a nie z „czymś” ). Sęk w tym, że jeśli przybierze on nazbyt wyraźną formę, może wzbudzić podejrzenia, nie wszyscy bowiem gotowi są zaakceptować fakt, iż płynące ku nim przekazy „wyższej jaźni” bądź „duchowej intuicji” niekoniecznie muszą pochodzić z ich wnętrza i że mają do czynienia z jakimś obcym bytem/bytami. W celu spacyfikowania ewentualnych oporów egregory stosują zatem jeszcze jedną sztuczkę: porażają wolicjonalną sferę ludzkiego umysłu światłem i ją niejako paraliżują.
     O tym, że ludzki mózg tak właśnie reaguje ów świetlny impuls najlepiej wiedzą ci, którzy przeżyli bliskie spotkanie trzeciego stopnia z tzw. ufonautami i zostali poddani przez nich rozmaitym operacjom „badawczym”. Reakcji tych zresztą może być wiele, od całkowitego lub częściowego sparaliżowania ciała ( człowiek nie jest w stanie się ruszyć, ale zachowuje jasny ogląd sytuacji ), po „paraliż” woli i zmianę sposobu widzenia/odczuwania świata. W tym ostatnim przypadku  umysł nie rejestruje części zmysłowych fenomenów, pozostałe zaś stają się dlań bardziej intensywne niż zazwyczaj. Jego zmysły reagują na otoczenie wybiórczo, część napływających doń sygnałów wytłumiając a nawet „kasując”, inne natomiast intensyfikując i poszerzając zakres ich odbioru. Intensyfikacji tej towarzyszy odbiór zjawisk kosmosu astralnego, „wymieszanego” ze zjawiskami świata materii. Człowiek wie, że coś się w nim i wokół niego dzieje, ale traci zdolność analizy tej sytuacji i bezwolnie podąża za zdarzeniami. Dopiero post factum odzyskuje świadomość i albo nie pamięta tamtych zdarzeń, albo przeciwnie – zaczyna je „szerzej” i „głębiej” rozumieć. Wszystko zależy od tego, czy „gmerające” w jego umyśle egregory „wszczepiły” mu swój przekaz tylko w „pamięć podprogową” ( podświadomość ), czy też ich ingerencja objęła również świadome obszary umysłu.

