kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
piątek, 17 sierpnia 2007
O MODLITWIE

Motto:

- Dada, w ten sposób napiszemy tekst długości Mahabharaty, z tą różnica, ze Mahabharata jest o czymś, a ten będzie o niczym, jak większość rozmów z Tobą...

- Suljanie jeśli udałoby się nam napisać "dialog o niczym" w rozmiarze Mahabharaty, świadczyłoby to o Prawdzie, że jesteśmy niczym...

„Nicość przez wyodrębnienie

czyli

rozmowy o niczym…”

.

Ilekroć staję przed Bogiem odnajduję się niczym…

Ilekroć próbuję coś o Nim powiedzieć, trafiam w nieskończoność słów i ich próżnię…

On mówi bezustannie…

Ilekroć Go słyszę, nie potrafię przed Nim stanąć, bo jest we mnie i dookoła mnie…Ilekroć staję przed Bogiem odnajduję się niczym…Ilekroć próbuję coś o Nim powiedzieć, trafiam w nieskończoność słów i ich próżnię…

On mówi bezustannie…

Ilekroć Go słyszę, nie potrafię przed Nim stanąć, bo jest we mnie i dookoła mnie…Ilekroć staję przed Bogiem odnajduję się niczym…

Ta Cisza niczym nie zmącona… 

On mówi bezustannie…

Ilekroć Go słyszę, nie potrafię przed Nim stanąć, bo jest we mnie i dookoła mnie…

Ta Cisza niczym nie zmącona…

On mówi bezustannie…

Ta Cisza niczym nie zmącona…

On mówi bezustannie…

DADA29

piątek, 06 lipca 2007
DOTKNIĘCIE NIEMOŻLIWOŚCI, CZYLI SIŁA MODLITWY

Nie potrafię pisać o Bogu. Nie potrafię pisać o Tym, którego Imię jest niewymawialne. Kiedyś wydawało mi się, że to umiem. Ale wtedy też o Nim nie pisałam. Bo jak pisać o Najlepszym Przyjacielu, do którego można się zwrócić ze wszystkim, i który na dobrą sprawę niczego nie wymaga w zamian… no może tylko jednego; żebym była szczęśliwa, tj. żebym wykorzystała jak najlepiej wszystkie swoje umiejętności i zdolności. Przecież, gdy wniknąć w to głębiej, okazuje się to być niepojęte, choćby z tego względu, że nie przypomina żadnej relacji, która może zaistnieć między ludźmi. A ludzki umysł przeważnie nie ogarnia tego, czego nie może przyłożyć do czegoś innego lub z czymś innym porównać.

Wtedy, więc nie potrafiłam pisać o Bogu. Nasza przyjaźń była i jest czymś niesłychanie intymnym. To dzięki Niemu nauczyłam się otwierać swoje serce, o którym już myślałam, że obrosło twardą, niezniszczalną skorupą. Zatwardziałe serce bolało. Bolało bardziej niż można to sobie wyobrazić. Za jego zatrzaśniętymi drzwiami skrywał się ktoś kruchy i delikatny, kto w dzień hardo stawiał czoło przeciwnościom losu, a w nocy płakał w poduszkę. Taki stan rzeczy nie mógł długo trwać. Rozmowy z Bogiem wyzwoliły mnie z niego. Żadna z tych rozmów nie nadaje się do powtórzenia. Ten, kto pozwolił mówić swojemu sercu wie, dlaczego tak jest.

Teraz też nie potrafię pisać o Bogu; teraz, kiedy objawił mi się również jako Nieskończony, Niewyrażalny. (1)

Rozmawiając sercem można, bowiem w pewnej chwili przekroczyć granicę samego siebie. Tego uczucia również nie sposób opisać. Bo przecież nasza rzeczywistość, świat, w którym żyjemy, opiera się na opisie. Otaczający nas, materialny, fizykalny świat istnieje o tyle o ile zostanie opisany. Kiedy jesteśmy mali rodzice uczą nas nazywać to, co widzimy i tak powoli świat wyłania się z nicości, nabiera realnych kształtów - powstaje w momencie nazywania go. Gdyby tak nie było, znaleźlibyśmy się w zupełnie innej rzeczywistości, w świecie, który istnieje, ale pozostałby nienazwany. Trudno to sobie wyobrazić, jasne jest jednak, że kontakt z kimś, kto nie posiadałby takiej wiedzy, byłby bardzo trudny, o ile w ogóle możliwy.

Jednak pozwalając mówić sercu, przekraczamy właśnie to, co możliwe i dotykamy niemożliwości. Przestrzeni, która istnieje niezależnie od naszych zmysłów i semantycznych konstrukcji. Kiedy wejdziemy tam modlitwą, mając jednocześnie podstawy rozróżniania tego, co jest w wyuczonej, nabytej wiedzy, jesteśmy bezpieczni i możemy doznać czegoś niezwykłego. Czegoś, co istnieje poza nami, niezależnie od nas, a jednak jest. Czegoś, z czego my wzięliśmy swój początek.

To dziedzina istnienia Boga. Tego, który jest, a którego Imię jest niewyrażalne. Przeniknięcie sercem tej sfery, bo inaczej zresztą przeniknąć się jej nie da, jest zwieńczeniem (zazwyczaj) bardzo trudnej i ciężkiej życiowej podróży, ale jednocześnie jest darem, który dostajemy za to, że po prostu jesteśmy. Jesteśmy a więc mogliśmy doświadczyć Niewyrażalnego.

Nie da się opisać jak mali się wtedy czujemy. Opisywanie wielkości Boga właściwie nie oddaje prawdy; dopiero uświadomienie sobie własnej małości, oddaje wielkość Tego, który nas stworzył.

Kiedy choć raz przenikniemy tę sferę już nigdy nic nie będzie takie jak przedtem. Uświadomienie sobie, że nasz Przyjaciel, Ojciec, Stwórca, do którego tak śmiało zwracaliśmy się z każdą prośbą, skargą, podziękowaniem, ma również wymiar nieskończony, niepojęty dla ludzkiego umysłu, jak nic innego pokazuje nam gdzie przynależymy, gdzie jest nasze miejsce. A odnalezienie własnego miejsca jest przecież tym, do czego każdy z nas dąży. To jest lekcja pokory – pokory, której nie wolno pomylić z samoudręczeniem. Pokora, która wynika z samoświadomości, jest wielką siłą.

Również od tej chwili już żadna modlitwa nie będzie taka sama, bo na zawsze przeniknie do niej pierwiastek nieskończoności, której doświadczyliśmy. A to z kolei okaże się bardzo pomocne w ustalaniu hierarchii naszych życiowych wartości. Jest bardzo prawdopodobne, że trzeba będzie ustalać je od nowa. Ale tak naprawdę po dotknięciu niemożliwości, o której Simone Weil pisze, że jest bramą do nadprzyrodzonego i dzięki której przekraczamy granicę sennych marzeń (2), hierarchia ta ustali się niejako sama. A nam pozwoli to odtąd lepiej żyć. 

1. Wytłumaczenie dla tego, czym okazała się być modlitwa serca, co podczas niej zaszło i dokąd może ona prowadzić znalazłam tutaj: ( link ), a zwłaszcza we fragmencie: „Obie te koncepcje - Bóg jako ojciec, bliski i znany oraz Bóg jako wywyższony i najwyższy Byt - wydają się być przeciwstawnymi polami doświadczenia religijnego, ale jednoczą się w świecie judaizmu. W istocie rzeczy ich współistnienie jest podstawą żydowskiego światopoglądu religijnego. Jak mówi poeta: "Dalszy niż najdalej i bliższy niż najbliżej" lub "Gdziekolwiek Cię znajduję, jesteś ukryty i nieuchwytny. Gdziekolwiek Cię nie znajduję, Twoja chwała wypełnia cały świat" (Szir Hajihud). Ta dwoistość znana jest w filozofii jako połączenie tego, co transcendentne z tym, co immanentne, a w kabale opisywane jako napięcie pomiędzy Bogiem "otaczającym świat" a "wypełniającym świat". Jest to zasadniczy element judaizmu, który konstytuuje centralną kwestię myśli żydowskiej. Każda analiza żydowskiej wiary musi obejmować tę kwestię, pośrednio lub bezpośrednio.” Nie oznacza to, że przeszłam na judaizm, choć nie wiem, co przyniesie przyszłość i czy kiedyś tego nie zapragnę. Oznacza to dokładnie i przede wszystkim tyle – w powyższym fragmencie odnalazłam wytłumaczenie dla własnego doświadczenia.

2. Simone Weil „Wybór pism”, przekład i opracowanie Czesław Miłosz, Wydawnictwo Znak Kraków 1991, s. 80. Tutaj również małe wyjaśnienie – nie zgadzam się ze wszystkimi poglądami Simone Weil, jednak jej myśl sięga tak głęboko, że w tej głębi każdy może odnaleźć to, co zgadza się - lub nie – z jego odczuciem świata. Ważne, bowiem by do tej głębi w ogóle dotrzeć, a „Wybór pism” Simone Weil z pewnością tam prowadzi. Jak słusznie zauważył Czesław Miłosz: „[…] trzeba, czytając ją, stale albo zgadzać się, albo przeczyć i, o ile to możliwe, tropić powody tego „tak” albo „nie” w sobie samym.” Ibidem, s. 23. Na tym ostatnim zresztą, na tropieniu w sobie powodów dla każdego naszego „tak” lub „nie” w odpowiedzi i na to, co było nam wpajane od najmłodszych lat, a co dobrze jest zrewidować, i na to, co przez całe życie przychodzi do nas później ze świata, opiera się świadomość rozróżniająca, bez której popadlibyśmy w chaos.

ANNAGO1

poniedziałek, 05 marca 2007
LECTORIUM ROSICRUCIANUM A SDU (1)

  ROZLIN

Lectorium Rosicrucianum a SDU

     Przez dłuższy czas pogłębiając swoje studia nad tradycją wspomnianych wyżej dróg i metod duchowych coraz bardziej zauważałem przemijalność i iluzoryczność wielu koncepcji. Nie tylko tych prostych, ale również tych złożonych, zwłaszcza spod znaku gnozy i ezoteryzmu. Dominowała jednak we mnie w dużej mierze ścieżka zaproponowana przez Rijckenborgha i - po części - potwierdzona już wcześniej przez innych nauczycieli duchowych. Razu pewnego zupełnym przypadkiem poszukiwałem informacji na temat problematyki relacji chrześcijaństwo – mitraizm. Wertując rozmaite strony internetowe natrafiłem na tekst użytkownika portalu Kosciol.pl dotyczący daty narodzin Jezusa. Pod nim zamieszczony był szereg komentarzy, a wśród nich wiedzą o kulcie Mitry wyróżniał się Suljan. Coś mnie tknęło i klinknąłem na jego dane; z zaskoczeniem odkryłem, że to po prostu sam Jan Witold Suliga. Wśród zamieszczonych na tej ekumenicznej stronie artykułów znalazłem pod jego nickiem publikację pt. „Syndrom Duchowego Uzależnienia”. Przeczytałem ją wielokrotnie z ogromną uwagą i zaciekawieniem. Na koniec lektury mogłem stwierdzić: „Jest to bardzo interesujący i oryginalny tekst, ale zasadnicze jego tezy były mi już znane wcześniej”. Niemniej byłem ogromnie i pozytywnie zaskoczony, że ktoś rozwinął ten przemilczany dotąd wątek.
     Tekst Jana Witolda Suligi jest z pewnością znany czytelnikom CTUD-u, więc nie mam zamiaru streszczać jego tez. Interesuje mnie tutaj wykazanie podobieństw i różnic z systemami, które miałem okazję wcześniej poznać, a których idee sprowadzały się do tego, o czym pisał suljan. Wśród nich przodujące miejsce powinna zająć doktryna grupy Lectorium Rosicrucianum oraz ich przywódców. Pokrótce postaram się omówić poniżej podobieństwa oraz różnice.

Wspólną cechą nauki Jana Witolda Suligi o SDU i Lectorium Rosicrucianum jest:

     1) Imitatio Dei, czyli fakt istnienia eggregore'ów imitujących Boga lub boskość. W jednym i drugim przypadku uwypukla się właśnie tą kwestię, tak często ignorowaną przez rozmaite tradycje ezoteryczne czy religijne. Zeszyty L.R. opisują, w jaki to sposób subtelna atmosfera okołoziemska naładowana jest wyobrażeniami osób boskich, utworzonych z energii modlących się ludzi, którzy poprzez rozmaite praktyki kultyczne podtrzymują swoich dawców, dając im życie i energię. Jan Witold Suliga oprócz tego dodaje jeszcze, że „skorupa” utworzona przez ludzi otrzymuje określony kształt i cechy, a zasiedlona przez intruza z wszechświata Nihilo zyskuje cechy istoty żywej. Tak samo w jednym i drugim przypadku jest wskazywanie, iż istoty te przybierają postacie różnorodnych mistrzów, przewodników, świętych postaci, które podają się za boskie i wzniosłe, by poprzez naiwność ludzką uzyskać od nich posiłek energetyczny i uzależnić od siebie.
     2) Wyższe światy subtelne – eter, astral, mental itd. nie są wieczne ani boskie. O ile w religii często uważa się inne światy za wieczne, a w ezoteryce z lubością eksploruje się odmienne poziomy i stany rzeczywistości, to zarówno w literaturze Lectorium, jak i u Jana Witolda Suligi mamy do czynienia z wyraźnym podkreśleniem faktu, iż światy niewidzialne oraz związane z nimi moce czy energie wcale nie są boskie ani wieczne, lecz tak samo zmienne i przemijające jak świat grubej materii. Jan van Rijckenborgh poznanie okultystyczne polegające na zdobywaniu wiedzy o tych wyższych światach nazywa fałszywą gnozą, ponieważ nie prowadzi ona do praźródła ludzkiego bytu, ale wiedzie na manowce. Dodaje, iż niewidzialny świat okultystyczny jest czymś w rodzaju piekła z alegorycznym, płonącym ogniem lucyferycznym, którego rozpoznać i zdemaskować udało się nielicznym zwiedzionym okultystom. Jan Witold Suliga opisuje to nieco mniej obrazowo i mrocznie, stwierdzając po prostu, iż światy te, podobnie jak światło i ciemność nie są duchowo „realnie”, lecz toczą przed człowiekiem grę pozoru, a za nimi stoi wielki mistyfikator, którego Jan Witold  Suliga utożsamia z Assurem.
     3) Medytacja, modlitwa i kontakt z Bogiem oraz „wzniosłymi” istotami. W tym punkcie poglądy obydwu stron również są bardzo jasne: człowiek wysyłający modlitwę czyni to przy pomocy określonej energii. Energia ta stanowi znakomitą pożywkę dla rozmaitych eggregore'ów, bytów, stworów, które podszywają się pod istoty boskie w astralu lub spirytualu. Im większa ilość modlitwy, tym większe przywiązanie się człowieka do określonego bytu czy myślokształtu. Modlitwa staje się czymś w rodzaju postawy roszczeniowej, która żąda lub prosi bóstwo lub określoną moc o konkretną rzecz lub przebieg wydarzeń. Analogicznie rzecz ma się w przypadku ezoterycznej medytacji związanej z operowaniem energiami. Obiekt kultu żąda dla swego utrzymania coraz większej ilości energii, nagradzając w określony sposób swego dawcę, ale często spijając z niego energię. Jedna i druga strona podkreśla, że prawdziwa modlitwa jest postawą neutralizacji, wewnętrznej ciszy i zaufania, choć oczywiście użyte przeze mnie słowa w żaden sposób nie wyczerpują tego, co obydwoje mają na ten temat do powiedzenia.
     4) Spirytyzm. Poniekąd w nawiązaniu do poprzedniego punktu stanowisko jest jasne. Przywoływane na rozmaitych seansach bądź obrzędach byty z zaświata nie są tymi, za kogo się podają, lecz są to jedynie skorupy znajdujące się często w aurze otaczającej człowieka, a zasilone określoną energią psychiczną, somatyczną, duchową, przybierają formę żywych i samodzielnych istot, zdolnych komunikować się ze światem. O ile dla wielu kontakt ze światem zmarłych, duchów stanowi cel ezoterycznej pracy, to zwłaszcza dla L.R., Jana Witolda Suligi, ale wcześniej również BO-Yin-Ra, Ankera Larsena, Saint-Martina, Gustawa Meyrinka jest to świat iluzji, który próbuje omamić człowieka swymi względami i zablokować mu drogę dalej, ponad to...

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2

LECTORIUM... (2)

Zasadnicze różnice między podejściem Jana Witolda Suligi a Lectorium Rosicrucianum:

     1) Nauka o Duchu. W tym punkcie różnica uwydatnia się bardzo wyraźnie. Jan Witold Suliga, podobnie jak wiele innych tradycji religijno-ezoterycznych (np. Huna) utożsamia ducha z wyższym „ja” człowieka i podkreśla, że świat ducha nie jest boski. Przywódcy L.R. mają zupełnie inne podejście do tej kwestii. Rozróżniają w człowieku ducha pochodzącego ze świata pustki i pierwotnej harmonii oraz ducha tego świata. Wyższe „ja” jest dla nich właśnie duchem tego świata: utożsamiają go z szafarzem karmana, wielkim zwodzicicielem i istotą ściśle związaną z upadłym mikrokosmosem. Prawdziwy boski duch jest dla nich boską iskrą, która znajduje się w centrum mikrokosmosu ludzkiego i zawiera pierwotny plan rozwoju ludzkiej jednostki. To jest właśnie wewnętrzny Chrystus, który dopiero ma za zadanie przemienić upadłe „ja” ludzkie i zdegenerowany mały kosmos. Obudzenie tego Chrystusa jednak może nastąpić wyłącznie za pomocą Logosu, gdyż martwy praatom nie jest w stanie zdziałać nic (tu też widać różnice w podejściu L.R. do innych nauk np. BO-Yin-Ra.). W tej właśnie kategorii rozumieją procesy opisane w Ewangelii Jana i w listach pawłowych, jak również prawdziwy proces alchemii. Dla nich więc obudzony duch ma prymat w człowieku, a „ego” musi zostać zanegowanie i rozpuszczone. Suliga natomiast przeciwstawia wynoszeniu jednego pierwiastka w człowieku ponad inny, lecz wspólne i równe egzystowanie tych różnych, jako wzajemnie koniecznych.
     2) Boska Energia. Choć L.R. bardzo ostrzega przed operowaniem rozmaitymi „energiami” pochodzącymi ze strefy odbić, jak to nazywają światy subtelne, to stosują również swego rodzaju pojęcie przeciwne – energia z praźródła, boskie promieniowanie, najwyższa radiacja boskiego ducha. Szkoła jest zdania, że tylko przy pomocy tej energii z praźródła można dokonać tego, co nazywają transfiguracją – przemianą śmiertelnej duszy w nieśmiertelną, odrodzeniem Chrystusa w człowieka, zwycięstwem praczłowieka nad śmiercią. J.W.S. natomiast widzi w takim podejściu kolejny przypadek eggregore'a, który jak zauważa pochodzi z wysokiej hierarchii, ale pozostaje dalej eggregore'm. Różnica wynikałaby z tego, że nie jest on zasilany żadną energią ludzką pochodzącą z modlitwy. Można rzec, iż dla suljana Bóg Najwyższy w żaden sposób nie przybiera postaci emanacji niższych, natomiast dla L.R., podobnie jak dla gnostyków, chrześcijan i wielu innych, konieczne jest zejście Boga w niższe postacie dla ratunku ludzkości.
     3) Życie po śmierci. Jan Witold Suliga przyjął w tej materii stanowisko neutralne i wzorem Heraklita z Efezu czy Lao-Tse po prostu na ten temat się nie wypowiada, stąd reinkarnacja przestała być dla niego czymś oczywistym. W naukach L.R. kwestia ta jest dużo bardziej rozwinięta – szkoła głosi dość oryginalną koncepcję reinkarnacji, w myśl której ponownym narodzinom podlega nie człowiek jako świadoma dusza „ja”, lecz upadły mikrokosmos wraz z rezydującą w nim istotą auryczną (wyższym „ja”). Po śmierci ciała fizycznego ludzka dusza, która składa się z ciała eterycznego, astralnego i mentalnego i stanowi centrum „ego” powoli rozpada się, nie pozostawiając po sobie praktycznie nic poza karmą, która zapisana zostaje w wyższym „ja”. Kiedy mikrokosmos inkarnuje się w konkretnym ciele fizycznym tworzy nową duszę, nowego mieszkańca małego kosmosu. Rijckenborgh twierdzi, że istota ludzka wciela się tak długo, aż zdoła dokonać procesu procesu transfiguracji, boskiej alchemii, której efektem jest ww. przemiana duszy śmiertelnej w nieśmiertelną. Poza tym mówi o życiu pozornym (martwym) oraz Życiu „Innego w Nas”.
     4) Wspólnota. Za św. Pawłem Rijckenborgh, a za nim L.R. chórem powtarza, że w obecnych czasach trudno kroczyć ścieżką rozwoju duchowego samotnie, dlatego konieczna jest wspólnota, w której – jak twierdzą – przejawia się gnostyczne promieniowanie Logosu. Człowiek w pojedynkę nie przeprowadzi procesu transfiguracji i konieczny jest pośrednik na tej drodze. Szkoła podkreśla, że człowiek na pewnym etapie musi zrezygnować ze swojej indywidualności i zaufać szkole. Tylko w zbiorowości i przez jej działanie można utrzymać działanie Boga Żywego w upadłym świecie. Oczywiście szkoła podkreśla, że nie jest jedyną organizacją, w której objawia się Logos, gdyż istnieje zgodnie z tradycją razem 7 takich szkół w różnych częściach globu ziemskiego. Dla Jana Witolda Suligi jest to wszystko nie do pomyślenia, po pierwsze ze względu na sekciarstwo, a po drugie ze względu na konieczność odcięcia się od wszelkiego typu eggregore'ów, energii, promieniowania itp. – czy to z niskich, czy to z wysokich rejonów. Ten punkt wiąże się niejako z punktem 2, w którym mowa o różnicy w podejściu do duchowości.
     5) Demonologia. U Jana Witolda Suligi boskość duchowości jest pozorna, ale u Jana van Rijckenborgha konsekwentnie podtrzymywane jest stanowisko o duchach dobrych ze świata pierwotnej harmonii, utożsamionego z niebytem, pierwotnym boskim ładem, lecz także uwypukla się fakt istnienia licznych hierarchii duchów złych. Jan Witold Suliga w dużej mierze podtrzymuje tezy Rudolfa Steinera o bytach demonicznych – Assurze, Arymanie i Lucyferze. W literaturze L.R. wszystko to jest bardziej uproszczone, a stanowisko antropozofii – o czym była już mowa wcześniej – nie oddaje w tym wypadku istoty sprawy, ponieważ wedle tych nauk Lucyfer ma kierować dusze ku światu astralnemu i negować jego indywidualność. L.R. Natomiast uznaje astral za świat upadły, a zlewanie się ludzkiego „ja” z wszech „ja” Boga za jedną z form podczepiania się pod strefę odbić.

     Można rzec, że o ile przez pewien szlak nauki Jana Witolda Suligi idą w parze z koncepcją Szkoły Duchowej Złotego Różokrzyża, to w pewnym momencie rozchodzą się całkowicie. Warto na tym tle przywołać przykład wspomnianej wcześniej książki Gustawa Meyrinka „Biały Dominikanin”. Rozwój duchowy głównego bohatera tej niesamowitej i godnej polecenia książki w dużej mierze pokrywa się ze ścieżką L.R, poza tym że przebiega on na drodze indywidualnej, a nie grupowej. I choć jest w powieści mowa o tworzeniu się różnych eggregore'ów, złudzie świata duchowego, i ogólnych niebezpieczeństw wszelkiej magii, to na koniec zaakcentowany zostaje prymat ducha chrystusowego i powrót do praczłowieka. Wszystko to potwierdza zapis Gustawa Meyrinka z jego dziennika (cyt. za „Słowo Wstępne” Leonarda Górnickiego do „Białego Dominikanina”, s. 7-8), który w tłumaczeniu Andrzeja Milewskiego przytaczam poniżej:
     „Nie mamy sami promieniować jogą, lecz mamy jakby budować Boga, lub jak powiedziano w chrześcijaństwie: 'Nie mamy naśladować Chrystusa, lecz zdjąć go z krzyża'.
     Starego mężczyznę, którego widzę wciąż w oddali, mam zatem ukoronować, odziać w purpurę i uczynić zeń władcę swego życia. Także teraz widzę go ukoronowanego i w purpurowym płaszczu! Im on stanie się doskonalszy, tym wcześniej mi pomoże. ON stanie się adeptem, a ja będę udzielał się tylko dotąd, póty złączy się ze mną w jedno, albowiem u podłoża jest on mym najprawdziwszym JA.'On będzie wrastał, a ja będę się zmniejszał' (Taki jest sens mowy Jana Chrzciciela).
     Dotąd było fałszem i przyczyną wszelkiego mojego zmartwienia, że nie widziałem tego wszystkiego jasno i że myślałem: 'Ja muszę doskonalić siebie, siebie a nie jego! Ćwiczenia tantryczne są zatem, jak i wszelka asceza, niewłaściwe, wiodą ku przepaści i są najprawdziwszą czarną magią!
     Teraz wiem również, dlaczego ten stary mężczyzna był stale taki nieruchomy niczym jakiś obraz! Dlatego właśnie, że pracowałem nad sobą, a nie nad nim. BO-YIN-RA przedstawiał mi to w ten sposób, że wszystko co zostanie odkryte w tej podobiźnie, trzeba w pewnej mierze przełknąć i żywić się tym! Zupełnie na odwrót! Ten stary to Chrystus a my musimy go odwiązać i uczynić go silnym, dopiero wtedy będzie zdolny czynić cuda! Dopiero wtedy czynienie cudów przejdzie na nas samych, aż ta schizofrenia się dokona i zostaniemy współpochwyceni. Na przykład Teresa z Konnersreuth powinna by postarać się uwolnić duchowo od tego, kogo cierpienie ogląda, zamiast ciągle cierpieć. Ona jednak nieustannie chodzi tylko dookoła kręgiem.”
     O ile więc w oczach Szkoły Złotego Różokrzyża jest to pełne potwierdzenie pójścia zgodnie z drogą w „Jedyne Konieczne”, to dla Jana Witolda Suligi będzie to dowód, iż na ostatnim etapie drogi swego życia pisarz przezwycięża świat jednej iluzji, ale poddaje się eggregore'owi wysokiej hierarchii i tym samym nie uwalnia się od SDU...

PRZEJDŹ DO: NIE MA POCZĄTKU ANI KOŃCA...

NIE MA POCZĄTKU ANI KOŃCA...

 Rozlin

Nie ma początku ani końca...

