kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
wtorek, 24 maja 2011
ZALEWANIE ROBAKA
Nie masz coś szczęścia do tych "bogów wcielonych " - najpierw Mohan, teraz Sławek – napisał do mnie pewien mój znajomy i z bólem serca przyznaję mu rację. Ano nie mam :( Wszyscy ci bogo-ludzie czepiają się mnie na rozmaite sposoby, wzywając do opamiętania i grzmocenia przed nimi pokłonów, zachętom tym zaś towarzyszy apokaliptyczna okrasa przyprawiona wizjami tak strasznych końcoświatowych okropieństw, że walnięcie komety, sprawcy wymierania dinozaurów, jest w porównaniu z nimi nic nie znaczącym epizodem. Trzęsąc się ze strachu poszedłbym zapewne za jednym z owych Jezusów, gdyby nie fakt, że w podaż od dawna przerasta mój popyt na nich (link). Ot prosty przykładzik: przedwczoraj przesłało do mnie swe proroctwa aż dwóch takich ludzio-bogów.

Pierwszym był „Duch Prawdy”. Wnerwiony zablokowaniem komentarzy i wykasowaniem części głoszonego przezeń „bożego słowa” przesłał na pocztę CTUD krótki i dosadny mail:

Co To U Diabła?

Pseudonauka, pseudoterapeuta.

Bóg się bardzo gniewa. Pomyliłeś SDU z SDP. Manipulacja, której dokonałeś jest złem. Jeśli to zrozumiesz, napisz do mnie, uratuję Twoją Duszę. Zostało Ci 151 dni, potem będziesz już tylko żywym robakiem.

Chrystus Pomazaniec Duch Prawdy

Bóg Ojciec Książe Pokoju Syn Człowieczy

Przeczytałem, roześmiałem się i zajrzałem do drugiej poczty. Tam powitała mnie anonimowa wiadomość od drugiego mesjasza, tak wstrząsająca, że do tej pory nie mogę dojść do siebie. Przedstawiam ją w wersji i pisowni oryginalnej, dzieląc jedynie treść na akapity dla łatwiejszego przetrawienia treści:

Dolar zruwna się ze złotówka. Pisze do was, abyscie jeszcze pokazali, że miłościa żyjecie i prawdę w uniesieniu do Ojca podajecie. Jako Duch Święty chrzcze was słowem od Ojca Mojego w czystości ducha podana, abyście mogli się uratowac od zagłady wielu ludzi. Narody bedą odchodzić jeden po drugim. Stany Zjednoczone Woda zalej. Niemcy znikna. Anglia Zatonie, Holandia i Belgia Zatopione. Rosja tez ucierpi zalaniem. Wszystko przez brak miłości do ludzi.

Podawajcie sobie prawde w uniesieniu duchowym. Boicie się kochac i dlatego Mój Ojciec jako Ducha Świata zniesie każdego niedowiarka przygotujcie się na wstrząś. Niektórzy z was sa moimi morznowładcami, nie naganymi, lecz nie poprawdymi. Prawy człowiek zawszee podaje prawde, o swoim pochodzeniu. Wyznanie mądrości to prawienie i dawanie miłości, bo dajecie sobie miłość, lecz do Boga modlitwy nie wznosicie mojego Ojca, jestem nim Ojcem w Ojcu. Przez Syna Mojego podajemy wam przepych. Wy niedowiarkowie. Zobaczymy co zrobicie, wszystko co napisałem się wydarzy. 1/3 Ludzkości do piachu. Polacy niech lepiej nie wyjerzdżają z kraju, lecz wy niemacie władzy. Jest stare liberum weto. Zmiany od tysiącleci nie widac, lecz kłamstwem wszystko jest oszukiwane. Cóż czekajcie.

Rozpalony ogień ducha trzeba trzymać w uniesieniu inaczej śmierc. Kazdy złodziej i klamca odchodzi z tej ziemi. Kochani ratujcie siebie i swoje żony. Kocham co kochac potrafi. Śmierc was zabrała. Kto ma Ojca w sobie i wznieca płomień, jest nienagany, bo myśli o prawdomówności i nie upada z powodu swoich grzechów, a modli się do Ojca w szczerości, lub kocha ten lud i daje tylko kożyści. Nie znasz prawdy milczeć się naucz bo zginiesz. Kochaj, a bedziesz kochany. Bóg od Zachrysti.

List do boga, macie pisać sami na krtce bez myślenia, a sami mnie poznacie. Ojca no napisz. Ropa napeno się skończy. Wyż demograficzny się pojawi. Żony zachwalane przez mężów i kochanków, straciły głowe i zostały niewdzięcznymi niedoukami, które dziecku miłości i mądrości nie podają. Kazda inkarnacja w gorsze bagno wchodzi. Dlatego meszczyzni zawiedli niszcza siebie przez brak mądrości, kobiety ociemniałe, chowaja ociemniałe dziecie, rodzi się przemoc. Całe wieki pracujecie na wszystko nic nie zmieniacie. Moje słowa ujawniaja prawde i mój przepych, po słowie poznacie Ojca Świętego.

Nie potrzeba mi koron wystarczy że lud zacznie być duchowym i nauczy się że materia jest utrudnieniem zycia, słowo to życie, reszta jest martwa. Czy posagi i budowle do was przemawiaja. Czy słowo z ducha w was wnika, może nierozpoznajecie z czym przychodzice do Boga. Królestwo jest niewidzialne, ludzkim okiem, ale jest wy nieswiadomi. Ile razy mamy umierac za wasza ułomnośc, przeciez my was kochamy. Korona moją sa perły, która oszlifowane w ogniu Bożym są nie nagane, to lud zapisany w księdze życia baranka, taki trwa na wieki.

Subtelna energi was czeka do przepracowania, bo na manę energetyczną trzeba ducha otworzyc. Chleb i woda z niema się leje, otwórzcie oczy, a zobaczycie gdzie żyjecie. Czy tej litościwej ruzgi Pana nie poznajecie, we wszystkich książeczkach moje słowa znajdziecie. Jestem Gwiazda Zaraną, która chżci daje życie wiecznie, jak nieswiadomy moze wiedziec, ze bez miłości czeka go utrata świadomości na wieczność, tak jakby już nie istniał. Pokochaliście mnie, zrobiliście krok do przodu, zlekcewarzycie napewno porzegnacie swoje życie w męczarniach.

Ratunek jest dla ludzi wyłacznie przez słowo, inaczej niema, ja przemawiajac w imieniu wszechmogacego powiadam wam widze wasz każdy ruch i znam kazdy szept, Ojciec wie kim jestes, o czym myślisz, ja od Ojca dostaje i wam podaje. I to niefikcja inkarnuje zawsze z wami i zawsze w smutku odchodze, bo jak was ustrzec przed rozpadem. Lód się rozpuści. Ekwador kołobrzek zgona, za zgonem, wypoadki się nasilają, przez chciwość dla rozumu nie serca.

O kurczę! Istny dom wariatów z kilkoma Napoleonami na oddziale. Panowie Chrystusowie, błagam, ustalcie między sobą, który jest prawdziwy, a który nie, bo zamęt czynicie w mojej posiwiałej głowie i nie wiem już, któremu wierzyć. Na dodatek zapowiedziany przez pastora Harolda Campinga koniec świata nie nastąpił i dalej trzeba tyrać nad wyprowadzeniem ludzi z SDU. Jest wszakże światełko w tunelu: pastor Camping przyznaje, że się pomylił i kres wszystkiego nastąpi za pięć miesięcy. Chrystus Pomazaniec Duch Prawdy Bóg Ojciec Książę Pokoju Syn Człowieczy słowa te potwierdza, znaczy się, że to prawda jak amen w pacierzu. 21 października wszystko trzaśnie, praśnie i będzie po herbacie. A jak nie, to jeszcze zostaje rok 2012. Mnie zaś ( o biedny ja biedny! ), przypadnie po tym wydarzeniu rola „żywego robaka”. Ha, trudno! Idę do lodówki, żeby go natychmiast wódecznością zalać. No bo jak tu na trzeźwo tyle na raz apokalips i wcielonych bogów wytrzymać?


poniedziałek, 29 listopada 2010
wtorek, 09 marca 2010
OCZĘTA

Jadąc pociągiem z Warszawy do Gdańska przeczytałem, zamieszczony w Gazecie Wyborczej  artykuł Wojciech Jagielskiego zatytułowany „Afryka zabija gejów”. Artykułu streszczać nie będę, możecie goi sobie przeczytać sami. Starczy powiedzieć, że traktował on o nowych pomysłach ustawodawczych kilku rządów afrykańskich, które uległszy naciskom protestanckich pastorów postanowiły złożyć wielkanocny podarek Jezusowi Chrystusowi i karać śmiercią wszelkie kontakty homoseksualne, gdyż są one – wedle nich, a raczej wedle Biblii, na którą się powołują, niezgodne z „prawem bożym”. Nie to wszakże przykuło moją uwagę, lecz zamieszczone w tym artykule zdjęcie pastora Canona Gideona Byamugisha, trzymającego w swoich łapkach petycję wzywającą posłów do przegłosowania ustawy antygejowskiej. A dokładniej - błogi uśmiech rozlany na wargach tego bożego sługi oraz szklano-świetlisty wyraz jego oczu.

Ujrzawszy go ryknąłem głośnym śmiechem, ku zdziwieniu współpasażerów, ujrzałem bowiem coś mi doskonale znanego z czasów mego nawrócenia na Jezusa Chrystusa. Słusznie bowiem mówił Jezus-człowiek ( a nie Jezus-egregor, ku któremu nawróceni wznoszą modły i pełne zachwytu pienia ), że oko jest obrazem ludzkiej duszy. Przekonałem się o tym wielokrotnie, tak podczas terapii SDU, jak i we wspomnianym okresie mego życia. Patrząc więc na owo coś, co lśni w oczach pastora i okrasza jego twarz szklaną przejrzystością, uświadomiłem sobie, ze mam przed sobą dokument fotograficzny rzadkiego rodzaju; fotografię obrazującą typowy, fizjonomiczny przejaw „opętania Duchem Świętym”.

Na poziomie psychologicznym opętanie owo przejawia się rozmaicie, zazwyczaj silną i niezłomną wiarą, która z nagła w człeku się rodzi i towarzyszącym jej przekonaniem, że oto zyskało się duchowe życie, podczas gdy inni ( czytaj – nie nawróceni ) są duchowo martwi. W tym stanie człek rzadko zdaje sobie sprawę, że działa jak automat, choć jest to jasne i dostrzegalne dla większości „nie ożywionych”. Słowa takie, jak „alleluja”, „chwalmy Pana” itp., stają się w jego słownictwie tym samym przerywnikiem, co u innych „kurwa”. Mając absolutną pewność swoich racji człowiek taki jest do imentu nieprzemakalny, nie warto więc z nim ani dyskutować ani odwoływać się do ludzkich uczuć, humanitaryzmu, nauki, bądź tolerancji. On wie, a wie dlatego, że Duch wie i poprzez niego gada. A że cytuje głównie Biblię, znak to, iż naprawdę przepełnił się Świętym Duchem, bo nikt przecież jak on Duch, tak dobrze Pisma nie zna. Nie liczmy zatem na jakikolwiek łut racjonalnego myślenia u nawróconego. W takim myśleniu nie dopatruje się on żadnej wartości. Nie mówmy mu też, że jest opętany, bo on, po pierwsze tak nie uważa, po drugie – na opętanie owo  dobrowolnie się zgadza.