PRZEJDŹ DO LEKCJI VI

LEKCJA VI

SZKRZYDŁA IKARA

Czyniąc to egregory w pewnym sensie popisują się swoją władzą nad człowiekiem, jednakże nie to jest ich rzeczywistym celem, lecz dostęp do „wnętrza” ludzkiej duszy. Uzyskać go zaś  mogą dopiero wtedy, gdy człowiek się na to dobrowolnie zgodzi. Bramę do niej otwiera jedynie akt wolnej woli, dlatego „duchy nicości” pytają czasami człowieka, czy chce, by się doń zbliżyły, a kiedy tracąc rozeznanie prawdy, w przekonaniu, iż ma do czynienia z Bogiem lub inną, dobrą i życzliwą istotą ( na przykład aniołem ) odpowiada: „tak, chcę”, przepełniają go swą „świetlistością”. 
     Oszustwo to nie powoduje co prawda rzeczywistego „otwarcia” duszy, pozwala wszelako  egregorom zdobyć „przedpole” niezbędne do dalszych działań. Ich obecność przynosi z początku miłe w odczuciach wrażenia, które są rodzajem testu pomocnym w określeniu duchowych inklinacji człowieka. Jeśli nie żywi on żadnych podejrzeń i brakuje w nim  wewnętrznego oporu oraz lęku przed ich ingerencją, egregory nakładają nań coś w rodzaju „skafandra” wysnutego ze szklistobiałej energii czyniącej go całkowicie „nieprzemakalnym” na wszelkie wpływy z zewnątrz, które mogłyby mu uświadomić, iż tkwi w iluzorycznym świecie duchowych narkotyków. Jeżeli jednak, z takich czy innych przyczyn „coś” się w nim buntuje i skłania do uważniejszego przyjrzenia się im, lukrowany raj „dobrych” duchów zamienia się w piekło „demoniczności”. Wraz z „demonami” pojawia się też oferta pomocy w ich zwalczeniu i oczyszczeniu spod „demonicznych” wpływów. Zdezorientowany delikwent wyraża na to zgodę, a że tym razem czyni to w pełni świadomie cel zostaje osiągnięty: egregory aranżują spektakl, w którego trakcie stacza on pozorowaną wojnę z „demonami”, po czym, jako „boscy” zbawcy i wyzwoliciele  bez przeszkód lokują się w jego duszy.
     Bywa jednak, że ofiara orientuje się w sytuacji i zamiast poddawać się egzorcyzmom czy innym praktykom puryfikacyjnym postanawia zerwać wszelki kontakt z duchami i zająć się czymś innym. W takim przypadku egregory zaczynają wmawiać mu, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia, gdyż z własnej i nie przymuszonej chęci złożył im przysięgę. A skoro tak, to  stanowi ich „własność” i cokolwiek zrobi, to i tak będzie do nich należał, lepiej więc, by się pogodził z faktami i przestał daremnie wzdragać się i „wierzgać”.
   Strategię tę stosują zarówno duchy „diaboliczne”, jak i „boskie”, celują zaś w niej egregory duchowych (religijnych, magicznych, misteryjnych) wspólnot, które „znakują” swoją własność rozmaitymi „pieczęciami” – na przykład sakramentami (w przypadku Kościoła Katolickiego). Posługując się tym właśnie przykładem, niejaki „Alhean”, autor zamieszczonego w Tarace artykułu Złodzieje dusz zjawisko to bardzo ciekawie przeanalizował i opisał z punktu widzenia kogoś, kto zajmuje się szamanizmem ( czytelnikom odradzam jednak stosowanie proponowanej przezeń metody uwalniania się z „katolickich pieczęci”, chyba, że ktoś chce sam na siebie rzucić klątwę ).
     Katolickim egregorom wystarcza fakt, że ludzie „opieczętowywani” są w stanie nieświadomości ( chrzest dzieci ) oraz świadomości nie do końca rozwiniętej ( pierwsza komunia, bierzmowanie ), mając bowiem pod dostatkiem „owieczek” i nie muszą się zbytnio wysilać. W razie czego sprawę za nich załatwiają kapłani, informujący ewentualnych odstępców, że owszem, mogą sobie wierzyć, że stali się buddystami czy ateistami, ale i tak należą do „ciała Jezusa” ( kościoła ) jako ludzie ochrzczeni. Nie sądźmy jednak, że egregory duchowych wspólnot zadawalają się tylko taką formą zniewolenia duszy. One również jej potrzebują i wybrawszy ofiarę starają się skłonić ją, by sama zaprosiła je do siebie. Istnieje na to wiele sposobów. Można, na przykład, sprokurować komuś serię nieszczęść, w których wyniku człowiek przyjmie każdy rodzaj duchowej pomocy, byleby ich uniknąć ( syndrom Hioba ). Można wzbudzić w kimś tak potężne poczucie grzeszności, że sam poleci do kościoła i „wtuli się” w jego egregorowate ramiona ( syndrom marnotrawnego syna ). Można zaszczepić w kimś pęd do „bycia księdzem” albo innym kapłanem ( syndrom powołania ). Można obdarzyć go medialną nadwrażliwością, ażeby od dzieciństwa obcował w paranormalnymi fenomenami i czuł skłonność do wizualizowania astralu ( syndrom mistyka-wizjonera ). Można wpoić w nim uczucie, że świat, w którym żyje nie jest realnym, prawdziwym światem i że istnieje inny świat, świat absolutnego dobra, ku któremu powinien zdążać drogą skrajnych wyrzeczeń ( syndrom ascety ). Można wyposażyć jego umysł w zdolności intelektualne i pęd ku duchowej wiedzy, by w drodze spirytualnego poznania zyskiwał wgląd w „boskie tajemnice” i rozumiał „święte”, „duchowe” teksty ( syndrom gnostyka ). Można wreszcie wykorzystać jego zapalczywość do głoszenia „dobrej nowiny” wśród pogan ( syndrom misjonarza ), a sado-masochistyczne skłonności do szukania męczeństwa ( syndrom męczennika ). Doprawdy, możliwości jest wiele, tyle ile ludzkich dusz. Tyle, ilu istnieje na świecie wyjątkowych ludzi.