     W naturze ludzkiej zakorzenione jest czczenie czegoś. Fryderyk Nietzsche w swym głośnym dziele „Tako rzecze Zaratustra” wyraża to następującymi słowami:
    
„Starsze jest 'Ty' niż 'Ja'; 'Ty' jest uświęcone, a 'Ja' jeszcze nie. Tak więc garnie się człowiek ku bliźniemu.”
     Nawet jeśli porzucając świat bóstw i religii, zagłębimy się w niektóre nurty ezoteryki, które za prawdziwego boga uważają samego człowieka, to powyższe stwierdzenie będzie dalej aktualne. Jeśli w sobie wyodrębnimy boski element, wyższe „ja”, to i tak owa jaźń przybierze postać „ty”, gdyż do niego, jako konkretnej wyodrębnionej i niezależnej od nas formy modlić się będziemy. Czczenie zresztą nie musi odnosić się do Boga, lecz dotykać również świętego schematu, doktryny, teorii. Prawdą jest, że są koncepcje głębsze i płytsze, mniej lub bardziej wzniosłe, ale wciąż pozostają one konstrukcjami intelektualno-duchowymi, które nasza osobowość stara się przyjąć lub odrzucić. Wiele nurtów religijnych czy ezoterycznych grzebie swoich adeptów w przemijających obrazach czasu oraz przestrzeni i na nich opiera wieczność, ale są też tacy, którzy starają się wykazać błąd takiego stanowiska i robią wszystko, by uświadomić człowiekowi dystans jaki dzieli rzeczywistość od słownego odczytu danej nauki. Schemat tworzy się od początku i to bez względu na wzniosłość religii czy filozofii. Już doświadczenie mistrza staje się niebezpieczne dla ucznia. Nie dlatego, że mistrz zagłębia się w coś nieprawidłowego, ale że uczeń widzi to z zewnątrz i na tej podstawie wyznacza cel. Z pewnością nirwana buddystów czy pustka taoistów jest o wiele bardziej wzniosła i lepiej opisująca stan uwolnienia niż pełne emocji i obrazów królestwo boże chrześcijan czy niebo muzułmanów. Ale to nie wszystko. Uczniowie dysponują już opisem pustki czy nirwany i do tego dążą, mając jej konstrukcję w głowie. Tu właśnie leży pies pogrzebany...
     Ludzie kochają Bogów. Choć powtarzają na każdym kroku, że opisać się nie da, ale uparcie tworzą dogmaty, ewentualnie segregując określone słowa dla schematu teologicznego. A ja pytam się czy litera J automatycznie staje się święta, gdy dodamy do niej E, a potem Z, U itd. Przecież to tylko ziemskie słowo, jak może ono opisywać wieczność? Jak przy pomocy przemijających i błahych zdań można bluźnić Bogu? Te wątpliwości nachodziły mnie już dawno temu. Ewangelia Filipa, Tao-Te-King i 10 przykazań ze ST pozwoliły przemyśleć temat od nowa. Niektóre myśli pierwszej z nich natychmiast skojarzyły mi się z nieopisywalnym Tao oraz alegorycznym zakazem tworzenia rzeźb u Mojżesza, i dała mi szczególny impuls do rozważań swymi dosadnymi stwierdzeniami, które w tłumaczeniu ks. Wincentego Myszora i Albertyny Demskiej („Teksty z Nag Hammadi”, PSP 1979) przytaczam poniżej:
    
11. „Nazwy jakie nadaje się rzeczom doczesnym zawierają wielki błąd, zmieniają bowiem ich znaczenie z pewnego na niepewne. I ten, kto słyszy „bóg” nie rozpozna tego, co pewne, lecz rozpozna to, co niepewne. Tak jest z pojęciem „ojciec”, „syn”, „duch” święty, i „życie”, i „światłość”, i „zmartwychwstanie” i ze wszystkimi innymi. Nie rozpozna się tego, co jest pewne, ponadto uczy się o nich jako o pewnym. Te nazwy są na świecie (...). Gdyby przebywały w eonie, nie wymieniano by ich.”
     83. „Archonci postanowili zwieść człowieka, ponieważ zobaczyli w nim pokrewieństwo z prawdziwymi dobrami. Wzięli nazwę dobrych i dali ją niedobrym, ażeby przez nazwy zwieść go i związać z niedobrymi. A jeśli pozyskują sobie przychylność, niech oddalą je od niedobrych i umieszczą je w dobrych, które były im znane. Postanowili bowiem zabrać wolnego i uczynić sobie niewolnika na wieki.”
     84. „(...) Bóg stworzył człowieka, a ludzie stworzyli boga.”
     85. „Tak to na świecie ludzie stwarzają bogów i czczą swoje dzieła. Wypadałoby, aby bogowie czcili ludzi; tak, jak odpowiada to prawdzie.”
     Zdałem sobie na tym tle sprawę, iż nie tylko katolicy, których często oskarża się o bałwochwalstwo ze względu na czczenie obrazów i figur, a raczej tego, co przejawia się za nimi, jak to argumentują, podpadają pod łamanie tego przykazania. A czy purytański protestant nie czyni tego samego, fanatycznie opierając się na słowie pisanym i barwnych wizjach piekła i nieba, czy Żyd odczuwający poczucie winy wobec Boga zakazującego czynić mu więcej niż 1000 kroków w szabat nie jest wolny od tworów? Otóż rzeźba nie jest tylko dziełem fizycznym, ona jest przede wszystkim dziełem mentalnym, myślokształtem, ograniczoną energią uzurpującą sobie do skondensowania Boga, opisu jego woli, nauki. Do takiego wniosku doszedłem wcześniej, dlatego też z dużą radością przeczytałem wnioski Jana Witolda Suligi w artykule o
SDU, które praktycznie nie różniły się od moich, a na które nikt wcześniej za bardzo uwagi nie zwracał. Na tej podstawie zrozumiałem, co miał na myśli Nietzsche pisząc o śmierci Boga. Wydaje mi się, że nie miał na myśli Boga Nieznanego, którego nawet nazwa Bóg pomniejsza, lecz koncepcję Boga opisaną przez słowa i schematy, która powoli zaczęła wyczerpywać swoją moc i obnażać swoją słabość. Dlatego też słusznie przemawia Zaratustra:
     „Bóg ten był waszym największym niebezpieczeństwem. Dopiero odkąd On leży w grobie, wyście zmartwychwstali. (...) Bo tylko tam gdzie są groby, są też zmartwychwstania.”
     Spójrzmy: Słowo Boże przez długi czas uznawano za słowo pisane, natchnione. Głębokie studia i analizy zajęły poświęcono zaleceniom moralnym. Mnie zastanawia jednak, czy jednak moralność musi być zapisanym nakazem, a czy nie jest ona po prostu stanem? Jak dotychczas przy użyciu umysłu starano się wprowadzać z autorytetu postulaty etyczne świętych ksiąg. W „Tao-Te-King” zwrócono już uwagę na to, że moralność wypływa z Tao, Jan van Rijckenborgh zwrócił uwagę na to, że etyka nie jest tworem ludzkiego umysłu, lecz stanem, w którym znajduje się człowiek i z pozycji której jest on człowiekiem cnotliwym, ponieważ ma to w sobie. Jean Yves Leloup komentując Ewangelię Marii Magdaleny dodaje, że słowa poprzedzające przykazania - „nie będziesz...” nie muszą oznaczać odgórnego nakazu, lecz opis stanu, w którym się znajdujemy. Mówiąc bardziej konkretnie – nie krzywdzę, nie zabijam, nie kradnę, ponieważ mam świadomość: wiem i znam. Jaka to jest różnica na moralności opartej wyłącznie na strachu przed srogim Bóstwem. Co innego być w harmonii, a co innego sterować etyką przy pomocy umysłu. Efekt jest często taki, jak w słowach Zaratustry:
     „Nie kradnij! Nie zabijaj! - takie słowa miano niegdyś za święte; (...) Ale ja pytam was: gdzie byli kiedykolwiek lepsi złodzieje i zabójcy na świecie niż te święte słowa?”
     W temacie o gnozie i chrześcijaństwie wspomniałem jak wielkim kłopotem jest używanie słów przemijalnych dla opisania wieczności. Podobno wielu zdaje sobie z tego sprawę, ale mimo to brną dalej w układ sztywnej konstrukcji. Na ich charakter składają się emocje, przeżycia, spojrzenia. Te przeżycia starają się przekazywać innym, przekonywać. Świat i wydarzenia oglądane i oceniane są przez ich filtr, który może przybrać formę skrajnego dualizmu między Bogiem, duchem a materią; dopatrywanie się we wszystkim znaków końca świata, demonizowanie lub ubóstwianie czegoś lub kogoś, bezsens, czarna wizja itd. Tymczasem rzeczywistość – bez względu na liczbę wymiarów i stanów – ona po prostu JEST. I nic poza tym. Ale umysł lubi tworzyć finisze i jak słusznie rzekł Zaratustra Nietzsche'go:
     „To, co czuje zmysł, to, co poznaje duch, nigdy nie ma kresu. Ale umysł i duch chciałyby cię przekonać, że są one kresem wszechrzeczy, tak są próżne.”
      „Wszystko, co istnieje, chcecie dopiero uczynić możliwym do pomyślenia: albowiem wątpicie w słusznym niedowierzaniu, czyż to już jest do pomyślenia. Ale wszystko ma się wam poddać i ugiąć przed wami! Tego chce wasza wola: by stało się gładkie i posłuszne duchowi, jako jego zwierciadło i odzwierciedlenie (...). Stworzyć chcecie świat, przed którym możecie klęczeć: Taka jest wasza ostatnia nadzieja i upojenie.”
     Tak więc opisy jej i osądy to kwestia wtórna; zależne są one od stanu umysłowego człowieka i przeżyć. Opisy są na pewnym etapie potrzebne, ale zatrzymywanie się i ciągłe skupianie się na nich jest stałym krokiem do duchowego uzależnienia. Uwolnienie się od nich i od przeżyć przemijających jest trudne. Miał zresztą świadomość tego suficki nauczyciel, który w swojej książce cytuje taką anegdotkę o założycielu islamu:
     „Pewnego razu Mahomet zalecił swojemu uczniowi praktykę, która miała dopomóc mu doświadczyć ekstazy. Po kilku dniach uczeń przyniósł wspaniałe kwiaty i owoce, by wyrazić wdzięczność i podziękowania.
      - Mistrzu, ta praktyka jest wspaniała, przyniosła mi tyle dobrego! Dawniej modlitwa zajmowała mi zaledwie kilka minut, teraz mógłbym to robić w nieskończoność!
     - Och to cudowne, że ta praktyka tak ci się podoba – odpowiedział Mahomet – ale proszę, zaprzestań jej od jutra.”
(Hazrat Inayat Khan, „99 opowieści sufickich”, TChU W-wa 2005, s. 52)
      Ciekawe, że zaobserwowałem kiedyś przemijalność opisów i wrażeń na podstawie pracy zawodowej, a więc czegoś z pozoru tak różnego od duchowości. Wyobraźmy sobie człowieka bezrobotnego, która stara się o upragnioną pracę w określonym miejscu. W jego duszy rodzi się napięcie, pragnienie zdobycia i ukierunkowanie energii na ten konkretny cel. Kiedy mu się to udaje, ogarnia go radość i euforia z powodu zdobycia tego. Mamy więc do czynienia z fazą doświadczenia świetlistego, następnie przychodzi czas przystosowania się i wytężonej pracy. Emocjonalność powodu się tonuje, miejsce pracy staje się czymś zupełnie normalnym, cząstką życia, niczym nadzwyczajnym, co mogłoby nas radować. Doświadczenia światła powoli odsuwają się w cień. Nadchodzą problemy, to, co wydawało się piękne, przestaje być takowe. Zauważa się wiele niedogodności, wad, intryg, niezdrowych układów w miejscu pracy,  które stawiają w kłopocie odnośnie funkcjonowania w środowisku. Jest to początek fazy mrocznej. Dalej brnie się coraz głębiej i coraz bardziej staje się bezradnym wobec okoliczności. Ale żądza zarobku, kariery, rozwoju popycha do dalszego rozwoju, do częstego łamania zasad, barier. Krąg się zamyka. Trwanie w nim staje się synonimem stanu opętania. Spójrzmy jednak na to zagadnienie z innej strony. Miejsce pracy, charakter pracy, ludzie – to wszystko po prostu JEST. Zmienia się jedynie postrzeganie czegoś przez ludzi. Zmysły przynoszą wrażenia, te zaś tłumaczone są na wnioski i przeżywane w formie emocji. Emocji, które są przemijające i nie oddają stanu rzeczy taki, jaki jest, lecz zaledwie małą cząstkę. Wielu z nas miało nie raz wrażenie, idąc po ciężkim odsapnąć np. do ogrodu - że świat jest zły, wszędzie tylko smutek, bieda, rozpacz, ale innym razem, kiedy zadowoleni wracaliśmy wszystko wydawało się takie piękne. Czy jednak ogród się zmieniał, czy rzeczywistość była inna. Nie, to nasze odczucia filtrowały nam odbiór świata, który po prostu BYŁ. Jan Witold Suliga opisywał kiedyś spotkanie z drzewem i ogląd świata z jego perspektywy. Można naprodukować dziesiątki reakcji na to – można pełnym zgrozy lękiem i oburzeniem piętnować kontakt z demonami przyrody, można się zachwycać możliwością wnikania w duszę brzozy, można robić coś jeszcze, ale zapomina się przy tym, że są to opisy pełne przemijających emocji. Tymczasem najważniejsze jest to, że Jan Witold Suliga i drzewo po prostu BYLI i coś się działo. Jaki miało to skutek w nieustannym ścieraniu się między wiecznością a przemijalnością? Wiedzieć to raczy chyba tylko Najwyższy Nieznany...

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2

NIE MA... (2)

     Jeszcze w kontekście wcześniejszych rozważań warto zwrócić uwagę, że dużo ważniejszym od rodzaju światopoglądu jest stan człowieka. Bowiem przeważnie przyciąga on to, w czym tkwi. Dlatego też jeśli pogrążony jest w ciemnej i dołującej energii, to tego typu siły będzie przyciągał bez względu na intencję. Może to być miłosierny Bóg, Jezus Chrystus, może być to wzniosłe Tao, Logos. Nic to nie zmienia, zewnętrzny układ, opis, jest inny, a wewnętrzny mechanizm działa starym sposobem i choć wyzwoliciel teoretycznie lepszy, to w praktyce przybrał tylko inną maskę. Nie oznacza to, że człowiek otulony bardziej subtelną energią jest wolny. Co prawda nie jest tak uwikłany w świat mrocznej psychiki, ale zależny jest nierzadko od istot o cechach wyższych, dobrych, świetlistych, które również od niego czerpią pożywienie jako zapłatę za opiekę. Tak czy owak jedne i drugie są przemijające, i czy potrafią zrozumieć swoją rolę na pewnym etapie drogi. Bo rzeczywiście często bywa tak, że musimy czegoś doświadczyć, musimy słuchać nauczyciela, aby zrozumieć. Anthony de Mello podkreśla w „Minucie Mądrości”:
     „Czy mogę zostać twoim uczniem? Jesteś uczniem tylko dlatego, że twoje oczy są zamknięte. W dniu, w którym je otworzysz, zobaczysz, że nie istnieje nic takiego, czego mógłbyś się nauczyć - czy to ode mnie, czy od kogokolwiek innego. - Na cóż więc jest Mistrz? - Żebyś doszedł do wniosku, że nie jest ci potrzebny.”
     Zgoda, ale czy te wzniosłe istoty są gotowe ustąpić na określonym etapie drogi, czy też pragną uczepić się już na wieczność? Jeśli wybiorą to drugie, a człowiek nie zaakceptuje tego, mamy do czynienia z sytuacją, o której pisał Nietzsche:
     „Przemieniam się zbyt szybko: moje Dzisiaj obala moje Wczoraj. Często przeskakuję stopnie, kiedy pnę się wzwyż – żaden stopień mi tego nie wybaczy.”
     W komunikacji ziemskiej rzecz między uczniem a nauczycielem ma się podobnie. Jeżeli uczeń  tkwi przy mistrzu efekt jest taki, jak opisuje to Zaratustra:
     „Zaprawdę, radzę wam: odejdźcie ode mnie i strzeżcie się Zaratustry! A jeszcze lepiej: wstydźcie się go! Być może was oszukał. (...) Źle odpłacamy nauczycielowi, jeśli ciągle pozostajemy zaledwie uczniami. (...) Wielbicie mnie, ale jak, skoro to wasze uwielbienie pewnego dnia runie? Strzeżcie się, aby nie zabił was jakiś posąg! Powiadacie, że wierzycie w Zaratustrę? Ale cóż wam po Zaratustrze! Jesteście moimi wyznawcami; ale co mi po wszystkich wyznawcach! Jeszczeście siebie nie szukali, a znaleźliście mnie. Tak czynią wszyscy wyznawcy; dlatego tak mało wynika z każdej wiary. Teraz zgubcie mnie, a znajdziecie siebie; i dopiero, gdy wszyscy się mnie zaprzecie, powrócę do was. Zaprawdę, innymi oczyma, bracia moi, będę wówczas szukał moich zgubionych; inną miłością będę wtedy was miłował.”
     Niestety, my ludzie jesteśmy tak zbudowani, że słowa i obrazy są podstawą naszej komunikacji i rozumienia świata. Tylko przy ich pomocy możemy coś wzajemnie przekazać. Jak więc powinno traktować się różne rodzaje nauk religijno-ezoterycznych? Czy należy je odrzucić jako szkodliwe i zbędne? Moim zdaniem – nie! Już podany był raz przykład z palcem wskazującym na księżyc. Na palec patrzymy przez chwilkę, ale najważniejszy jest księżyc, taki jaki JEST. Doktryny zaś to po prostu skarbiec przy drodze, z którego można czerpać. Religia, mistyka, okultyzm nie mają stanowić końca, stanu pożądanego, lecz jedynie wskazywać rozwiązania problemów, które napotykamy na drodze. Dla przykładu – jak pisałem wcześniej zrezygnowałem z praktyk Huny hawajskiej, ale nie oznacza to, że odrzuciłem wszystko. System ten pozwolił przemyśleć wiele zagadnień, zwłaszcza w kwestii kontaktu z sacrum i sposobu opisu świętych postaci za pomocą podświadomości. Okultyzm teozofów pozwolił inaczej spojrzeć na kwestię wieczności rozmaitych rajów i piekieł – tworów kolektywnych utworzonych na przestrzeni dziejów przez ludzką wiarę. Jan van Rijckenborgh rozwinął problematykę łudzenia świadomości przez pseudo-boskie eggregore'y. Protestantyzm pozwolił inaczej spojrzeć na katolicyzm, a katolicyzm na protenstantyzm. I tak dalej... Rozważając rozmaite koncepcje, stosując je do opisu zastępczego nie powinno się to kończyć na przyjmowaniu bezkrytycznym wszystkiego, co autorzy dani odkryli, lecz zadać pytanie – co powinniśmy wynieść z udzielonych lekcji, co zaś odrzucić jako zbędny dodatek. Oczywiście, że łatwo w takim podejściu o wybiórczość, ale czy istnieje jakieś inne wyjście od rozróżniania ziarna od plew... Może wzorem niech będzie w tej materii, sparafrazowany w „Zielonej Twarzy”, Szaweł z Tarsu:
    „Tylko nie rób tak, jak wielu, którzy mimo, że dobrze wiedzą o słowach: 'próbujcie wszystkiego, co dobre zachowajcie' – idą, niczego nie próbują, a pierwsze lepsze zachowują.” (s. 280-281)
     Już wcześniej, gdy jeszcze pociągało mnie mocno wtajemniczenie w nieznane obszary rzeczywistości i tajemne stowarzyszenia dawnych wieków, zacząłem się zastanawiać, dlaczego ezoterycy, skoro tak mówią o wewnętrznej mądrości każdego człowieka, tyle mówią o samowiedzy, jednocześnie wymyślają nierzadko fantastyczne konstrukcje łączące ze sobą tajemną wiedzę Egiptu, templariuszy, Graala, Marii Magdaleny, Jezusa i klasztory na Dalekim Wschodzie, kulty misteryjne itp. Wszystko to wmieszane w jedno i bełtane, we wszystkim i pod wszystkim być musi tajemnica. Owszem, już wcześniej zapytałem ortodoksów, że jeśli zarzucają ezoterykom, iż strzegą wiedzę dla wybranych, to niech sprecyzują, o co im idzie – czy o fakt ukrywania wiedzy czy też fałszywej wiedzy. Bo jeśli coś ma oznaczać ukrytą interpretację np. Jezus jest w rzeczywistości personifikacją Chrystusa w każdym człowieku, to proszę bardzo – ogłoście to wszystkim, bowiem jeśli zauważycie jest różnica między wiedzą ukrytą a fałszywą. Ale wracając do okultystów, to zauważyłem, że kochali oni czasem bardziej nie wiadomo jak tajemnicze systemy, które nierzadko przesłaniały im obraz rzeczywistości, a w traktowaniu pism byli czasem pięknym odbiciem biblijnych fundamentalistów. Dla przykładu pisali o tym, że celem gnozy jest wyzwolenie się ze świata wpływów planet i liczb, ale mimo to astrologia czy numerologia grała dla nich nierzadko rolę pierwszorzędną, tak że woleli się skupiać na rzekomych wpływach tajemnych, zamiast dążyć do uwolnienia. Tego typu postawę słusznie, moim zdaniem, skrytykował w „Kamieniu mądrości” radca stanu i fikcyjny (?) szef duńskich teozofów zarazem. Oto jego słowa:
     „Dahl wyjawił swe pragnienie zapisania się do towarzystwa teozoficznego. Radca stanu zapytał z wahaniem: - Czego pan szuka w teozofii? (...)
     - Pokoju i radości w Duchu Świętym (...)
     - Pokój i radość w Duchu Świętym (...) Więc witam Pana z całego serca. Więcej na tym świecie osiągnąć niepodobna – ani też na żadnym innym (...). Szuka Pan stowarzyszenia religijnego, aby znaleźć w nim oporę i przewodnictwo. Ale proszę nie zapomnieć, że to, za czym się pan ugania, leży ukryte we własnym pańskim życiu, a nie w książce, czy wierze tej czy innej kliki. Gdyż łaska boża – jest żywą siłą ponad wszystkie rozumy, a kościoły i społeczeństwo wynalezione zostały przez diabła. No, więc zapiszę pana do naszego towarzystwa (...). Niechże się pan ma na ostrożności podczas posiedzeń naszego towarzystwa (...). Niech pan nie zapomina własnej osoby w zachwycie nad nami. Żyj pan własnym życiem. Idź za głosami własnych popędów. Niech się panu nie zechce uczynić z siebie wierzącego, dogmatycznego teozofa. Czytaj swe książki, ale czytaj je krytycznie. Bo to, o czym one mówią, może i jest żywą wodą życia, ale myśli i słowa należą do autorów. A choć braćmi jesteśmy wszyscy, nie mamy przecie obowiązku wchłaniać w siebie wzajemnych złych wyziewów – ani cielesnych ani duchowych. Mówię to panu, bo i my posiadamy tyleż dusz trzymających się litery, ile ich posiada kościół. A także dlatego, bo sam nie chodzę już więcej na posiedzenia (...). Bo nie chce mi się siedzieć i udawać proroka. Założyłem towarzystwo, gdyż miałem ochotę opowiedzenia swym robotnikom zebrane w życiu doświadczenia (...). No, powoli zwiększała się liczba członków naszego towarzystwa. Rozumie pan, przychodzili ludzie, którzy byli zbyt mądrzy i wykształceni, aby wierzyć w Boga, Chrystusa i Biblię – gazety są przecież daleko wiarygodniejsze. I ci ludzie zbierają się i wierzą każdemu słowu i każdej literze, napisanej przez panią Bławatską – tylko dlatego, że są one tak ciemne, że są one tak ciemne, że nie pojmują z tego ani joty (...).
     - Czy wolno mi zapytać jeszcze, panie radco – rzekł Dahl – o szkołę ezoteryczną, która podobno znajduje się w łonie teozoficznego towarzystwa?
[chodzi o tzw. egipski ryt dawnych misteriów, będący odłamem masonerii Memphis-Misraim, który grupował teozoficzną elitę – dop.]
     (...) - Nie zamierza pan chyba do niej wstąpić? Po co to panu? (...) Rozwój duchowy (...), ależ, do licha, życie leży przecież tuż przed pańskim nosem, nie może to pan z niego czerpać tego rozwoju duchowego, którego pan pragnie? Żyj pan w praktycznym i pożytecznym życiu w ten sposób, że wszystko, czegokolwiek się pan podejmie, będzie uczynkiem duchowym. Lepsze to niż siedzenie i spoglądanie na swój pępek i wywoływanie sztucznego oddychania. Są ludzie, którzy nadają się na jogów (...). Ale znam wielu ezoteryków, którzy się (...) na nich całkiem nie nadają. 'Studiują' oni i trenują się, aż dochodzą do maniactwa. 'Spekulują' i 'medytują' tak długo, aż przyczyny powstania naszego życia przesłaniają im widok samego życia. Z czasem wysubtelnili tak bardzo swój system nerwowy, że nie mogą oddychać w liczniejszych zebraniach zwykłych śmiertelników. Nie mogą też minąć ani jednej jatki rzeźniczej, nie wykonawszy tajnych zaklęć, zamawiających niższego gatunku 'duchów elementarnych', które podobno tuczą się krwawymi wyziewami (...) Ba, a nawet prawdę powiedziawszy, nie śmią, do licha wejść do pisuaru, żeby czasem nieopatrznie jakiego ducha nie zlać wodą od góry do dołu! Takim nie powinien się pan stać!” (s. 316-320)

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 3
 

NIE MA... (3)