Tym ponawianym nieustannie aktem wolnej woli bycia opętanym różni się u człowieka opętanie typu lucyferycznego („boskiego” ) od opętania arymanicznego ( „demonicznego” ). Tego drugiego ludzie z reguły nie chcą, chyba, że uprawiają pewne formy ekstatycznej magii. Za tym pierwszym tęskni dusza wielu, bo któż nie chciałby stanąć wreszcie na pewnym i nie wzruszonym fundamencie swojego istnienia? „Gdzie teraz bym był, gdyby nie Ty!” – wrzeszczy do egregora-Jezusa nawrócony grzesznik i sam sobie odpowiada: „Na samym dnie! W grzechu, w piekle, w stanie duchowej śmieci!”. Czepiając się lucyferycznego egregora nie wie bidulek, że egregor ów precyzyjnie wykorzystuje jego niskie poczucie wartości. „Aryman” używa go do destrukcji, „Lucyfer” - jako budulec duchowej pychy. Im większy kontrast między tym, kim nawrócony się teraz czuje, a tym, kim byłby – wedle swego mniemania – gdyby go egregor-Chrystus opusie, tym potężniejsza rodzi się w nim wdzięczność dla swego „Zbawcy”. Chrystus go uratował, umierając na krzyżu! Duch przezeń przemawia! A wszystko to potwierdza niewzruszona prawda „Bożego Słowa”! „Słowie” tym geje maja przechlapane, trzeba im zatem pomóc. Bo nie z gejami nawróceni oczywiście walczą, lecz z mocami, które je „opętały”. Jakież to moce? Szatana! Trzeba je najpierw napiętnować podczas kazań i ewangelicznego trudu, a potem, jeśli da radę, wziąć za politykę. Stąd już niedaleko do spirytualnego faszyzmu, ku któremu z natury rzeczy dryfują wszyscy talibowie. A Lucek z Arkiem zacierają łapki,  mrucząc do siebie radośnie – o to nam, kochani, dokładnie chodziło. Alleluja, Allach Akbar i co jeszcze chcecie… J

czwartek, 29 listopada 2007
LIST Z ZAŚWIATÓW
 

  

     Kiedy po paru dniach rozmaitych zajęć i obowiązków znalazłem chwilę czasu, by zajrzeć do elektronicznej poczty, mój wzrok wyłowił spośród wielu rozmaitych wiadomości mail przesałany przez kogoś, kto sie podpisał: "Jan Antoni". Dziwnym trafem okoliczności takie właśnie imiona nosił mój świętej pamięci ojciec. „Ani chybi list z zaświatów” – pomyślałem i go natychmiast otworzyłem. 

 

     Pokój Tobie – przeczytałem. - Jezus Chrystus: Moja Miłość jest objawiana nawet najmniejszym z najmniejszych spośród was (13.12.92) - Prorockie Orędzia Pokoju i Miłości od Najświętszej Trójcy "Prawdziwe Życie w Bogu" (1985-2003) - Vassula Ryden. Całość Orędzi darmo on-line www… Więcej na stronie www… Z Jezusem i Maryją ! Jan Antoni

     „Jezus Maria! Tata po śmierci się nawrócił!” – przemknęło mi przez głowę i dopiero po chwili dotarło do mnie, że mam przed sobą regularną reklamę, zgrzebną nieco, bo wysyłaną nie przez jakąś firmę, lecz przez prywatną osobę. O Vassuli Ryden już kiedyś wspominałem, powiem więc tylko, że objawił się jej „Jezus” i że głosi ona jego proroctwa i orędzia. Tak się akurat złożyło, że dzisiaj zakończyłem pisanie offów do filmu o sanktuarium w Skępem, gdzie w XV wieku również miały miejsce podobne zdarzenia. Różnica między nimi jest niewielka, bo i też za każdym razem o to samo chodzi. W przypadku Skępego rzecz się miała następująco:

     Pewnego dnia okoliczni ludzie ujrzeli światłość bijącą z leżącego w lesie i znaczonego krzyżami kamienia. Uznawszy to za cud postawili przy głazie drewniany krzyż i zaczęli się modlić do Boga. Wkrótce potem niejaki Jan z Pobiedzisk miał w nocy widzenie. Śniła mu się Matka Boża, która poleciła mu udać się do Skępego i w miejscu jej objawień wybudować kościół. Kiedy świątynia powstała, podobny sen nawiedził Zofię Kościelecką, córkę właścicieli Skępego. Bogurodzica kazała Zofii udać się do Poznania i znaleźć jej święty wizerunek. Przez kilka dni Zofia daremnie szukała go w pracowniach rozmaitych rzeźbiarzy, aż wreszcie, kiedy już straciła nadzieję znalazła poszukiwaną figurkę. Od tej pory figurka ta czczona jest jako Matka Boska Skępską, zaś kamień, na którym dokonywały się cuda został umieszczony w fundamentach skępskiego sanktuarium.

     Klasyka! Najpierw mamy do czynienia z paranormalnym, świetlistym zjawiskiem. Potem „bóstwo” zostaje rozpoznane i nazwane ( Jan z Pobiedzisk dowiaduje się we śnie, że to Matka Boska ). Kiedy egregor zyskuje swoje „imię” i poprzez to „osobowość”, może zacząć domagać się dalszej swojej „materializacji”. Wysyła Zofię Kościelecką na poszukiwanie „cudownej” figury. Zyskawszy tę „postać” egregor staje się „Panią Mazowsza i Kujaw” ( jak napisano o Matce Boskiej Skępskiej na jednej z katolickich witryn ). A że cała ta operacja kosztowała go sporo energii, „zgłodniały” domaga się kultu. Przy okazji jednych „uleczy”, innych „ukoi”, a jeszcze innym da powód do tego, by doń jak najczęściej powracali i się doń modlili.

     Nie inaczej było z „Jezusem” Vassuli, z tą może różnicą, że, o ile wiem, nie chciał on siebie uwieczniać w jakimś wizerunku ( i słusznie, gdyż w katolicyzmie jest ich całkiem sporo ). „Materializacja” egegora pojawiającego się przed Vassulą koncentrowała się na „słowie”, czyli na prorokowaniu. Nic dziwnego. „Jezus” wszak jest „Słowem” wedle ewangelii Jana. Nieco inaczej podszedł do tego „Jezus” Faustyny Kowalskiej. On niemal natychmiast kazał siebie namalować ( kto chce go zobaczyć niech jedzie do podkrakowskich Łagiewnik ). Sprzeczność? Nic z tych rzeczy. Nie darmo przecież napisano, że „Słowo stało się ciałem”. Im bardziej zaś w to wierzymy, tym łatwiej egregor "Słowa" ucieleśnia się „między nami”, a  dokładniej – w nas…  Stąd już niedaleko do prorockich misji i  maili "z zaświatów".  Odpowiem więc mojemu "tacie" najkrócej jak mogę: "Nie cudzołóż". Paradoksalnie słowa te nabierają dla nas jeszcze innego, bardzo osobistego znaczenia, prawda, "tato"?

piątek, 01 czerwca 2007
NIE CUDZOŁÓŻ

„Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja, Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym, którzy karze winę ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą” ( Exodus 20.5-6 ).