PRZEJDŹ DO LEKCJI VII

LEKCJA VII

STYGMATY NICOŚCI

 O tym, że każdy z nas jest wyjątkowy i jedyny w kosmosie nie muszę chyba nikogo przekonywać. Wyjątkowość ta nie oznacza wszakże, iż wszystkim „dano” zdolności   Einsteina czy Chopina. Nie w zdolnościach i umiejętnościach bowiem rzecz, lecz w tym, że kimkolwiek jesteśmy winniśmy być przede wszystkim sobą. Bardzo pięknie wyjaśnia tę sprawę chasydzki cadyk Chaim, który na pytanie kogo dobrze byłoby naśladować odparł: Wzorem  jest Mojżesz. Wszelako wciąż pamiętam, że kiedy stanę przed Obliczem Pana, oby Imię Jego było błogosławione, Bóg nie zapyta mnie: „Czemu nie byłeś Mojżeszem?”, lecz: „Czemu nie byłeś Chaimem?”. Otóż to. „Znamiona” wyjątkowości „wyryte” są w naszej duszy na podobieństwo jedynych w swoim rodzaju i niepowtarzalnych linii papilarnych dłoni. Te ostatnie po prostu istnieją. Te pierwsze wymagają jednak pielęgnacji i starań. Wszystko zależy od tego, czy człowiek siebie odnajdzie, czy też siebie zagubi.
     Egregory zdają sobie sprawę, że ilekroć ludzka istota odnajduje w sobie samą siebie, tylekroć im się wymyka, im większą jej dusza zyskuje „nagość”, tym trudniej nią zawłaszczyć. Jak się temu przeciwstawić? Ano najprościej: trzeba odziać ją w „maski” i sprawić, by się z nimi identyfikowała. Trzeba wykorzystać wrodzoną wyjątkowość i wybudować na tym fundamencie gmach „ja” zapatrzonego w swoje „ja”. A jeszcze lepiej, jeśli owo zapatrzone w siebie „ja” miało pełne przekonanie, iż stanowi jedność z „ja” egregora lub że w nim się bezpośrednio odbija.
     Początki tej operacji zdają się być niewinne. Jakieś dziecko czuje ciążącą inność, potem zaczyna widzieć, jak bardzo różni się od rówieśników, aż wreszcie odmienność ta urasta do przekonania o swojej wybitności lub przeciwnie - znikomości. Stąd już niedaleko do poczucia wybrania i związanej z tym misji. Te dwa przesłania niemal zawsze towarzyszą manifestacji egregorów i na nich to człowiek buduje swoją „wieżę boga”, wierząc, iż przeznaczono mu jakąś niezwykłą i wspaniałą rolę. "Ja wiem, że Bóg chce, żebym założyła i prowadziła największe w Polsce centrum ezoteryczne – powiedziała mi kiedyś słuchaczka jednej z psychotronicznych szkół. – I wiesz, ja wiem, że to zrobię. Ja wszystko mogę zrobić. Ograniczenia nie istnieją". „Naprawdę? – udałem zdziwienie. – Siądź więc na ziemi i podskocz trzy piętra w górę”. Moja ironiczna uwaga rozsierdziła ją. „Ty nic nie rozumiesz! – wrzasnęła. – A ja i tak zrobię, co będę chciała”.
     Jedną z najważniejszych potrzeb człowieka jest określenie i rozumienie sensu swego życia. I oto i on. A razem z nim wybranie, misja do spełnienia oraz eskalacja woli. Czując się wybrany, wyjątkowy i lepszy od swego otoczenia człowiek „realizuje siebie”, dąży do duchowego „samorozwoju” i samowystarczalności. Miejsce „nagiej” duszy zajmuje nadęte do nieprzytomności ego; sztuczny twór równie sztucznego człowieka. Ów twór to oczywiście „maska” duszy, a dokładniej „maska wszystkich masek” będąca jego własnym, wewnętrznym „egregorem”. Maska może być pełna „pokory”, „świątobliwa”, „uduchowiona”, „altruistyczna”, śliczna i liryczna, zawsze jednak pozostaje maską. Im mocniej przylega do twarzy człowieka, tym bardziej czyni go ich „obrazem i podobieństwem”. Pozostawmy na boku stygmaty ( fenomen obserwowany nie tylko u chrześcijańskich świętych, ale i również u hinduskich joginów i buddyjskich mnichów ). „Nosicielstwo” cech egregorów wcale nie musi być zmysłowo postrzegane. Wyraża się ono na wielu płaszczyznach i ma różne stopnie „zainfekowania”, pozostając zawsze tym znamieniem odciśniętym w duszy, poprzez które egregory zyskują swą maksymalną „materializację”.