     Sama pokusa wtajemniczenia jest niewątpliwie kusząca. Nawet najbardziej ostrożne i pełne dystansu podejście do rzeczywistości może zostać przełamane, gdy w grę wchodzą stare przyzwyczajenia lub przemijające obrazy, do których łatwo się przywiązać. Znane są mi dwa przypadki, które można przytoczyć jako obrazowy przykład – jeden pochodzi z życiorysu znanego ezoteryka, a drugi z fikcji literackiej. Pierwszy przypadek szczególnie jest interesujący, gdyż dotyczy jednego z najbardziej znanych przedstawicieli ezoteryzmu polskiego doby powojennej. Mam na myśli Roberta Waltera, astrologa, antropozofa, katolickiego mistyka i masona.
     Robert od młodości dążył do Boga i badał różne ścieżki duchowe. Robił to z pozycji bardzo głębokich i z dużym poczuciem dystansu. Każdemu zalecał dokładne zapoznawanie się z treścią nauk, które dana osoba wyznawała i nie zachęcał do przyjmowania konkretnego światopoglądu. Sam, jak twierdził, wykształcił w sobie zdolności parapsychiczne już w okresie młodzieńczym; posiadł głęboki dar jasnowidzenia, który wykorzystywał do pomocy ludziom. Wiele czasu poświęcił na badania duchowe światów nadzmysłowych, prędko jednak doszedł do wniosku, że eksploracja ta nie wiąże się z tym, o czym nauczał Jezus i apostołowie. Podkreślał różnice między ścieżką bożej łaski a poznania okultystycznego. Twierdził, że obserwując pośmiertne losy okultystów i ludzi, którzy szli drogą głębokiego zaufania do Boga na drodze tradycyjnego chrześcijaństwa, doszedł do wniosku, że ci ostatni mieli o wiele łatwiejszą wędrówkę przez stadia życia pozagrobowego, podczas gdy uwikłani silnie w astral okultyści przechodzili drogę znacznie trudniejszą, nierzadko naznaczoną cierpieniami. W dużej mierze miał rację, ale w swoich badaniach nie ustrzegł się błędu – zbyt łatwo interpretował coś jako działanie boże. Czasem wystarczyło, że zebrała się grupa modlących dewotek, a ściągniętą energię Robert natychmiast utożsamiał to z obecnością bożą. Co więcej ten wzór stawiał rozgadanym znajomym filozofom, by przykład brali z prostych ludzi i ich wiary. Relacjonował też pozytywnie wizytę w zborze zielonoświątkowców, opisując jak w wyniku modlitw i ekstazy bardzo wierzących chrześcijan otrzymywali od Boga nową jaźń. Twierdził, że Chrystus najsilniejszy jest właśnie w charyzmatycznym protestantyzmie.
     W tym wszystkim jednak nie wziął pod uwagę kwestii Imitatio Dei, i jak się wydaje pod koniec życia uległ jej bardzo. Choroba, na którą cierpiał skłaniała go do poszukiwań dalszych. Zetknięcie się z dzienniczkiem Faustyny odmieniło zupełnie jego patrzenie na świat. Coraz bardziej dystansował się od ezoteryzmu na rzecz katolickiej mistyki. Rozpoczął intonowanie modłów katolickich, koronki do miłosierdzia bożego i praktykę leżenia krzyżem na podłodze, w trakcie którego – jak sam twierdził – siostra Faustyna, pod którą się podwiązywał duchowo, stawiała stopę na jego głowie, ucząc pokory (sic!). Bardzo ufał istocie, którą utożsamiał z Chrystusem i jemu na łożu śmierci ofiarował całe swoje cierpienia. Również wizje, których doświadczał nosiły piętno katolicyzmu, od którego raczej nie potrafił się uwolnić. Z jego wypowiedzi przebijało większe ciepło w kierunku tej religii niż w stronę ezoteryki. Ta sympatia ujawniła się w przepowiedniach: widział w przyszłości polskie państwo wyznaniowe – kraina niebiańskiej szczęśliwości pod niewidzialnym berłem Chrystusa i Matki Bożej, którzy w tym kraju doznają najprawdziwszej czci. Nietrudno odkryć psychologiczne podłoże tej wizji, która przeszła przez filtr Roberta – on kochał religijność prostaczków; ta ludowa duchowość i dewocja były tym, co go pociągało. Trudno więc się dziwić, że wizja była taka, a nie inna; w każdym razie zachwyciła wielu... Zresztą cała ta historia ukazuje nam przykład stopniowego ulegania eggregore'owi chrześcijańskiemu, który zaciemnia spojrzenie na sprawę i zachęca do podejmowania dziwacznych praktyk w imię uzależnienia od siebie i ściągania energii. Nie oznacza to jednak, iż nie należy brać przykładu z postępowania Roberta Waltera. Wniósł on bardzo dużo cennych spostrzeżeń, niemniej wszystko to wybierać powinniśmy z rozwagą.
     Przykład kolejny pochodzi z książki „Zielona Twarz” Gustawa Meyrinka, jednak pokazuje nam przejście z matriksu w matriks od innej strony. W jednym z rozdziałów wywiązuje się bardzo ciekawa dyskusja, w której jeden z nich. Przedstawię ją poniżej, niech mówi sama za siebie:
     „Dokąd, sądzi pan, doktorze, może prowadzić ta szczególna droga, którą postanowiło iść duchowe koło Swammerdama czy też szewca Klinkhenborgka? - zapytał, skoro Sephardi ukończył swą opowieść. - Lękam się, że na bezbrzeżne morze wizji i...
     - ...związanych z nimi oczekiwań, które nigdy się nie spełnią – wstrząsnął Sephardi smutno ramionami – to jest ta stara pieśń o pielgrzymach, którzy bez przewodnictwa wędrują po pustyni do obiecanego kraju i mając złudną 'fata morgana' przed oczyma, idą ku śmierci w mękach pragnienia. Zawsze kończyło się to okrzykiem: - 'Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?!' (...) Proszę mi wierzyć (...), myślałem o pozaświatowych sprawach więcej, niż Pani pewnie przypuszcza i przez całe życie łamałem sobie głowę i serce, czy rzeczywiście nie ma jakiegoś wyjścia z ziemskiego więzienia. Nie, nie ma żadnego. Celem życia człowieka jest śmierć.
     - Najmądrzejszymi więc byliby ci, którzy żyją tylko dla rozkoszy – wtrącił Hauberisser.
     - Oczywiście, jeśli są w stanie, ale niejeden nie doprowadza tego właśnie do skutku.
     - I co ma taki czynić? - zapytał Pfeill.
     - Miłość uprawiać i przestrzegać przykazań, jak Biblia nam podaje.
     - I to mówi Pan?! - zawołał zdumiony Pfeill. Człowiek, który przestudiował wszystkie systemy filozoficzne od Lao Tse do Nietzschego! Kto jest jednak twórcą tych przykazań? Legendarny prorok, domniemany cudotwórca. Wie pan, czy on też nie był  tylko opętańcem? Czy sądzi pan, że szewc Klinkhenborgk po pięciu tysiącach lat nie będzie stał w równie legendarnym brzasku, jeśli jego imię do tego czasu nie pójdzie w zapomnienie?
     - Tak, jeśli imię jego do tego czasu nie pójdzie w zapomnienie – odpowiedział prosto Sephardi.
     - Pan przyjmuje więc Boga, który nad ludźmi króluje i ich losami kieruje? Czy może pan to uzgodnić z jakimkolwiek logicznym myśleniem?
     - Nie, tego nie mogę. Nie chcę również. Niech pan nie zapomina, że jestem tylko Żydem. To znaczy nie tylko żydem z wyznania, ale także Żydem z rasy. I jako taki powracam znowu do starego Boga moich przodków. To leży we krwi, a krew silniejsza jest od wszelkiej logiki. Oczywiście mój rozum powiada mi, że ze swoja wiarą jestem w błędzie, ale moja wiara mówi mi również, że ze swoim rozumem jestem w błędzie.”
(s. 176-178)
     Jak widzimy nasz bohater Sephardi ma dawną religię i nawyki we krwi. Nie jest w stanie się od nich uwolnić. Przywiązanie, podświadoma tęsknota za bóstwem przodków i niepowodzenia na ścieżce duchowej kierują go z powrotem na dawne tory. I choć jest to bohater fikcyjny, to z pewnością kryje się za nim wiele autentycznych przypadków, jak chociażby ten ze strony
http://www.sekty.net/?n_id=1374&P=9

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 4

NIE MA... (4)

     Kiedyś człowiek był przekonany, że obok świata widzialnego istnieje również świat niewidzialny. Tego drugiego poszukiwał i widział w nim ratunek. Problemem natomiast stało się, gdy wyszło na jaw, że tamten świat wcale nie jest wieczny, że nie daje uwolnienia i serwuje nam nierzadko jeszcze większą niż w świecie fizycznym iluzję, choć pretenduje do tego. Wymownie wyraził to Żyd tułacz w „Zielonej Twarzy” Meyrinka, powstrzymując głównego bohatera przed samobójstwem słowami:
     „Czy chcesz iść do świata umarłych, żeby szukać żywych? (...) Czy sądzisz, że 'z tamtej' strony jest rzeczywistość? To jest tylko kraj znikomych rozkoszy dla ślepych upiorów, jak ziemia jest krajem znikomych bólów dla ślepych marzycieli. Kto na ziemi nie nauczy się 'widzenia', to z tamtej strony na pewno się nie nauczy (...)” (s. 311)
     Wielu odkryło to, potępiło świat astralny, ale mimo to rozpoczęła eksplorację głębiej szukając ratunku w zastępach mistrzów świata duchowego, z których najbardziej znanym miał być np. hrabia de Saint-Germain. Przekazy szły i dalej idą w najlepsze. W każdym razie trudno odwieść od tego kogokolwiek, tak jak trudno przekonać osobę wierzącą, iż osoba, z którą rozmawia nie jest Jezusem Chrystusem, lecz to byt, który poprzez jej umysł filtruje się na takową personę. Albo uświadomić gorliwemu bywalcowi seansów spirytystycznych, iż to, z czym się kontaktuje nie jest znaną mu zmarłą postacią. Tu zresztą kłania się dość ważny aspekt, o którym Jan Witold Suliga pisał w tekście „Po przebudzeniu” - kiedy dajmy na to w ludziach, którzy dostrzegli wielogłową hydrę matriksu budzi się swego rodzaju misjonarstwo. Misjonarstwo polegające na głośnym obnażaniu działania bogów, eggregore'ów i innych iluzji. Człowiek, który robi to na siłę łatwo może stać się łupem duchowego uzależnienia w innej formie. Poszukiwanie demonizmu na każdym kroku może zaprowadzić go na manowce, dlatego warto wziąć do serca słowa de Mello:
     „Jeden z podróżnych zapytał, jak mógłby odróżnić prawdziwego Mistrza od fałszywego. Mistrz odpowiedział krótko: - Jeśli sam nie oszukujesz, nie zostaniesz oszukany. Później Mistrz rzekł do swoich uczniów: - Dlaczego ci poszukujący z góry zakładają, że sami są uczciwymi ludźmi i potrzebują tylko sposobu, by wykryć oszustwo wśród mistrzów.”
     Wydaje się, że bardzo dobrym sposobem jest częste milczenie i neutralność jako alternatywa wobec rzeki słów, które wywołają kontrast i gniew u innych. Bohater powieści „Biały Dominikanin” Bogumił Gołębnik nie daje się podczas seansu spirytystycznego zwieść meduzie – ani że jest postacią, za którą się podaje, ani że ma powiedzieć teraz wszystkim, co wie. Zresztą przekonuje się później, że była to słuszna decyzja, kiedy w rozmowie z kapłanem na temat ukazującej się tu i ówdzie Matki Boskiej:
     „I nagle zapytałem księdza: 'Czy ojciec dobrodziej ze stanowiska kapłana katolickiego mógłby uważać za możliwe, żeby szatan przybrał postać jakiejś świętej osoby, dajmy na to Jezusa albo Marii?'
     Katecheta w pierwszej chwili patrzył na mnie osłupiałym wzrokiem, a potem zatkał uszy i krzyknął: 'Nie mów pan tak, panie Bogumile! To zapytanie podszepnął panu duch pańskiego ojca! Zostaw mi pan moją wiarę! Jestem za stary, takie rozmowy zbyt mnie denerwują. Chcę kiedyś spokojnie umrzeć z wiarą w cuda, które widziałem i prawie ich dotykałem. Ale to jedno powiem: to, o co pan pytałeś, to niemożliwe! Nie, nie! Jeszcze raz nie! Choćby diabeł mógł się przyoblekać we wszystkie możliwe postacie, to przed postacią Marii Panny i Syna Bożego wara mu!'
     Kiwnąłem głową i milczałem, moje usta były zamknięte jak wówczas, gdy na seansie spirytystycznym słyszałem szydercze słowa głowy Meduzy: 'Ależ powiedz im, powiedz wszystko, co wiesz!' O! Potrzebny jest wielki wódz złotousty, który by panował nad słowem tak znamienicie, iż mógłby wyjawić prawdę, nie zabijając tych, którzy ją usłyszą, potrzebny jest i przyjść musi – czuję to silnie – jeśli wszystkie religie nie mają być nadal ułomne.”
(s. 176-177)
     Tak samo wielu za nic w świecie nie chce dać się przekonać, że może być np. tak, jak napisano w „Zielonej Twarzy”:
      „Ścieżka, którą ci wskazuję jest zasiana cudownymi przeżyciami: umarli, których za życia znałeś, staną przed tobą i mówić z tobą będą! To są tylko obrazy! Świetliste postacie, blaskiem otoczone i uszczęśliwione ukażą ci się i będą cię błogosławić. To są tylko obrazy – zwiewne kształty, wysyłane przez twe ciało, które pod wpływem tej zmienionej woli umiera magiczną śmiercią i z materii staje się duchem tak, jak stężały lód pod wpływem ognia przechodzi w parę, układającą się w kształty. Dopiero teraz, gdy wszystko trupie z niego otrząśniesz, będziesz mógł powiedzieć: teraz już na zawsze sen ode mnie odszedł (...).
     Złodzieje, którzy kradną siłę duszy, są gorsi od złodziei ziemskich. Oni cię wabią, jak błędne ogniki w trzęsawiska złudnej nadziei, aby cię w ciemności zostawić samego i na zawsze zniknąć. Nie daj się żadnym cudem oślepić, który pozornie dla ciebie uczynią, żadnym świętym imieniem, które przybiorą, żadnym proroctwem, które wypowiedzą, nawet gdyby się spełniło. Oni są twymi śmiertelnymi wrogami, wyłonionymi z piekła twego własnego ciała, z którym ty walczysz o władzę. Wiedz, że cudowne siły, które oni posiadają, są twoją własnością, a użytymi przez nich, aby zatrzymać cię w niewoli. Oni mogą żyć tylko twoim życiem, a jeśli ich pokonasz, spadają do rzędu niemych, posłusznych narzędzi, którymi możesz według swej woli kierować. Niezliczone są ofiary, których oni od ludzi żądali; czytaj dzieje wizjonerów i sekciarzy, a poznasz, że droga opanowania, którą kroczysz jest pokryta czaszkami trupimi.” (s. 275-277).

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 5

NIE MA... (5)

    Jak wspomniano wcześniej: eggregore'y, opisy, przeżycia są etapami na ludzkiej drodze, której cel nie jest znany i często przypomina biały gościniec, o którym mowa w „Białym Dominikaninie” i którego ludzie się boją, woląc położyć się do przysłowiowej trumny. Jeden z bohaterów tej krótkiej powiastki Gustawa Meyrinka, Bartolomeusz baron Joecher, w prosty sposób tak opisuje stan wieczny: „Znalazłem cel, bo celu nie szukałem”. Każdy osąd, każdy opis staje się łatwym krokiem w konkretną rzeczywistość, lecz nie oddaje on rzeczywistości taką jaką ona JEST. Ludzkie życie nieraz zaczyna się od prostoty, kończy się na ciągłym ubogacaniu, doskonaleniu, aż kończy się z powrotem na prostocie. Troszkę jak u mistrza de Mello.
    „Nie szukajcie Boga
- rzekł Mistrz. - Po prostu patrzcie, a wszystko się wam objawi. - Ale jak mamy patrzeć? - Za każdym razem, kiedy patrzycie na cokolwiek, starajcie się widzieć tylko to, co jest, i nic innego. Uczniowie byli wyraźnie zdezorientowani, więc Mistrz wyłożył to prościej: - Na przykład, kiedy spoglądacie na księżyc, starajcie się widzieć jedynie księżyc i nic ponadto. - A cóż innego oprócz księżyca można widzieć, kiedy się na niego patrzy? - Człowiek głodny mógłby zobaczyć krąg sera. Zakochany - twarz ukochanej osoby.”
     „
Uczniom, którzy chcieli się dowiedzieć, jaki rodzaj medytacji praktykował codziennie rano w ogrodzie, Mistrz odpowiedział: - Kiedy patrzę uważnie, widzę krzew róży w pełnym rozkwicie. - Dlaczego, by zobaczyć krzew róży, trzeba patrzeć uważnie? - zapytali. - W przeciwnym wypadku człowiek widzi nie krzew róży, lecz jego wyobrażenie, które sobie wcześniej ukształtował.”
    
„Można wyróżnić 3 etapy w rozwoju życia duchowego - stwierdził Mistrz. - Etap cielesny, duchowy i boski. - Na czym polega etap cielesny - pytali poruszeni uczniowie. - Na tym etapie widzi się drzewa jako drzewa i góry jako góry. - A etap duchowy? - Na tym etapie człowiek widzi rzeczy głębiej, a więc drzewa nie są już drzewami, a góry nie są górami. - A etap boski? - Ach, to już jest Oświecenie - powiedział Mistrz ironicznie uśmiechając się. - Na tym etapie drzewa znów stają się drzewami, a góry górami.”
     Na tym tle również jasne mogą stać się słowa Zaratustry i jego uczniów, pisane z nieco innej pozycji, ale mogącej wyrazić podobną myśl:
    
„Ach, głosicie cierpliwość wobec rzeczy ziemskich? Te rzeczy ziemskie mają więcej cierpliwości wobec was, bluźniercy. Zaprawdę, zbyt wcześnie zmarł ów Hebrajczyk. (...) Ledwie zdołał Jezus poznać łzy i smutek, wraz z nienawiścią dobrych i sprawiedliwych, a już ogarnęła go tęsknota za śmiercią. Gdybyż był został na pustyni, z dala od dobrych i sprawiedliwych! Być może nauczyłby się żyć i miłować ziemię – i śmiać by się nadto nauczył. Wierzcie mi, bracia moi! Zmarł on przedwcześnie; sam byłby odwołał swoją naukę, gdyby dożył moich lat! Dość byłby szlachetny, by ją odwołać.”
     „Ale my nie chcemy wchodzić do królestwa niebieskiego: staliśmy się mężczyznami, chcemy więc królestwa ziemskiego.”
     Samą zaś drogę do Boga de Mello podsumowuje w następujących słowach:
    
„Mistrz stale podkreślał, że ostatnią przeszkodą w naszym dotarciu do Boga jest samo słowo i pojęcie "Bóg". Wyprowadziło to z równowagi miejscowego księdza, który rozdrażniony przybył do Mistrza, aby podyskutować z nim na ten temat. - Przecież słowo "Bóg" może prowadzić nas do Boga? - powiedział ksiądz. - Tak, może - odparł spokojnie Mistrz. - Jak więc coś może nam pomagać i jednocześnie być przeszkodą? Na te słowa Mistrz odpowiedział: - Osioł zawiezie cię wprawdzie pod bramę, ale na jego grzbiecie nie wchodzi się do domu.”
     Nie chciałbym zostać opacznie zrozumiany – iż neguję wartość słów, wyobrażeń, emocji w ogóle. Uważam jedynie, iż wszelkie obrazy, opisy i osądy są pomocne na pewnym etapie, ale z czasem zaciemniają obraz sprawy i dlatego należy je wcześniej czy później porzucić. Dodatki do wydarzeń, komentarze, wnioski nie zawsze oddają to, co JEST. Może dlatego po prostu trzeba starać się zobaczyć owo JEST, po prostu takie jakie JEST. Czas teraźniejszy jako taki jest kategorią umowną i opisywany jest wyłącznie przy pomocy zdefiniowanej jednostki. Nie można go jednak uchwycić, gdyż w każdej chwili zostaje za nami przeszłość, a przed nami kroczy przyszłość. Gdzież jest więc Teraz, gdzie można odnaleźć JEST? Bardzo ciekawy i pięknie oddający istotę „Tu i Teraz”, choć z pewnością nieco matriksujący opis znajdziemy u Jana Ankera Larsena, z którego książki - „Przed otwartymi drzwiami” - zamieszczam poniżej dwa fragmenty  (tłumaczenie dla GNOSIS: Krzysztof Maurin) – niech mówią same za siebie:
    
„Dopiero w tej chwili spotkałem rzeczywistość; bo takim jest rzeczywiste życie: jakimś teraz, które jest - i jakimś teraz, które się dzieje. Nie ma początku ani końca. O tym teraz nie potrafię nic więcej powiedzieć. Siedziałem w ogrodzie, ale nie było żadnego miejsca w świecie, w którym nie byłem obecny. Ale przez cały czas miałem jasną, trzeźwą świadomość. Widziałem ogród i poznawałem go, uśmiechając się. Trzeba było się uśmiechać: bo czas i przestrzeń, właściwości tego teraz, które się wydarza i dzieje, były - że tak powiem - „na zewnątrz". Ale czymże jest to teraz, które się dzieje? Jest to ustawicznie dziejące się tworzenie, ze wszystkimi jego bólami porodowymi. Widziałem czas i przestrzeń jako narzędzie czy funkcję tego tworzenia. Pojawiały się wraz z nim i wraz z nim znikały. Nowo stworzone stoi w tym teraz i odrzuca owe narzędzia. Zaczyna się wolność, poczyna się rzeczywisty byt. (...) Bowiem to błogie teraz, które jest, i to dziejące się, pełne męki teraz są jednym i tym samym. Urzeczywistnianie tej prawdy jest tym zadaniem, które następuje po spotkaniu z wiecznym teraz. A to przecież znaczy: przeżywać w sobie ową wieczną i doczesną istotę bytu tak, by sprawić, że stopią się w jedno. W takim praktycznym życiu nikną jak mgła wszelkie teorie i wszelkie „światopoglądy": rzeczywistość spoczywa w jasnym świetle dnia. Byt nie jest mają, nie jest zaślepieniem, ale to my jesteśmy zaślepieni, póki nasze oczy nie otworzą się w owym teraz, gdzie doczesność i wieczność stapiają się w jedno. Dzień powszedni staje się świętem, życie - sakramentem: jest ono poznawane owym teraz, które jest realizowane i urzeczywistniane w dziejącym się, wydarzającym teraz. Wieczne uświęca doczesne, doczesne urzeczywistnia wieczne.”
      „Drzewo, które teraz widziała, było piękne i budziło estetyczne zadowolenie. W dodatku należało do niej i mogła z nim zrobić, co chciała: mogła kazać je ściąć lub pozostawić, mogła być dobra i rozdać drwa ubogim - wysoce etyczne zastosowanie drzewa. Ale w owej krótkiej, szczęśliwej chwili drzewo to nie należało do niej i nie było ani piękne, ani brzydkie; było drzewem, które tam stało i rosło, i napełniało ją szczęściem, że było - po prostu było, bez żadnych zbędnych myśli. W tej chwili pochwyciła przebłysk rzeczywistości. Gdyby potrafiła w niej pozostać, to chwila ta rozpostarłaby się w jej zadziwionym sercu i widziałaby nie tylko to drzewo określonego gatunku, rosnące w tym określonym miejscu - widziałaby „Samo Drzewo, stojące pośród ogrodu", widziałaby drzewo życia, a śmierć przemieniłaby się z przerażenia w jej sercu w uśmiech na jej ustach. Pełne wdzięczności szczęście, że rzeczy są tu - nie dla jakiegoś estetycznego zadowolenia, nie dla jakiegoś pożytku, który można z nich uzyskać - lecz ponieważ egzystują wraz z nami, a to właśnie jest oznaką tego, że widzi się samą rzeczywistość. Gdy nie zapominamy, że te rzeczy, które są nasze, i radość, że należą do nas, toną w radości z tego, że istnieją, że są - wtedy płuca wieczności zaczynają oddychać.(...)” (
źródło ).
     W przeciwieństwie do Jana Witolda Suligi autor niniejszego szkicu nie może powiedzieć o sobie, iż jest człowiekiem wolnym i przebudzonym. Skłamałby, gdyby tak było. Może prawdziwy postęp, jaki uczynił jest taki, że nie szuka już końca w nieskończoności. I w ten sposób pragnie niniejsze, dość długie rozważanie zakończyć, choć koniec tego jest w rzeczywistości pozorny...

Rozlin

niedziela, 25 lutego 2007
WYTYCZANIE SZLAKÓW (1)

 

ROZLIN. Wytyczanie szlaków...

     To, że tzw. światy nadzmysłowe i umiejętność operowania mocą magiczną niekoniecznie muszą być upragnionym stanem uwolnienia wiadomo nie od dzisiaj. Już dużo wcześniej przed założycielami Lectorium Rosicrucianum i Janem Witoldem Suligią pojawiali się nauczyciele, którzy sygnalizowali ten temat. Pewne wyraźne aluzje można znaleźć w pismach Jakuba Boehmego, jednak szerzej temat ten podjął jeden z jego gorliwych propagatorów i wielbicieli. Mam na myśli francuskiego mistyka i ezoteryka Louisa Claude de Saint-Martin'a, który okultyzm miał okazję poznać dość dobrze.  Nadzwyczajne zdolności duchowe miewał już od dzieciństwa, lecz przełom nastąpił później, kiedy po wystąpieniu z wojska został inicjowany do masońsko - okultystycznej organizacji „Elu-Cohen” (Wybrani Kapłani) i został sekretarzem jej założyciela Martineza Pasqualisa. Doktryna grupy opierała się na gnostycyzmie i kabale, lecz akcent położony został na praktyki magiczno-teurgiczne. Na coraz wyższych stopniach przeprowadzano skomplikowane obrzędy ceremonialne, podczas których ukazywali się wielcy mistrzowie i przewodnicy, a na najwyższym stopniu zwanym „Rieu-Croix” pod wpływem technik wysoce zaawansowanych pojawiać się miało same Słowo-Naprawiacz czyli Jezus Chrystus. Saint-Martin zaczął podejrzewać, czy aby rzeczywiście ukazujące się postacie pochodzą ze świata boskiego. Dalsze wątpliwości spowodowały wycofanie się z tych praktyk i ukierunkowanie się na system duchowy pozbawiony tej otoczki, a związany z otwarciem serca i służby dla Ducha Bożego. Poniekąd wątpliwości Saint-Martina potwierdził później francuski okultysta i mason-martynista Robert Ambelain, który dochodząc do podobnych wniosków pod koniec lat 60. XX w. rozwiązał kierowany przez siebie odnowiony zakon „Elu-Cohen”. Ujawnił przy okazji w swojej książce „Jezus. Największa Tajemnica Templariuszy” (Czakra 1993), iż wedle tajemnych instrukcji najwyższego stopnia (Rzeczywisty Krzyżowiec) adepci przed wzywaniem Słowa-Naprawiacza zażywali narkotyki w rodzaju datury oraz białego i czarnego maku, samego zaś Chrystusa-Naprawiacza określił mianem „banalnego eggregore'a”.
     Saint-Martin wiele pisał o świecie astralnym; twierdził, że widzi go, ale w żadnym razie nie tyka jego pokus, a one czyhają na każdym rogu. Dowiadując się o Emanuelu Swedenborgu i jego kręgu wielbicieli dość prędko wyrobił sobie o nich zdanie jako astralnych marionetkach. Nie pozostawiało to dla niego wątpliwości, kiedy słyszał euforyczne relacje o pobytach w niebiańskich ogrodach, o ukazywaniu się św. Jana podczas posiedzeń grupy itp. Twierdził on, iż istoty świata astralnego przybierają najbardziej światłe i boskie postacie, aby skusić innych. Mówił, że boski duch pośrednik przemawia w ciszy i nie potrzebuje takiej manifestacji. Ciekawe, że przedstawiony przez niego schemat opisu świata jest bardzo podobny do tego, który przedstawi później Jan van Rijckenborgh. Saint-Martin, który w dużej mierze inspiruje się Jakubem Boehme, szeroko pojętą chrześcijańską mistyką, neoplatonizmem i wątkami gnostycznymi, dzieli świat na dwie rzeczywistości – sfera dualizmu oraz sfera jedności. Pierwsza oznacza świat, w którym nieustannie ściera się ze sobą dobro i zło i w którym pojęcia te są w takim stopniu zmieszane, że trudno czasem rozdzielić jedno od drugiego – to z tym światem, jego zdaniem, ma kontakt zdecydowana większość okultystów, religijnych fanatyków i materialistów. Druga sfera oznacza, tak jak w Lectorium – świat pierwotnej jedności, pustki, do którego droga prowadzi przez ciszę i oświecenie. Niestety nie udało mi się dociec, czy wspomniany Rijckenborgh zajął jakiekolwiek stanowisko wobec nauk Louise-Claude'go de Saint Martin.