      Od ponad 30 lat zajmowałam się magią, w tym świadomie lat 20. Mając 5-6 lat zaczęłam odczuwać obecność innych bytów. Była to droga od strachu po fascynację. Zaczęły się pojawiać dręczące myśli, w których byłam w stanie przewidzieć [ różne zdarzenia ] i po raz pierwszy zaczęłam odczuwać moc. Jednocześnie dowiedziałam się, iż mój Ojciec ma ogromne predyspozycje różdżkarskie, w więc było to dziedziczne! Niestety u mnie poszło to dalej, w nieco innym, o wiele gorszym kierunku – stwierdziła w swojej „okultnej biografii” Agnieszka, ja zaś, komentując jej opowieść napisałem, iż jej przypadłość to przejaw rzadko opisywanego fenomenu takich inklinacji do SDU, które występują w gronie związanych pokrewieństwem osób, po czym omówiwszy go pokrótce obiecałem, że powrócę do tego zagadnienia przy innej okazji.
     Okazja ta wreszcie się nadarzyła, zaś jej bezpośrednią przyczyną stała się dyskusja o, zobrazowanej w filmie „Egzorcyzmy Emily Rose”, historii opętania Anneliese Michel, którą opisałem w
MIŁOSNYM POWOŁANIU i o której wzmiankowałem w EGZORCYZMIE. Nawiązując przeto do treści wszystkich tych notek wspomnę tylko, iż tego rodzaju inklinacja, która wywołała u Agnieszki i Anneliese Michel SDU wyrażający się u jednej parapsychicznym przymusem, u drugiej – demonicznym opętaniem, powstała w skutek przejęcia przez młodsze pokolenie duchowej spuścizny powołań lub spirytualnych praktyk ich starszych krewnych ( w obu przypadkach chodziło o ojca ). Najkrócej mówiąc dla wszystkich tych osób czynnikiem sprawczym ich SDU było nieświadome kontynuowanie rodzinnego ( rodowego ) spirytualnego dziedzictwa.
     Zjawisko to jest stosunkowo częste i bez najmniejszego wątpienia charakterystyczne dla większości przypadków SDU. Byłoby dużym uproszczeniem twierdzić, iż powstaje ono tylko w wyniku naśladownictwa dorosłych bądź wychowania w religijnej czy ezoterycznej otoczce ( tę odmianę inklinacji daje się od biedy zaliczyć do nabytych ), częstokroć bowiem fenomen ten występuje również wtedy, gdy spirytualnymi zabiegami zajmował się ktoś ze starszego pokolenia rodu/rodziny, z kim duchowo uzależniony człowiek nie utrzymywał żadnych kontaktów, a także wtedy, gdy fakt zajmowania się duchowością przez rodzica/krewnego był przed nim ukrywany.
     Przyczyny zaistnienia tego fenomenu tłumaczy się na kilka sposobów. Dość często  głoszona jest teza, iż inklinacja ta ma biologiczne (genetyczne) podłoże. Opcji tej oczywiście nie należy wykluczać, zwłaszcza tam, gdzie zachodzi przypadek relacji krewniaczych. Sęk w tym, że nie zawsze muszą to być relacje oparte na więzach krwi. W kilku, znanych mi przypadkach, źródłem dziedzicznej skłonności do SDU były osoby spoza ścisłego, rodzinnego kręgu - matka chrzestna i tzw. „przyjaciółka domu, którą traktowano w rodzinie jako „przyszywaną ciotkę”. Związek z tymi osobami nie opierał się więc na pokrewieństwie, lecz na powinowactwie, tj. relacji powstałej w skutek zwyczajowego lub rytualnego włączenia kogoś w krąg rodzinny. Dotyczy on takich osób jak teściowie, szwagrowie, szwagierki, a także rodzice chrzestni i świadkowie kościelnego ślubu ( tych ostatnich nazywa się w tradycji ludowej kumami ).
     W kręgach ezoterycznych w zjawisku tym dopatruje się w karmicznej spuścizny wyniesionej z wcześniejszych inkarnacji.
     Tak, jak w rozwoju płodu możemy zaobserwować kolejne etapy naszego rozwoju gatunkowego, tak i poprzez śledzenie pamięci poprzednich wcieleń stajemy się świadomi swej ewolucji duchowej – pisze Leszek Żądło. -
Etapy naszej ewolucji przez wcielenia duchowe możemy też zaobserwować w naszym rozwoju. Otóż mamy tendencję do powtarzania praktyk duchowych, które wykonywaliśmy w poprzednich wcieleniach. Jeśli ich nawet nie odgrywamy, to jednak w pamięci poprzednich wcieleń znajdujemy jakąś formę pociągu do nich. Jedni więc odnawiają sobie praktyki "lewej ręki", a inni tylko znajomości z ludźmi, z którymi praktykowali. Jednych ciągnie bowiem do spełnienia w destruktywnej lub rozwojowej praktyce, a innych w relacjach z ludźmi, za którymi tam poszli. Ezoterycy niemieccy zauważyli, że nasz rozwój duchowy postępuje jak gdyby po spirali. To znaczy, że co jakiś czas wracamy do tych samych tematów, ale na dużo wyższym poziomie świadomości. Nie da się więc doprowadzić do końca jednego tematu, a potem zająć się innymi. Między poszczególnymi elementami naszej karmy istnieją powiązania, z których często nie zdajemy sobie sprawy. Dopiero spojrzenie z poziomu rozszerzonej świadomości na jeden temat umożliwia ruszenie innych zagadnień. I tak jest aż do oświecenia!
     Z całym szacunkiem trzeba stwierdzić, że teoria ta nijak się ma do opisywanych wcześniej faktów, a jeśli już mielibyśmy ją poważnie potraktować, musielibyśmy skorygować powyższe tezy, dodając do nich to, w co wierzyli niegdyś Prusowie ( a i zapewne także Germanie oraz plemiona słowiańskie ), wedle których owszem, dusze zmarłych wcielają się w nowe ciała, jednakże dokonują tego jedynie w ramach swego rodu, ażeby ród ów stawał się coraz bardziej potężny tak w sferze materialnej, jak i duchowej. Innymi słowy wizja spirali duchowego rozwoju nijak się ma do tego, o czym tutaj piszę, zwłaszcza, że – w mojej opinii – przejęcie i kontynuacja duchowych praktyk poprzednich pokoleń (albo ich odrzucenie będące jedynie wyrazem strachu przed uzależnieniem) prowadzi zazwyczaj – jak nie bez racji zauważyła Agnieszka - w kierunku diametralnie przeciwnym.
     A skoro tak, to zreasumujmy ustalenia: 
    Po pierwsze: u dzieci rodziców zajmujących się duchowością pojawianie się symptomów SDU w fazie in statu nascendi ( tj. wczesnego ukierunkowania na jakąś formę duchowości oraz braku krytycznego do niej stosunku ) jest dużo częstsze niż u ludzi, w których rodzinach takich zainteresowań w starszym pokoleniu nie odnotowano.
     Po drugie: to samo daje się zaobserwować u małżonków sdu-owców, a także u innych ich krewnych ( siostry, bracia, rodzice, dziadkowie ) nawet wtedy, gdy sdu-owcy nie mieli z nimi bezpośredniego kontaktu.
     Po trzecie: doświadczenia z prowadzonej terapii SDU wykazuje, że zdarzają się też sytuacje odwrotne ( najpierw SDU u młodszego pokolenia, a potem starszego ).
     Po czwarte: w każdym z tych przypadków różnica czasu między pojawieniem się SDU jednych a  SDU drugich jest na tyle duża, że pozwala to dopatrywać się między nimi związku przyczynowo-skutkowego.
     Po piąte: większość uzależnień czasowo późniejszych wykazywała symptomy cięższych form SDU, ze szczególną preferencją przymusu parapsychicznego i pierwocin opętania przez demoniczne ( arymaniczne ) bądź anielskie ( lucyferyczne ) siły pochodzące z wyższych hierarchii duchowych, a więc anektujących bardziej rozległe obszary psyche niż u przedstawicieli pokoleń wcześniejszych ( starszych ). 
     Jedynym, logicznym i opartym na wielowiekowych obserwacjach tego fenomenu wyjaśnieniem tych prawidłowości wydaje się być, skrzętnie omijane i rzadko kiedy opisywane w duchowej literaturze, a działające zgodnie z opisanymi przeze mnie w
ŚWIADOMOŚCI ROZRÓŻNIAJĄCEJ zasadami prawa podobieństwa i przenośności prawo  dziedziczenia duchowych uwarunkowań poprzednich pokoleń. Jego zapis odnajdujemy w Biblii w tym passusie, który stanowi motto tej notki, a w którym Jahwe oznajmia Izraelowi, iż będzie karał ich synów za występki ojców do trzeciego i czwartego pokolenia. Zgodnie z nim wszelkie znaczące ( w sensie duchowym ) czyny dokonane przez starsze pokolenia krewniaków lub przez ludzi związanych z daną rodziną węzłem jakiejś magicznej/religijnej ceremonii, obciążają wywołanymi przez siebie skutkami ich rzeczywiste bądź spowinowacone z nimi potomstwo.
     Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że – jak już wspomniałem w
ANIELSKIM SEKSIE – każdy akt seksualny związuje kobietę i mężczyznę duchowym węzłem „małżeńskiej wspólnoty” i jeśli kończy się poczęciem dziecka, przybiera postać „małżeństwa krwi”, wyznaczając niejako główne wektory życia potomka i wiążąc go węzłem przyczynowo-skutkowym z życiem swych rodziców  ( przekonanie to znajduje najdoskonalszy wyraz we wszystkich mitach i baśniach, w których porzucony przez ojca i matkę bohater powraca do nich jako dorosły człowiek i kontynuuje to, co oni robili, a jednocześnie niszczy ich życiowy dorobek ). W myśl powyższego prawa nawet złączeni chwilową „wspólnotą łoża” kobieta i mężczyzna stają  się  małżeństwem ( tj.  jednym ciałem i jedną duszą ), zaś adoptowani do rodziny w skutek ceremoniału lub słownej aklamacji obcy ludzie -  jej integralną cząstką. Prawo to obejmuje cały krąg rodzinny, funkcjonuje niezależnie od świadomości człowieka i daje osobie znać w postaci jego podświadomych pragnień, które rzutują na jego postępowanie tak w sferze materii, jak i ducha. Rodzinne terapie mogą ten ciężar uczynić lżejszym, lecz go u większości sdu-owców nie niwelują. Nie dlatego, izby były nieskuteczne. Dlatego, że u podstawy ich rodowego (rodzinnego) „stygmatu” leży zazwyczaj coś, co można określić mianem „duchowego cudzołóstwa”.
     Zacznijmy od tego, że  w wielu duchowych tradycjach ( np. w hinduistycznej i buddyjskiej tantrze ), pobudzenie energii seksualnej przez zastosowanie specjalnych ćwiczeń służy nie tylko zdobyciu sidh ( nadnaturalnych mocy ), ale i również wiąże jogina z androgynalnym (jednoczącym w sobie męskość i żeńskość) bóstwem wyobrażanym jako scalenie boga i bogini. Podobne praktyki zna także zachodni okultyzm ( wprowadził je „do obiegu” Aleister Crowley ). Seksualna symbolika występuje również w wielu odmianach gnozy, w  hermetyzmie i alchemii, bierze zaś ona swe początki z pogańskich kultów ery starożytnej, a nawet neolitu i paleolitu. Nie inaczej jest w kabale, a także w chrześcijaństwie, gdzie relację między Kościołem a Bogiem wyznacza apokaliptyczny opis spotkania Oblubienicy i Oblubieńca. Duchowy seksualizm nie musi przeto wyrażać się wprost, poprzez zrytualizowane formy  zbliżeń mężczyzn i kobiet, jak to miało miejsce w wielu sanktuariach bóstw czczonych na Bliskim i Dalekim Wschodzie. Wystarczy, jeśli przyjmie on postać symbolu – na przykład obrzezania albo celibatu, oznaczającego oddanie swej energii seksualnej domagającemu się tego wyrzeczenia bóstwu. Niezależnie zatem, czy mamy do czynienia ze świątobliwym mnichem rugującym ze swego życia  stosunki z kobietami, czy z magicznym wyuzdaniem podczas pogańskich świąt, w każdym z tych przypadków mocą  spinającą człowieka z „bogami” jest jego seksualna siła, której daje ujście bądź którą kanalizuje, ażeby móc zbliżyć się do czczonego przez siebie egregora. Jest niezaprzeczalnym faktem, że każdy rodzaj medytacji oraz magicznej ewokacji pobudza w człowieku tę sferę jego cielesności, gdzie zlokalizowane są dolne centra energetyczne ( czakramy ) zawiadujące seksualnością, motorycznością i witalnością człowieka. Ubocznym efektem zastosowania większości tych technik, praktyk i samoograniczeń bywa seksualna nadpobudliwość, która z jednej strony owocuje przeniesieniem energii seksualnej do wyższych czakramów odpowiedzialnych za „kontakt” ze sferami ducha, z drugiej - zmusza człowieka do jej periodycznego „kanalizowania” przez zdrady małżeńskie, masturbację, seks z prostytutkami, stosunki homoseksualne itp. O tym, że często dochodzi wtedy do seksualnych zbliżeń z astralnymi bytami już pisałem, dodam więc tylko, że dokonuje się to zazwyczaj we snach, w półjawie, w trakcie medytacji, a bywa, że i podczas modlitwy albo religijnych ceremonii.
     Nie dziwmy się tedy, że biblijne teksty nazywają cudzołożeniem zarówno małżeńską zdradę, jak i obcowanie z „bogami” i oddawanie im czci ( idolatria ). Jeżeli więc u podstawy dziedzicznego obciążenia inklinacjami do SDU leży przejęty po przodkach taki właśnie „cudzołożny” rodowo-rodzinny „karman”, dana osoba znajduje się w nader trudnej sytuacji, nie dość bowiem, że musi zmagać się ze swoimi problemami, to na dodatek nie zna ich prawdziwego podłoża. Tego, co było nie zmieni, może jedynie zmienić samą siebie. Nie uratuje jej jednak ani przyjęcie innego systemu duchowego czy tradycji, ani duchowa obojętność i negacja tego, co czynili ojcowie i dziadowie. Rzecz bowiem nie w zerwaniu więzi ale w ich przeobrażeniu. Zacząć trzeba nie od naprawy stosunków ze „złym tatusiem” albo z nie mniej „złą mamą”, lecz od odnalezienia osoby, od której przejęło się inklinację do SDU i odebrania tym egregorom z którymi współdziałała przymiotu „bycia Bóstwem”. Nie chodzi w tym o to, by uznać je za demony i z wiarą krzyżowca wyplenić ze swego otoczenia (krzyżowiec z reguły zastępuje bowiem jednego egregora drugim), lecz o wykorzystanie zasobów swej duchowej tradycji do odbudowania bezpośredniej więzi z Żywym Bogiem. I tu dochodzimy do teszuwa, o którym pisałem w jednej ze swych notek. Do teszuwa, którego pewne ważne aspekty stały się dla mnie jasne w czasie ostatniego pobytu w Górach Świętokrzyskich…

piątek, 09 marca 2007
MIŁOSNE POWOŁANIE

     Jedną z najbardziej rozpowszechnionych przyczyn występowania SDU jest, wzmiankowane w ŚWIADECTWIE V., duchowe uzależnienie uwarunkowane przez wrodzony mediumizm. Jego najbardziej charakterystyczne cechy wyrażają się objawianą w dzieciństwie gorliwą religijnością lub gwałtowną niechęcią do kościoła, zabawami w odprawianie mszy albo w uprawianie magii, skłonnością do śnienia na jawie, wyobrażaniem sobie niewidzialnego przyjaciela, naśladowaniem bohaterów bajek, wyczuwaniem obecności niewidzialnych bytów, traktowaniem zabawek jak żywych istot, fascynacją lustrami, wymyślaniem własnego języka, marzeniami o lataniu, poczuciem wewnętrznego osamotnienia, inności, dziwności, „niezgody na świat” itp. Wymienione wyżej przymioty charakteru i towarzyszące im zjawiska nie muszą oczywiście prowadzić do SDU, czynią one jednak człowieka bardziej „lepkim” na duchowe wpływy, a w rezultacie otwartym na moce światów ponadzmysłowych, których „natłok” niejednokrotnie prowadzi do opętania i szukania ocalenia w nawróceniu, w kościele, w „ramionach” Jezusa Chrystusa.
     Jako dziecko wierzyłam bardzo w Boga, wiara ta była czysta, niewinna, piękna i trwała – pisze w swoim  świadectwie nawrócenia Marika. -
Na dobranoc całowałam obraz Jezusa, ufałam mu, tacie i mamusi w niebie. Miałam pewne sny, wizje, które się zaczynały sprawdzać, zapomniałam wtedy o tym, który nade mną czuwa i pogrążyłam się w zaczytywaniu horoskopów. W wieku dziesięciu lat byłam w stanie obliczać prymitywne horoskopy, miałam jeszcze wtedy problemy z matematyką, dlatego pewnych elementów nie rozumiałam, ale to nie przeszkadzało mi w pójściu na pocztę i wysłaniu kilkudziesięciu złotych, ażeby zakupić prywatny horoskop wraz z książką autora.
Zaczęło się….
- Mamusiu słyszę „złe myśli”
- a co mówią?
- że mam cię zabić
 Co może czuć dziecko w czwartej klasie podstawówki, dobre, normalne dziecko? Ktoś mówi zabij mamusię, tatusia, siostrzyczkę…zabij, zabij. Zaczęły się nocne lęki, musiałam spać z rodzicami, bałam się nożyczek, szpilek, apaszek, wszystkiego co mogłoby mi zrobić krzywdę lub moim bliskim. Jakież mogło być wytłumaczenie? Lekarz. No tak, badania, terapię i nic. Dziecko jest normalne, to pewnie efekt dojrzewania..
(
link )     
     Wydarzenie to zapoczątkowało fascynację magią autorki tych słów, a po latach zmusiło ją do szukania ratunku w kościele, gdzie znalazła wyzwolenie z dręczących ją demonicznych doznań. W podobny sposób atakowanych przez „szatana” było wielu katolickich świętych z Ojcem Pio na czele. Najgłośniejszy  tego rodzaju „cywilny” przypadek znamy z opisanej przez Felicitas D. Goldman ( Falicitas D. Goodman, Egzorcyzmy Anneliese Michel, Gdańsk 2005 ), a ukazanej w filmie Egzorcyzmy Emily Rose, historii Anneliese Michel, która wychowana w prawowiernej, katolickiej rodzinie została opętana przez diabła i zmarła po nieudanej serii egzorcyzmów.
     Tak jak Marika, Anneliese Michel od najwcześniejszych lat cechowała się głęboką pobożnością  i czcią odnosiła się do religii rodziców. Jej ojciec, Józef Michel, miał zostać księdzem, tak bowiem nakazywała tradycja jego rodziny ( zgodnie z nią jeden z braci zawsze musiał wybrać stan kapłański ). Uznawszy, że nie ma wystarczających ku temu zdolności Józef zrezygnował jednak z powołania i przekonał swoją matkę, że winien zająć się rzemiosłem. Natomiast matka Annaliese Michel była kobietą bardzo pobożną i o surowych, purytańskich obyczajach, mocno zaangażowaną w religijne życie kościoła. Ni bez przesady więc można powiedzieć, że Anneliese Michel wyssała katolicyzm z mlekiem matki i odziedziczyła go po ojcu, zaś modląc się i regularnie uczestnicząc w mszy kontynuowała to, co oni zaczęli. Mając kilkanaście lat po raz pierwszy wyczuła paraliżującą ją demoniczną moc, a wkrótce potem doznała całkowitego opętania poprzedzonego wizjami boskiej obecności – Marii, Jezusa, aniołów i rozmaitych świętych. Przyczyn, które to wszystko sprawiły było oczywiście wiele. Niewątpliwy wpływ na to miał fakt, że Anneliese Michel szczególną czcią darzyła pewną lokalną świętą, której sanktuarium często odwiedzała w czasie szkolnych pielgrzymek, a która – wedle legendy – przez całe swoje życie zmagała się z demonami, przejęła więc od tego egregora swoistą „duchową spuściznę” i „użyczyła” jej swego ciała, by mógł on zamanifestować swoją obecność w kosmosie bytów. Równie ważnym, moim zdaniem, czynnikiem sprawczym jej losu było odrzucenie przez ojca dziewczyny kapłańskiego powołania i zerwanie „łańcucha rodzinnej tradycji”. O tym, że kapłańskie powołanie jest propozycją „nie do odrzucenia” dobrze wiedzą ci wszyscy, którzy je otrzymali. Poddanie się jej nie powoduje większych sensacji poza rozmaitymi wahaniami i, oczywistą w tym przypadku, koniecznością zmiany dotychczasowego trybu życia. Co dzieje się jednak, gdy ktoś propozycję tę odrzuci? Historię takiego zdarzenia opowiada Mebachel, jeden z użytkowników forum
kościół.pl:
    