     Nicość bowiem, z której pochodzą dąży wszystkimi metodami do przeistoczenia się w byt, lecz ponieważ wciąż pozostaje nicością, miast kreować życie przynosi człowiekowi śmierć – dezintegrację, rozczłonkowanie, rozpad. Upodabniając go do siebie zamienia jednostkową jaźń w zbiór jaźni, czego najbardziej spektakularnym efektem jest „demoniczne” lub „boskie” opętanie, a najbardziej rozpowszechnionym – poznanie wcześniejszych „wcieleń”. Mniemając, iż zna swoje przeszłe życia i że jego dusza wielokrotnie uczestniczyła w obrotach reinkarnacyjnego koła człowiek najpierw zyskuje dystans do swego obecnego „wcielenia”, potem przestaje się z nim w pełni identyfikować, uznając je za rodzaj „maski” czy odgrywanej w danym czasie roli. Zdobywa ponadto potwierdzenie, iż jego dusza jest „starą duszą”, która bytowała w rozmaitych „ciałach”, nie tylko ludzi, ale i również jakiś duchowych bytów. Temu ostatniemu zjawisku często towarzyszy odczuwany w głębi serca „wewnętrzny smutek”, „męczenie”, brak jakiejś sfery tzw. wyższych uczuć, niwelacja ich spontaniczności i świeżości lub narastająca pewność, że choć fizycznie jesteśmy kobietą, nasza „dusza” jest „duszą mężczyzny” ( bądź na odwrót ).
      To tylko jedna z wielu form tej „infekcji”, którą wzmacnia szereg doznań mistycznych oraz wiara, iż człowiek składa się z rozmaitych „ciał” i „dusz”, z których każda funkcjonuje rozdzielnie tak w życiu, jak i po śmierci. Jednocześnie, im „wyżej” wznosimy się na „drodze ducha”, tym bardziej chcemy uwolnić się od wszelkich rodzinnych i innych „kodów”, jakie rzekomo nas krępują. Odcinając owe „pęta” zbliżamy się do „mistycznej pustki” albo tworzymy swój własny „rajski świat wolności totalej” ( jedno drugiego nie wyklucza ). Pewni, że w tejże pustce nie ma już żadnych egregorów zapominamy, że „duchy nicości” wcale nie muszą być „kimś”, gdyż wynurzając się z nihilo równie dobrze mogą jawić się jako wyższego rzędu „coś” ( egregory pustki buddystów, tao taoistów, ain sof kabały ). Opętanie pustką jest w środowiskach buddyjskich równie częstą przypadłością jak pośród chrześcijan opętanie Jezusem albo Matką Boską. Rzecz bowiem nie w tym, czy przepełnia nas „ktoś”, czy „coś”, lecz w samym opętaniu, za którym zawsze stoi  "duch" egregora będący duchem nicości - duchem Asura.
     Opętanie oznacza, że ów duch, który przecież wszystkimi tymi egregorami zawiaduje, wziął w swe posiadanie ludzką duszę ( jaźń ) i zwolna ( a czasami gwałtownie ) ją „wysysa”. Przejawów takiego „odmóżdżenia” jest wiele, a wśród nich dążność do samobójczej ( z reguły w imię wyższych celów ) śmierci. Szlachetny gest to najznakomitszy spektakl, jaki mogą sprokurować ludziom egregory rękami swoich nie mniej szlachetnych ofiar, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu „demoniczna” sceneria okoliczności, które są tejże ofiary przyczyną. Teatr przyciąga widzów pewnych, iż mają do czynienia z prawdziwym dramatem, co poniekąd jest prawdą, ale nieco inną niż im się wydaje. Śmierć niekoniecznie zresztą musi być cierpiętnicza, a opętanie wprost ku niej prowadzić. Dezintegracja ludzkiej duszy przybiera różnorakie postaci, począwszy od choroby psychicznej, skończywszy na cynicznym wykorzystywaniu ludzi zniewolonych przez przywódców sekt i duchowych „mistrzów”. 
     Najtragiczniejsze w tym wszystkim jest to, że jak nie bez racji zauważył jeden z gości CTUD-u, egregorów nie ma. Otóż to. Istnienie „wpisane” jest w byt, a nie w niebyt i tylko do bytu się odnosi. Nicość nie istnieje. Jej po prostu nie ma. Oddając jej tedy hołd sami budujemy swe idole, po czym się nim kłaniamy, a czerpiąc rozkosz z tej duchowej masturbacji użyczamy im pozorów życia. Nicość zaczyna „być” o tyle, o ile ją sami z jakimś bytem identyfikujemy. I nie ma znaczenia, czy jest nim Chrystus, diabeł, anioł, buddyjska pustka, czy jakaś inna, egregorowata postać. Odwróceni plecami od świata, ze wzrokiem wlepionym w nieistnienie otwieramy „puszkę Pandory”, z której ulatują ku nam wygenerowane przez nas samych iluzje. W ten oto sposób zamiast w życiu tkwimy po uszy w oparach śmierci, która dopóty wydaje się rządzić światem, dopóki nie zrozumiemy, że coś, czego nie ma nie posiada żadnej władzy nad tym, co jest,  a więc i nad nami. Dopiero wtedy z błąkających się po ulicach widmowych miast „widzących ślepców” przemieniamy się w przebudzonych z upiornego zwyczajnych-nadzwyczajnych ludzi, którym do szczęścia zbędne jest to całe panopticum „bogów”, „demonów” oraz  innych „sennych przewodników”.