  Szukając dalej natrafiamy tak naprawdę dopiero na XX w., gdyż po śmierci markiza de Saint-Martin w 1803 r. nie pojawił się chyba nikt znany, kto poruszałby te wątki głębiej. Aczkolwiek pojawienie się teozofii wiele wniosło, ale ich zwolennicy, jak również przywódcy nie zawsze potrafili wyciągnąć z nauk właściwe wnioski i często pogrążali się w bagnie spirytyzmu. Tak więc szukając dalej natrafiamy dopiero na XX w., w którym żył i nauczał wspomniany Rudolf Steiner, ale gdzie pojawili się również inni, nie zawsze docenieni współcześnie nauczyciele i twórcy. Jako pierwszego wymieniłbym Josefa Antona Schneiderfrankena, bardziej znanego pod literackim pseudonimem BO-Yin-Ra. Ów ezoteryczny pisarz poszedł w swoich dociekaniach znacznie dalej niż większość współczesnych mu okultystów. Przede wszystkim zwrócił uwagę na niebezpieczeństwo wynikające ze „schematów duchowych”, jak również na szkodliwość wielu rozmaitych fantazji, które tworzono wokół znanych postaci religijnych. Przestrzegał, aby nie szukać w naukach tajemnych nie wiadomo jakich cudowności, nie poszukiwać wiedzy gdzieś w świątyniach Wschodu czy w Egipcie, w super głębokich systemach wtajemniczeń, lecz przede wszystkim zwrócić uwagę na rzeczywistość, która nas otacza i na nas samych. Według niego tu i teraz, w naszym życiu, w zwyczajnym jego biegu, podczas pracy możemy odkryć wyższą Prawdę; nie musimy np. izolować się albo gardzić pieniędzmi. Na tym tle wyśmiewał legendy o pobycie Jezusa w Indiach i jego inicjacjom w tamtejszych klasztorach – wskazywał, że Ci, którzy tworzą takie wymysły, nie rozumieją, że nauka Jezusa sięgała znacznie głębiej i pochodziła ze znacznie innych źródeł. Jego trendy w zakresie wyśmiewania przesad tajemnej wiedzy ukazał w swojej powieści „Zielona Twarz” zaprzyjaźniony z nim pisarz grozy Gustaw Meyrink. Ujął to trafnie w poniższym fragmencie, wkładając w usta jednego z bohaterów, barona Pfeilla, takie słowa:

     „Dzisiaj znowu panuje ta mania, by wszystko czego się w starożytności nie rozumie, tłumaczyć jako warianty do znaków niebieskich. Przez pewien czas zanikła, gdy jeden dowcipny Francuz napisał satyryczną rozprawę: że Napoleon nigdy nie żył, że był on mitem astralnym, nazywał się mianowicie Apollon, bóg słońca, a jego dwunastu generałów przedstawia dwanaście znaków zodiaku.” (s. 35)

     BO-Yin-Ra odwoływał się do chrześcijaństwa, ale zwracał przy tym uwagę na ograniczoność uczniów Jezusa, którzy niewiele potrafili zrozumieć. Wielokrotnie krytykował teozofię i inne nauki okultne, ale nie oznacza to, że odrzucał je w całości. Bardzo wiele miejsca poświęcił mediom i seansom spirytystycznym w ogóle. Opisywał mechanizmy oszustw świata duchowego, materializacji skorup duchowych pozostałych w umysłach ludzkich, które naszpikowane solidną dawką energii i wiary przekształcały się w „żywe” postacie i ukazywały się podczas posiedzeń, przedstawiając znane osoby np. krewnych, znajomych. Zresztą wspomniany Gustaw Meyrink również w „Białym Dominikaninie” zamieścił wątek oszustwa medium, który z pewnością przejął z literatury BO-Yin-Ra:

     „Wiem tylko, ale wiem istotnie, w całej pełni, że to bezosobowa siła wszystkiego złego, wykorzystując ślepe prawa przyrody, pozornie wytwarza cuda, a w rzeczywistości jedynie wyprawia szatańskie, małpujące prawdę gry. To, co nosi tu maskę Ofelii, nie jest istotą zajmującą miejsce w przestrzeni, lecz tylko magicznym wytworem wspomnień starego tokarza, powstałym pod wpływem metafizycznych mocy, których źródło i zewnętrzne objawy są nam nieznane, w tym jedynie diabelsko złośliwym celu, żeby przepaść rozdzielająca świat żywych od świata umarłych pogłębiła się jeszcze bardziej. Dusza biednej, histerycznej, pełniącej funkcję medium praczki, nieukształtowana jeszcze w już wykończoną, ostatecznie skrystalizowaną indywidualną formę, jest w tym wypadku ową magnetyczną masą, podatną do nadawania plastycznych kształtów, z której tęsknota majstra Muszelki stworzyła to widziadło. Głowa Meduzy – straszny symbol mocy wysysającej życie i zmieniającej wszystko żywe w kamienną martwotę – wkradła się tu jak złodziej w domu i czyni szydercze gusła, udając jakieś dobro, niosące zbolałym ludziom pociechę.” (s. 149-150)

     Warto dodać, że w tamtym czasie panowała dość duża euforia na spirytyzm, a wielbiciele seansów nierzadko bezkrytycznie przyjmowali wieści z zaświatów oraz trwali w pewności, że wywołana przez nich osoba jest prawdziwym umarłym z tamtego świata. Dlatego też poglądy Schneiderfrankena nie zawsze spotkały się wśród ezoteryków z ciepłym przyjęciem. Nie mogły się też z takim spotkać wśród ortodoksów chrześcijańskich, skoro ów pisarz niejednokrotnie twierdził, jak rozmaite istoty niskiego rzędu przyjmują szatę świętych postaci i są czczone przez naiwnych wierzących, przekonanych, że kontaktują się z prawdziwie boskimi istotami. Wyłożenie poglądów BO-Yin-Ra przekracza na obecną chwilę moje możliwości, tak więc odsyłam do jego świetnych książek: „Księga o Żywym Bogu”, „Księga Zaświatów”, „Księga o Człowieku”, „Księga Miłości”, „Księga Szczęścia” i wielu innych. Dla naszych rozważań wielkie znaczenia ma natomiast właśnie fakt, iż nauki BO-Yin-Ra wpłynęły zasadniczo na twórczość i drogę duchową - Gustawa Meyrinka.

     Gustaw Meyrink znany jest przede wszystkim jako autor powieści „Golem”, którą nierzadko zalicza się do arcydzieł literatury światowej. Ta okultystyczna powieść inicjacyjna, ukazująca przemianę człowieka na drodze tarota i kabały; ujawnia nie tylko walory tego procesu, ale również uświadamia cenę, jaką za wtajemniczenia się płaci. Tajemniczość i magia książki spowodowały, że osiągnęła wielką popularność w rozmaitych kręgach, zwłaszcza tych o charakterze ezoterycznym. Niestety szerszej publiczności mało znana jest dalsza twórczość pisarza, której przejawem oprócz licznych opowiadań są także takie tytuły, jak np. „Noc Walpurgi” ( Ossolineum 1991 ), „Zielona Twarz” ( Wydawnictwo „Odrodzenie” Lwów 1922) czy „Biały Dominikanin” (Wydawnictwo „Pracownia Borgis”, Wrocław 2002). O drugiej i trzeciej była już mowa, ale i tak pragnąłbym poświęcić im stosunkowo najwięcej miejsca, gdyż odnajdujemy tam wpływy nauk BO-Yin-Ra, które Meyrink rozwinął i wzbogacił z czasem o wątki wynikające z własnych doświadczeń. „Biały Dominikanin” - rezultat twórczości pisarza nie cieszył się już taką popularnością i trudno się dziwić, skoro godził w wiele nauk i praktyk okultystycznych, zwłaszcza tych spod znaku spirytyzmu i lewej ręki. Ścieżka duchowa opisana w tej książce została potwierdzona przez pisarza w jego dzienniku, w której napisał refleksje po wyczerpującej nocy, podczas której jakoby osiągnął „oświecenie”. Na tą książkę i zapis z dziennika powoływała się właśnie szkoła Lectorium Rosicrucianum, a Leonard Górnicki, jeden z szefów polskiej gałęzi tego zakonu przygotował i opatrzył komentarzem nowe wydanie „Białego Dominikanina”. Samego zaś pisarza szkoła zaliczyła do ostatnich, którzy dokonali procesu „transfiguracji duszy” bez „ochronnego płaszcza Szkoły Duchowej”. Cytaty i wnioski z ww. dzieł będą przeze mnie przytaczane w dalszej części wywodu. Z pewnością okażą się pomocne dla opisu poruszanej problematyki.

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2

WYTYCZANIE SZLAKÓW (2)

     Pisarzem, który choć raczej nie osiągnął uwolnienia, ale starał się poznać prawdę i przy tym czerpał inspirację od Rudolfa Steinera i Gustawa Meyrinka był Franz Kaffka. W swoich mrocznych powieściach i opowiadaniach ukazuje on zmagania jednostki z gigantyczną biurokracją, której człowiek nie jest w stanie ogarnąć ani przezwyciężyć. Nas w tym wypadku interesują konkretne wątki z jego twórczości. Tak jak w powieści „Zamek” bohater wpierw dowiaduje się od strażników, że droga do zamku prowadzi „donikąd”, a potem w przydrożnej gospodzie otrzymuje zapewnienie przez telefon, iż jego wizyta została odnotowana na zamku murgrabiego i może czuć się gościem. Później, kiedy nic na to nie wskazuje, dowiaduje się od innych, iż informacje przez telefon często bywają sprzeczne. Jakże łatwo odnieść tą sytuację do przekazów i rzekomych mądrości, które nie stanowią często nic ponadto, co rozmaite byty mogą wyczytać w ludzkim umyśle. Byty te same w sobie okazują się być ograniczone, niczym urzędnicy w „Procesie”, którzy nie wykraczają zwykle ponad swoją instancję i nie mają wiedzy o wyższych zwierzchnikach. Zresztą nawet jeżeli zignorować byty niższe, to czy byty wyższe rzeczywiście mogą dać wyzwolenie, czy też mogą jedynie otworzyć drogę jednego piętra, a zablokować na wyższym. Takie pytanie może każdy zadać sobie, zwłaszcza, kiedy we wspomnianym „Procesie” przeczyta rozdział dotyczący rozmowy Józefa K. z kupcem Blockiem, w której ten ostatni wspomina o istnieniu tzw. Wielkich Adwokatów, którzy bronią tylko tych, których sprawa wyszła poza najniższą instancję i których uznają za słuszne bronić. W tej mrocznej wizji rzeczywistości oskarżony dowiaduje się przypadkiem podczas rozmowy z tajemniczym malarzem, że istnieje sposób uwolnienia się lub przynajmniej wymykania się sądowi. Wymienia trzy sposoby: prawdziwe uwolnienie (sprawa zamknięta), pozorne uwolnienie (sprawa odłożona do archiwów na czas nieznany) oraz przewleczenie (opóźnianie, odkładanie itp.). Ten podział w kontekście wątku SDU i problematyki eggregore'ów może mieć duże znaczenie. Pierwszy przypadek wiąże się z wyjściem z labiryntu czasu, przestrzeni, zwidów, bytów i myślokształtów do Nieznanego Boga Żywego, drugi jest swego rodzaju przejściem ze skrajności w skrajność, np. nawróceniem na chrześcijaństwo okultysty, odrzuceniem religii i zwróceniem się w stronę ezoteryki, orientalnego mistycyzmu itp. Trzeci jest przykładem ignorancji, odrzucania duchowości, spychania pragnień w podświadomość, ateizmu materialistycznego itp.
     Franz Kaffka daje nieco więcej ciekawych przykładów, które pokazują w jaki sposób ludzki umysł tworzy projekcję wyższych światów i istot je tworzących. W rzeczonej powieści „Zamek” mamy do czynienia z tajemniczym urzędnikiem Klammem, do którego dąży główny bohater powieści – K., i którego nigdy nie może zastać, choć wie, że znajduje się w pobliżu. Próbuje się dowiedzieć czegoś więcej od innych, ale napotyka na sprzeczne opisy, nawet od Barnabasa, młodego urzędnika z najniższego piętra zamku. Ludzie, którzy zetknęli się z nim, odmiennie go określają i nie można odnaleźć punktu wspólnego. Innym ciekawym przykładem, który daje nam pisarz jest rozmowa Józefa K. z księdzem w katedrze („Proces”). Koncentruje się ona na kwestii pisma – w tym wypadku interpretacji wstępu do prawa na temat strażnika i człowieka ze wsi. Ksiądz uświadamia Józefowi K., iż pismo w rzeczywistości jest niezmienne, a wnioski są jedynie spostrzeżeniami wysuniętymi przez ludzki umysł dla opisu rzeczywistości. Ksiądz przedstawia się jako przedstawiciel sądu, można go utożsamić z personą pochodzącą z hierarchii duchowych bytów. Jednak głównemu bohaterowi zdradza on coś więcej. Kiedy Józef K. z ufnością zwraca się do księdza słowami: „Jesteś dla mnie bardzo uprzejmy (...) Z tobą mogę mówić otwarcie”, duchowny odpowiada mu: „Nie łudź się (...). Łudzisz się co do sądu”. Kapłan w ten sposób prawdopodobnie pokazuje bohaterowi, że miłość, dobro i opieka istot Imitatio Dei ma charakter pozorny. Jego zaś końcowe słowa ukazują stan uwolnienia w przypadku tych, którzy wyzwolili się spod władzy sądu: „Sąd niczego od ciebie nie chce. Przyjmuje Cię, gdy przychodzisz, wypuszcza, gdy odchodzisz.”

     Lectorium Rosicrucianum dość dużym szacunkiem obdarza również duńskiego pisarza Jana Ankera Larsena. Ów Duńczyk od dziecka czuł, że musi istnieć coś wiecznego i na tym tle wyróżniał się pośród rówieśników. Jak sam twierdzi doświadczenia tej wieczności miał już wtedy, lecz później odeszły. W tęsknocie za dawnym stanem harmonii zaczął przemierzać różne drogi duchowe – wpierw studiował teologię, pragnąc zostać pastorem, lecz nie znalazł na religijnym wydziale tego, czego szukał. Porzucając studia napotkał teozofię i tam zapoznał się z obszerną literaturą ezoteryczną, jak również ze świętymi księgami różnych religii. Rozpoczął zaraz po tym okultystyczny trening, lecz i tu przyszło rozczarowanie. Jan Anker wydał krytyczną broszurę na temat drogi proponowanej przez teozofów – pisał, że w tym okultyzmie chodzi o wykształcenie zmysłów celem poznania światów niewidzialnych. Jednak – pytał – co okultysta zdobywa przez takie ćwiczenia? Studiuje świat astralny, zwiększa wiedzę zewnętrzną i nic poza tym. Nie ma wzrostu duchowego ani przemiany duszy, a wiele osób straciło przez to psychiczną równowagę. On sam zresztą złapał metafizycznego bakcyla. Porzucając ścieżkę rozpoczętą przez Helenę Bławacką, wrócił do świętych ksiąg różnych religii, lecz nie chciał odczytywać ich schematycznie, ale zdawał sobie sprawę, iż są one żywym zapisem rozwoju duchowego. Garnęła go przy tym tęsknota do dawnej wieczności, dlatego też próbował umyślnie przywoływać stany zapomnianej harmonii, ale im bardziej tego pragnął, tym bardziej potęgowało się napięcie i upragniony stan się oddalał. W pewnym momencie zrezygnował z ćwiczeń, pragnień i postanowił po prostu żyć życiem takim jakim jest - z prostą modlitwą-pytaniem: „Panie, cóż mam czynić?”. Był to bardzo trudny proces, gdyż wymagał neutralizacji i nieangażowania się w walkę sprzecznych żywiołów świata widzialnego i niewidzialnego. Ale w miarę jak postawił na swoim i trzymał się tego konsekwentnie, krępujące go więzy czasoprzestrzeni rozluźniały się i tęsknota za przemijalnością odchodziła. W rezultacie uzyskał on wspaniały skarb w postaci przebudzenia.
     Dużo przez okres swego życia pisał, ale jego twórczość literacka nie była przepełniona skomplikowanym wykładem filozoficznym. Używał pojęć prostych – wieczność i nieskończoność, wolność – czasoprzestrzeń, rozwarte – zamknięte. Larsen nie atakował nigdy metod duchowych, lecz ukazywał, co jest w nich przemijalnego, a co wiecznego. Na tym tle bohaterowie jego powieści, którzy zwyciężyli i którzy nie dali się zwieść na manowce, lecz nie demonizowali oni niczego, nawet jeśli uznawali to za niewłaściwe, ale ukazywali po prostu nietrwałość określonych stanów ze względu na ich przemijalność. Stworzył wiele powieści, nowel, opowiadań i sztuk teatralnych. W swojej najsłynniejszej, tłumaczonej na wiele języków powieści - „Kamień mądrości” (Wydawnictwo Polskie, Lwów-Poznań 1923), o której także będzie jeszcze mowa, przedstawia własny rozwój duchowy na bazie trzech odmiennych postaci: Jensa Dahla, ex-studenta teologii i teozofa, który w dzieciństwie tkwił w przysłowiowym rajskim ogrodzie, a w przyszłości skierował się ku okultyzmowi i nie wytrzymał na tej ścieżce; Christiana Barnesa, syna pastora, który nie chciał iść drogą ojca, kwestionując schematy religijne i który choć nie przejawiał za bardzo ezoterycznych zdolności, to umysłowa trzeźwość pozwoliła zachować mu równowagę; Holgera Wdowy – prostaczka wiejskiego, który nie miał żadnej praktycznie wiedzy, a który poprzez morderstwo i pobyt w więzieniu doszedł do wielkiej mądrości i jako jedyny z tej trójki osiągnął wyzwolenie wyłącznie dzięki uważnej obserwacji rzeczywistości i wewnętrznej intuicji. Larsen, jak się wydaje, łączył w sobie cechy tych trzech postaci. W licznych wykładach podkreśla, że życie wieczne nie jest kategorią czasu i przestrzeni, jak się to błędnie przedstawia, lecz jest stanem duszy i nie zaczyna się wcale po śmierci, lecz oznacza trwanie w „Wiecznym Teraz”. Ostrzega też, aby uważać na tych, którzy chcą dobrze, zwłaszcza w dziedzinie polityki, religii czy nauki, bowiem nic nie czyni większego zła niż arogancka dobroć narzucona na siłę bez względu na koszty... [Króciutka biografia Larsena przedstawiona została w tekście Dicka Kerstena pt „Sługa Światła”. Tłumaczenie polskie w kwartalniku Pentagram nr 1 (38)/2000 /oryg. nr 4/5/1996/. W internecie dostępna jest również, ale niestety tylko w języku niemieckim ( 
link
oraz holenderskim ( link ) .
     Tym krótkim życiorysem kończę niniejszy rozdział, dodając zarazem, iż z pewnych przyczyn celowo nie umieściłem w moim wywodzie Fryderyka Nietzschego („To rzekł Zaratustra”, PIW W-wa 1999) oraz Anthony'ego de Mello („Minuta mądrości” i inne). Wolałem, żeby ich cytaty mówiły same za siebie...

PRZEJDŹ DO: CHRZEŚCIJAŃSTWO I GNOZA...

CHRZEŚCIJAŃSTWO I GNOZA... (1)

   ROZLIN

Chrześcijaństwo i gnoza, czyli jak łatwo od wolności przejść do więzienia...

     Na samym początku chciałbym podkreślić, iż przedstawiony poniżej wywód nie odzwierciedla do końca mojego obecnego poglądu. Jest on bardziej zapisem tego, co sądziłem kiedyś i co tylko w części jestem gotów podtrzymać obecnie. Niemniej uważam, że dla końcowych rozważań, a także dla swoistego rozrachunku z sobą samym warto skreślić trochę słów na ten temat.
     Cóż relacja pierwotnego chrześcijaństwa i gnozy jest bardzo złożoną tematyką i potrzeba byłoby wielu tomów, żeby móc wszystko dokładnie omówić. W moim wywodzie raczej chodzi o ukazanie pewnych procesów i relacji, które obrazują, w jaki sposób jedna i druga forma może prowadzić zarówno do SDU, jak i wolności. Otóż w świetle najnowszych badań wiadomo, że religia chrześcijańska nie jest niczym nowym, a jej teologia stanowi dość ewolucyjny proces kształtowania się, który wynikał z przyjęcia bądź odrzucenia wielu wierzeń i zwyczajów żydowskich, jak również pogańskich. W Polsce brakuje rzetelnych publikacji na ten temat – a niestety dominują tandety sensacyjne pokroju „Kodu Da Vinci” Dana Browna – ale przyglądając się początkom chrystianizmu łatwo doszukać się tam wpływów ezoterycznych. Na samą myśl o tym zadrżą rozmaici ortodoksi i fundamentaliści religijni, widzący przeważnie w całej ezoteryce diabelskie dzieło. Na nieszczęście dla nich ezoteryzm jest pojęciem znacznie szerszym niż radiestezja, podróże astralne czy magia nurtu New Age. Termin ten znany był Grekom i grał pokaźną rolę w hellenistycznych systemach filozoficznych, tak więc ezoteryczny był pitagoreizm, platonizm, neoplatonizm, orfizm, stoicyzm itd. Ezoteryczny charakter miały też prądy intelektualne rodem z Iranu na temat Sądu Ostatecznego, Mesjasza, apokaliptyki. To stamtąd właśnie inspiracje brali esseńczycy, kabaliści z przełomu ery, a z ezoteryki hellenistycznej garściami czerpał Żyd Filon Aleksandryjski. Jak wspomniałem proces mieszania się tych idei był skomplikowany. Niemniej ku zgrozie ortodoksów wątki kabały odnajdujemy w teologii pierwszych judeochrześcijan, także ortodoksyjnych. Silnie ezoteryczny i gnostyczny charakter miała śladem dawnej apokaliptyki żydowskiej z Qumran także apokaliptyka judeochrześcijańska, której celem była kontemplacja tajemnic duchowego kosmosu. Trudno ocenić, w jak dużym stopniu kabała i essenizm wpłynęły na tworzące się chrześcijaństwo, ponieważ zarówno po jednej i drugiej stronie istniało ogromne zróżnicowanie. Cały czas w tej materii istnieją spory w środowiskach naukowych, niemniej jak widać chrześcijaństwo nie pozostało bez wpływu ezoteryki. Warto dodać, że ezoteryczne wątki teologii judeochrześcijan rozwija, choć w nieco innym duchu, gnostycyzm chrześcijański. Natomiast ortodoksyjni apologeci starają się dowodzić, że Augustyn z Hippony polemizując z radykalnymi gnostykami spod znaku manicheizmu – walczy tym samym z ezoteryzmem i gnozą. Zapominają tylko, że ów mąż podczas polemik podpiera się... ano inną, choć nieco mniej dualistyczną gnozą ezoteryczną – neoplatonizmem, z którego inspirację czerpać będą później m.in. renesansowi różokrzyżowcy. Pomijamy już fakt, iż wielu gnostyków wyprzedziło późniejsze spekulacje teologów ortodoksyjnych, co zauważono po odkryciu zwojów z Nag Hammadi.
     Nie ukrywam, że przez pewien czas fascynowałem się gnozą chrześcijańską, jako przeciwną wierzącej ortodoksji. Do tej pory zresztą śmieszą mnie argumenty wysuwane przez stronę kościelną, że gnoza nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, ponieważ Jezus i apostołowie mówili o zbawieniu dla wszystkich, a nie dla wybranych i że gnoza (wiedza) jest przeciwieństwem wiary oraz związanej z nią łaski. Problem jednak tkwi w tym, że słowo „gnoza” ma rozmaite znaczenia i odniesienia. W pierwotnym chrześcijaństwie „gnoza” nie dotyczyła tylko gnostycyzmu jako systemu religijno-filozoficznego opartego na wiedzy, lecz dostępne człowiekowi poznanie Boga zapewniające mu zbawienie. Tym samym też można było mówić o różnych gnozach oraz rozróżniać gnozę jako konkretny wątek w nauce oraz gnozę jako rozbudowany system o cechach ezoterycznych (np. gnostycyzm). Dlatego też tą pierwszą definicję gnozy z łatwością odnajdujemy na kartach Biblii, a także w teologii judeochrześcijan, czy to ortodoksyjnych czy to heretyckich. Ortodoksja stawiała gnostycyzmowi zarzut tajemnej wiedzy oraz głoszenia zbawienia tylko dla wybranych, która była przeciwna – jej zdaniem - apostolskiej nauce o łasce dostępnej wszystkim. Ten argument jednakże jest bardzo łatwy do obalenia. Zauważmy że ortodoksja chrześcijańska głosi łaskę dla wszystkich... którzy przyjmą jej naukę, a niejedne nurty stoją na stanowisku, iż każdy kto nie uzna zbawczej śmierci Chrystusa na krzyża pójdzie w ogień piekielny. A więc mamy religię wybranych – otrzymasz łaskę pod warunkiem uwierzenia w określony schemat teologiczny (np. fundamentalistyczny protestantyzm), bądź przyłączenia się do konkretnej wspólnoty kościelnej (np. katolicyzm przedsoborowy). Dalej zarzut odrzucania wiary i łaski – niepoprawny. Gnostycy heretyccy nie zawsze odrzucali wiarę, a łaska miała w wielu systemach dużo głębsze znaczenie niż akt wyimaginowanego Boga teologii. Łaska była w tym środowisku utożsamiana np. z próżnią Boga Żywego, który znajduje się ponad światem rozmaitych bogów, bożków, parabożków i duchowych schematów teologicznych. Dalej – gnostycy nie przywiązywali się do słów, dlatego też obce im były sztywne konstrukcje. Poza tym nie twierdzili, że kto się z nimi nie zgadza pójdzie do jakiegoś piekła. Nawet to ostatnie uznawali za przenośnię. Zdawali sobie sprawę z tego, że Prawda w formie opisu słownego zawsze będzie zniekształcona i stąd tyle różnych koncepcji. Doprowadzali do wściekłości Tertuliana swoją wzajemną tolerancją co do własnych objawień i metod opisu. Główny zarzut stawiany gnostykom dotyczył uzyskania „gnosis” poprzez poznanie samego siebie. Zgadza się, ale podkreślić należy, że, ich zdaniem, boska cząstka obecna jest w każdym człowieku, lecz nie u wszystkich rozbudzona. Na tym tle twierdzili, że Chrystusa osiąga się w pełni, która jest wokół nas i w nas. Czy rzeczywiście jest to twierdzenie ograniczone dla wybranych? Być może, ale nie bardziej niż dogmatów kościelnych, które zamykały Chrystusa w hostii, kamiennym budynku, bądź ograniczali go wyłącznie do historycznej postaci żyjącej w I w. n.e., albo umożliwiali dostęp do niego tylko tym, którzy uwierzą w określoną formułkę teologiczną. Pomijam też fakt nadmiernego uproszczenia w twierdzeniu, iż łaska może być dla wszystkich, a wiedza dla wybranych. Równie dobrze można spekulować na temat wiedzy dla wszystkich oraz łaski (np. jej zrozumienia) dla wybranych. Poza tym gnostycyzm wykazuje wiele podobieństw do buddyzmu, który również ma wiele wspólnego z indywidualnym poznaniem, a mimo to wyznawany jest także przez rzesze prostych ludzi.
     Nie wdając się jednak w szczegóły tego, chciałbym ukazać dlaczego chrześcijaństwo jest na pewnym etapie wyjątkowym problemem i pierwszym krokiem do SDU, choć stanowiąca jego odbicie gnoza wcale nie wydaje się być bardziej „bezpieczna”. Chrześcijaństwo przyjęło i mocno przeinterpretowało wczesną koncepcję Logosu, którą po raz pierwszy opisał Heraklit z Efezu. W jego zamyśle Logos objawiał się jako statyczna harmonia między dynamicznymi przeciwieństwami. Jednym słowem Logos był zawsze, wszędzie, w nieuchwytnej postaci i charakteryzował „Wieczne i Niezmienne Teraz”. Heraklit był bardzo powściągliwy w sądach na temat życia po śmierci, podobnie jak autor Tao-Te-King. Myśl heraklejską rozwijali stoicy, a później platończycy niemniej uzyskiwała ona coraz bardziej konkretną postać. W późniejszym czasie nastąpiło zetknięcie filozofii Logosu z judaizmem, zwłaszcza u Filona Aleksandryjskiego. Tą, jak również inną drogą – bezpośrednio poprzez szkoły filozofii hellenistycznej – koncepcja ta dotarła do chrześcijaństwa. W Ewangelii św. Jana widzimy już w pełni, jak następuje utożsamienie Jezusa Chrystusa z Logosem. Wątek ten jest rozwijany dalej przez Ojców Kościoła, jak również przez grupy heretyckie, zwłaszcza gnostyków. Widać też wyraźnie, że koncepcja Logosu w jej wersji pierwotnej nie mogła zostać przyjęta wśród prostego ludu, natomiast w wersji popularno-bajkowej, w formie jego inkarnacji w ciele charyzmatycznego nauczyciela, wokół którego dzieje się masa cudów, podniecających wyobraźnię prostaczków. Niestety, wszystko dzieje się to pewnym kosztem – Logos zostaje ubrany w szaty szczegółowych opisów, schematów teologicznych, przeżyć związanych z eucharystią, wyobrażeniami itp. I w ten oto sposób dochodzi do wypaczeń – teologia, podobnie jak rozbudowana filozofia, w dobrej wierze pragnie ludziom przybliżyć Prawdę, a w rzeczywistości – jak to mówi Jan Witold Suliga - „matriksuje” ją. Zauważcie, że kiedy próbujemy opisać określony stan przy pomocy słów, nasze punkty widzenia robią się różne. To dotyczy nie tylko każdej religii, ale i wszelkich gałęzi nauk o innych dziedzinach ludzkiego życia czy zachowania nie wspominając. O paradoksie, religie, zwłaszcza judaizm, chrześcijaństwo i islam, operują terminem „Słowo Boże”. Logos w myśli greckiej oznacza też zresztą „słowo”. Tyle że dla tych wielkich religii monoteistycznych, na nieszczęście, termin ten ma dwie aktywności – w formie działania Boga oraz w formie świętej księgi. I tu pojawia się problem, na który zwrócili uwagę chociażby heretyccy gnostycy – słowo wymawiane przez człowieka i używane dla opisu ma wymiar ograniczony i przemijający, bez względu na to, czy je uświęcimy czy też nie. Dlatego też występuje niebezpieczeństwo tworzenia słownych schematów opisu rzeczywistości ziemskiej i boskiej oraz woli Boga i przedstawiania tego jako Prawdy. To zaś zahacza się o kolejny problem – trwałość słów... Pięknie przedstawił tą kwestię pewien hinduski jezuita:

     „Między uczniami wywiązała się zażarta polemika na temat tego, które zdanie uznać za najtrudniejsze: zamknąć w Piśmie wszystko, co Bóg objawił; zrozumieć to, co w Piśmie Bóg objawił, czy wyjaśnić Pismo innym, zrozumiawszy go wcześniej. Zapytany o to, Mistrz odpowiedział: - Znam jeszcze jedno zadanie, o wiele trudniejsze niż te trzy. - Cóż to takiego? Starać się żebyście wy, cymbały, zobaczyli rzeczywistość taką, jaka ona jest.”

     „Był pisarzem religijnym i zainteresował się poglądami Mistrza. - W jaki sposób odkrywa się Boga? Mistrz odpowiedział szorstko: - Czyniąc serce czystym przez medytację w milczeniu, a nie przez brudzenie papieru religijnymi wypracowaniami. A zwracając się do swych pełnych erudycji uczniów, dodał w kpiarskim tonie: - Nie prowadzi też do Boga zagęszczanie powietrza uczonymi rozmowami.”

      „Czy żabie żyjącej w studni można opowiadać o oceanie albo ludziom żyjącym w świecie własnych pojęć - o sprawach boskich?”

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2

CHRZEŚCIJAŃSTWO I GNOZA... (2)

     Przemijalność jest cechą naszej rzeczywistości: przemijalne i nietrwałe są nasze przeżycia, słowa, myśli, zdarzenia, konstrukcje, czas, przestrzeń itd. Niestety, zarówno ludzie religijni, jak i filozofowie, choć często zdają sobie sprawę z przemijalności słów, opisów i schematów, to przywiązują się do nich, zamiast potraktować je tylko jako przystań na drodze. Tak więc i chrześcijaństwo przyjęło szereg kategorii teologicznych, z niebem i piekłem włącznie, o boskich przymiotach nie wspominając. Szczegółowe opisy, obrazy, wyobrażenia, odcisnęły taką pieczęć w świadomości zbiorowej, że wielu ludzi wrażliwych zaczęło faktycznie odbierać te zjawiska z innego świata, dowodząc na bazie tych przekazów, że piekło istnieje, w niebie siedzi Pan Jezus i aniołki. Inna strona zaś zanegowała to, mówiąc, że to zwidy. Problem polega na tym, że jedni i drudzy mieli rację. Niebo i piekło faktycznie, w różnej formie – chrześcijańskiej, islamskiej i pogańskiej, istniało i istnieje, ale nie ma formy wiecznej. Jest tworem przemijającym tego świata, utworzonym przez ludzką wiarę. Dlatego też jest i nierealną marą, jak próbują dowodzić ateiści. Akcent religijnych doktryn położonych na Słowo Boże jako konkretną księgę może dziwić tym bardziej, że w dawnych czasach ludzie w ogóle nie potrafili czytać i musieli korzystać z pomocy pośredników – duchownych, kaznodziei, proroków itd. Tymczasem Słowo Boże jako niewidzialny ład wymagało zupełnie innego czytania – wewnętrznego i intuicyjnego. Dlatego też próba opisywania Prawdy za pomocą skończonych słów powinna spotkać się z przestrogą, którą przedstawił mistrz w „Minucie Mądrości” de Mello:

     „Do jednego z odwiedzających, który się przedstawił jako "poszukiwacz Prawdy", Mistrz powiedział: - Jeśli rzeczywiście szukasz Prawdy, to musisz posiadać przede wszystkim jedną rzecz. - Wiem. Żarliwość w dążeniu do prawdy. - Nie. Chodzi o niesłabnącą gotowość do przypuszczenia, że możesz się mylić.”

     Pewnego dnia, czytając ewangelie i komentarze zapragnąłem spojrzeć na to wszystko głębiej. Dla przykładu Biblia jest wypełniona różnego rodzaju nakazami, groźbami, okrzykami, emocjami, ale... W jakim celu zostało to wszystko tak przedstawione. Czy tylko dla postrachy, albo dla egoistycznej pychy w uzyskiwaniu nagrody i kary? Popatrzmy: wielu, nie tylko wśród proroków i kaznodziei religijnych żeruje na lęku i radości ludzkiej. Używa się do tego opisów i słów ze świętych ksiąg, przedstawia się ludziom obrazy wzbudzające emocje. Ale czy te emocje są trwałe? Przecież one, jak wszystko, przemijają. Chyba mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że opisy przedstawione w księgach używają słów, które zaciemniają rzeczywistość, ale które jednocześnie chcą nam przez to coś powiedzieć. Stan piekła może dla przykładu wskazywać na pogrążonego w sprzecznościach i miotanego przez żywioły tego świata. Stan nieba zaś może być wskazywaniem na możliwość uzyskania stanu pierwotnej harmonii i wolności od przemijających światów, eonów. Może być to przekonujące wyjaśnienie, jeśli spojrzymy na pewne psychologiczne zjawisko. Otóż osobowość, która swoim stanem umysłowym tkwi w zupełnie innym świecie, inaczej spogląda na coś, co jej się z tym światem nie kojarzy. Dla przykładu co dla jednego będzie zupełnie normalnym stanem życia codziennego, szarzyzną, przez innego może zostać potraktowane jako rzeczywistość nie do pomyślenia, piekło. Człowiek wszak przyzwyczaja się do warunków, w których żyje i jak np. z początku są one dla niego albo okropne albo wspaniałe, to z czasem euforia lub niechęć opadają, a pojawia się przyzwyczajenie. I prawdopodobnie z tego punktu widzenia przemawiają również ewangeliści i Jezus, którzy w tak właśnie czarny sposób postrzegają sytuację ludzi „nieuświęconych” - za życia oraz po śmierci.
     To, na co warto zwrócić uwagę, to dwoistość ludzkiego umysłu i sposobu postrzegania świata. Człowiek przeciętny – czy to za życia czy to po śmierci - nigdy nie patrzy na świat statycznie, lecz dynamicznie i w zależności od warunków i świata zmienia się pole jego zapatrywań. Dlatego też nie może on zrozumieć harmonii i wieczności. Jeśli umieścilibyśmy go w piekle, on natychmiast podzieli je na dobro i zło, rozróżni w ramach jego inne poziomy nieba i piekła. Ogień lekki wyda mu się błogosławieństwem, a ogień ciężki przekleństwem. Jeśli umieści się go w upragnionym niebie, to przy swoim sposobie patrzenia natychmiast za jakiś czas znudzi się tym, co tam zastanie. Oto jest właśnie przyczyna słabości czasoprzestrzennego pojmowania wieczności. To zjawisko tyczy też chrześcijańskich apokaliptyków, z których wielu było nawet ezoterykami i gnostykami. Tyle że swoje apokaliptyczne wizje łączyli, niestety, ściśle z wydarzeniami ziemskimi... I tu pojawił się problem – wmieszania się sfer wyższych i ukierunkowanie umysłu na czasoprzestrzeń, w której szuka się końca. Niemniej opozycyjny wobec takiego trendu, wybitnie alegoryczny punkt widzenia apokaliptyki możemy odnaleźć chociażby w Ewangelii Tomasza z Nag Hammadi, której logion 51 brzmi następująco:

     Spytali go uczniowie jego: 'W którym dniu nastanie odpocznienie zmarłych i którego dnia nastanie nowy świat?' Odrzekł im: 'To, czego wyczekujecie, nadeszło, ale wy tego nie wiecie.

      Podobny sposób interpretacji występuje w "Zielonej Twarzy" Gustawa Meyrinka, która powiela liczne starognostyczne i heterodoksyjno - chrześcijańskie poglądy na nowe niebo i nową ziemię:

     „Wszystko, co ci powiedziałem, mieści się również w księgach pobożnych każdego ludu: przyjście nowego królestwa, czuwanie, przezwyciężanie ciała i samotność; a jednak dzieli nas od tych pobożnych nieprzebyta przepaść: oni wierzą, że zbliża się dzień, w którym dobrzy wejdą do raju, a źli zostaną wrzuceni w otchłań piekła; my wiemy, że nadchodzi czas, gdy wielu się obudzi i oddzieli od śpiących, jak panowie od niewolników, bo śpiący nie mogą zrozumieć czuwania (...). Oni wierzą, że czuwanie jest otworzeniem zmysłów i oczu i czuwaniem ciała przez noc, żeby człowiek mógł modłów dokonać; my wiemy, że czuwanie oznacza zbudzenie się nieśmiertelnej jaźni, a bezsenność ciała jest naturalnym tego skutkiem. Oni wierzą, że ciało winno być zaniedbywane i pogardzane, bo jest grzeszne; my wiemy: nie ma żadnego grzechu, ciało jest początkiem, od którego mamy zacząć, a na ziemię zeszliśmy, żeby je w ducha przemienić. Oni wierzą, że należy z ciałem iść w samotność, żeby ducha oczyszczać; my wiemy, że wpierw nasz duch musi iść w samotność, żeby ciało przemienić.” (s. 279-280)

     Jeśli natomiast czytamy, że biada jest tym, którzy się śmieją, to u jednych wzbudzi to sprzeciw, u innych wzruszenie ramion, a u innych posłuszeństwo i strach. Każdy może np. tak zareagować, zwłaszcza jeśli łapie się w sidła przemijalności:

     „Jaki był dotąd największy grzech na ziemi? Czyż nie słowa Tego, kto powiedział: - Biada tym, którzy się śmieją! Czyżby sam nie znalazł podstaw do śmiechu na ziemi? Wobec tego źle szukał. Nawet dziecko je znajdzie. Ów – nie dość miłował; w przeciwnym wypadku miłowałby również nas, śmiejących się! Ale On nienawidził nas i wyszydzał, obiecywał nam płacz i zgrzytanie zębów. Czy od razu trzeba przeklinać, jeśli się nie miłuje? To wydaje mi się w złym guście. On tak jednak uczynił, bezwzględny. Z motłochu się wywodził. I sam nie dość miłował; w przeciwnym razie mniejszym pałałby gniewem, że się Jego nie miłuje. Wszelka wielka miłość nie chce miłości, ona chce więcej. Schodźcie z drogi wszystkim takim bezwzględnym!” (cyt za: Fr. Nietzsche, To rzekł Zaratustra, PIW W-wa 1999)

     Tymczasem wszelkie biadanie, zastraszanie jest także nietrwałe, ale zdanie to przynosi nam bardzo proste przesłanie – raz mamy do czynienia ze śmiechem, a raz z płaczem. Nie ma trwałości; nikt nie śmieje się, ani płacze przez cały czas. Logiczne, że ze śmiechu przejdziemy w płacz, a z płaczu w pocieszenie. Popatrzmy, jak ulotne są kategorie i schematy religijne, jak operują słowami i przywiązują się do nich, zamiast je na pewnym etapie zostawić. A przecież wystarczy spojrzeć na rzeczywistość taką, jaką ona JEST. Wszystkie nasze wyobrażenia, stany, przeżycia, filtry poprzez które oceniamy świat, nie są trwałe. Tym samym złożone ze słów i obrazów nauki religijne tworzą matrix. Być może Logos można przyrównać do krwi, chleba czy wina, ale na dłuższą metę takie pojęcie zaciemnia istotę sprawy. Przestaje oddawać jego niepojętość. Jeśli Logos jest wszędzie, to dlaczego zamykać go w ciasnych budowlach, w przedmiotach, osobach? Już we wczesnym chrześcijaństwie bardzo wielu dostrzegło ten dylemat, i choć oni również nie ustrzegli się schematów czy dogmatów – np. uparte twierdzenie, że Jezus nie miał ciała fizycznego, świat jest dziełem demiurga i jest zły sam w sobie itp. - to próbowali uwolnić się od przemijającej retoryki. Zdawano już wtenczas sobie sprawę, że eucharystia w sensie dosłownym nie oddaje istoty sprawy i przyczynia się do tworzenia przemijających form egregorycznych. Dla przykładu niektóre wspólnoty gnostyckie cechowała antysakramentalność, czego wyrazem jest chociażby Ewangelia Judasza, w której Jezus śmieje się z tego, jak uczniowie przy pomocy praktyk swej religii oddają cześć bogu tego świata, czyli eggregore'owi religii mojżeszowej. Również Ewangelia Filipa z Nag Hammadi, o której jeszcze wspomnę, akcentowała problematykę tworzenia wyobrażeń o Bogu i bogach.

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 3

CHRZEŚCIJAŃSTWO I GNOZA... (3)

     Niestety, problemem jest też to, iż większość zbyt dosłownie wzięła sobie do serca pojęcia zaczerpnięte z Biblii. Nie zrozumieli, kim jest człowiek prosty, ubogi, dziecię, a kim jest uczony w piśmie. Otóż Ci, których słowa szczególnie docierały do prostego ludu powoływali się często, iż Bóg objawia się prostaczkom, a nie uczonym, którzy zależą od mądrości tego świata, będącej głupotą u Boga. Najwyraźniej zapomnieli, co kiedyś odpowiedział Sokrates, gdy próbowano przedstawić go jako najmądrzejszego człowieka na świecie. Odpowiedział: „Wiem, że nic nie wiem”. Wielka racja, że intelektualne opisy świata ziemskiego, kategorie naukowe, studia teologiczne zaciemniają prawdę o Bogu. I rację ma de Mello, kiedy wkłada w słowa mistrza takie słowa:

     „Młody uczeń cieszył się tak niezwykłą sławą, że zewsząd przychodzili do niego uczeni, szukając rady i podziwiając jego wykształcenie. Kiedy gubernator rozglądał się za doradcą, udał się do Mistrza i zapytał: - Powiedz mi, czy to prawda, że ten młody człowiek wie tyle, ile się o nim mówi? - Prawdę mówiąc - odpowiedział ironicznie Mistrz - ten facet czyta tyle, że nie wiem, jak mógłby znaleźć czas, aby cokolwiek wiedzieć.”

     „- Czy Bóg istnieje? - zapytał pewnego dnia Mistrz. - Tak - odpowiedzieli chórem uczniowie. - Pomyłka - odparł Mistrz. - Nie - twierdzili uczniowie. - Kolejna pomyłka - odrzekł Mistrz. - Jak więc brzmi odpowiedź? - zapytali uczniowie. - Nie ma odpowiedzi. - Dlaczego nie ma? - Dlatego, że nie ma pytania - stwierdził Mistrz. Nieco później wyjaśniał: - Jeśli nie możesz powiedzieć niczego o Tym, który jest poza myślą i słowami - jak możesz tu o cokolwiek pytać?” ( zajrzyj też: link - uwaga J.W.S )

     Ale czy inne opisy słowne nie robią tego? Czy uproszczona apologetyka tworzy mądrość bożą? Nie, ona czyni coś jeszcze gorszego: przy pomocy schematów, dogmatów i pouczeń tworzy „naukę”, która zostaje przedstawiona jako objawiona przez Boga. W ten sposób rzeczywiście niejeden prostaczek o ograniczonym sposobie widzenia będzie gromił uczonych i z pełnym oddaniem opowiadał o aniołkach, dziecięciu w żłobku, osiołkach, gorejącym ogniu w piekle, strachu, nadchodzącym Sądzie Ostatecznym. Nie zda natomiast sobie sprawy z tego, że są to jedynie przemijalne opisy, które nijak oddają wieczność i przynależą do tego, co tak potępia – mądrości, a raczej głupoty tego świata... Dlatego może rację miał Jezus mówiąc o tych, którzy popełniają błąd, pokładają ufność w swoich bogactwach – np. skarbach wiary lub filozofii.
     Chrześcijaństwo, choć nie tylko ono, mocno dowiodło, jak silnie uwikłane jest w grę światła i cienia, i jak pada łupem łupem gry tych sił i jak popada ze skrajności w skrajność. Popatrzymy, jak Ci, którzy byli tak gorliwie prześladowani, dość prędko zaczęli prześladować innych. Ale to od samego początku tkwiło w nich samych. Z pism Ireneusza, Tertuliana czy Hipolita widać wyraźnie, że mają oni kłopoty z własną emocjonalnością i że gdyby tylko mieli możliwość użycia siły, zrobiliby to wobec heretyków. Tymczasem np. ci przedstawiani przez nic jako źli i nikczemni zwodziciele i słudzy diabła, heretyccy gnostycy w swoich dziełach nie atakowali z pasją przeciwników, często odnosili się ze zrozumieniem dla różnych tradycji, wiedząc, że zależą one od stopnia rozwoju i poziomu tych, którzy je propagują i stosują. Jak widać o wiele głębiej patrzyli na rzeczywistość niż ich adwersarze. Wściekli funda-chrześcijanie nie zrozumieli też jednej rzeczy, na którą uwagę zwróciła później psychologia analityczna – że diabła nie szuka się tylko w przemijających obrazach wyimaginowanej rzeczywistości niewidzialnego świata, ale przede wszystkim w sobie, by zrozumieć sposób jego działania. Im większa walka z nim, tym większy stopień zależności od cienia. Nie zrozumieli też, że zwalczają ezoteryzm, który w pewnym stopniu stanowi nawet źródło ich doktryny.
     W Kościele nierzadko toczy się bój między różnymi frakcjami – i czasem trudno znaleźć w tym wszystkim wyjście. Jedni uciekają w literalizm biblijny, inni w liberalizm teologiczny, inni w radykalną mistykę. Tendencje te czasem się nawet łączą. Często literaliści przodują w swoim fundamentalizmie. Cóż z tego, że krytykują katolicki kult świętych i relikwii, skoro sami proponują kult nieomylnych wizji i obrazów. Czytając niektóre prace doszedłem do wniosku, iż prace katolickich albo liberalno-protestanckich badaczy rzetelniej podchodzą do tematu, starają się wybadać sposób powstawania Biblii i znaczenie żydowskiej mentalności. Oni rozumieją nierzadko zresztą lepiej od fundamentalistów, że Żydzi nie wszystko ujmują w kategoriach stricte historycznych, ale stosują opisy barwne, choć nie mityczne, dla przedstawienia określonej mądrości. Natomiast dla „literalnych” Pismo musi być nieomylne od początku do końca. Co ciekawe oskarżają nierzadko „liberalnych”, że nie mają wiary, nie dostrzegając, że oni sami jej nie mają. Bo gdy dowiadują się coś więcej o pierwotnym chrześcijaństwie, jego związkach z myślą ezoteryczną, z kabałą i prądami irańskimi, o podziałach teologicznych, o różnych punktach widzenia – nierzadko porzucają swoją religię, bo nie jest już taka prosta, jak im to Billy Graham czy Josh MacDowell przedstawili. Jan van Rijckenborgh z L.R. zauważył zresztą słusznie, że fundamentalistyczny kierunek protestantyzmu jest bardziej niebezpieczny od katolicyzmu, bo przy pomocy swoich radykalnych i uproszczonych opisów rzeczywistości i skrajnej emocjonalności duchowej czyni wyznawców tej opcji  łatwym łupem strefy odbić.
     W Ewangeliach bardzo często przewija się motyw obłudy hierarchii wyznaniowej, którą są przede wszystkim faryzeusze, ale również saduceusze, uczeni w piśmie itd. Jezus gromi ich, stawia się za ludem. Jednocześnie cóż możemy zaobserwować po jego śmierci, kiedy kształtuje się Kościół i rozwija się teologia? Faryzeusze uzyskują wspaniałe odbicie – w postaci kaznodziejów nowej religii. Tak jak żydowscy duchowni obsypywali gromami i osądami Jezusa i jego uczniów, tak późniejsi zwolennicy nazarejskiego proroka zaczynają robić dokładnie to samo w stosunku do adwersarzy, heretyków itd. Co więcej znacznie większy osąd zostaje zastosowany do innego odłamu chrześcijaństwa niż odmiennej religii. Bardziej np. obrywa się gnostykom niż zwolennikom Plotyna. Pewnego razu, zastanawiając się nad tą kwestią spojrzałem raz jeszcze na historię Jezusa podaną w Nowym Testamencie. Zauważyłem, że historia ta może być znacznie bardziej uniwersalna. Zauważmy, że np. gnostycy byli często poniżani przez ortodoksów właśnie za to, że twierdzili, iż każdy potencjalnie może stać się Chrystusem i słowa Pana są zapisem ścieżki rozwoju duchowego człowieka. Przecież jeśli ktokolwiek z tych gnostyków stanąłby na miejscu Jezusa i powiedział to, co on, natychmiast zostałby osądzony i wzgardzony, ale przez... chrześcijański sanhedryn. On i jego grupa spotkałaby się z taką samą reakcją od religijnych fanatyków, jak Jezus i jego uczniowie od Żydów. Jan Witold Suliga zauważył, kiedy był jeszcze gnostykiem, że scena powalenia Szymona przez Piotra stanowi piękne powielenie sceny z Jezusem, tyle że w formie oprawcy występuje Szymon Piotr, a ofiary Szymon Mag. Sądzę, że rację ma chyba de Mello wkładając w słowa mistrza takie słowa.

     „Jeden z uczniów przypomniał pewnego dnia, że Budda, Jezus i Mahomet zostali przez swoich współczesnych napiętnowani jako wywrotowcy i heretycy. Mistrz dodał: - O nikim nie można powiedzieć, że osiągnął szczyt Prawdy, dopóki 1000 uczciwych osób nie oskarży go o bluźnierstwo.”