Każda historia zaczyna się tak samo, jednak z woli rodziców jestem katolikiem. Ochrzcili mnie ale to nie oni pokazali mi Boga, pierwsza była moja babci, która codziennie czytała mi fragmenty jedynej dostępnej wówczas biblii dla najmłodszych, przejawiłem od mału zainteresowanie kapłaństwem. Droga jaką wybrałem minęła się z moimi dziecięcymi zabawami (...). Niemniej moje poznawanie Boga dorosłe zaczęło się za sprawą mojego serdecznego przyjaciela i pracodawcy, znalazłem w sobie pogląd w którym to odrzuciłem doktrynę katolicką i ludowość tej wiary, nieuctwo kapłanów którzy nawet nie potrafili, opowiedzieć mi o Bogu i klepali tzw. pańszczyznę (...). Postanowiłem szukać Boga sam, nie wystąpiłem z katolicyzmu, zachowałem sakramenty i wiarę w nie, a może dopiero ją odnalazłem (...).
Moje przeżywanie obecności Boga miało miejsce w jednym z sanktuariów kiedy to podczas adoracji krzyża poczułem na swoich plecach niesamowity ciężar, sama koronka do Miłosierdzia Bożego wydawała mi się drogą przez niesamowitą mękę, kiedy kapłan począł błogosławić krzyżem dostałem niesamowitej palpitacji serca, w miarę zbliżania się przedmiotu męki Pańskiej opadałem z sił, pot lał się ze mnie jak z wiadra czułem krople biegnące po moich plecach, głowie, byłem cały mokry, a przy tym słyszałem jak łopoce moje serce "jak flaga na huraganie". Chwyciłem się za klatkę piersiową, a ono jak by się chciało wyrwać do Jezusa, ledwo je utrzymałem, przynajmniej takie miałem wrażenie. Pomyślałem sobie, że być może jestem opętany, ale nie był to żaden ból tylko uczucie jakby się spotykało z kimś w życiu dla Ciebie najważniejszym, z kimś do kogo twoja miłość nie zna granic. Krzyż wrócił na swoje miejsce a cała moja kondycja przeszła. Słyszałem tylko głos w głowie: bądź moim pasterzem, paś owce moje...
Od tamtego czasu identycznie zachowuje się moje ciało w Każdy Wielki Piątek podczas adoracji Krzyża, ostatnio jednak, kiedy podczas Mszy Św. za rychłą beatyfikację Jana Pawła II przyjmowałem komunię pełną miałem identyczne, nie aż tak nasilone wrażenie; serce mi waliło jak młot... Bóg jest w moim życiu najważniejszy, to mój Ojciec, jednak "głosu" nie wypełniłem, wówczas wskazałem na moją dziewczynę i poprosiłem Boga aby pozwolił  mi ją kochać... Czy zaszła u mnie aż taka przemiana wewnętrzna ulegam ludzkim grzechom przez swoja niedoskonałość. Jednak Bóg Osoba jest w moim życiu cały czas, wiem, że zawsze mnie wysłucha i zawsze to robi. Moja lekcja tylko żywy Bóg w życiu, osoba nie przedmiot. Nie muszę widzieć Boga-Adonai aby wiedzieć, że jest jedyną ścieżką wiecznego szczęścia.
     Można w tym miejscu zadać pytanie czemu, mimo powtarzających się regularnie przykrych doznań Mebachel trwa przy „katolickim bogu”, identyfikując go z prawdziwym Bogiem; Bogiem, o którym czytamy w Nowym Testamencie, iż jest Miłością. Wszak w Bogu-Miłości realizuje się wszelka miłość, w tym miłość człowieka do człowieka. Na pytanie to zapewne istnieje wiele odpowiedzi, począwszy od stwierdzenia, iż wypełnianie bożej woli jest ważniejsze od ulegania porywom serca, skończywszy na hierarchizowaniu rodzajów miłości i uznaniu miłosnej relacji z Bogiem za najwyższą. W ten sposób zdaje się ją rozumieć wiele „powołanych” osób, a zwłaszcza zakonnic, widzących w sobie oblubienice Jezusa, a w nim ich Oblubieńca.
     Relacja ta, poza faktem, że mistycyzuje i uduchowia swój seksualny charakter w niczym nie różni się od tego typu związków, o jakich wzmiankowałem w
ANIELSKIM SEKSIE. Związek ten bowiem nie musi realizować się wprost przez doznania seksualne, zmysłową rozkosz, „astralny gwałt” itp. Ten rodzaj doznań pojawia się w kontakcie z arymanicznymi hierarchiami bytów ( a i to nie zawsze ). W swej lucyferycznej postaci przyjmuje on formę „miłości duchowej”, czyniąc z niej pryzmat postrzegania „boga”, świata oraz motywując całe postępowanie człowieka. Z grubsza rzecz biorąc mamy wtedy do czynienia z dwoma, wzajem się dopełniającymi przejawami tego opętania. Pierwszy wyraża się poszukiwaniem „miłości doskonałej”, „niewolniczej”, ukierunkowanej tylko na „Boga” ( przejaw ten znamionuje  zwłaszcza osoby egocentryczne, pyszne, lubiące manifestować na zewnątrz pokorę i ascezę ).  Drugi typ przejawów określam mianem „lucyferyczności grzesznej”. Wywołuje on w człowieku poczucie negacji własnej wartości i nieustanne dążenie do anihilacji wszystkich „brudów”, „grzechów” i „kodów” oddzielających go rzekomo od „Bóstwa”. W skrajnych przypadkach postawa ta skłania go do podejmowania rozmaitych miłosno-heroicznych czynów -  na przykład poświęcenia się za lub dla innych. W opinii ludzi osoba taka uchodzi za niemalże świętą, jest otaczana szacunkiem, bywa „wynoszona na ołtarze” i przedstawiana jako wzór do naśladowania.
     Tak oto, czerpiąc siłę z „boskiej miłości” człowiek odczuwa spełnienie nieświadom, że egregory wykorzystują jego szlachetne inklinacje do swych partykularnych celów. Tragizm tej sytuacji polega na tym, że wszelkie negowanie równania Bóg = Miłość traktowane zostaje jako uderzenie w podstawy uczucia, które stanowi fundament człowieczeństwa. Słysząc „miłosną ofertę” jesteśmy bezradni, gdyż zakodowane w naszej psyche przekonanie, że miłość to najwyższe i najszlachetniejsze z uczuć, czyni nas bezbronnym w obliczu kogoś, kto jawiąc się jako Bóg oznajmia nam: „jestem Miłością”. Czy tego chcemy czy nie, odrzucenie „oferty” wzbudza w nas wyrzuty sumienia i powoduje skojarzenie, że skoro nie poddaliśmy się „wezwaniu do Miłości” opowiedzieliśmy się po stronie jej zaprzeczenia albo „gorszej wersji”. Tymczasem  „gorsza wersja” wcale nie jest gorszą, a bywa, że zbawienną pod tym wszakże warunkiem, że zamiast trwać przy „Bogu”, który nie jest Bogiem, odwrócimy się od niego zrozumiawszy, że owszem to, co wiąże Boga i człowieka może ten ostatni odczuwać jako miłość, wszelako w niczym go ona ani nie pęta ani do niczego nie „powołuje”. „Duchowe powołania” wybieramy sami, bez żadnego przymusu, a i wtedy dobrze byłoby rozeznać, czy są one właściwie ukierunkowane. Każde inne postępowanie otwiera nas na niszczycielską emanację źródła „powołania”. No, chyba, że je pokochamy i mu ulegniemy. Wtedy, być może, oszczędzi nam, zasłużonych w swoim mniemaniu, cięgów…

sobota, 04 listopada 2006
ROZDZIELENIE (1)

Te dwa światy, o których mówimy,

 są sobie diametralnie przeciwstawne...

"Misterium Błogosławieństw"

     Jakiś czas temu, w sobotę, obudził mnie telefon. Zerknąłem na zegarek. Szósta rano. Któż to może dzwonić o tej godzinie i to na dodatek w dniu, w którym nareszcie mogę nieco dłużej pospać wolny od muzealnych obowiązków i konieczności porannego wstawania? Podniosłem słuchawkę. Dzwoniła moja znajoma, jej zaś opowieść sprawiła, że natychmiast oprzytomniałem. 

     Mówiąc najkrócej tyczyła ona jej córki, która najpierw rzuciła studia, potem zapisała się do jednej z psychotronicznych szkół, następnie podjęła terapeutyczną kurację u pewnego słynnego regresera, całymi dniami przesiadywała w pokoju ze słuchawkami na uszach i wysłuchała jego duchowych wynurzeń nagranych na kasety, po czym rzuciła dom, wyjechała na południe Polski i razem z podobnym i jej fanami „duchowego rozwoju” zamieszkała w wynajętym pokoju w jednym z podgórskich miast, kiedy zaś rozsierdzony właściciel mieszkania, któremu oczywiście nie płaciła za czynsz, wyrzucił ją stamtąd, zaczęła żebrać i koczować na dworcach. Na domiar złego zaszła w ciążę, wróciła więc do domu tylko po to, by oświadczyć matce, że owszem, urodzi dziecko, ale nie będzie się nim zajmować, ponieważ takie przyziemne sprawy przeszkodziłyby jej w osiągnięciu oświecenia i pełnej integracji z Bogiem.

     - Jasiu, powiedz mi co mam robić?  – zapytała zrozpaczonym głosem znajoma. – Do niej nic nie dociera. Znów słucha kaset tego idioty, żre same kiełki, okadza się kadzidłami, a mnie traktuje jak przedmiot, mówiąc, że nie jestem jej prawdziwą matką i że powinnam jej służyć, bo ona jest wcieleniem fioletowego czy białego anioła, a ja jakiegoś demona czy coś w tym stylu. Cholera jasna! Gdyby trafiła do sekty rozumiałabym co się dzieje. Sprawdzałam. Ci jej znajomi nie są sektą. To tylko jacyś otumanieni dziwacy…

     Mnie wszakże zachowanie córki znajomej wcale nie dziwi, jest ono bowiem typowym przejawem drugiej fazy SDU, kiedy to, w skutek „prania mózgu” spowodowanego lekturą „duchowych książek”, udziałem w kursach bądź udziałem w jakiś duchowych praktykach człowiek gwałtownie zmienia swoje dotychczasowe obyczaje. Ukonstytuowane w jego umyśle nowe wartości i wzorce postrzegania świata zyskują przewagę nad starymi, wypierają je i nad nimi dominują. W rezultacie człowiek ten zaczyna postrzegać swoich najbliższych jako ludzi „gorszej kategorii”. Postawa taka jest charakterystyczna dla większości osób poddanych wpływom sekt lub „sektopodobnych” grup, w których obowiązuje ścisła dyscyplina i radykalne podporządkowanie się wymogom kultu.

     Byliśmy szczęśliwym małżeństwem – pisze na jednym z chrześcijańskich portali pewien mężczyzna. - Żona urodziła dwoje dzieci, nie pracowała zawodowo. Sytuacja zmieniła się, kiedy żona poznała nowych "przyjaciół", którzy preferowali zdrowy styl życia. Wegetarianizm, pokojowa postawa wobec życia - to teoretycznie było pozytywne. Nie znając wewnętrznych zasad działania tej grupy uważałem ich za niegroźnych dziwaków. Pod wpływem tych ludzi żona zmieniła się nie do poznania.