środa, 20 września 2006
ŚWIADOMOŚĆ ROZRÓŻNIAJĄCA

     Magiczne prawidło „podobne działa na podobne i przyciąga podobne” określane jest w dziewiętnastowiecznej literaturze okultystycznej mianem prawa analogii, odpowiedniości i przenośności.

     Analogia – stwierdza Eliphas Levi w Magii transcendentalnejjest kluczem wszystkich sekretów natury i jedyną fundamentalną podstawą wszelkich objawień. To dlatego mamy wrażenie, jakby religie napisane były w niebie oraz w całej przyrodzie. I tak powinno być, ponieważ dzieło Boga jest księgą Boga, i to, co On pisze, winno się dostrzegać zarówno w wyrazie Jego myśli, jak i też w Jego bycie (jeśli uważamy, że jest On najwyższą myślą). Analogia jest kwintesencją kamienia filozoficznego [...] kluczem wielkiego arkanu, korzeniem drzewa życia, nauką dobra i zła. Odnaleźć dokładną skalę analogii w rzeczach przyswajalnych przez naukę oznacza ustalić podstawy wiary, a przez to wejść w posiadanie różdżki czarodziejskiej...

     Mówiąc najkrócej fundamentem magicznego wglądu w otaczającą człowieka  rzeczywistość jest dostrzeganie analogii, czyli wewnętrznych pokrewieństw wiążących ze sobą odległe z pozoru i nie pozostające w fizycznie obserwowalnym związku rzeczy (fenomeny, zjawiska). Dostrzegłszy analogię mag wnika w rodzaj tych niewidzialnych związków i odkrywa typ „nici” spinającej te dwie, analogiczne rzeczy i rzutującej na ich  wzajemną odpowiedniość. Dopiero teraz może rozpocząć zamierzone działanie magiczne: działa na obiekt A, by wpłynąć na obiekt B, gdyż wie i czuje, iż działanie owo jest nie tylko  przenoszone z jednego obiektu na drugi, ale i również wpływa na wszystkie, analogiczne do nich i związane nicią odpowiedniości obiekty

     Ten zewnętrzny aspekt omawianego tu prawidła ma swój wewnętrzny wymiar, ponieważ służy ono magowi do kształtowania w sobie świadomości rozróżniającej. Na czym ona polega?  Świadomość rozróżniająca pozwala „umiejscowić” w sobie i rozpoznać źródło rozmaitych impulsów, nagłych „olśnień”, wewnętrznych „przekazów”, snów oraz innych sygnałów płynących z różnorakich sfer ludzkiej psyche. Sama jednak ich „lokalizacja” ( np. stwierdzenie faktu, iż płyną one z podświadomości czy nadświadomości ) nie wystarcza. Trzeba jeszcze rozpoznać przyczyny, które sprawiają, że dany zestaw impulsów ( np. snów albo symbolicznie coś znaczących zdarzeń )  przybiera taką a nie inną formę. Jeżeli więc, na przykład, magowi objawia się jego „duchowy opiekun” i cechuje się on jakimiś „charakterologicznymi” bądź wizualizacyjnymi właściwościami należy się mu dokładniej przyjrzeć po to, by następnie, drogą analogii, odkryć w sobie te jakieś nasze cechy, kompleksy, zatarte i wepchnięte w podświadomość wydarzenia, które stały się „osnową” obserwowanego, paranormalnego fenomenu. To bowiem, co „emanujemy” nieświadomie z siebie powraca do nas odbite i przekształcone w astralu, i jeśli tego nie rozpoznamy i nie rozróżnimy, zawłaszczy naszą wyobraźnią, a potem ciałem i duchem.

     Odlalazłszy analogię stajemy przed wyborem. Możemy dalej zgłębiać wiążącą nas z tymi fenomenami relację ( określać charakter odpowiedniości ), a następnie wykorzystać ją do jakiś celów ( tj. działać zgodnie z prawidłem przenośności ). Tą drogą idą wszyscy magowie operatywni, do jakich zaliczam nie tylko ludzi odprawiających magiczne ryty, ale i również astrologów, kartomantów czy „reikowców” posyłających innym swą „dobrą energię”. Podążają nią również „duchoworozwojowcy”, dla których umiejętność korzystania z prawa analogii, odpowiedniości i przenośności stanowi jedną z metod oczyszczania siebie z krępujących  „duchową matrycę” schematów, odcinania się od „ciemnych energii” oraz otwierania się na „energie pozytywne” ( „boskie” ). Tu wszakze kryje sie to niebezpieczeństwo, że im głębiej bedziemy wnikać w ciągi analogii, odpowiedniości i przenośności, tym więcej "duchowych przesłanek" będzie nam te prawidłowości uzasadniać, skłaniając nas do szukania ich przyczyn w przeszłych wcieleniach, w karmie, w klątwach albo w danej nam przez Boga misji. 