     W o wiele bardziej wymowny sposób przedstawił sprawę główny bohater poematu „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietzsche'go:

     „O, bracia moi, dobrym i sprawiedliwym wejrzał kiedyś w serca ktoś, kto rzekł: - To faryzeusze. Ale go nie zrozumiano (...). Prawda zaś jest taka: dobrzy i sprawiedliwi muszą być faryzeuszami, nie mają innego wyboru. Dobrzy muszą ukrzyżować tego, kto znajdzie sobie własną cnotę! Taka jest prawda!”

     „Spojrzyj na tych dobrych i sprawiedliwych (wyznawców wszelkich wiar)! Kogo nienawidzą najbardziej? Tego, kto burzy ich tablice wartości, burzyciela, obrazoburcy – tym zaś jest twórca.”

     Ten punkt wyjścia skierował mnie ku dalszym rozważaniom. Zauważyłem, że Ci, którzy stawiali się po stronie Światła, Boga, Jezusa byli często bardzo skłonni do osądzania innych, do oczerniania, widzenia tylko czarnej barwy. Natomiast często ludzie bardziej stonowani pod względem religijności, a nawet ludzie źli i świadomi swego zła (do nich zwracał się głównie Jezus), byli o wiele mniej skłonni do surowych osądów względem bliźnich. Dlaczego u ludzi dobrych, gorliwych i pobożnych takie oczernianie jest szczególnie silne? Czyżby kłaniał się w tym miejscu Jung ze swoją koncepcją archetypu cienia, z kwestią walki z diabłem, która to walka bardziej go potęguje i wzmacnia?

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 4

CHRZEŚCIJAŃSTWO I GNOZA... (4)

     Droga powstawania teologii chrześcijańskiej, nurty i spory w pierwotnym chrześcijaństwie – to temat na obszerne dzieło. Nie będę się tym zajmował. Warto jednak zobaczyć, jaką zgubą, wbrew własnej intencji przyniosła teologia, która chcąc przybliżyć ludziom Boga, oddaliła go. Zresztą historia chrześcijaństwa i monopolizującego je Kościoła, a raczej Kościołów nie jest niczym oryginalnym i potwierdza tylko stałe tendencje, które można znaleźć gdzie indziej, w wielu – i nie tylko! – tradycjach religijnych. Ciekawie opisuje to w „Kamieniu mądrości” syn pastora, Christian Barnes:

     „Wyobraźmy sobie teraz jednostkę całkowicie opanowaną i uduchowioną tym uczuciem religijnym, tak dalece, że staje się jego narzędziem, wyrazem pewnych jego czynności, a ponieważ nie może ona być niczym innym, masz więc w tej jednostce religijnego geniusza plemienia, wywierającego swój wpływ na innych.
     Przypuśćmy następnie, że ów geniusz przedsięwziął jeden ze swych niezwykłych, sugestywnych czynów, akurat właśnie gdy orkan nagle zacicha, czy też gdy wojsko wrogie ratuje się paniczną ucieczką, nie trudno więc oba te zdarzenia uważać za stojące ze sobą w związku i wywnioskować, że człowiek – wybraniec bogów – ma władzę nad bogami. W tym leży źródło uczucia religijnego dla całego plemienia.
Jego wyznawca i uczeń opowiada później o nim: przy takiej a takiej sposobności wybraniec bogów uczynił tak a tak – i to pomogło, a więc zróbmy jak on. Uczeń ten jest założycielem religii danego plemienia. Mamy zatem też religię. W ślad uczniów wstępują kapłani, notujący dokładnie całą naukę zwolenników i oto powstaje nakaz: w takiej a takiej okoliczności wybraniec bogów czynił tak a tak; przynosi to pomoc, a temu, który w to nie wierzy i nie postępuje w tenże sposób, sprawimy lanie. Mamy więc kościół.
     Ale kościół – to coś raz na zawsze gotowego, podczas gdy uczucie religijne jest siłą żywotną w rozwoju, i pewnego pięknego dnia kościół staje się za ciasny, wąż ma do wyboru: albo wyleźć ze skóry, albo też w niej się udusić. W tymże czasie zjawiają się prorocy, nie zawsze pozostający w zgodzie z kapłanami, aczkolwiek ci ostatni w późniejszych czasach chronią szczątki proroków w świątyniach, przyczyniając się tym sposobem do ich rozszerzenia. (...)
     Gdy Galilejczyk skonał, pozostawiwszy ziemi, jak swój nowy testament, że Bóg – to miłość, przyszli ci, którzy go znali i rzekli: 'Galilejczyk mówi, że Bóg - to miłość, i ten, kto w to wierzy – będzie zbawiony' – a to prawda, gdyż wiara staje się wewnętrznym czynnikiem, wzbudzającym miłość, która z kolei potęguje siłę wiary – a potem rzekli jeszcze: 'Galilejczyk sam był miłością, Galilejczyk był Bogiem'. Mamy więc chrześcijaństwo, religię. Nieco później brzmiało to tak: 'Bóg jest miłością, Galilejczyk jest Bogiem; ten, kto w to nie wierzy, pójdzie na stos'. Mamy więc kościół. Uczucie religijne, które miało być miłością do Boga, skoro przecież nie można żywić innego uczucia do miłości, jak właśnie miłość – to uczucie stało się miłością do kościoła i nienawiścią do heretyków. Religia zamieniła się w teologię.”
(s. 148-150)

     Warto w kontekście omawianej problematyki wspomnieć o bardzo ważnym zagadnieniu, a mianowicie wypędzaniu „demonów”. Według mnie wyjaśnić to wszystko po części na drodze psychologii Junga, a po części na kwestii eggregore'ów. Z wielką powagą przedstawiane „sukcesy” egzorcystów nie robią na mnie większego wrażenia. To, że udało się wypędzić dany byt z człowieka, nie oznacza, że to, co go wypędziło, również jest boskie i nieprzemijające. Zauważmy, że egzorcyzmy były nieobce misteryjno – okultystycznym religiom Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji. Ale co śmieszniejsze demony różnie reagują w zależności od egzorcysty. Zauważmy, że w wielu przypadkach mamy do czynienia z bluźnierstwami przeciw konkretnej religii np. katolickiej. Demon potwornym głosem „bluźni” przeciw Bogu, świętym, relikwiom, kapłanom i miota się w konwulsjach, kiedy wypędza się go mocą Matki Boskiej, Ojca Pio itd. (o okultystycznych umiejętnością zresztą). Problem polega na tym, gdzie podziały się bluźnierstwa przeciw Bogu innych tradycji duchowych – np. bezosobowej siły, ukrytej pustki, nieznanego Ojca. A poza tym, skoro egzorcyzm katolicki dotyczy demona wyjącego przeciw świętościom kościoła-matki, to co myśleć o szerokiej rzeszy protestantów, mających negatywny stosunek do masy katolickich świętych rekwizytów i wierzeń. Czy oni także powinni zostać egzorcyzmowani? Z drugiej strony skuteczność wypędzania ducha mocą imienia Jezusa nie dziwi mnie, gdyż opiera się na typowych sztukach magicznych z użyciem tajemnych imion wysokich duchów. Po raz kolejny, według mnie, okazuje się, że bardziej w przypadku wszelkiej maści – nie tylko katolickich – egzorcyzmów mamy prawdopodobnie do czynienia ze zjawiskiem wypędzenia eggregore'a lub bytu innym eggregore'm lub bytem, w którego potężną moc magiczną trudno wątpić, skoro od wieków zasilany jest potężną dawką modlitwy. Warto zauważy też, jaką wymowę magiczną ma eucharystia, w której manifestować ma się sam Syn Boży. Sataniści nierzadko twierdzą, że ich celem jest zniszczenie Boga poprzez profanowanie świętego sakramentu. Francuski ex-ksiądz Boullan, który ogłosił się wcieleniem Jana Chrzciciela, stosował odrażające praktyki egzorcystyczne, polegające na podawaniu opętanym opłatka pomieszanego z ludzkimi wydalinami, a z czasem zaczął walczyć ze Zbawicielem poprzez profanację Hostii. Dla wielu późniejszych satanistów stało się to praktyką powszechną. Niektórzy w rozmowie ze mną z dumą obwieszczali jak to walczą z Synem Bożym i służą diabłu dzięki tym praktykom. Na co ja odparłem im, iż są de facto katolikami, tyle że na odwrót, ponieważ uznają jeden z podstawowych dogmatów tego odłamu chrześcijaństwa, iż Bóg mieszka w eucharystii, a tymczasem nie jest to wcale takie oczywiste. Doprowadziłem niejednego do furii pytając, skąd mają pewność, że niszczą Boga, a nie eggregore'a a poza tym skąd wiedzą, że faktycznie cokolwiek boskiego w opłatku przebywa.
     Na koniec chciałbym dodać, że niechęć do chrześcijaństwa niestety także przybiera skrajne formy, nierzadko bardzo oddalone od tolerancji, którą tak się szczycą ateiści. W krytyce ortodoksów ich przeciwnicy stają się odbiciem tych, których krytykują. Ostatecznie jednak wielkie religie monoteistyczne, w tym ortodoksyjne chrześcijaństwo, szerzą coś w rodzaju duchowości egoistycznej (deMello) i stawiają człowieka pod ścianą z groźbą – albo się podporządkujesz, albo stłuczemy na kwaśne jabłko (vide: słynna „Pupa Henryka” wg R.A. Wilsona)... Jakkolwiek spojrzymy na chrześcijaństwo i tego, kto je zainspirował łatwo odnajdziemy w tym wszystkim pouczenia mądre i głębokie, prowadzące do wolności od bogów, ale niestety w większości znajdujemy tam kategorie i schematy, które w prostej linii prowadzą do SDU. Ogólnie problem chrześcijaństwa i wielu innych religii, szczególnie monoteistycznych, wyraża się przede wszystkim w tym, o czym pisał de Mello:

     Pomimo całej swojej świętości Mistrz sprawiał czasem wrażenie człowieka przeciwnego religii. Uczniowie nie mogli wyjść ze zdziwienia, oni bowiem - inaczej niż Mistrz - utożsamiali religię z duchowością. - Religia, tak jak się ją dzisiaj praktykuje, przede wszystkim zwraca uwagę na kary i nagrody. Innymi słowy, podtrzymuje strach i zachłanność - dwie rzeczy, które najbardziej niszczą duchowość. Później dodał ze smutkiem: - Przypomina to walkę z powodzią za pomocą wody albo z pożarem stodoły za pomocą ognia.

PRZEJDŹ DO: LECTORIUM ROSICRUCIANUM A SDU

wtorek, 20 lutego 2007
ROZWAŻANIA NA DRODZE KU WOLNOŚCI

ROZLIN

WSTĘP DO "ROZWAŻAŃ NA DRODZE KU WOLNOŚCI"

     Przedmiotem moich rozważań jest swego rodzaju podróż. Podróż, która nie ma raczej nic wspólnego z podróżą astralną, ani też wycieczką po ziemskim globie. Jest to wędrówka po świecie doktryn, działań, wzlotów, upadków, świadomości i zrozumienia. Z początku planowałem niniejszy zapis stworzyć w formie opowiastki, ale porządkując materiały do moich rozważań doszedłem do wniosku przeciwnego. Pisząc niniejszy tekst nie mogę występować w trzeciej osobie, jako bezstronny zupełnie obserwator czyjś poczynań, gdyż to o czym piszę, wynika w dużej mierze z tego, co przeżyłem i do jakich wniosków na drodze poszukiwań doszedłem. Dodam, że inspiracja do jego napisania przyszła z drogi duchowej i zapisków Jana Witolda Suligi ( Suljana ), który nie tyle okazał się jakimś guru nieomylnym, od którego bezmyślnie zaczerpnąłem określone stwierdzenia, lecz kimś, kogo działalność w dużej mierze potwierdziła moje i innych wcześniejsze doświadczenia. Myśli Sujana nie są jednak jedyną inspiracją do rozważań. Penetrując różnorodne drogi duchowe znalazłem wiele elementów, który – jakby to ująć – o wiele wcześniej poprzedzały późniejszą drogę J.W. Suligi. W moim wywodzie nie może zabraknąć dla nich miejsca. Tu jednak muszę wyjaśnić zaraz jedną kwestię – nie wszyscy Ci autorzy, których cytuję doszli do wniosków jednolitych, jak również nie zawsze prawdopodobnie byli wolni od zjawiska, które Jan Witold Suliga określił mianem SDU. Wydaje się jednak, że w wielu swych dążeniach i twierdzeniach autorzy Ci byli na dobrej drodze do uwolnienia. W swoich rozważaniach cytuję przede wszystkim te ich wypowiedzi, które – w moim przekonaniu – mogą okazać się dobrą wskazówka na drodze ku wolności i przebudzeniu... Generalnie całość składa się z szeregu luźno ze sobą powiązanych rozdziałów:

1. Przedpola ezoteryki i hawajska Huna
2. W stronę Różanego Krzyża
3. U bram Lectorium Rosicrucianum
4. Anthropos
5. Wytyczanie szlaków
6. Chrześcijaństwo i gnoza, czyli jak łatwo od wolności przejść do więzienia...
7. Lectorium Rosicrucianum a SDU
8. Nie ma początku ani końca...

     Moja podróż rozpoczęła się w miejscu, w którym zaczyna zdecydowana większość z nas. Wychowanie w duchu tradycyjnej, katolickiej pobożności, choć może w nieco liberalniejszej wersji, ale zawsze odcisnęło swoje piętno na długi czas... Jako dziecko było się więc nauczonym pewnej wizji Boga, świata duchowego, życia po śmierci i obowiązków religijnych. Potrzeba modlitw do dobrego Boga, święte obrazki, koronki, różaniec, wzywanie Bozi znane było od dzieciństwa. Potem tradycyjnie pierwsza komunia, a w późniejszym czasie niezakończony obrzęd bierzmowania. Wszystko to przeplecione aktywnym i nieco przymusowym udziałem w mszach świętych oraz sakramentach, obawą przed wszechwiedzącym Bogiem, którego oka wszędzie dociera, poczuciem winy z powodu złego słowa na Boga – a raczej na wyobrażenie o nim – czy drobnych drwin z zastępcy Chrystusa na ziemi. Etap praktykującego katolika kończy się dość szybko i zaczyna się okres buntu wobec kościoła, poszukiwania argumentów przeciw niemu, ignorowania nakazów osób duchownych. Dowiaduje się człowiek wyłącznie powierzchownych i sprzecznych informacji nt. błędów w historii kościoła, ciekawostek o protestantyzmie, zafałszowaniu przez kościół Biblii i wielu innych twierdzeń. Wszystko to naznaczone dumą, ale zarazem i ukrytym poczuciem winy, które starało się przykryć tłumaczeniem, iż Bóg patrzy na ludzkie serce, a do kościoła to się będzie chodziło częściej na starość, jak babcie i dziadki, których tłumnie widzimy w świątynnych ławach. Tak czy owak etap ten kończy się swego rodzaju obojętnością i niewiedzą, co dalej i jak jest naprawdę...

PRZEJDŹ DO: "PRZEDPOLA EZOTERYKI I HAWAJSKA HUNA..."

PRZEDPOLA EZOTERYKI I HAWAJSKA HUNA (1)

     Od tego systemu należałoby tak naprawdę należałoby swoją opowieść rozpocząć, gdyż on stał się punktem wyjścia do dalszych rozważań na drogach późniejszych. Ezoteryzm znany już był mi dużo wcześniej, gdyż zafascynował na początku lat 90. moją matkę, a zaniepokoił mocno ojca. Matka również była osobą poszukującą i ciężko było jej się odnaleźć w tym tajemnym gąszczu, ale mimo to dzielnie próbowała... Spośród całej rzeszy kupionej przez nią książek o radiestezji, naturalnych metodach leczenia, UFO, parapsychologii i zjawisk niewyjaśnionych, czasopism pokroju „Sfinksa”, „Nieznanego Świata” oraz „Nie z tej Ziemi”, czyli ogólnie literatury związanej z szeroko pojętą ezoteryką, zwróciły moją uwagę prace o hawajskiej Hunie autorstwa M.F. Longa, Henry'ego Krotoschina oraz Williama Glovera. Najzabawniejsze jest to, że zetknięcie się z tym systemem miało charakter przypadkowy i stanowiło rezultat już prowadzonych wcześniej krótszych poszukiwań. Zaczęły się one niepozornie, z własnej inicjatywy. Wcześniej ignorowałem wszelkie książki, do których lektury zachęcała mnie matka. Ale kiedy przypadkiem przyjechała niegdyś z kursu, przywożąc różne książki, w tym jakieś „Słowa Jezusa do medytacji” spisane przez Jakuba Lorbera, coś zwróciło moją uwagę na nie. Jezusem interesowałem się wcześniej i co więcej byłem przekonany, że wiedza przekazywana o nim przez Kościół jest niekompletna. Wiadomo jednak, że kiedy nie ma się oparcia na rzetelnych źródłach, człowiek łatwo jest gotów uwierzyć sensacyjnym teoriom. Dlatego i mnie na pewnym etapie zwiodły rozmaite teorie na temat jego tajemnej nauki i podróży po Indiach, czerpania inspiracji z buddyzmu itp. Poszukiwania trwały, otarły się one o tekst Ewangelii Tomasza z Nag Hammadi i Ewangelię Życia Doskonałego spisaną metodą „kanałową” przez J. Ouseleya. Wszystko to utwierdziło mnie w przekonaniu, że boskości należy szukać przede wszystkim w sobie i w nas znajduje się wiedza pierwotna. Taki grunt okazał się bardzo żyzny do tego, co przyszło wkrótce.
     Razu pewnego jechałem samochodem na studia zaoczne w kierunku pięknego miasteczka, w którym mieszkał swego czasu genialny polski astronom, a obecnie rezyduje m.in. przywódca odłamu katolicko – dewocyjnych fundamentalistów. Mając włączone radio na stacji RMF FM trafiłem w godzinach przedpołudniowych na audycję nt. systemu hawajskiego pn. Huna. Wykład był bardzo ciekawy i zainspirował mnie natychmiast, zwłaszcza że już wcześniej słyszałem o nim coś niecoś od matki i jej znajomych. Po powrocie natychmiast zabrałem się do lektury dostępnych książek, które pochłonęły mnie bardzo. Nie chciałbym przedstawiać tu szczegółowo systemu Huny hawajskiej według M.F. Longa. Krótko powiem jedynie, iż według tego systemu człowiek dzieli się jakby na 3 poziomy: niższe „Ja” (utożsamiane z podświadomością), średnie „Ja” (utożsamiane ze świadomością „ego”) oraz wyższe „Ja” (utożsamiane z nadświadomością, boskim duchem człowieka, niekiedy Chrystusem wnętrza). Celem człowieka jest ścisłe zjednoczenie tych trzech aspektów pod egidą wyższej jaźni jako sferą dominującą. Interesujący jest sposób proponowanego rozwoju duchowego – świadomość może osiągnąć łączność z nadświadomością nie bezpośrednio, ale poprzez podświadomość. Istotną rolę w tym dziele odgrywa oddech jako fabryka energii dla wyższego „Ja”. Aby został on prawidłowo przekazany, konieczna jest odpowiednia współpraca z niższym „Ja”, które nie rozumuje w sposób typowy dla ludzkiego umysłu, lecz bardziej jak małe dziecko, do którego bardziej docierają obrazy. W ten sposób produkuję się „energię” z oddechu, a następnie przy pomocy obrazowych wizualizacji świadomość wysyła je poprzez dziecko „Ja” do Ojca-Matki „Ja”. Literatura Huny w dużej mierze koncentruje się na trzech aspektach: rozwoju zdolności paranormalnych, uzyskania harmonii z otoczeniem oraz na zapewnieniu materialnego dobrobytu. Wszystko zgodnie ze słuszną zresztą zasadą - „Nigdy nie krzywdzić, a zawsze pomagać”.
     Huna i wyższe „Ja” natychmiast skojarzyły mi się z Duchem ludzkim, o którym mgliście wspomina Biblia i który zajmuje miejsce szczególne w doktrynach mistycznych i gnostyckich. W ten sposób utożsamiłem je ze sobą, podpierając się przy tym rzeczoną „Ewangelią Życia Doskonałego” oraz „Życiem i Nauką Mistrzów Dalekiego Wschodu” Bairda Spaldinga. Wszystko wydawało się takie zgodne, wyższe „Ja” jest boskie, dobre, opiekuje się nami i każdy je ma... Co ciekawe Huna udzielała interesującej interpretacji wielu wizji doznawanych przez mistyków i ludzi religijnych. Max Freedom Long twierdził, co zresztą już wtedy w niektóych środowiskach ezoterycznych nie było wtedy nowością, iż wszelkie kontakty z nadświadomością i związane z tym przekazy filtrowane są poprzez ludzki umysł, a zwłaszcza podświadomość, która te obrazy chwyta i tłumaczy je na język dla nas zrozumiały. Na tym tle jasne stało się, iż rzekome wizje Jezusa, Matki Boskiej, Buddy etc. nie są rzeczywistymi doznaniami ze spotkania z tymi konkretnie osobami, lecz że pod tą postacią kryje się najprawdopodobniej wyższe „Ja”, które przy pomocy niższego „Ja” ukazywane jest człowiekowi w formie obrazu świętej osoby, do której ma się  wielką cześć lub która może na nas zasadniczo wpłynąć. Takie podejście do sprawy oburzyło religijnych, którzy natychmiast wzięli Hunę na indeks praktyk duchowości zakazanej. Nie do pomyślenia dla nich było to, że np. postać Jezusa jest tylko obrazem i mało tego, że Chrystus ma być wyższą jaźnią w każdym człowieku; no i w konsekwencji fakt, że modlimy się sami do siebie. Tego typu koncepcja, nie tylko w Hunie zresztą, ale w innych szkołach ezoterycznych była dobrze znana. Dowodem na to może być fragment powieści Gustawa Meyrinka „Zielona Twarz”:

     „Nie na darmo nasza droga nazywa się pogańską drogą. Co człowiek pobożny uważa za Boga, jest tylko stanem, który może osiągnąć, jeśli jest zdolny do wiary w siebie samego. Przeciwnie – w nieuleczalnej ślepocie stawia sobie przeszkodę, której nie ośmiela się przekroczyć – tworzy sobie obraz, do którego się modli, zamiast się weń zamienić.
     Chcesz się modlić, to módl się do swego niewidzialnego „Ja”; to jest jedyny Bóg, którym modłów wysłuchuje: inni bogowie podają kamienie zamiast chleba.
     Nieszczęśliwi ci, którzy modlą się do jakiegoś bożka i błaganie ich zostanie wysłuchane: tracą przez to swoje „Ja”, ponieważ nigdy nie będą mogli uwierzyć, że to oni sami byli tymi, którzy się wysłuchali.”
(s. 342)

     Gwoździem do trumny była również interpretacja Ewangelii i Księgi Izajasza przez Longa, w której rzekomo odnalazł zakodowane twierdzenia Huny korzystając z Biblii hawajskiej. Nie znalazł ich natomiast w Dziejach Apostolskich oraz w listach pawłowych. Zinterpretował to, że św. Paweł nie był wtajemniczony, lecz zniekształcił przesłanie Jezusa, koncentrując się nie na jego nauce do duchowego doskonalenia, lecz na rzekomym sprowadzeniu na świat odkupienia poprzez zbawczą śmierć na krzyżu. Huna według interpretacji Longa odrzuciła więc to, na czym ortodoksyjne, a zwłaszcza protestancko - fundamentalistyczne, chrześcijaństwo się opierało i stawiało jako najważniejszy aspekt i podstawę religii chrystusowej.