     Początkowo myślałem, że jest to wynik kryzysu małżeńskiego, szukałem winy w sobie. W domu pojawili się „siostry i bracia duchowi” z Hare Kryszna. Żona zachowywała się jak „nawiedzona”. W woni kadzideł od godz. 4.00 rano uprawiała swoje praktyki. Odsunęła się od bliskich, rodziny, przestała być żoną, matką - zaniedbywała dzieci. Nazywała nas ludźmi III kategorii czyli „demonami” i „karmitami”. Dzieciom zabraniała jeść mięso, mówiąc, że to trupy. Nie wolno było jadać również ryb, jajek, czosnku, cebuli. Często wprowadzała posty. Dzieci bardzo źle znosiły tę zmianę. Były osłabione i wystraszone. Przeciążone obowiązkami niechętnie uczyły się, z ledwością przechodziły do następnej klasy. Często zamiast iść do szkoły wyjeżdżały z żoną w góry do farmy i miejsc kultu. Praktyki, w których uczestniczyły dzieci ( bez mojej zgody ) doprowadziły do kłopotów zdrowotnych. Syn cofał się w rozwoju. Córka czyniła próby odebrania sobie życia. Żona nie bacząc na problemy realizowała program „udoskonalania się”. Żyła i pracowała dla grupy. Nie istniała dla nas emocjonalnie, byliśmy dla niej przeszkodą w samorealizacji, mówiła o nas „słupy soli”. Często zostawiała dzieci bez opieki i uciekała w góry na farmę w celu „oczyszczania” się. Okradała nas, robiła długi. Twierdziła, że dla Kryszny należy się wyzbyć dóbr materialnych. Musiałem sprzedać samochód żeby oddać długi, które przekazałem Grupie...

dalej:

ROZDZIELENIE (2)

    Zjawisko to jest ogólnie znane, niewiele jednak pisano dotąd o tym, że równie często występuje ono w środowiskach nie związanych wprost z sektami lub nawet wobec sekt opozycyjnymi. Należą do nich chociażby użytkownicy rozmaitych internetowych forów o duchowej, ezoterycznej i religijnej tematyce, na których ukryci bezpiecznie za pseudonimami  „poszukiwacze ducha” mogą pytać o sprawy o jakich gdzie indziej nie odważyliby się rozmawiać. Nie wszystkie tego typu witryny mają charakter interaktywny. Część z nich, jak chociażby promujący magię opartą na zasadach opracowanych przez Aleystera Crowleya Portal Internetowy Grupa Pracy z Magią IHVH-ADNI, Ezoteryczna Strona Chrześcijaństwa – Widzenie Sercem – Wewnętrzne Widzenie, czy założona przez znanego astrologa, Wojciecha Jóźwiaka internetowa witryna TARAKA lub poświęcona biblijnemu chrześcijaństwu polska edycja Herald of His Coming, zajmuje się głównie propagowaniem konkretnych odgałęzień duchowości poprzez publikowanie artykułów, notatek, esejów i informowanie o kursach, spotkaniach, mityngach itp. Bywają jednak ezoteryczne portale o poszerzonej formule, w których można poczytać zamieszane tam artykuły i komentarze oraz stać się aktywnym uczestnikiem dysput, a po pewnym czasie - „pełnoprawnym obywatelem” tej społeczności. Należy do nich  Cudownyportal stanowiący ten rodzaj internetowej wspólnoty, nad którą „duchową pieczę” sprawuje jeden, cieszący się wśród stałych bywalców  autorytetem człowiek. Jest nim Leszek Ż., radiesteta, jasnowidz, autor wielu książek i pomniejszych tekstów o ezoterycznej tematyce, wynalazca stosowanej przez siebie terapii zwanej regresingiem®, będącej – wedle jego słów – nowatorską metodą rozwiązywania „nierozwiązywalnych” problemów zdrowotnych, społecznych, finansowych i innych..   

     Użytkownicy tych portali nie tylko motywują się wzajemnie, ale i też dobierają według mniej lub bardziej określonych kryteriów, na przykład diagnozując swój stopień rozwoju duchowego. Celują w tym zwłaszcza bywalcy Cudownegoportalu posługujący się metodą „duchowego wahadełkowania” opracowaną przez Leszka Ż., którą można stosować albo w obecności danej osoby, albo wykorzystując jej zdjęcie lub jakiś posiadany przez nią przedmiot ( a więc czynić to bez jej wiedzy i zgody ). Z grubsza rzecz biorąc metoda ta polega na mierzeniu za pomocą radiescezynego wahadełka stanu, w jakim znajduje się siedem głównych centrów energetycznych człowieka ( czakramów ) i obliczaniu, w skali od 1 do 36, stopnia osiągniętego przezeń spirytualnego urzeczywistnienia. Każdy stopień to jeden ERD (etap rozwoju duchowego). I tak od 1 do 3 ERD-ów posiadają ludzie duchowo uśpieni, od 4 do 10 ERD-ów  - duchowo poszukujący, od 11 do 14 – poważnie poszukujący, od 15 do 21 – doskonalący się uczniowie, powyżej 22 ERD-ów rozpoczynają się hierarchie mistrzowskie, dalej zaś trwa samodoskonalenie, aż do 36 stopnia ERD, który osiągnęli Budda i Chrystus.      Rzecz jasna wszyscy stali goście Cudownegoportalu mają ponad 22 ERD-ów, zaś wynalazca tej metody – 35 ERD-ów, czyli prawie tyle samo, co Oświecony i Ukrzyżowany.    

Monika

Jeśli ktoś nadal nie wierzy w skuteczność regresingu, to pozwolę podać siebie za przykład, po dwóch latach RSR ( Roczna Szkoła Regresingu prowadzona przez Leszka Ż. – uwaga J.W.S ) ERD skoczyło mi ponoć aż o ok. 6-8 punktów, ostatnie pomiary dostałam od Dosi i Kingi, jeszcze raz dziękuję dziewczyny! (...)    

Kinga roszczyniała

            hmmmm....no mi wychodzi ok. 24, ale ja jestem dopiero co po obiedzie, więc .....

     Piotr ap kuki 

             Heh, dzięki Kinga, mam nadzieję, że obiadek smaczny był. Zauważyłem pewną tendencję

         wzrostową - od 17 do 24. Może się ktoś jeszcze pokusi sprawdzić, żeby tak wszystkie

          wątpliwości rozwiać.

     Maltara

         Leszku, przeczytałam [ pana ] listę przedstawiającą wskaźniki ERD, czyli miary rozwoju            duchowego niektórych artystów i myślę, że nie jest to taktowne...W jakim celu to zostało podane??? Aby zaspokoić ciekawość niektórych osób... czy też aby móc się z nimi porównywać (...)

     Leszek

            Maltara, z ERD jest jak z nożem. Możesz z tego skorzystać, albo się pociąć. To zależy od

         Ciebie (...).

     Woj

           Lechu mi zmierzył ERD 20-21 + - 1 ERD (...)

     Jasna

           ... a nie chciałby kto na mnie poćwiczyć swoich zdolności wahadlarskich?

     Dosia 

              Jasna, mnie wyszło 26

     Kinga roszczyniała 

              Mnie 27,5

     Jasna

           Kinga jest bliżej, może i idealnie, bo ostatnio wyszło mi tak 27/28, dzięki dziewczynki, a czy

        robicie też  analizę czakramów? bo ja jestem świeżo po dość radykalnym zabiegu na czakry i

        mocno mnie ciekawi  ich stan (...).

dalej:

ROZDZIELENIE (3)

     Również inne portale mają swoich merytorycznych opiekunów, którzy doradzają użytkownikom, komentują ich wypowiedzi i – już poza netem - wykonują rozmaite, płatne usługi. I tak, na przykład Marlena S., opiekunka forum Ezoteryka i bioterapia, Gazeta.pl to - wedle zamieszczonego tam jej anonsu - doradca życiowy i biznesowy, który: Wróży z kart, wykonuje pieczęcie anielskie, prosi o wsparcie dla klienta. Przeprowadza zabiegi z zakresu bioterapii, reiki i litoterapii, Uczestniczy w imprezach w charakterze wróżki. Natomiast konsultantką „bratniego” forum Wróżbiarstwo przez pewien czas była Ewa G., specjalistka w zakresie numerologicznej analizy charakteru człowieka w oparciu o ekwiwalenty liczbowe jego imienia, nazwiska, datę urodzin itp. Wykonywała ona ponadto zabiegi polegające na dodawaniu do posiadanych imion następnego imienia lub wstawianiu do nich jakiejś litery, skutkiem czego zyskiwały one inną wartość liczbową. Zabieg ten określany był mianem „zmiany karty numerologicznej”. Poprzez zmianę karty numerologicznej – czytamy w jej ogłoszeniu - można wprowadzić harmonię w strukturze energetycznej człowieka. Zmiana karty to inaczej zmiana kodu, którym jesteśmy opisani, uzyskiwana poprzez jego uzupełnienie, tj. dodanie nowych imion, precyzyjnie dobranych do potrzeb danego człowieka, tak aby wszystkie wibracje wspierały się i wzmacniały swoje dobre strony. To nadaje życiu właściwy tor….

    Operacje te z reguły budzą najpierw obawy, jednakże ci, którzy im się poddali rychło dochodzą do wniosku, że w mniejszym lub większym zakresie wywierały one korzystny wpływ na ich samopoczucie i poprawę sytuacji materialnej, w związku z czym przekonują innych, że warto spróbować.

     Subkdub

Czy ktoś skorzystał z terapii numerologicznej? Pytam, bo sama się waham czy się tego podjąć czy nie. Czy ktoś ma pozytywne doświadczenie w tej kwestii? Proszę o radę.

     Tiffany79

Ja skorzystałam. Także miałam pewne obawy, nie tylko finansowe. I czekam, nie  mówię, że nic nie robię tylko czekam na cud. Pani Numerolog zalecała pisanie i ćwiczenie swoich nowych podpisów itp. Robię to, poza tym działam, szukam pracy itd. Już ponad pół roku minęło od zmiany portretu. Na razie bez zmian. Jeśli będziesz miała ochotę, to pisz proszę.

     Matrius_laurenus

                       (...) Skorzystałem w styczniu 2001, wkrótce potem kupiłem założyłem firmę, zmieniłem auto, kupiłem gospodarstwo na wsi, żona zaszła w ciąże, dostałem awans, wyjechałem na wieś, gdzie pracuję przez internet, urodziła nam się córka, wyremontowaliśmy dom, wkrótce narodzi się druga dzidzia... Do dzisiaj prawie codziennie pisze afirmacje na zmianę z imionami i podpisami. Kiedy pisze imiona, to uświadamiam sobie, że to jest jak powtórne narodziny, jak chrzest w dorosłości, stawanie się nowym człowiekiem. Co ciekawe, żona też miała sesje, popisała imiona przez tydzień i zaraz zarzuciła, bo jej się nie chciało - ale popatrzcie: urodziła dziecko, mieszka na wsi, jest w drugiej ciąży, kompletnie inne życie. Dla mnie przewaga numerologii nad astrologia czy tarotem polega właśnie na umożliwieniu zmiany (poprzez nowe imiona) - astrolog nie daje nam żadnego praktycznego narzędzia, numerolog tak. Co nie znaczy, że nie patrzę w horoskop. Druga taka sztuka to feng shui, które w moim przypadku też zadziałało piorunująco - dzień po przestawieniu łóżka rozbiłem samochód (przez co w efekcie kupiłem inny, lepszy), a parę dni po przestawieniu biurka dostałem pracę. A mój obecny dom to od początku walka pomiędzy daną formą, możliwościami i wskazówkami feng shui.

     Ewa.Gs.

Wygląda na to, że znam p. numerolog, która zmieniała Twoją kartę. Masz od niej pozdrowienia - cieszy się z efektów (...).

     Maguy

Jestem świeżo po - 10 dni temu skończyłam pisanie imion i podpisów. Sporo pozytywnych zmian, chociaż nie jakichś bardzo radykalnych. Czuje przypływ energii, powoli odzyskuję chęć do życia i działania. Oczywiście pracuję nad sobą, bo samo nic się nie zrobi, ale teraz pomalutku widzę, że są rezultaty. Wiele spraw wydaje mi się jaśniejszych, prostszych i wreszcie zaczynam brać życie w swoje ręce. Myślę, że większe zmiany przyjdą z czasem, mówi się, że po roku. Odbieram to tak, jakby przeszkody ( wierzę, że celowo przede mną postawione ) zaczęły się odblokowywać Na pewno nie żałuję, że zdecydowałam się na terapię.