     Możemy też pójść inną drogą, którą nazywam „drogą redukcji”. Nie chodzi w niej o redukowanie czy odrzucanie wewnętrznych i zewnętrznych duchowych fenomenów, lecz o rozpoznawanie w nich „produktów” swego wnętrza i nie utożsamianie ich z Bogiem nawet wtedy, gdy zdają się być ze wszech miar „boskie” albo „anielskie”. Najkrócej rzecz ujmując metoda ta zmierza do wyrobienia w nas takiego duchowego poznania, które odziera owe fenomeny z wszelkich szat "duchowej realności”, gdyż "szaty" te są po prostu iluzją. Oczywiście nie są iluzją czystą. Są obrazem tego, co w sobie nosimy i z siebie generujemy, ale niczym więcej. Nierozpoznane opętują człowieka. Rozpoznane, ale użyte w sferze magii operatywnej, służą spirytualnym bytom za „odzienie” oraz ogniwo spinające współpracujących z nimi ludzi. Rozpoznane i zredukowane tracą moc zawłaszczania naszym umysłem. Dzięki świadomosci rozróżniającej poznajemy zatem swoją naturę, a jednocześnie uwalniamy się spod wpływów wyobrażeń o Bogu i duchowym świecie, zyskawszy wiedzę o tym, co Bogiem nie jest, a co próbuje Go tylko imitować...

poniedziałek, 12 czerwca 2006
PYTANIA

    

Przyznam szczerze, że do utworzenia „kierunku” DUCHOWE BHP nakłoniła mnie pewna moja znajoma. „Piszesz o duchowych uzależnieniach – rzekła. -  Zajmujesz się terapią SDU. OK. A gdzie profilaktyka? Czemu skupiasz się tylko na tych, którzy już „wpadli”?” Miała rację, toteż utworzyłem „kierunek” DUCHOWE BHP i bez pośpiechu, powoli, wziąłem się za opracowywanie jego tematyki. Mijały dni i coraz więcej osób zaczęło domagać się jak najszybszego „uruchomienia” tego „kierunku”. Niektórzy, jak chociażby j.wojak uznali, że zwodzę innych i wolę pisać o tarocie niż o metodach unikania duchowych zagrożeń ( co nie jest zgodne z prawdą; teksty tyczące tarota mam po prostu gotowe, są fragmentami pisanej kiedyś książki ). Inni natomiast przesłali do mnie maile, zadając konkretne pytania:

Witaj,
 zainteresowała mnie twoja strona, ciekawy temat.
Rozczarowało mnie tylko, że dział "BHP" jest pusty.
Chętnie zapoznałbym się z zaleceniami ostrożnościowymi.
Zasadniczo jestem osobą o światopoglądzie racjonalnym (...)

Jednocześnie mam szacunek wobec doniesień o różnych dziwnych zjawiskach i nie pozwalam sobie na lekkomyslne odrzucenie tego co niewyjaśnione jako nieistniejące.
Biorę pod uwagę możliwość istnienia jakiejś niedostępnej zmysłom sfery wypełnionej być może jakimiś bytami.
 
Nie chciałbym się im "wpakować w łapy" ;)
Nie pociągają mnie żadne okultystyczne zabawy i nie praktykuję nic z tych rzeczy.
 
Chciałbym natomiast poznać Twoje zdanie na temat ew. ryzyka SDU i jakiegoś kontaktu z niefajnymi bytami, pod wpływem praktyk, które mnie interesują, takich jak:
- hipnoza, autohipnoza (...)
- relaksacja - typu trening autogenny (...) czy relaksacja wg Jacosona,
- techniki programowania neurolingwistycznego.
Traktuję je jako "neutralne", ze względu że w moim przypadku nie są one zabarwione jakimś mistycyzmem, okultyzmem, teologią, doktryną, mam raczej podejście czysto psychologiczne i fizjologiczne.
 
Czy sądzisz że wiąże się z nimi jakies ryzyko?
I jak tak, to właśnie jakie byłoby to BHP ...?