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2

PRZEDPOLA EZOTERYKI I HAWAJSKA HUNA (2)

     Ćwiczenia Huny wykonywałem przez długi czas, z mniejszym lub większym – w zależności od  działki życiowej – efektem. Wszystko to było wciągające: pierwotna magia, pierwotna – jak się wtedy mi wydawało - nauka Jezusa w formie nieskażonej. Całość tylko w zależności od siebie i boskiej hierarchii, z którą jesteśmy jednym. Na dodatek bez żadnych astrologicznych i numerologicznych spekulacji, symboli i znaków magicznych, a tylko przy wykorzystaniu tego, co się ma – oddechu i wyobraźni. Huna dawała dużo więcej i w prostszej dla zrozumienia formie niż skomplikowane systemy religijno-filozoficzne. Wyjaśniała wiele aspektów, pozwoliła mi odkryć mechanizmy rządzące umysłem np. w jaki sposób dana tradycja religijna potrafi nałożyć na nas określoną pieczęć myślową. Dla przykładu wmówi się nam, że zwracając się do Boga powinniśmy klęczeć, upokarzać się, wysławiać się patetycznie, bo inaczej Pan się pogniewa i może nas ukarać. Takie mechanizmy nie zostają bez śladu w psychice i duszy człowieka. Człowiek łatwo wpada w poczucie winy i boi się kary. Przy pomocy praktyk systemu hawajskiego można było oczyścić wiele z tych naleciałości, łącznie z wyobrażeniami Pana Boga jako dziadziusia na chmurze, który wraz ze swoją świtą patrzy się na nas z góry i jest zadowolony bądź zły. W trakcie moich medytacji doszedłem do ciekawych odkryć: otóż nie odczułem żadnych różnic podczas wcześniejszych modlitw do Trójcy Świętej a modlitwą do Wyższego „Ja” poprzez podświadomość. Doszedłem więc intuicyjnie do wniosku, iż przez długi czas w ogóle nie zdawałem sobie sprawy – a wielu ludzi do tej pory o tym nie wie – że de facto modląc się do wyobrażonych postaci religijnych, modlimy się do samego siebie lub czegoś, co jest ściśle z nami związane, czyli tak jak w przytoczonym wcześniej fragmencie powieści. Odkryłem coś jeszcze w kwestii poczucia winy: pamiętałem dobrze czasy, kiedy żyjąc w poczuciu winy za dokonanie czegoś „obrzydliwego” Bogu spadały na mnie gromy. Dla przykładu nie łatwo było zapomnieć, jak się czułem i co mnie spotkało po tym, kiedy poszedłem do komunii bez spowiedzi, mając w pamięci lekcje religii, na których katechetka oświadczyła, iż przyjęcie ciała Pana Jezusa z grzechem ciężkim jest grzechem najcięższym z możliwych i trudniejszym do wybaczenia niż najbardziej krwawa zbrodnia. Wspomnienie tego popchnęło mnie w Hunie do dalszych praktyk: przy pomocy jej technik zdjąłem różne „religijne pieczęcie schematów”, łącznie z komunią święta, obrazami gniewnego Boga o ludzkich cechach itp. Efekt był zaskakujący – osobowość przestała  reagować jak wcześniej, nie dręczyło ją poczucie winy z powodu złamania religijnych schematów, można było zignorować ograniczone wyobrażenia ludzkie o Bogu, nie bać się słów drwin z wielu aspektów religii itd. A co więcej żadna kara za to już więcej nie spadła. Long wyjaśniłby zapewne to w ten sposób, iż niższe „Ja” uwalniając się od poczucia winy przestało przyciągać do człowieka sytuacje, które miały przybrać formę kary. 
     Oczywiście w tym wszystkim nie zapomniałem centralnego przesłania Huny o niekrzywdzeniu innych ludzi i stworzeń, i że wolność jednego kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Chodziło mi w tym wszystkim o usunięcie śmieci i więzów krępujących bez potrzeby moją osobowość - i to się po części udało. Nic natomiast nie popychało mnie w kierunku bycia bogiem dla innych; wiedziałem zresztą, że jest to nieprawidłowe i bez sensu, skoro wszyscy ludzie mają swego boga wewnętrznego, a zadaniem zbiorowości ludzkiej jest po prostu współżycie w Jednym Panu Bogu Zastępów Wyższych Jaźni. Warto zresztą dodać, że Huna nie zajmowała się Najwyższym Bogiem ani wysokimi hierarchiami boskimi, gdyż to miało należeć do wiedzy Wyższego „Ja”, które odwoływało się do wyższych istot tylko wtedy, kiedy nie mogło same zdziałać w pojedynkę nic.
     Po pewnym czasie praktykowania tej formy duchowości, kiedy efekty, zwłaszcza w sferze materialnej, okazały się połowiczne – w moim przypadku oczywiście, bo znałem również osoby, którym nadzwyczajnie Huna służyła – zacząłem zastanawiać się nad jednym: dlaczego jesteśmy stale zmuszani do ćwiczeń duchowo – koncentracyjnych? Czy tylko na tym polega ścieżka rozwoju ducha, że wysyłamy i energetyzujemy obrazy upragnionych stanów? Coś mi tu nie zgadzało, a na dodatek już wcześniej odnosiłem wrażenie, iż Long uprościł wiele kwestii np. sprowadzając prawie wszystkie wielkie tradycje duchowe do schematu Huny, łącznie z Nirwaną Buddy (!). Na domiar tego za bardzo nie potrafił wybrnąć z interpretacji tego fragmentu ewangelii, w którym Jezus mówi, iż Ojciec wie o wszystkim czego potrzebujemy, zanim go jeszcze poprosimy. Skoro wie, to po co mamy w kółko go prosić i kombinować z energetycznymi obrazami? Wątpliwość wzbudzała też uproszczona koncepcja nadświadomości w stosunku do innych systemów. Long utożsamił z jedną postacią Wyższą Jaźń, Anioła Stróża i Chrystusa wewnętrznego. Wszystko to wydało mi się  troszkę dziwne, tak więc różne niejasności i wątpliwości systemu hawajskiego popchnęły do powolnej rezygnacji z praktykowania Huny i rozpoczęcia dalszych poszukiwań. Nie chciałem jednak wylewać dziecka z kąpielą – i nawet dziś widzę, że było to słuszne posunięcie – tylko po prostu przyjąć postawę typu: co właściwe zachowaj, co niewłaściwe odrzuć i idź szukać dalej. Tak też uczyniłem i skierowałem się na dalszą drogę. Podróż ułatwiło mi zresztą przekonanie, iż rzeczywistość przy pomocy magii religijnej czy też okultystycznej nie zawsze należy naginać do własnych pragnień, bez względu na to, czy występujemy jako żądający, czy jako proszący. Pięknie tą kwestię omawia Fryderyk Nietzsche w słynnym poemacie „Tako rzecze Zaratustra”:

     „Jeśli odejmie się garbatemu garb, odejmie mu się jego ducha – tego uczy lud. A jeżeli odda się ślepcowi oczy, zobaczy zbyt wiele złych rzeczy na ziemi, iż przeklnie swego uzdrowiciela. Ten zaś, kto przywróci chód chromemu, wyrządzi mu najgorszą szkodę: ledwie bowiem chory nauczy się chodzić, poniosą go jego występki – tego uczy lud o kalekach. Dlaczegóżby Zaratustra nie miałby uczyć się od ludu skoro lud uczy się od Zaratustry?”

     Natomiast najpełniej wyraża to pewna taoistyczna przypowieść, którą w tłumaczeniu Katarzyny Gozdek-Michaelis („Rozwiń swój doskonały umysł”, Wydawnictwo J&BF, Warszawa 1997, s. 129) przytaczam poniżej:

     „W maleńkiej ubogiej wiosce żył sobie pewien gospodarz. Uważano go za bardzo bogatego, ponieważ miał konia, który służył mu do obrabiania pola i do transportu. Pewnego dnia koń się spłoszył i uciekł. Sąsiedzie przyszli do gospodarza z wyrazami współczucia, ale on skomentował to prostymi słowami: 'Być może'.
Po paru  dniach koń ów wrócił do gospodarza i przyprowadził ze sobą dwa dzikie konie. Sąsiedzi natychmiast pospieszyli z gratulacjami, ciesząc się wraz z gospodarzem z tak szczęśliwego obrotu rzeczy. Gospodarz skomentował te okrzyki radości krótkim: 'Być może'.
     Następnego dnia syn gospodarza chciał ujeździć jednego z dzikich koni. Koń strącił go z grzbietu i chłopak wylądował na ziemi ze złamaną nogą. Sąsiedzi pospieszyli natychmiast ze słowami ubolewania nad tym nieszczęściem, lecz gospodarz odrzekł jedynie: 'Być może'.
     Tydzień potem we wsi zjawiło się wojsko i wszyscy młodzi mężczyźni musieli się do niego zaciągnąć. Nie przyjęto jedynie syna gospodarza ze względu na złamaną nogę. Kiedy sąsiedzi przyszli do niego, mówiąc mu, jaki z niego szczęściarz, gospodarz skomentował to krótkim: 'Być może'.”

PRZEJDŹ DO: "W STRONĘ RÓŻANEGO KRZYŻA"

W STRONĘ RÓŻANEGO KRZYŻA (1)

     Stopniowe wycofywanie się z Huny zbiegło się w jakiś sposób z pewnym doniosłym dla mego życia wydarzeniem – spotkaniem ze starszym człowiekiem o wysoce rozwiniętych zdolnościach paranormalnych. Wcześniej zresztą miałem już do czynienia z dwoma „mistrzami”, ale czujne młodo oko pozwoliło obnażyć ich słabości i powstrzymać przed nadmiernym zachwytem (obaj później upadli dość nisko). Dzięki temu zacząłem głębiej penetrować sferę okultyzmu, na szczęście w stopniu dużo bardziej teoretycznym niż praktycznym. Ów bioenergoterapeuta, bo tym się głównie parał, pożyczył mi bardzo wiele książek ezoterycznych, które swobodnie mogły być czytane przez osoby wchodzące dopiero w świat tajemnej dziedziny. Znalazły się wśród nich np. różne dziełka teozofów, radiestetów, a nawet dość rozbudowany leksykon parapsychologii i okultyzmu. Lektura pochłaniała więc bardziej, zacząłem dowiadywać się coś więcej o innych ścieżkach duchowych, tak że nie wiedziałem od zbadania której należy zacząć. Nauczyciel poza tym stopował mnie, aby dziedzinę tą badać stopniowo i jako przykład podawał spożywanie ciasta małą łyżeczką w wielu ilościach. Sam był również wielbicielem Huny, co więcej uważał, że ona prawidłowo opisuje los człowieka w sferach pozaziemskich, lecz z szacunkiem odnosił się też do innych tradycji. Od niego dowiedziałem się coś niecoś o różokrzyżowcach, ale wieści te były mgliste i co ciekawe w kwestii praktycznej działalności adeptów różokrzyża miały wydźwięk negatywny (szczegóły wolałbym darować, bo nie wiem, na ile są prawdziwe).
     Zawsze lubiłem wchodzić tam, gdzie zakazywano, więc postanowiłem dowiedzieć się coś więcej na temat różanego krzyża. Zanim jednak doszło do zbadania ich literatury znalazłem odpowiedź na zagadnienie, które nurtowało mnie od dawna, zwłaszcza w okresie niedawnego parania się Huną. Czytałem wiele relacji na temat życia po śmierci – spotkania ze świętymi postaciami, doświadczaniem przez ludzi sprzecznych ze sobą wizji nieba, piekła, czyśćca itd. Zastanawiało mnie przede wszystkim to, dlaczego ludzie często widzą w stanach poza ciałem obrazy, które odpowiadają ich przekonaniom, np. Pana Jezusa przyjmującego z otwartymi ramionami, niebo pełne zastępów anielskich, harem islamski, piekło raz to pełne protestanckich heretyków, którzy odrzucili kult świętych, raz to pseudo-chrześcijan, którzy nie uwierzyli w zbawczą śmierć Chrystusa na krzyżu itp. Bardzo ciekawą, aczkolwiek z pewnością nie pionierską odpowiedź w książeczce pt. „Niektóre tajemne wiadomości z koła tybetańskich mistrzów” (wyd. Liberal, Warszawa 1992) autorstwa dr. Franza Hartmanna, nota bene zwanego przez Helenę Bławacką „nicponiem”, a przez innych kolegów „paskudnym Franzem”, największego oponenta Rudolfa Steinera. W tym dość krótkim i treściwym dziełku znalazłem dość przystępny wykład teozofii, ale tym, co najbardziej mnie zaciekawiło, był tzw. „Devachan”. Koncepcja ta, wywodząca się z nauk Wschodu, w bardzo ciekawy sposób wyjaśniała te sprzeczności w relacjach rozmaitych mistyków i wizjonerów. Według niej obrazy doświadczane przez człowieka po śmierci nie są związane z konkretnym miejscem fizycznym, lecz stanem świadomości. Często ów stan wynika z tego, w co w dużej mierze wierzyliśmy i co kształtowało nasz pogląd za życia. Wielką rolę odgrywały więc poglądy i wyobrażenia różnych doktryn religijnych i filozoficznych, jak również osobiste dążenia. Wynikało z tego, że jeśli ktoś święcie wierzył, że po śmierci spotka się z Jezusem i będzie przebywał u jego stóp w raju, to tego typu obraz będzie przez długi czas doświadczał po śmierci, będąc przekonanym, że jest to faktycznie prawdziwa rzeczywistość. Analogicznie mogło być w przypadku islamskiego nieba, wyobrażeń o piekle i wielu różnych zaprogramowanych doświadczeń. Tą problematykę w piękny sposób omawia jeden z bohaterów „Zielonej Twarzy” Gustawa Meyrinka, szewc Swammerdam w rozmowie z baronem Pfeillem:

     „- Sprawa raju jest obosiecznym mieczem. Można niejednego nieuleczalnie zranić, gdy mu się powie, że tam są tylko obrazy.
     - Obrazy? Jak pan to rozumie?
     - Wytłumaczę to panu na przykładzie. Moja żona – pan wie, że przed laty umarła – nieskończenie mnie kochała – i ja ją; teraz jest „tam” i marzy, że jestem przy niej. Że ja w rzeczywistości przy niej nie jestem, tylko mój obraz, tego ona nie wie; gdyby wiedziała, raj byłby piekłem. Każdy umierający, przechodzący na tamtą stronę, znajduje tam obrazy tych, za którymi tęskni, i uważa je za rzeczywistość – także obrazy rzeczy, do których sercem przylgnął – wskazał na rzędy książek w szafce bibliotecznej.
     - Moja żona wierzyła w Matkę Boską. Teraz jest „tam” w jej ramionach. Szerzyciele oświaty, którzy chcą oderwać masy od religii, nie wiedzą, co czynią. Prawda jest tylko dla niewielu wybranych i powinna dla wielkiej masy pozostać tajemnicą: kto ją tylko w połowie poznał, ten gdy umiera, przechodzi w jakiś bezbarwny raj. Tęsknotą Klinkhenborgka na ziemi było: ujrzeć Boga; teraz jest tam i ogląda „Boga”. Był człowiekiem bez wiedzy i wykształcenia, a jednak z ust jego wychodziły słowa prawdy, wytworzone w spalaniu się pragnieniem Boga – tylko litościwy los nie odkrył mu nigdy ich wewnętrznego sensu.”
(s. 317-318)

     Trudno oczywiście było stwierdzić, czy całe złudne niebo było produktem ludzkiej osobowości, która istniała po śmierci, czy też człowiek jednak trafiał w sfery, do których go ciągnęło. Bardzo ciekawe doświadczenia duchowe opisywał także jasnowidz-teozof Charles W. Leadbeater, nota bene pedofil. Relacjonował on jak penetrując różne światy mógł w każdej chwili wkroczyć do katolickiego, protestanckiego, muzułmańskiego czy innego nieba, bądź też różnych rodzajów piekieł. Nie były to oczywiście miejsca „ostateczne”, lecz swego rodzaju twory powstałe i utrzymujące się z energii pochodzącej z wierzeń ludzi. Wracając Hartmanna należy bynajmniej dodać, iż jego rozważania nie ograniczały się tylko do kwestii religijnych, lecz dotykały również marzeń i dążeń ludzkich – tych zrealizowanych i niezrealizowanych. I dla przykładu teozof twierdził, że osoba, której jedyną pasją za życia było bogacenie, po śmierci oddana będzie temu samemu, a naukowiec, który badał dziedzinę, po śmierci mógł przebywać w miejscu, w którym mógł znaleźć wiele odpowiedzi na swoje pytania. To, o czym wspominali obaj teozofowie nie dało się w żaden sposób oczywiście udowodnić naukowo, a co więcej gdyby próbować to robić, przybrałoby to formę pseudonauki. Niemniej wszystko to naprawdę dawało do myślenia i na powstałe wątpliwości odmiennych doświadczeń dawało odpowiedź dość precyzyjną i logiczną, aczkolwiek mocno godzącą w religię i jej wymysły.
     Obok tych rozważań starałem się dociekać dziedziny, które już wcześniej nasuwały mi skojarzenie z hawajską Huną, która – jak widać – odcisnęła na mnie silne piętno. Słyszałem coś niecoś o Jungu już wcześniej, o koncepcjach energii psychicznych, libido, doświadczeniach na pacjentach związanych z symbolami, na bazie których szwajcarski psychiatra zbudował ciekawą teorię świadomości i nieświadomości zbiorowej. Przeczytałem wszak jego rozważania ogólnie z książki Jolande Jacobi (Psychologia C.G. Junga). Nie chodziło mi zresztą, aby przywiązywać się do kolejnego schematu, ale by poznać go dla własnych rozważań. Otarłem i doświadczyłem też na własnej skórze metody Jose Silvy, której praktyki w wielu punktach przypominały ćwiczenia Huny, tyle że ubrane były w nieco inne słownictwo, by w ten sposób mogły okazać się strawne również dla osób duchownych. Robiłem te ćwiczenia, ale w pewnym momencie wywołały u mnie rzecz dziwną – niespodziewany napad kilku miesięcy bezsenności, które zbiegły się na dodatek z okresem bezrobocia. Po tym wszystkim zrezygnowałem z praktyk Silvy, ale zachowując poprzednią postawę nie chciałem krytykować tego wariantu ścieżki kontroli umysłu, ponieważ nie miałem pewności, czy robiłem wszystkie te ćwiczenia poprawnie i czy nie dotknąłem zbyt wcześniej jakiejś, dość wrażliwej sfery mej psychiki i duchowości. Zresztą znałem osoby, którym metoda ta odmieniła w pozytywny sposób życie, choć słyszałem też o przypadkach chorób psychicznych. Wydawało mi się po prostu, że co służy jednemu, nie musi służyć drugiemu. Z taką myślą porzuciłem ostatecznie Silvę...

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2

W STRONĘ RÓŻANEGO KRZYŻA (2)

     Dość sporym przełomem było zainteresowanie się ideami różkorzyżowymi, o których co prawda wiedziałem niewiele, ale słyszałem, iż to bardzo ciekawa forma głębszej interpretacji chrześcijaństwa. Ja zresztą, podobnie jak kiedyś Jan Witold Suliga, nie chciałem za wszelką cenę zrywać z religią chrześcijańską, lecz dotrzeć do jej sedna przy pomocy innych systemów duchowych. Stąd też nie uległem modnym pokusom przejścia na buddyzm. W bibliotece uniwersyteckiej czekały już na mnie „Różokrzyżowcy” Paula Sedira (opracowanie polskie Jerzy Prokopiuk, wyd. Pegaz 1994) oraz „Światopogląd Różokrzyżowców” Maxa Heindla (wyd. Pegaz 1993). Pierwsza była w treści mniej zawiła od drugiej, poza tym kończyła się cudownym stwierdzeniem, które tak bardzo przypadało do serca:

     „Zresztą my, którzy jesteśmy na zewnątrz, nie możemy sądzić o wnętrzu świątyni, ani o Bogach, jakich się tam czci. I dlatego powinniśmy być wierni temu jedynemu Bogu, którego prawdziwą świątynią jest nasze serce; dlatego też musimy to serce oczyszczać. Taki jest klucz do wszystkich sanktuariów, tajne hasło wszystkich misteriów, rozwiązanie wszystkich zagadek. Jeżeli wola jest zła, to i myśli i słowa są złe; jeżeli jest ona święta – wszystko się przez nią uświęca.
     Skoro tylko raz dojdziemy do tego stanu, stajemy się godni wszystkich stanowisk i zdolni do wszystkich funkcji. Opatrzność uczyni z nas kapłanów, kupców, książąt, różokrzyżowców; wszystko jedno, jakąkolwiek pracę nam powierzy, poprowadzimy ją od tej chwili ku dobremu, jako cierpliwi oracze, jako odważni żołnierze.”
(s. 164)

     Książka Duńczyka Carla Louisa von Grashoffa, występującego pod pseudonimem Max Heindel, również była interesująca, ale trudna w odbiorze. Zawierała zresztą wykład w praktyce teozoficzny, i to w dużej mierze w wersji Steinera, na którego wykłady Heindel uczęszczał pilnie. Co więcej tylko w pierwszym wydaniu książki napisał dla swego nauczyciela dziękczynienia pisemne, a późniejsze egzemplarze były już tego pozbawione. Nie mniejszym paradoksem  było to, że idee Steinera wyłożone przez Heindla wróciły do Niemiec za sprawą ucznia Franza Hartmanna, Hugona Volratha – awanturnika i szarlatana, którego Rudolf Steiner usunął kiedyś z towarzystwa teozoficznego. Oczywiście te szczegóły w żaden sposób mnie nie zniechęciły, bo liczyła się dla mnie treść, a nie historyczna otoczka wokół tworzenia dziełka. Zresztą wizja religii – ezoteryczne chrześcijaństwo przyszłości – spodobała mi się bardzo, zwłaszcza że rozważania szły znacznie głębiej, ocierając się m.in. o wspomniany wyżej Devachan i inne ciekawe aspekty kosmologii i koncepcji Boga. Poza tym różokrzyż nie epatował w przeciwieństwie do chrześcijańskiego fundamentalizmu wizjami ognia piekielnego. Na racjonalny język przekładał wiele kwestii ezoterycznych związanych m.in. z niebem i piekłem, co więcej doceniał i czerpał inspirację z różnych ścieżek duchowych świata. Ciekawostką jest fakt, że Heindel podkreślał odrębność swojego bractwa od XVII w. Różanego Krzyża Andrae'ego. Co więcej w jakimś miejscu stwierdził dumnie, iż jego książka jest pierwszą prawdziwą o charakterze różokrzyżowym, a pozostałe wcześniejsze publikacje to dzieła zdrajców oraz szarlatanów. Różokrzyżowcy – o czym przeczytałem w wywiadzie z jednym z ich polskich przywódców w „Nie z tej Ziemi” -  prowadzą kursy korespondencyjne, więc odnajdując na końcu książki adres do korespondencji prędko postarałem się o telefon do tejże osoby i zadzwoniłem. Rozmowa była długa i interesująca, obejmowała wiele aspektów religijno-ezoterycznych. Miałem okazję się dowiedzieć, iż starsza pani, z którą rozmawiałem po rozpadzie polskiej grupy „heindlowców” przeszła do Lectorium Rosicrucianum i gorąco zachęcała mnie do wstąpienia w szeregi tej wspólnoty mówiąc, iż dzieją się tam „cuda, o jakich nie śniło się filozofom” (jak się okazuje, że to w praktyce częsty cytat służący do werbunku). Ostrzegała mnie też przed wieloma zakonami różokrzyża pokroju AMORC, ponieważ bazują one na magii i okultyzmie, i z pewnością nie wiodą do uwolnienia. To samo stwierdził później, nie bez racji zresztą, jeden z innych przywódców Szkoły Złotego Różokrzyża L.R., dodając iż te organizacje okultystyczne nie prowadzą swoich  adeptów  wyżej niż do świata astralnego; i to za cenę wielu wyrzeczeń...
     Nota bene dodam, że miałem możliwość w kilka lat później zapoznać się z materiałami AMORC-a obejmującymi wykłady i kursy do 4 stopnia wtajemniczenia (podobno na najwyższych – od 10 do 12 - szczeblach naukę uzyskuje się na planie astralnym i w formie ustnej!). Materiały te, jak oświadcza ów zakon, są tylko wypożyczane członkowi do domu na czas jego przynależności do organizacji. Nikt inny nie ma do nich prawa dostępu, lecz mi się udało dotrzeć do nich dzięki kontaktowi z osobą, która bynajmniej nie miała zamiaru nakazu „mistrzów” przestrzegać. Po ich lekturze doszedłem do wniosku, iż jest to wiedza, którą można uzyskać na różnych kursach New Age związanych z kontrolą umysłu, podróżami astralnymi, bioenergoterapią i magnetyzmem. Prawie wszystko z tego mogłem dowiedzieć się od Huny hawajskiej, i bez tych cudownych otoczek, które serwowali za niemałe pieniądze swoim studentom „nauczyciele” z San Jose (siedziba AMORC). Otoczki te przejawiały się w cudactwach z tworzeniem magicznych pomieszczeń, luster ze świeczkami, sporządzaniem podestów, papierowych węgielnic i cyrkli, zakładaniem fartuszka, paleniem kadzideł, wpatrywaniem się w lustro i intonowaniem formuł. Wszystko to zresztą nie powinno dziwić, skoro twórca AMORC, Harvey Spencer Lewis, otrzymał patent od szefa Ordo Templi Orientis oraz masonerii egipskiej Memphis-Misraim – Theodora Reussa, i od tych zrzeszeń w dużej mierze czerpał symbolikę. Pomijając już fakt, iż swego czasu był jednym z uczniów Aleistera Crowleya, a na jednym zdjęciu młody Imperator Różokrzyża (tak się Spencer tytułował) wygląda bardzo podobnie do swego nauczyciela. Dla mnie najśmieszniejsze było to, iż AMORC na każdym kroku podkreślał, iż nie ma z magią nic wspólnego ani też praktyk magicznych nie popiera, a tymczasem całokształt jego nauk zalatuje magią – i to nierzadko rytualną – na kilometr. Co więcej inicjacje na poszczególne stopnie można było przeprowadzać samemu w domu, a na pomoc – w czym szkoła ta się nie kryła – wzywało się niewidzialnego mistrza AMORCa, którego dosłownie określano mianem „silnego eggregore'a” (sic!).