    Skuteczność magicznych zabiegów ( afirmacji, modlitw, technik medytacyjnych, metod i różnorakich urządzeń ) najpierw dziwi, potem daje niezłomną pewność, że obrana droga jest słuszna i nie tylko należy ją kontynuować, ale i również poszerzać obszar duchowych zainteresowań o nowe dziedziny. Te zaś nieuchronnie wiodą ku tym rodzajom duchowych doświadczeń, o jakich pisałem chociażby w temacie CYROGRAF MIŁOŚCI. Doś szybko zyskują one ezoteryczną wykładnię, która pozwala je interpretować i poprzez „duchowe doskonalenie”, „oczyszczenie wewnętrznych intencji” i uwolnienie z nabytych ( np. w rodzinie ) wzorców modyfikować.

     Użytkownicy forów rzadko kiedy orientują się, że wykładnia ta to najzwyklejsza manipulacja służąca ugruntowaniu nowych wzorców i przesterowaniu ich uwagi na nowe aspekty tego samego matrixa. Jako przykład posłuży nam przypadek internetowej społeczności Cudownegoportalu. W roku 2002 ukazał się na nim cykl artykułów Leszka Ż.  poświęcony upadłym aniołom, wedle którego znaczna ich część nie dość, że zstąpiła niegdyś na ziemię, to na dodatek regularnie wciela się w ludzi i jako ludzie różnorako manifestuje swoją obecność, dążąc na wiele sposobów do powrotu do Boga. Rewelacje te nie wzbudziły z początku zbyt wielkiego zainteresowania, choć były oczywiście komentowane. Wkrótce potem użytkownicy tego forum zaczęli dopatrywać się w sobie cech upadłych aniołów i wszyscy niemal uznali, że ich dusze wywodzą się z jakiejś ich hierarchii. W styczniu 2006 roku pewien użytkownik o jakże charakterystycznym nicku Fllen Angel  założył nowy wątek forum poświęcony jeszcze jednemu typowi upadłych bytów – assurom i oznajmił, iż pamięta, ze on oraz jeszcze jedna osoba z grona „cudowiczów” byli assurami, „generałami armii Leszka”, która to armia miała doskonale zgrane wibracje, i walczyliśmy jak maszyny bojowe, nikt nie mógł się nam oprzeć. Wszyscy szli niemal równo, równym krokiem, jak żywe tarany, a wibracje rezonowały i wzmacniały się w obrębie 'kwadratu' na którym ustawieni byli wojownicy…

dalej:

ROZDZIELENIE (4)

     Oczywiście niemal natychmiast wszyscy poczęli odkrywać w sobie „dusze assurów” i "przypominać" sobie tamte czasy:

Wojciech

      Nie chcę zaśmiecać ciekawego wątku, ale czy ktoś mógłby mi sprawdzić czy ja też jestem z tej bajki?

Dosia

      Fallen, to ja mam w domu co najmniej jednego z tej armii, poślę ci jego zdjęcie ( chodzi o synka ). Fajnie to opisałaś, jak mi się cos nasunie to dopiszę :)) Aż mi przed oczami przeleciał szereg wcieleń z upodobaniem kontynuowałam tą karmę. Uff, na szczęście to za mną, ale echa jeszcze czuję, czasem nawet hałaśliwie...

 Aszera

Ładnie scharakteryzowałaś cechy assuryjskie Fallen, wpisuje się na listę zaginionych, rozproszonych Assur'ów. Przypomniałam sobie ten mroczny klimat nadludzkich mocy, ogromne intensywnie skondensowane strumienie pustoszącej energii wypływały z czakry splotu słonecznego, bo serce było puste i wypalone. Skumulowana fala energi to przetransformowany lęk wroga i nasz własny, który z radością oddawaliśmy z powrotem. Oto cała magia mocy oparta na lęku. Przyznam, że dobrze bardzo dobrze sie tam czułam, no cóż skutki odkręcam do dziś. Podobno do dziś zdarza mi sie w niekontrolowany sposób, kiedy jestem podszyta lekiem walić ze splotu taka energia bez ograniczeń. Czas odpuscić, przebaczyć i dostroić sie do wibracji najwyższej jakości. Pozdrawiam :))

 Strofa

      ogromne intensywnie skondensowane strumienie pustoszącej energii wypływały z czakry splotu
 słonecznego, bo serce było puste i wypalone (…). Łooo, dopiero to mnie ruszyło :/ Wcześniejsze opisy Assurów czytałam bez większych emocji i już myślałam, że to puściłam. A tu taki kwiatek - natychmiastowy flashback do ówczesnej struktury energetycznej i szok, szok, szok... :/  Brrr.

    Czy można się zatem dziwić, że mając taki obraz siebie i identyfikując się z duchowymi bytami „duchoworozwojowcy” zaczynają nie tylko postrzegać swoich bliskich jako przeszkody w osiągnięciu celu, ale i również traktować ich jak swoistego rodzaju „podludzi”, istoty niższego gatunku, z którymi związek albo należy zerwać albo trwać w nim ze szkodą dla swej duszy.

Bożenka

Zdaję sobie sprawę, że trzymanie się związku z nie rozwijającym się partnerem jest bardzo hamujące... Wiem, że wiele osób rozwijających się duchowo jest w takich związkach. Z wielu przyczyn, które z reguły oczywiście są przykrywką dla różnych lęków. Perspektywa odejścia z dnia na dzień wydaje się czymś bardzo dramatycznym. Kryje się za tym również obawa przed tym, że się w końcu wyda, że cały ten czas się tą drugą osobę okłamywało, grało się pod nią jakąś rolę i że ten fakt skrzywdzi tego partnera/kę. Pewnie to jakaś misja...

  Leszek

Zawsze mamy wybór:

okłamywać się nawzajem dalej;

wybrać prawdę i rozwój.

 Bożenka

czyli to brak odwagi, by podjąć decyzję, która zmieni całe dotychczasowe życie i spowoduje, że będzie trzeba zrezygnować również z tego co było dobre w związku.

Leszek

Na pewno coś dobrego musiało być....  Ale czy nie może być więcej gdzie indziej? Przecież to zależy od naszych wyborów.

  Bożenka

           no tak, ale porzucanie stabilizacji ( pewności ) dla czegoś nowego, niepewnego? Widzę pewne korzyści, oczywiście na tak, ale jednocześnie obawiam się, że po podjęciu decyzji może być po prostu gorzej i do tego skrzywdzę dwie osoby partnera i dziecko. Nie wiem czy mam wystarczająco dużo siły i odwagi, żeby temu sprostać...

Silencjum

          Gdybym miał mieszane uczucia i wahał się to w chwili próby podjęcia decyzji o odejściu poprowadziłbym  szczerą i otwartą rozmowę. Po niej o wiele łatwiej by mi było podając decyzje.

 Leszek

           Do rozmowy trzeba dwojga…

     Słuszna uwaga. Do rozmowy trzeba dwojga, rzecz w tym, że naprzeciw siebie stoją dwie, całkowicie „mijające się” osoby, które łączy tylko jedno: niezrozumienie tego, co się naprawdę wydarza. Ta pierwsza dopatruje się w tej drugiej oznak choroby psychicznej, nawiedzenia, szaleństwa, dziwactwa. Ta druga widzi w tej pierwszej przeciwieństwo siebie oraz przeszkodę w „duchowej samorealizacji”. Obie się mylą, albowiem prawdziwa przyczyna ich konfliktu kryje się w czymś całkowicie innym.

     Bezpośrednią przyczyną jest oczywiście proces psychomanipulacji jakiej poddawani są użytkownicy niektórych ezoterycznych forów. Środowiska internetowych portali trudno oczywiście uznać za sekty w dosłownym tego terminu znaczeniu, choć ich stali użytkownicy są uwarunkowani wzajemnymi relacjami  ugruntowanymi w ideowym wzorcu grupy (regresing®, rozwój duchowy, wróżbiarstwo, astrologia) i w mniejszym lub większym stopniu poddają się autorytetowi liderów danej wspólnoty. To wszakże tylko wierzchołek góry lodowej, pod którym skrywa się znacznie groźniejsza i brzemienna w skutki manipulacja duchowa, której narzędziami są internetowi „guru” i organizatorzy najrozmaitszych kursów, bezpośrednimi zaś sprawcami duchowe byty, które za nimi stoją. Cel tych ostatnich jest trojaki.

     W pierwszej fazie kontaktu chodzi im o to, by wyrobić w człowieku dążność do uzyskania wpływu na materialną sferę swego życia poprzez rozmaite, duchowe, magiczne, medytacyjne czy innego rodzaju zabiegi odnoszące się do sfery duchowej. Towarzyszące temu osobowościowe zmiany są z reguły dość powierzchowne, lecz zaświadczają o skuteczności tych zabiegów i ich pozytywnym wyniku. Człowiek lepiej się czuje, przestaje chorować, znajduje nowa pracę, zyskuje pewność siebie, wewnętrzny spokój, zadowolenie, samoakceptację itp.

    W drugiej fazie sprawiają one, że człowiek przestaje zwolna odczuwać siebie jako zintegrowaną całość ( osobę ), żyjącą „tu i teraz”, w określonym czasie i przestrzeni. „Rozbicie” to dokonuje się na dwa sposoby: 1/ przez „uwrażliwienie” na manifestację różnych sfer psychiki ( podświadomość, nadświadomość, wyższe „ja”, „ciało astralne”, „mentalne” itp. ); 2/ w skutek coraz silniejszej samoidentyfikacji ze swymi „wcześniejszymi wcieleniami” ( wspomnienia inkarnacyjne, wizje, sny itd. ). Wszystko to zmierza do tego, by móc wzbudzić w człowieku wewnętrzne przekonanie, iż jest on kimś innym, niż mu się niegdyś zdawało i że tak właśnie przejawia się w nim jego „prawdziwa natura”. A ponieważ jedynymi, którzy najlepiej pamiętają kim jest w rzeczywistości są członkowie jego rodziny, trzeba go przeciw nim nastawić i wyrwać z ich „objęć” bądź tak zainspirować, by również i ich wciągnął w proces „duchowego rozwoju” i upodobnił do siebie. 

     Teraz można przejść do trzeciej fazy zniewolenia, która wyraża się tym, że człowiek dokonuje samoidentyfikacji swej jaźni z jaźniami duchowych bytów ( upadłymi aniołami na przykład ) i całkowicie otwiera na ich uobecnienie w swoim „ja”. Im silniejsza zaś jest owa samoidentyfikacja, tym wyraźniej widać, że stał się on „cielesnym egregorem”  ( „odzieniem” duchów ) i tym częściej objawia się w nim osobowość mnoga Trójucha, o którym pisałem w artykule o SDU

niedziela, 29 października 2006
ANIELSKI SEKS

     Wydarzenie, o którym chcę opowiedzieć miało miejsce wiele lat temu, wczesną wiosną 1997 roku. Siedziałem w swoim gabinecie w muzeum, gdy nagle, bez zapowiedzi, weszła doń młoda kobieta.

     - Niech mnie pan ratuje! – zawołała.

     - Przed czym mam panią ratować? – spytałem zaskoczony i przyjrzałem się jej uważniej.

   Nie powiem, wyglądała ponętnie. Króciutka sukienka, ładne nogi, niczego nie kryjący dekolt, łańcuszek na kostce stopy, odsłonięte ramiona… Jednym słowem taki image, który  przyciąga wzrok każdego mężczyzny. Nie on jednak przykuł moją uwagę, lecz coś, co wyraźnie z nim kontrastowało. Włosy. Zmierzwione, upięte w niedbały kok. No i twarz pokryta grubą warstwą jakiś kosmetyków oraz oczy, z których emanowało cierpienie, ból i szaleństwo.

   - Proszę usiąść – wskazałem jej krzesło. – I opowiedzieć co się stało.

      Historia, którą usłyszałem była typowa. Otóż kobieta ta od iluś tam lat zajmowała się magią miłosną w celu upiększenia siebie i przyciągania ku sobie mężczyzn. Z początku wszystko dobrze się układało, aż do chwili, gdy nawiedził ją astralny byt, z którym uprawiała seks, doznając takich przeżyć, jakich nie dostarczał jej dotąd żaden z kochanków. Spotkania z nim odbywały się na pograniczu snu i jawy. Potem jednak coraz częściej zaczęło dochodzić do nich na jawie, w „planie fizycznym”. Wkrótce też okazało się, że duchowa istota nie tylko chce z nią współżyć jako astralny byt, ale i również wykorzystuje do tego celu ciała jej partnerów, nad którymi przejmuje kontrolę. Po takim doświadczeniu wszyscy faceci, z którymi spała zaczęli jej unikać, ci zaś, którzy dopiero byli kandydatami „do łóżka” – zerwali z nią kontakty. Im mniej miała mężczyzn, im bardziej przerzedzał się wianuszek jej adoratorów, tym częściej nawiedzał ją duch, tym bardziej agresywny się stawał, zmuszając ją do seksu, gwałcąc i skłaniając do robienia rzeczy, na jakie nie miała ochoty lub które sprawiały jej ból, poniżały ją, odzierały z resztek godności.