 

Jeszcze tego samego dnia przesłałem do Autora tego maila moją odpowiedź: 

Witam :-)

(...) Ryzyko SDU wynika z wielu powodów, nie tylko z jakiejś praktyki. Korzenie SDU tkwią w nas, a nie w duchowych dyscyplinach. Tkwią w stosunku do praktyki i potęgują się poprzez praktykę. Każdy przypadek jest inny, choć wszystkie maja szereg wspólnych cech. Z grubsza rzecz biorąc wszystkie praktyki o których piszesz otwierają Cię na astral i modyfikują podświadomość, grzebiąc w niej. Mając taki a nie inny stosunek do nich ( poziom relaksacyjno-psychologiczny ) nieświadomie stosujesz tę metodę duchowego BHP, którą nazywam "sprowadzenie do materii". Bardzo dobra metoda :-) ale nie zawsze skuteczna :-( bo zawsze może zdarzyć się taki "impuls", który sprawi, że doświadczenie psychiczne zyska obiektywizację ( zewnętrzność ) i naruszy Twój zracjonalizowany światopogląd, a co więcej - zmusi do filozoficznych ekwilibrystyk, by mimo wszystko wyjaśniać ów fenomen na poziomie psychologicznym. Wtedy popada się w swoiste rozdwojenie jaźni ( wielu takich widziałem, z jednym nawet rozmawiałem przed chwilą ). I tu dochodzimy do 2 nowych aspektów duchowego BHP - świadomości rozróżniającej i rozpoznawania duchów, a dalej do właściwego ukierunkowania itp. .
Jak sam widzisz duchowe BHP to zintegrowany system a nie zbiór recept w stylu: co zrobić by czegoś uniknąć albo jak postąpić, gdy coś się zdarzy... Oczywiście każda duchowa dyscyplina ma jeszcze sobie właściwe elementy BHP... Tu moja wiedza jest ograniczona, bo chociaż znam z autopsji wiele duchowych "dziedzin", to przecież stanowią one zaledwie ułamek tego co istnieje...
Mam nadzieję, że teraz się nie dziwisz, ze "kierunek" DUCHOWE BHP jest pusty... On wymaga dobrego opracowania i przygotowania (...).
 

  

     Dotykamy tu dość istotnego problemu, którym jest interpretacja paranormalnych fenomenów z jakimi może zetknąć się każdy, kto realizuje duchowe praktyki. Ich psychologizacja jest reakcją nagminną i po części słuszną, ponieważ duchowe doświadczenia dokonują się na pograniczu dwóch sfer: sfery psyche i sfery ducha. Teza Junga, wedle której psychiczne doznania zyskują w pewnych sytuacjach obiektywizację ( człowiek odnosi wrażenie, że ma do czynienia z czymś zewnętrznym, a nie tylko wewnętrznym ) wydaje się tę „opcję” wspierać. Z drugiej wszakże strony tenże sam Jung w swoich prywatnych zapiskach niejednokrotnie  napomykał o towarzyszącym mu duchowym bycie o imieniu Filemon ( jeśli dobrze pamiętam tak miał on na imię ), będącym kimś w rodzaju spirytualnego opiekuna autora Rebisa. To właśnie miałem na myśli, pisząc o „rozdwojeniu jaźni”. Racjonalny umysł buntuje się przed uznaniem absurdu – uznaniem istnienia obiektywnego, choć doznawanego subiektywnie kosmosu ducha. Dochodzi wtedy do racjonalizacji zjawiska i zafałszowania rzeczywistości, co zazwyczaj uniemożliwia, a przynajmniej blokuje, jakąkolwiek terapię. Postawa ta mylnie kojarzona jest z duchowym BHP. Owszem, „sprowadzenie do materii” skutkuje, ale tylko na pewnym poziomie. Zalecam ją w sytuacjach pobudzenia emocjonalnego, wtedy zwłaszcza, gdy pojawiają się stany lękowe lub ekstatyczne ( trans ). Sama w sobie jednak metoda ta zawodzi. Musi być bowiem wsparta czymś jeszcze. Tym „czymś” są: świadomość rozróżniająca i umiejętność rozpoznawania duchów. Jeśli ta pierwsza koreluje do pewnego stopnia z „psychologizacją duchowych zjawisk”, ta druga wymaga jej przekroczenia. Dlatego też budzi w pewnych kręgach NEW Age tyle kontrowersji... 

niedziela, 11 czerwca 2006
SIEĆ

 Jak wiadomo skrót „BHP” oznacza „Bezpieczeństwo i Higiena Pracy”  i stoi za nim szereg ustawowo przyjętych zakazów i nakazów, które winni przestrzegać nie tylko pracodawcy, ale i również ich pracownicy. Przepisy te mają na celu maksymalnie zabezpieczyć obie te grupy przed wypadkami, zapewnić komfort pracy i służą temu, by pewnych prac nie mogły podjąć się osoby, dla których są one niewskazane czy to z powodów zdrowotnych, czy też spowodowanych innymi czynnikami ( np. wiekiem ). Skrótowo rzecz ujmując większość z tych przepisów można zawrzeć w krótkiej formule: „jeżeli już zajmujesz się tym a tym, to... ( i tu wymienione zalecenia ochronne, zabezpieczające itp. ).