PRZEJDŹ DO: "U BRAM LECTORIUM ROSICRUCIANUM"

U BRAM LECTORIUM ROSICRUCIANUM

 Wracając do tematu: słowa starszej pani zainspirowały mnie do tego stopnia, iż postanowiłem nawiązać z jej organizacją kontakt listowny, by dowiedzieć się coś więcej. Pierwsza wymiana korespondencji była ciekawa, dołączone broszurki również. Wśród ofert szkoły była możliwość odbycia bezpłatnego i niezobowiązującego korespondencyjnego kursu wstępnego, który syntetycznie wyjaśniał podstawy nauk L.R. Postanowiłem skorzystać z tej możliwości i widzę, że była to decyzja słuszna. Kontakt z literaturą szkoły bardzo zmienił mój sposób patrzenia na ezoteryzm i na to, co do tej pory się z rozmaitych tradycji nauczyłem. To była rzeczywista alternatywa zarówno wobec tradycyjnej duchowości religijnej, jak i wobec szeroko pojętego okultyzmu. Literatura Lectorium dzieliła rzeczywistość na dwa przeciwstawne sobie światy – świat pierwotnej jedności i harmonii oraz dialektyczny świat odbić. Centralne miejsce zajmowała gnoza pojmowana jako całkowite ogarnięcie pierwotnej wiedzy i powrót do świata jedności. Zasadnicza różnica z innymi poglądami ezoterycznymi sprowadzała się do tego, iż w żadnym razie sfery eteryczne, astralne, mentalne i wyższe nie były tu zaliczane do boskich, zaś poznawanie ich na drodze okultystycznej główny przywódca szkoły różokrzyża, Jan van Rijckenborgh, uważał za szkodliwe i nie dające prawdziwego uwolnienia. Na tym tle w L.R. rozróżniano gnozę prawdziwą oraz gnozę fałszywą – ta pierwsza, proponowana przez Lectorium, polegała na wspomnianym powrocie do świata jedności, a ta druga na niekończącym się zagłębianiu w eksplorację strefy odbić, czyli sfery ziemskiej, astralnej itd., jak również wiązanie się z tradycyjną religijnością i adorowaniem określonych bóstw pokroju Jezusa, Matki Boskiej. Zresztą uwypuklono pewną zasadniczą kwestię, która bardzo często zostawał pomijana w literaturze mistycznej i ezoterycznej. Przywódcy szkoły omówili problem eggregore'ów czyli tzw. myślokształtów. Czytałem już coś niecoś o tym w literaturze teozoficznej, ale tam koncentrowano się przede wszystkim na małych myślokształtach tworzonych przez ludzi, które przebywają potem wokół swoich twórców, czerpią od nich energię, uzależniają od siebie, pełnią zarówno pozytywną jak i destruktywną wobec nich rolę. Rijckenborgh twierdził, iż myślokształty przejawiają się także na skalę szerszą, a dobrym przykładem są manifestujące się tu i ówdzie „bóstwa” rozmaitych religii. Według szkoły L.R. niewidzialna „atmosfera” otaczająca ziemię naładowana jest wyobrażeniami Trójcy Świętej czy też rozmaitych Bogów tradycji mono- i politeistycznych. Wyobrażenia te stopniowo przyjęły formę żywych tworów, a energię żywotną czerpały i czerpią od ludzi, którzy czczą je. Eggregore'y te – jak dowiedzieć się można z literatury szkoły – powiązane są ściśle ze strefą odbić; ludzkości przedstawiają się jako prawdziwe Bóstwa, wzniesieni kosmiczni mistrzowie, światli przewodnicy itp. W szkole wskazywano na tradycyjnie pojmowaną modlitwę jako niebezpieczeństwo, ponieważ odprawiający modły łączą się poprzez to z eggreogre'm i strefą odbić. Mimo najlepszej intencji nie zdają sobie sprawy, iż nie prowadzi ich to do uwolnienia, lecz do utwierdzenia więzów. Dla szkoły modlitwa jest swego rodzaju postawą neutralizacji i bezruchu, bezsłownym kontaktem z Nieznanym Bogiem-Pustką.
     Nowością była też zupełnie inna koncepcja człowieka jako mikrokosmosu. Reinkarnacja nie była traktowana jako kołowrót wcieleń duszy, ale jako inkarnacja całego mikrokosmosu ludzkiego, którego zawartość po części się zmienia, o czym zresztą jeszcze wspomnę. Poza tym istniały zasadnicze różnice między systemem tego holenderskiego odłamu różokrzyżowców a mnogością tradycji mistyczno-okultystycznych. Dajmy na to w Hunie wyższe „Ja” traktowane było jako coś wspaniałego i boskiego, ba wręcz chrystusowego; w innych systemach rozróżnienia były bardzie wyraziste, ale generalnie rzecz sprowadzała się do tego samego: wyższe „Ja” zwane niekiedy strażnikiem progu było określane jako coś pierwotnego, boskiego, co ma za zadanie przemienić całą istotę ludzką. W Lectorium rzecz ma się inaczej: wyższe „Ja” nie ma nic wspólnego z pierwotnym boskim człowiekiem, lecz jest integralną częścią upadłego mikrokosmosu, która robi wszystko, aby stan upadłości podtrzymać. Jest to, jak twierdzi szkoła, negatywna istota auryczna, twardy szafarz ludzkiego karmana, wielki zwodziciel, który łudzi człowieka różnymi obietnicami, aby wydobyć jak najwięcej energii. W szkole utożsamia się go z tym, któremu Jezus na pustyni powiedział: „Idź precz!”. Na tym tle podkreśla się, że duch boski jest czymś zupełnie innym od wyższego „Ja” odrębnym i że to w nim zawiera się pierwotny świat boskiej jedności. Dlatego też wysiłki szkoły zmierzają ku temu, aby usunąć wszelkie zapory blokujące ten duchowy praatom Chrystusa, rozbudzić go i pozwolić przemienić osobowość, a przez to odbudować pierwotny mikrokosmos. Taka przemiana utożsamiana jest z prawdziwą alchemią, jednakże Rijckenborgh w swoich wykładach podkreśla, aby nie utożsamiać tego z alchemią okultystyczną związaną ze strefą odbić, gdyż – jak twierdzi – proponowana przez szkołę droga nie ma nic z tym wspólnego. Chrystus-Logos więc działa poprzez praatom-Ducha, a nie przez podszywające się poprzez boskiego ducha wyższe „Ja”.
     W dalszych rozważaniach szkoły mowa jest jeszcze o iluzjach związanych ze spirytualizmem i spirytyzmem; o kontaktach z pseudo-duchami ludzkimi, które często są tworami ludzkich energii i manifestują się w określonej formie podczas różnych seansów wywoływania duchów; o tym, że życie po śmierci nie ma nic wspólnego z życiem wiecznym; o wegetarianizmie jako mniejszym złu. Zaakcentowano też zasadniczą kwestię, która mi wydała się mocno podejrzana – duchowość wspólnotową. Szkoła operowała pojęciami typu „magnetyczne pole siły”, „boskie promieniowanie gnostyczne”, objawienie Logosu itp. I tu pojawił się haczyk, ponieważ zasadniczo twierdzono, że bez pośrednictwa szkoły przemiana czy transfiguracja – nie powiedzie się i konieczny jest udział w aktywnościach szkoły, ponieważ tylko tam przejawia się boska siła. Dodawano, że konieczne jest oddanie swej indywidualności duchowej wspólnocie, gdyż tylko grupa powoduje utrzymanie tej energii, a człowiek w pojedynkę niewiele zdziała. Na dodatek język w kursach momentami zdawał się być nadto apokaliptyczny i nierzadko serwował czytelnikowi czarną wizję rzeczywistości, w której straszono, że wszędzie czyhają demony itp. Wszystko to dało mi wiele do myślenia. Wiele nauk L.R. przyjąłem ze zrozumieniem, ale część była troszkę podejrzana, gdyż jak w przypadku rzeczonego „oddawania swej indywidualności grupie” albo „budowania grupy, która stałaby się światłem dla cierpiącej ludzkości” bardzo łatwo dostrzec groźbę sekciarstwa. Poza tym Rijckenborgh często upraszczał sprawę stawiając w jednym rzędzie katarów, Sokratesa, druidów czy esseńczyków, zapominając, że zwłaszcza dwa ostatnie ugrupowania nie stroniły od stricte magiczno – okultystycznych praktyk, a jego wyjaśnienia tej sprzeczności „niezrozumieniem z zewnątrz” nie wydawały się zbyt przekonujące.
     Mimo że perspektywa prawdziwego wtajemniczenia była kusząca, postanowiłem poprzestać na kursie i zgodnie z wcześniejszą postawą przyjąć co wydaje się właściwe, a zdystansować się od tego, co niewłaściwe. Żeby poddać dość oryginalne poglądy szkoły weryfikacji i racjonalizacji postanowiłem zbadać jeszcze inne dziedziny duchowe. Następnym krokiem okazała się dużo bardziej pogodna antropozofia Rudolfa Steinera. W przyszłości wielokrotnie jednak wracałem do myśli Lectorium dla porównania, zrobiłem to też ostatnio po przeczytaniu artykułu Jana Witolda Suligi - „Syndrom Duchowego Uzależnienia”. O nasuwających się wnioskach wspomnę w dalszej części tekstu.

PRZEJDŹ DO: "ANTHROPOS"

ANTHROPOS

      Dystans wobec Lectorium Rosicrucianum nie zahamował dalszych poszukiwań. Zasadniczo następnym etapem była antropozofia, choć po drodze zahaczałem w celach badawczych o różnorodne ścieżki, o czym jeszcze wspomnę. Antropozofia to system ezoteryczny kojarzony z austriackim ezoterykiem Rudolfem Steinerem. Trudno opisać ten system w kilku, a nawet kilkudziesięciu zdaniach, bowiem jest on tak bardzo złożony i obejmuje działalność w całym szeregu dziedzin. Sam Steiner przeszedł kilka etapów: filozoficzny (Goethe, Fichte), teozoficzno-różokrzyżowy (czas przywództwa sekcji teozofów w Niemczech, inicjacja od rzekomo prawdziwego różokrzyżowca, prowadzenie loży wolnomularskiej rytu egipskiego itp.) oraz antropozoficzny (zerwanie z zasadniczą koncepcją filozofii, a także większe schrystianizowanie akceptowanych przez niego wątków, różnorodne koncepcje społeczne, ekonomiczne oraz pedagogiczne, obok ezoterycznych). System inicjacji antropozoficznej także nie jest łatwy do przedstawienia i bynajmniej nie mam takiej ambicji, by robić to w tym miejscu. Krótko można powiedzieć, iż z początku Steiner podzielił drogę duchową na trzy zasadnicze etapy: przygotowanie, oświecenie i wtajemniczenie. Zasadniczym zwieńczeniem tej ścieżki jest uzyskanie wysokich zdolności jasnowidzenia oraz osobowości zbliżonej do anielskiej. Człowiek staje się prawdziwym pomocnikiem Chrystusa w jego odkupieńczym dziele dla ludzkości i ziemi. System i metody wtajemniczenia zmieniały się nieco w zależności od etapu życia Steinera. Z początku wiele z nich przypominało metody wschodniej jogi, aczkolwiek sam Steiner był bardzo wobec jogi zdystansowany; z czasem zaczęło tam przybywać coraz więcej elementów związanych z chrześcijańską mistyką i gnozą. Steiner – jak twierdził – badał kronikę Akaszy, poszukiwał tam pradawnych dziejów ludzkości, związanych m.in. z Lemurią i Atlantydą, dziejami Jezusa i wczesnego chrześcijaństwa, badał prawidłowości rządzące dziejami ludzi oraz zmienność ścieżek wtajemniczenia na przestrzeni epok. Jego zdaniem dawne metody inicjacyjne związane z rytami misteryjnymi nie są już właściwe we współczesnych czasach, dlatego też m.in. zerwał z okultystyczną masonerią i zamknął kierowaną przez siebie lożę „Mysteria Mistica Aeterna”. W istocie zaproponował coś w rodzaju projektu alternatywnej cywilizacji, w której nacisk kładziono na różne aspekty życia jednostki i zbiorowości – wtajemniczenie, nowe zasady ustroju społeczno - politycznego, bankowości, rolnictwa biodynamicznego (opracował kalendarz księżycowy) pedagogiki nastawioną na rozpoznanie i rozwój zdolności poszczególnego człowieka.
     Całość zagadnień jest naprawdę szeroka. Skupiłbym się na sposobie doskonalenia duchowego proponowanego przez antropozofię. Jego podstawę stanowi medytacja studium, która nie odwołuje się bezpośrednio do ezoteryki, co więcej wydaje się być od niej niezależna. Dalej idą już ćwiczenia medytacyjne i koncentracyjne (imaginacja, inspiracja, intuicja), przeżycie związku mikrokosmosu z makrokosmosem, spotkania z mniejszym i większym strażnikiem progu. Na szczycie Steiner podaje najwyższy stopnień, który nie da się opisać słowami. Określa go mianem „wiecznej szczęśliwości w Bogu”. Chciałbym jednak zaznaczyć jedną ważną rzecz: Steiner był przeciwnikiem sztywnego trzymania się podanych przez niego reguł; namawiał do tworzenia własnych światopoglądów i systemów, głębokiego podejścia do sprawy i starannej weryfikacji. Niestety w interpretacji jego nauk górę wzięły dwa przeciwstawne trendy. Pierwszy – pozytywny przejmuje wszystko, co austriacki ezoteryk powiedział, z euforią i zaznacza się traktowaniem Steinera jako swego rodzaju proroka. Drugi – negatywny, który polega na przedstawianiu R.S. w negatywnym świetle, wyrywaniu z kontekstu jego słów, przypisywaniu mu kłamliwych poglądów, jak również głoszeniu bzdur nt. jego biografii (np. członkostwo wraz z Hitlerem w zakonie runicznym Guida von Lista). Rzadko kiedy zdarzały się opcje wypośrodkowane; takową próbował reprezentować Robert Maria Walter, o którym jeszcze będzie mowa. W antropozofii ważną rolę zajmuje demonozofia, która, inspirowana naukami persko-orientalnymi, stanowi ciekawą postać demonologii. Jest to oczywiście inna demonologia od tej, którą znamy z doktryn ortodoksyjnych religii monoteizmu. Jak widać zainspirowała nawet Jana Witolda Suligę, skoro w swoim tekście operuje w dużej mierze pojęciami z zakresu steinerowskiej demonozofii. Nie o tym chciałem jednak pisać.
     Warto byłoby porównać system Rudolfa Steinera i Jana van Rijckenborgha. Ten ostatni podobno nazwać miał antropozofię wtajemniczeniem w strefę odbić. I faktycznie – u Steinera eksploracja coraz wyższych światów zajmuje rolę niezwykle istotną. Również mowa jest tam o spotkaniach ze strażnikami progów, z którymi w późniejszym czasie adept powinien się zjednoczyć. Dla Rijckenborgha jest to nie do pomyślenia, gdyż strażnicy są istotami ściśle związanymi ze światem odbić i są przeciwnikami na drodze do uwolnienia. L.R. przejęło jednak w dużej mierze aparat pojęciowy antropozofii oraz teozofii, ale traktowało te nauki jako swoiste przedpole dla prawdziwej szkoły wtajemniczeń i wiedza ta bardziej służyła im do opisu ponadziemskiej rzeczywistości niż sposobu na duchowe doskonalenie. Z drugiej strony dodać trzeba, że Rijckenborgh niejako wyrósł ze Steinera, ponieważ przed wojną prowadził holenderską gałąź Rosicrucian Fellowship Maxa Heindla, którego nauki, o czym pisałem wcześniej, stanowią w dużej mierze kalkę wykładów Rudolfa Steinera z czasów jego działalności teozoficznej. Jakkolwiek rzecz się ma drogi antropozofii i różokrzyża L.R. w pewnym punkcie rozchodzą się całkowicie. Kto wie zresztą, czy zgodnie ze swoją demonozofią Steiner nie nazwałby systemu L.R. mianem ścieżki lucyferycznej. Aczkolwiek Rijckenborgh z pewnością broniłby się przed tym zarzutem, że skoro Lucyfer wedle antropozofii kieruje do świata astralnego, to droga Lectorium nie ma z tym nic wspólnego, ponieważ traktuje światy ponadfizyczne jako ilzuję i strefę odbić. Tak czy owak demonologia Rijckenborgha jest dużo bardziej uproszczona w stosunku do antropozoficznej.
     Dodaję, że nie jestem wielkim znawcą antropozofii i nie studiowałem jej dogłębnie, ale po przestudiowaniu jej wstępu i ogólnego zarysu doszedłem do wniosku, że w sferze inicjacyjnej – bo o tej, nie o pozostałych, jest mowa w tym wywodzie – najpiękniejsza pozostaje dla mnie medytacja podstawowa „studium”, o której już wspomniałem. Ma ona kilka ćwiczeń, ale mogą być one przydatne praktycznie w każdej sferze i nawet bez odniesienia do wszelkiej ezoteryki. Chodzi w niej o: 1) jasne myślenie (staranna weryfikacja myśli, szukanie mądrości w myślach nad rzeczami prostymi); 2) wola (konsekwentne wykonywanie ćwiczenia, które zwykle nie robilibyśmy; 3) Dystans i wewnętrzny spokój (nieuleganie euforii, smutkowi, przyjemnościom i cierpienia, uważne przyglądanie się nim itp.); 4) Pozytywność (odnajdywanie pozytywnego w każdym wydarzeniu, doktrynie, człowieku itd.); 5) Otwartość (nie stawianie sobie schematycznych zapór, lecz rzetelne badanie i odnoszenie się do każdej nowości, nawet jeśli pozornie wydaje się nam niemożliwa). Wiem na własnym przykładzie, ile obfitych owoców może przynieść prawidłowe i sumienne wykonywanie tych ćwiczeń.

PRZEJDŹ DO: "WYTYCZANIE SZLAKÓW"

czwartek, 15 lutego 2007
PSYCHOAIDS NEWAGIS

Nazwa jednostki chorobowej: choroba ezoteryczna
Nazwa łacińska: psychoaids newagis

Etiologia: kursy Astronumerologii Prostej i Pochyłej, Cudownego Wyzdrowienia w Weekend, Wyjątkowo Ezoterycznego Wróżenia Właściwe z Czegokolwiek, etc.

Zaraźliwość: wysoka. Pacjent zarażony szybko infekuje inne osoby ze swego najbliższego otoczenia. Z szybkością epidemii choroba rozprzestrzenia się przez łącza internetowe

Objawy: wyróżnia się dwie kategorie objawowe, związane z typologią psychologiczną pacjentów.
- Typ A (choroba ezoteryczna sprawcza) daje objawy niczym nieuzasadnionego poczucia mocy sprawczej pacjenta. Pojawia się przekonanie, że w wyniku poznania pewnych technik pracy z umysłem i/lub energiami subtelnymi pacjent dysponuje kluczem do dowolnej manipulacji światem, którego to klucza nie mają zwykli śmiertelnicy. Nieleczona choroba ezoteryczna typu A przeważnie doprowadza do całkowitej zatraty kontaktu pacjenta z realnością i kompulsywnego stosowania poznanych technik umysłowych do rozwiązywaia wszelkich problemów życiowych. U osób ze swej natury silnie materialistycznych  częsty jest syndrom "rąk, które liczą" (pobieranie niczym nieuzasadnionych wysokich opłat za wątpliwej jakości uzdrawianie z istniejących i nieistniejących chorób)
- Typ B (choroba ezoteryczna przeznaczeniowa) daje objawy zabobonnego lęku przed potęgą bliżej nieznanych sił (zazwyczaj pacjenci wskazują symbole wróżebne, rzadziej prymitywne byty duchowe - elementale). W bardziej zawansowanych stadiach przebiegu choroby ezoterycznej typu B pacjenci bez końca rozważają znaczenie jakiegoś symbolu w ich własnych wyroczniach, symbolem tym tłumacząc wszelkie zdarzenia swego życia.

Choroba ma naturę cyklotymiczną; faza sprawcza i przeznaczeniowa mogą następować po sobie.

Terapia: w obu typach podobna. W fazie wstępnej rozwoju choroby zazwyczaj wystarczy odizolowanie pacjenta od czynnika chorobotwórczego. W fazie bardziej zaawansowanej niezbędne jest leczenie psychologiczne i/lub psychiatryczne, zależnie od natężenia objawów. W fazie bardzo zaawansowanej rokowanie jest złe lub wręcz beznadziejne - można tylko izolować chorą jednostkę od otoczenia, aby nie rozprzestrzeniać zarazy.

oprac.
Herr Doktor Vladymir Silberthal
Privatedozent der Astrologie-Hohschule
im Stadt Bresslau

-----------------------------------------------------------------------------

Szanowny Herr Doktor Vladymir Silberthal
Privatedozent der Astrologie-Hohschule
im Stadt Bresslau

W imieniu CTUD-u uprzejmie dziękuję Panu za nadesłanie powyższego rozpozania nadmienionej w Pana piśmie jednostki chorobowej, która stanowi lżejszą, acz bardziej dokuczliwą, tak dla cierpiących na nią, jak i dla ich otoczenia, formę rozpowszechnionego nie tylko we wspomnianych przez Pana Privatedozenta środowiskach,  Syndromu Duchowego Uzależnienia ( SDU ).

Z wyrazami szacunku,

Mr dr JWS. Suljan

jedyny i rzeczywisty dyrektor
Centrum Terapii Uzależnień Duchowych

                                                                                 

czwartek, 31 sierpnia 2006
ONI PRZYCHODZĄ "Z POZA" (1)

 Poniżej próba nakreślenia kilku odniesień kulturowych w zakresie "dość interesującej" opowieści. Co ciekawe bardzo podobne treści można spotkać w wielu źródłach ; ciekawa jest też mała obecność tej tematyki w "głównym nurcie społecznego poznania". Wyjątkiem jest literatura sci-fi i filmy w rodzaju "matrix".

Opowieść ma kilka punktów charakterystycznych:

- Człowiek jako pożywienie dla innych istot.

- Te „inne” istoty są "z poza".

Warto wniknąć w szczegóły: pochodzenie "z poza" kontrastuje z pochodzeniem bytów z jakimi najczęściej można spotkać się w psy-eksploracji (choć jak jest naprawdę – nie wiem: być może tych „z poza” jest tam więcej niż powszechnie się sądzi).

Generalnie to co spotykamy przy psy-eksploracji to w pierwszej kolejności wytwory konkretnego człowieka – jego nieświadomość. Gdy wejdziemy głębiej mamy do czynienia z hierarchicznym reżimem nieświadomości zbiorowej (poziom transpersonalny). Wydaje się, że całość (duża część ?) nieświadomości zbiorowej jest efektem ludzkiej kultury – przed zaistnieniem Człowieka była to przestrzeń pusta i dopiero cywilizacja wypełniła ją różnymi energetycznymi bytami (często chętnie sprowadzanymi do pojęcia archetypu – co może prowadzić do pewnych wypaczeń: np. pominięcia podmiotowości tych bytów).

Istoty o jakich traktuje opisywana Opowieść nie zostały wytworzone przez Człowieka. One były już przed nim. Nie pochodzą też z lokalnej ziemskiej psy-przestrzeni – choć całkiem możliwe że w jej lokalnych ramach się manifestują.

W zależności od źródła dodatkowo występują watki:

- Fakt "pożywiania się" istot na ludziach jest elementem większej kosmicznej całości ; swego rodzaju "łańcuchem pokarmowym".

- Fakt bycia elementem tego kosmicznego łańcucha pokarmowego konstytuuje byt człowieka : czyni go możliwym na poziomie jednostki / całej społeczności.

- Istoty żywią się negatywnymi energiami (strach, złość, nienawiść, bezsilność itepe) powstającymi w dużej ilości na wojnach i wszystkich innych konfliktach społecznych.

- Istoty stworzyły ludzi (jako naturalna kolej emanacji) po to by się na nich "żywić" ; ważne jest to ze istoty te nie są tożsame z Całością (Bogiem) ; mogą jednak uzurpować sobie taką rolę.

- Istoty zachęcają do / wymuszają generowanie negatywnych energii (poprzez wpływ na wole jednostek i grup społecznych).

- Istnieje możliwość wyzwolenia się z łańcucha pokarmowego – jedynym prawdziwym "zwierzchnikiem" ludzi jest Całość.

 (często wszystkie powyższe wątki występują w danym źródle kulturowym)

 Wymienię teraz kilka źródeł kulturowych w jakich pojawia się ta tematyka:

 - Nauki Gurdżijew ; pojęcie "pożywienia dla księżyca"

- Teksty gnostyckie (min. z Nag Hamadi)

 - Przekazy channeligowe "z Kasjopei"

 - Doświadczenia "bycia porwanym przez ufo"

- Eksperymenty z dmt

Oprócz powyższych źródeł (które omawiam poniżej) temat można spotkać min w:

- Naukach Castanedy

 - Innych przekazach channeligowych

 - i prawdopodobnie masie kultur ludzkich ;p

 Omówię teraz krótko kilka źródeł:

(cdn: http://ctud.blox.pl/2006/08/Oni-przychodza-8222z-poza8221-2.html )

ONI PRZYCHODZĄ "Z POZA" (2)

 

* Nauki Gurdżijewa ; pojęcie "pożywienia dla księżyca"

 Historia jest dość zawiła i obejmuje takie aspekty jak instalowanie „w ludzkości” dodatkowego organu (kundabuffer). W skrócie ludzkość kiedyś dostarczała dobrej jakości wibracji dla "istot" (zdaje się ze w chwili śmierci następowała emisja) ; jednak jakość ta spadła, zwiększyła się za to liczność ludzi jak i ilość zachowań generujących negatywne energie (strach, złość, nienawiść, bezsilność itepe).

 Cała sytuacja jest po prostu elementem kosmicznego porządku i ludzkość jako całość nie może jej uniknąć.

 Możliwie jest jednak osobnicze wyzwolenie:

http://glossary.cassiopaea.com/glossary.php?id=2&lsel=All

 

* Gnostyckie teksty z Nag Hamadi

 Tutaj istoty te nazywane są Archontami ; według tekstów z Nag Hamadi (papirusy odnalezione w Egipcie w 1945 ; jest to jedno z źródeł nieznanych tekstów religijnych {min. ewangelii} jakie nie znalazły się w oficjalnej wersji Biblii).

Archonci byli bezpośrednimi czynnikami tworzącymi człowieka. Archonci podawali się ludziom za Boga jednak Najwyższy przemawia do wybranych ludzi (za pomocą aniołów) i uzmysławia im prawdziwą sytuacje (czyli to, że Archonci są po prostu bytami wcześniejszymi od ludzi ale nie najwyższymi w ogóle).

 W interesie Archontów leży oczywiście ukrywanie tej prawdy co ma uniemożliwić ludziom wyzwolenie się z pod ich władzy.

 http://www.gnosis.org/naghamm/nhl.html

a w szczególności

http://www.gnosis.org/naghamm/hypostas.html

* Przekazy channeligowe "z Kasjopei"

Mieszkająca obecnie pod Paryżem Laura ma dość ciekawe przekazy channeligowe ; opowieść ta obejmuje dość szeroki zakres tematyczny. W skrócie - jest to dość podobne do koncepcji "pożywienia dla księżyca" Gurdżijewa.

 W stosunku do innych źródeł mamy tutaj do czynienia z większą ilością szczegółów. I tak:

- Istotami czerpiącymi energie są "jaszczury z oriona" (przebywają w tzw. IV tej gęstości).

- Istotami bezpośrednio wchodzącymi w interakcje z ludźmi są bioroboty o wyglądzie "szarych" - są one sterowane przez jaszczury i bezpośrednio służą do drenażu energii z ludzi.

- Szarzy działają na planie fizycznym jak też planach wyższych – ciało człowieka jest przenoszone do jakiegoś z planów wyższych i tam następuje drenaż (nie pamiętam już dokładnie tych wszystkich szczegółów ;pppp).

- Co ciekawe całość narracji z Kasjopei pochodzi od istot przedstawiających się jako bytujące w tzw. VI gęstości (o ile dobrze pamiętam ;p). Twierdzą one, że są nami (ludźmi z Ziemi) „w przyszłośći”.

http://cassiopaea.com

 a w szczególności:

http://glossary.cassiopaea.com

 

* Doświadczenia "bycia porwanym przez ufo"

 To powszechny fenomen – być może przybranie kształtu „bycia porwanym przez ufo” jest dzisiejszym kulturowym odpowiednikiem tego co działo się na Ziemi od dawna.

Uderzające jest częste występowanie w „relacjach z porwań” wątków które mocno korelują z tym o czym tutaj pisze.

Prawdopodobnie świadome doświadczenia „bycia porwanym przez ufo” są rezultatem wysokiego poziomu DMT w konkretnych miejscach mózgu.

Wiele wskazuje jednak na to, że mamy do czynienia z czymś więcej niż „lokalny kulturowy fenomen” czy też „lokalne halucynacje w wyniku zaburzenia biochemii mózgu”.

* Eksperymenty z DMT

 Ciekawe doświadczenia mają osoby poddawane działaniu większych dawek DMT (to substancja chemiczna wiązana z świadomością, oraz różnymi mniej lub bardziej mistycznymi stanami i procesami ; co ciekawe DMT to najsilniejszy znany psychodelik a jednocześnie substancja stale obecna i produkowana w mózgu).

 Częstym motywem jest interakcja z innymi istotami w "innym wymiarze". W niektórych wypadkach badani opisują drenaż energetyczny oraz spotkania z jaszczurami.

http://www.darta.art.pl/_/dmt.htm

i pytanie: jak się wyzwolić ?

Jak dla mnie – jest ono otwarte.

Pewną drogą może być odpowiedni stan umysłu – taki gdzie trwale nie dostarczamy istotom „z poza” potrzebnych im energii emocji.

Warto też zauważyć (co może być istotne w sytuacji gdy istoty „z poza” żerowały by na wszystkich emocjach – zarówno „negatywnych” jak i „pozatytywnych”), że miłość absolutna (kierowana do wszystkiego) nie jest emocją. Miłość absolutna wibruje na zupełnie innych poziomach niż „zwykłe” emocje – i być może właśnie ona jest drogą do wyzwolenia się z pod wpływu istot „z poza”. 

rad9k

 
1 , 2