     - Niech mnie pan od niego uwolni – zakończyła swoją opowieść i klęknąwszy przede mną dodała wymownie. – Zrobię wszystko, co pan zechce. Jestem mistrzynią w tych sprawach…

     - Doprawdy? – roześmiałem się, choć wcale nie było mi do śmiechu. – Nie uwalniam od demonów. Uwodnić panią może tylko Bóg…

     Wyraz twarzy klęczącej przede mną kobiety zmienił się w jednej sekundzie.

     - Jaki Bóg, ty ch…?! – rzekła ironicznie męskim, chropowatym głosem. – Odwal się od tej k…. Jest moja… Słyszysz? Ta k…jest tylko moja…!

     Historii takich mógłbym opowiedzieć wiele. Na przykład historię pewnej zauroczonej tarotem dziewczyny, która w podobny sposób dała się opętać demonicznym istotom i które, po ujawnieniu ich obecności w jej ciele, ciskały na mnie najgorsze przekleństwa, wieszcząc mi rychłą śmierć, piekielne męki, choroby dzieci, spalanie domu. Albo przygodę pewnego ezoteryka, który uprawiał seks z „męskim duchem”, odkrywszy w sobie dzięki niemu skłonności homoseksualne. Mówiąc najkrócej ten aspekt okultystycznej duchowości to zjawisko częste, acz z reguły pomijane milczeniem ze względu na jego intymny i wstydliwy charakter.

     Współżycie seksualne z duchowym bytem dokonuje się na rozmaite sposoby. Czasami – jak w powyższym przykładzie – na granicy snu i jawy, czasem w trakcie medytacji lub wizualizacji, względnie wtedy, gdy wywołane duchowymi praktykami seksualne podniecenie „kanalizuje się” poprzez masturbację, „skoki na bok”, seks w agencjach towarzyskich itp.  Bywa również i tak, że dotknięty ta przypadłością „duchoworozwojowiec” nie odczuwa przy sobie obecności spirytualnego bytu, a mimo to z nim współżyje. Dotyczy to tych wszystkich, którzy będąc zainteresowani „taoistyczną”, czy „tantryczną” duchowością, masażem, technikami podnoszącymi „energetyczność ciała i ducha”, „kosmiczną miłością i ekstazą”, o jakiej pisze na przykład Robert Krakowiak na portalu Duchowa Wiedza, uprawiają seks ze swoim „mistrzem”, bądź tylko realizują zalecane przezeń praktyki i stronią od cielesnego aspektu „anielskiego seksu”.

     Kim są współżyjące z człowiekiem istoty? Biblia określa je mianem nefilim lub beni ha-elohim. Pierwsze słowo oznacza „olbrzymi”, „giganci” ( możliwe są również inne tłumaczenia ), drugie – „synowie boży”. Kabała lokalizuje ich siedziby w sefirach Jesod i Hod, współczesna ezoteryka wiąże ich z zodiakiem Oriona. To oni, według Pisma, płodzili dzieci z „kobietami ziemskimi” i to oni stoją za wszelkimi magicznymi praktykami lub wizualizacjami ( na przykład filmowymi ), gdzie dochodzi do podjęcia prób spłodzenia dziecka cechującego się jakimiś duchowymi właściwościami ( „dziecko szatana”, „złote dziecko”, „nowy Chrystus”, „król świata”, „żywy bóg”, „syn boży”  itp. ).  Nefilim pochodzą z arymanicznej hierarchii duchow, beni ha-elohim – z hierarchii lucyferycznej. De facto są oni tym samym, choć rozmaicie mogą się manifestować: albo na poziomie seksualno-materialnym, albo na poziomie „seksu duchowego”, nie związanego wprost ze sferami erogennymi ciała. Skutkiem kontaktu z nimi bywają skórne choroby ( jeśli kontakt ma charakter cielesno-zmysłowy i wynikający z „niskich intencji” ), problemy ortopedyczne, zmiana seksualnych preferencji i "opcji", arymaniczne bądź lucyferyczne opętanie. Najważniejsze jest jednak to, że jeżeli już do niego dochodzi stanowi on rodzaj cyrografu – nierozerwalnego paktu z duchem ( duchami ).

     Czemu? Ponieważ zgodnie ze starymi, magicznymi prawami wszelki seksualny związek (a zwłaszcza zwieńczony spłodzeniem potomstwa) odzwierciedla się w sferze duchowej jako akt zawarcia małżeństwa: scalenia ciał i dusz mężczyzny i kobiety, którzy od tej chwili stanowią spirytualno-cielesną, nierozerwalną jedność. Do tej prawidłowości odnosi się przykazanie „Nie cudzołóż”, które należy rozumieć dwojako. W sensie moralnym chodzi w nim o unikanie małżeńskiej zdrady. W sensie duchowym – o nie obcowanie z „bogami” ( dlatego idolatria i wielobóstwo są w Pismie nazywane cudzołożeniem ). Na to też prawo powołują się nefilim i dlatego tak trudno zerwać z nimi kontakt. By tego dokonać trzeba „umrzeć za życia”, stać się „nowym człowiekiem”. To wszakże wiąże się z bardzo radykalnym teszuwa (nawróceniem ), któremu poświęcę więcej miejsca, ale już w innym  tekście…

czwartek, 26 października 2006
CYROGRAF MIŁOŚCI

     Ja razem z mężem byliśmy ponad rok temu na warsztatach organizowanych przez Elżbietę Nowalską  Bardzo ciepło wspominamy te warsztaty. Uczyliśmy się na nich odczuwania swojej Energii, oczyszczania i rozjaśniania swojej przestrzeni energetycznej, odczuwania innych Bytów Energetycznych i podróżowania w ich krainy pełne ciepła i miłości …

     pisze na ezoterycznym forum Wróżbiarstwo niejaka K4thy.

   Doświadczenie tego rodzaju bywa ważnym zwiastunem pierwszych symptomów SDU.  Może się ono wiązać z wrażeniem przepełniającej duszę wszechogarniającej miłości, łaski i świetlistej energii boskiego pochodzenia lub wizja jakiejś anielskiej istoty, w którego wyniku człowiek zyskuje pewność, że jest kimś wyjątkowym, wybranym przez Boga, i że obcuje z darzącymi go miłością mieszkańcami duchowego uniwersum. Doznanie to nie musi być efektem jakiś specjalnych zabiegów medytacyjnych czy modlitewnych. Nie wiąże się ono również tylko z jakimś konkretnym rodzajem uprawianej duchowości, podobna przygoda przytrafia się bowiem ludziom z różnych, spirytualnych tradycji, jak chociażby chrześcijańskiej mistyczce i wizjonerce, Vassuli Rydén, która tak opowiada o swoim pierwszym spotkaniu z boskim wysłannikiem: 

     Całkiem na początku jedną z pierwszych rzeczy, jaką mój anioł narysował na kartce papieru, było serce. W centrum serca narysował różę, tak jakby wyrastała z niego. Potem grzecznie, ku memu wielkiemu zdumieniu, przedstawił się: „Daniel – twój anioł stróż”. Wywołało to moje zdziwienie, ale równocześnie napełniło wielką radością. Byłam tak szczęśliwa, że prawie unosiłam się chodząc po domu. Moje stopy ledwie dotykały podłogi, a głośno powtarzałam: „Jestem najbardziej szczęśliwa na świecie, jestem pewna, że jako jedyna osoba na świecie, mogę porozumiewać się w ten sposób z aniołem stróżem!”

     Nazajutrz mój anioł powrócił w ten sam sposób. Spędziłam niekończące się radosne godziny na rozmowie z nim. Na drugi dzień znowu wrócił i ze zdziwieniem stwierdziłam, że przyprowadził ze sobą wielką liczbę aniołów z różnych chórów. Sądziłam, że bramy Niebios zostały nagle szeroko otwarte, bo mogłam swobodnie odczuwać to wielkie przemieszczanie się aniołów. Wydawali się wszyscy ożywieni i radośni, tak jakby oczekiwali na jakieś cudowne wydarzenie. Z powodu ich wielkiej radości pomyślałam, że całe niebo świętowało. Potem wszyscy aniołowie razem, jednym głosem zaśpiewali: „Szczęśliwe wydarzenie ma się właśnie dokonać!” Rozumiałam, że niezależnie od tego, jakie to miało być wydarzenie, dotyczy mnie bezpośrednio. Jednak gdy próbowałam zgadnąć, nie udawało mi się dowiedzieć, o co chodzi. Cały dzień chór anielski śpiewał ten refren, powtarzając te same słowa, robiąc jedynie kilka minut przerwy między nimi. Za każdym razem, kiedy niebo otwierało się, aniołowie powtarzali ten sam refren. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział mój anioł stróż na temat Boga, były następujące: „Bóg jest blisko ciebie i kocha cię”…  

     Tak przeto, jak dla naśladowców K4thy jej podróżowanie po krainach zasiedlonych przez przyjazne istoty z innych wymiarów kosmosu oraz kontakt z bliskimi Bogu duchami stanowi dowód, iż byty te opiekują się nami i chcą naszego duchowego rozwoju, tak również wielu chrześcijan wierzy, że anielskie hierofanie jakie objawiły się Vassuli i podyktowane jej przez Jezusa orędzia pochodzą prosto od samego Boga. W ten sam sposób i ja odebrałem inaugurującą moją duchową inicjację niezwykłą wizję, której doznałem w paryskiej katedrze Notredame. Wszedłszy do tej świątyni poczułem nagle chęć pomedytowania i ledwie przymknąłem oczy natychmiast  spłynęło na mnie z góry łagodne, pełne miłości światło, po czym ujrzałem  promieniujące dobrocią serce ze znajdującą się w jego centrum złocistą różą.

      W każdym z powyższych przypadków doszło zatem do samorzutnego lub wywołanego jakąś praktyką przesterowania umysłu na odbiór fenomenów ponadzmysłowego świata, które emanują pięknem i miłością. Dlaczego właśnie tak? Odpowiadając na to pytanie siedemnastowieczny kabalista, Jakub Boehme, porównuje tę sytuację do przygody  szermierza, który stojąc przed lustrzanymi drzwiami ćwiczy arkana fechtunku i nagle orientuje się, że znalazł się po drugiej stronie lustra, nie walczy już ze swoim odbiciem, lecz z realnym przeciwnikiem, co w sposób naturalny budzi w nim grozę, lęk i zdumienie, najchętniej więc rzuciłby się w popłochu ku drzwiom, by wrócić do swojego pokoju, lecz wtedy przekonałby się, ze są one zamknięte, gdyż otwierają się tylko w jednym kierunku. Tak wszakże się nie dzieje ponieważ w tym pierwszym kontakcie ów naturalny odruch z reguły jest niwelowany. Jak? Ano właśnie poprzez coś, co budzi zaufanie oraz wrażenie ciepła, miłości i akceptacji

     Ujmując rzecz najprościej strategia duchowych bytów polega na tym, by zauroczyć, zachwycić bądź porazić człowieka paranormalnym zjawiskiem lub niezwykłym snem, następnie zaś sprawić, by im zaufał i uznał je za przyjacielskie, swojskie. Jam jest Bóg ojca twego, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, i Bóg Jakuba – uspakaja strwożonego Mojżesza przemawiający doń z gorejącego krzewu poprzez swego anioła bóg Jahwe i Mojżesz składa mu hołd pewien, że ma do czynienia z rodowym, a więc życzliwie doń nastawionym bóstwem. Z tej samej przyczyny duchy te częstokroć podają się za naszych zmarłych krewnych ( rodziców, dziadków itp. ), których darzymy miłością i czujemy się z nimi bezpiecznie:

     gangsta.eve: Mój dziadek (...) umarł nagle i nie zdążyliśmy się pożegnać. Dopiero potem przyszedł do mnie w snach. Pytałam - jak to możliwe? Tak sobie razem siedźmy i rozmawiamy, dotykam twoich ciepłych dłoni. Przecież ty umarłeś. Dziadek na to – „Nie umarłem, nie ma mnie na Ziemi. Gdybym przyszedł do ciebie na jawie, to byś się bała. Sny to najlepsze miejsce na takie spotkania, prawda? Wiem że nie byłem za życia dobrym dziadkiem dla ciebie i chciałbym to naprawić” (...). Wiem, że jest mu tam dobrze, ze nikt nie przekracza progu śmierci samotnie; po drugiej strony ZAWSZE wyciągnie do nas rękę ktoś życzliwy i pomoże nam „pozbierać się” (…). Dla mnie są to miłe wizyty (...).