     W pewnym sensie podobnym zestawem „bhp-owskich przepisów” dysponuje każda dziedzina duchowości, a zwłaszcza duchowości magicznej ( okultnej ) . Część z nich weszła nawet do powszechnego obiegu i nie jest z tym BHP kojarzona. Na przykład to, że za wróżbę się nie dziękuje. Nie dziękuje się zaś, ponieważ wyrażone słowem podziękowanie (słowa mają kreatywną moc!) zawiązuje nić zobowiązań ( rewanżu ) wiążącą wróżkę z jej klientem, skutkiem czego część z tego, z czym klient przyszedł do jej gabinetu u niej – jeśli tak można rzec – pozostaje. Jeżeli jednak temu nieopisanemu i powoli zapominanemu „przesądowi” nie towarzyszy drugi „przesąd”, z godnie z którym za wróżbę ZAWSZE trzeba zapłacić ( choćby symboliczną kwotę ), opisane wyżej prawidło traci swą moc i faktycznie nie jest niczym więcej jak głupim, „babcinym” przesądem.

     Już ten prosty przykład najlepiej dowodzi, że „duchowe BHP” to nie jakiś zbiór przypadkowych zakazów i nakazów. Stanowi ono zintegrowany system wzajem się wspierających działań, czynności, postaw i zewnętrznych oraz wewnętrznych ukierunkowań.  System ten można rozpatrywać z dwóch punktów widzenia: szczegółowym i ogólnym. Na poziomie szczegółowym zakaz dziękowania i nakaz płacenia winien być zapisany jako    pierwszy punkt „Instrukcji Mantrycznego BHP” każdego wróżbity ( nie tylko kartomanty, również astrologa, znawcy systemu I Ching itp. ). Na poziomie ogólnym obrazuje on działanie podstawowego magicznego prawa opartego na zasadzie „daję byś dał”. Działa ono nie tylko w sferze magicznej; również religijnej, kultowej, medytacyjnej ( w przypadku niektórych wizualizacji ) i stanowi fundament wszelkiej, „duchowej ofiary”. Taka „duchową ofiarą” jest chociażby pielgrzymka. Idąc do sanktuarium Czarnej Madonny pątnik ofiarowuje jej swój trud i oczekuje w zamian udzielonych łask. Wiąże się z nią nicią „dawania i brania” i jeśli nie potrafi potem jej zerwać, związek ów ulega wzmocnieniu ( zaznawszy łaski pielgrzym nabiera przekonania, że zyskał opiekę Matki Boskiej, znów udaje się w pąć, przyłącza się do „kółka różańcowego”, chętniej chadza do kościoła na niedzielne msze itd. ).

     Patrząc na to z tego punktu widzenia jasnym się staje, że stosowanie pierwszego punktu „Instrukcji Mantycznego BHP” ma głębsze podłoże niż z pozoru mogłoby się to wydawać. Nie chodzi w nim o jakieś doraźne efekty, lecz o coś, co leży u podstaw wszelkiej, praktycznej duchowości. Sięgnąć zatem trzeba znacznie, znacznie głębiej. Aż do mechanizmów rządzących magia, religią, duchowym rozwojem. Trzeba je nazwać i zrozumieć „jak to wszystko działa”. I nie oczekiwać naiwnie, że istnieją jakieś doraźne metody chroniące nas np. od energetycznego wampiryzmu. Owszem, pisze się o nich i mówi, lecz tak jak z antybiotykami, powodują one wystąpienie wielu skutków ubocznych. Radzącym się w tej sprawie odpowiadam, że zamiast bronić się przed wampiryzmem mentalną czy jakąkolwiek inną „tarczą” i tracić siły na jej „konstruowanie”, powinni rozpoznać co naprawdę sprawia, że z fenomenem tym mają do czynienia, potem zaś tak ukierunkować swoją „drogą ducha”, by nigdy więcej nie mieć z nim nic wspólnego. „Jak to! – wołają oburzeni. – Mamy przestać zajmować się ( tu pada nazwa dziedziny ich duchowych zainteresowań )”. Tego nie powiedziałem. Rzecz bowiem nie w dziedzinie ich duchowej praktyki, lecz w czymś zgoła innym. W czym? Temu właśnie poświęcony jest „kierunek” DUCHOWE BHP.