     gueen.maya: U mnie jest podobnie. Zawsze są pozytywnie nastawieni. Rozmawiamy dosłownie o wszystkim. Nie zawsze chcą odpowiadać na trudne pytania, np. o przyszłość, o sprawy przerastające pojmowanie żyjących tu na Ziemi. Mówią wtedy wyraźnie, że tego nie mogą powiedzieć. Mnie te spotkania krzepią...

     inga2: Bardzo często spotykam zmarłych we śnie, przeważnie SĄ to moi nieżyjący rodzice. W niedługim czasie po śmierci taty przyśnił mi się, że przyfrunął do mnie. Zamiast rąk miał skrzydła. Zadałam mu pytanie, jak mu tam jest na tamtym świecie. Mówił że zobaczył się ze swoimi znajomymi, których nie widział tyle lat. Spytałam go co tam robi, odpowiedział, że pracuje, że wszędzie trzeba pracować. Zarabia dużo pieniędzy. Potem zobaczyłam jak odfruwa i szybuje w stronę chmur i jeszcze dużo innych postaci, które zamiast rąk mają skrzydła. Pytam głośno tatę co to za ludzie, więc mi odpowiedział, że to są zmarli, którzy przybyli odwiedzić swoich bliskich. Kiedy się obudziłam byłam bardzo szczęśliwa, że mnie odwiedził. Bardzo chcę tych odwiedzin. Czuję się taka szczęśliwa... ( link )

     W ten oto prosty sposób byty te sprawiają, że człowiek chętnie wyciąga rękę po ofiarowany mu „darmowy” bilet wstępu do ich cudownych krain i naiwnie wierząc, iż wszystko to służy jego dobru oznajmia duchom: „tak, chcę związać się z wami”. Ów akt wolnej woli jest dla duchów niezbędny, gdyż dzięki niemu związek człowieka z nimi zyskuje „moc prawną”. Od tej pory każda próba jego zerwania będzie poczytywana za zdradę. Zdrajców należy prześladować i karać. Czym są zaś te prześladowania i kary najlepiej przekonują się ci wszyscy, którzy próbują zerwać „pieczęcie miłości” podpisanego słowem „chcę” cyrografu…

piątek, 20 października 2006
BAJKA O ŚLEPCACH

 Jako „jednostka chorobowa” SDU niczym nie różni się od innych zespołów uzależnień, takich jak alkoholizm czy narkomania, podobnie bowiem jak tamte wywołuje kompulsywne zachowania i przejawia się zawężeniem percepcji oraz jej koncentracją na wywołanych stosowanymi środkami zmianach świadomości i przewartościowaniem percepcji otoczenia.

        Kiedy poprzez wahadełko nawiązałam kontakt z istotami duchowymi, byłam przekonana, że są to istoty pozaziemskie – wspomina B. - Żyłam już wtedy w innej rzeczywistości. Nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa, choć moje życie upadało całkowicie na dno. Nie miałam pojęcia, że to jest złe, wierzyłam każdemu słowu. Coraz bardziej żyłam pod kontrolą duchów i robiłam wszystko, co mi kazały. Z dnia na dzień moje życie zamieniało się w koszmar, żyłam w ciągłym strachu, ubezwłasnowolniona, w mocy czegoś, co było silniejsze ode mnie. Nie spałam całe noce, nie jadłam, stałam się bezsilna…

      Tak jak narkoman, uzależniony od duchowych praktyk człowiek żyje więc na pograniczu dwóch światów: z jednej strony musi poruszać się w „świecie zwyczajności”, z drugiej – ma dostęp do „świata nadzwyczajności”; świata swego uzależnienia. Jeśli dla narkomana bramą wiodącą do tego kosmosu są narkotyki, dla niego takimi „narkotykami” są duchowe zabiegi (wahadełkowanie, medytacje, modlitwy, kult religijny, rytuały, afirmacje ). W obu też przypadkach powodują one wyraźne zmiany sposobu odczuwania zewnętrznej i wewnętrznej rzeczywistości, skutkiem czego człowiek coraz głębiej zanurza się w „swoim świecie” i odgradza się od „nie swojego świata”, który uznaje za gorszy, inny, obcy albo nieistotny.

     Wkrótce potem do moich dotychczasowych zainteresowań dołączyła nowa pasja – UFO – przekonanie o istnieniu licznego życia we wszechświecie i tego, że kosmici są pośród nas jako nasi starsi bracia i od nich się wywodzimy – pisze w swojej „okulanej biografii” D. - To nowe zainteresowanie bardzo mnie pociągało i kiedy poznałam człowieka, który twierdził, że ma kontakt z kosmitami – bardzo chciałam uczestniczyć w tych seansach. Potem ten człowiek zamieszkał u nas i wtedy mogłam codziennie zadawać pytania tym istotom, a to, co one odpowiadały, podsycało jeszcze bardziej moją ciekawość. Poza tym ten człowiek był bioenergoterapeutą (mówił, że dostał moc od kosmitów) i leczył mnie zabiegami bioenergoterapeutycznymi – bo według tych istot miałam liczne choroby. Kiedy on wyjechał, odczułam niewytłumaczalną ulgę, ale zbyt brakowało mi tych ekscytujących wiadomości, które otrzymywałam i dlatego na własną rękę zaczęłam szukać kontaktów z istotami duchowymi. Poznałam koleżankę, która też interesowała się okultyzmem, a ona utrzymywała kontakty z innymi istotami za pomocą wahadełka. Szybko mi się to spodobało i od razu zaczęłam dostawać konkretne informacje od tych istot. Życie przestało mnie interesować: rodzina, dzieci, nawet świat za oknem były dla mnie nudne i niewarte uwagi…

     Narkoman zazwyczaj zdaje sobie sprawę, że narkotyczne wizje i stany upojenia niewiele mają wspólnego z zewnętrzną rzeczywistością. Inaczej rzecz ta przedstawia się człowiekowi „choremu” na SDU. Człowiek ten żywi głębokie przekonanie, że immanentne doznania spirytualnych mocy dają mu wgląd w istniejące poza nim i stanowiące ontologiczną, transcendentną podstawę kosmosu materialnego duchowe uniwersum. Uważa ponadto, że zjawiska te stanowią zapowiedź dokonującej się w jego duszy duchowej transformacji owocującej  konstruktywnym przekonfigurowaniem jaźni i uzyskaniem wyższego stanu spirytualnego poznania. Stan ten określa się w ezoterycznej literaturze mianem duchowych narodzin, przywróceniem do życia, oświeceniem, zaś Carl Gustav Jung wiązał go z wieńczącą proces indywiduacji iluminacją, rozumianą jako przekroczenie krępujących barier i osiągnięcie wglądu w prawdziwą naturę duchowo-materialnej rzeczywistości.  

     Sęk w tym, że inaczej postrzega tę rzeczywistość ktoś, kto zaufawszy ewangelicznym naukom Jezusa i uznawszy swą grzeszność przyjmuje z jego rąk łaskę zbawienia, nawraca się i rodzi na nowo w Chrystusie, inaczej mistyk, który roztopiwszy swoje „ja” w „ja” Boga, zyskuje oświecenie, inaczej wyznawca monoteistycznej religii skrupulatnie przestrzegający wszystkich jej zasad i czerpiący z tego pewność, że postępuje sprawiedliwie, inaczej panujący nad mocami światła i mroku mag, inaczej uprawiający chanelling i nawiązujący kontakt z „uniwersalną energią boskiej miłości” okultysta,  a jeszcze inaczej gnostyk, dla którego świat jest areną walki Boga i szatana, w której bierze aktywny udział i staje po stronie kosmicznego Dobra. Każdy z nich gotów jest przysiąc, że zyskał wgląd w duchową naturę rzeczy, bo taką jawi się mu ona w świetle jego spirytualnego poznania. Każdy z nich dysponuje duchową wiedzą o makro i mikrokosmosie i uznaje, iż wiedza to wyjaśnia zachodzące w nich zjawiska. Każdy odwołuje się do jakiś podstawowych praw, które rządzą wewnętrzną i zewnętrzną rzeczywistością obu uniwersów ( prawo karmy, reinkarnacja, grzech pierworodny, omnipotencja i wola Boga, harmonia lub dysharmonia przeciwstawnych kosmicznych sił, wszechogarniająca boska miłość itd. ). I każdy wreszcie wierzy, że spośród wielu duchowych ścieżek właśnie ta, a nie inna jest najlepsza, bo albo jest jedynie słuszna, albo najbardziej podobająca się Bogu, albo uwzględniająca wszystkie ścieżki, które biegną ku temu samemu celowi.

     Wszystkich tych ludzi porównać można do ślepców z indyjskiej bajki, którzy dowiedziawszy się od pewnego człowieka, że stoją przed słoniem, zauroczeni opisywanym przezeń ogromem i niezwykłością tego zwierzęcia dotykali go dłońmi próbując poznać czym ono jest. Pierwszy pochwycił za trąbę i uznał, że słoń jest podobny do węża. Drugi objął ramionami nogę i oznajmił, że  zwierzę to wygląda jak duży, rozrośnięty pień drzewa. Trzeci śmiał się z tamtych i gładząc palcami po ogonie utrzymywał, iż najbardziej przypomina mu on giętką lianę.

     Symbolizujący w tej bajce duchową rzeczywistość słoń nie był wszakże ani wężem, ani drzewem, ani lianą. Ślepcy nadmiernie zawierzyli swoim doświadczeniom i wyciągnęli z nich  prawdziwe, a jednocześnie fałszywe wnioski. Owszem, słoń posiada trąbę, ogon i nogę (a raczej cztery nogi), lecz jest przecież czymś więcej, niż te „składowe elementy”. Skąd o tym wiemy? Bo możemy zobaczyć słonia. Nie widząc go łatwo jednak dajemy się zwieść komuś, kto mówi: przed wami stoi słoń. Słoń wszakże wcale nie musi być słoniem, ale całkiem innym, podobnym do niego zwierzęciem. Żeby się o tym przekonać musielibyśmy wpierw przejrzeć na oczy, a nie ufać obcemu człowiekowi i nie zdawać się na zmysł dotyku oraz mentalne igraszki wyobraźni. Do tego wszakże ów człowiek ślepców nie namawiał. Czemu? Bo podobnie jak wspomniane przez D. i B. duchowe byty chciał odwrócić ich uwagę o tego, co istotne. Dopóki jesteś ślepcem -  nie poznasz „natury słonia”. Gorzej. Pomylisz słonia z nosorożcem, a nosorożca z żyrafą. I możesz tak wymacywać dłońmi cały zwierzyniec, lecz wciąż pozostajesz ślepcem odwróconym plecami do całego świata…

poniedziałek, 18 września 2006
W RAMIONACH BOSKIEGO RODZICA

     Kiedy sięgam pamięcią wstecz, w okres gdy miałem lat kilkanaście, pamiętam wyraźnie jakąś pustkę, która była wewnątrz mnie. Jednocześnie towarzyszyła temu potrzeba wypełnienia jej i moje poszukiwania czegoś, co uzupełniłoby ten brak – wspomina w zamieszczonym na internetowiej stronie kosciol.pl świadectwie anonimowy mężczyzna, który, chcąc brak ów jakoś zapełnić najpierw przez dziesięć lat praktykował medytację transcendentalną, potem uczestniczył w kursach Doskonalenia Umysłu, gdzie nauczył się eksterioryzacji, wchodzenia na poziom astralny i spotkał  wreszcie "swojego duchowego przewodnika" , później realizował „duchowy rozwój” w środowisku ludzi związanych z rebirhingiem i zgłębiał swą „boską naturę”, aż wreszcie, przekonawszy się, że żadna z tych praktyk nie niweluje w nim poczucia wewnętrznej pustki trafił do chrześcijańskiego kościoła. Tam ujrzał ludzi szczerze modlących się do Boga, więc sam również otworzył przed Nim swoje serce. W tejże chwili spłynął nań spokój, on zaś uświadomił sobie, że nie może być „sam dla siebie bogiem” i jako pełen grzechów człowiek potrzebuje pomocy od  „prawdziwego, kochającego Boga”. Po czym ze łzami w oczach  wyznał, iż wierzy, że Jezus jest „synem bożym”, ktory umarł za jego grzechy i uznał go za Pana swojego życia.

       Historia ta jest klasycznym przypadkiem wywodzącej się z chrześcijańskiej tradycji  duchowej postawy, którą nazywam „duchowym sieroctwem”, a która skłania nas do szukania opieki w ojcowsko-matczynych ramionach bóstwa. Pragnienie to leży u podstaw „sadomasochistycznej” odmiany SDU wyrażającej się tym, że człowiek uparcie kontynuuje swoje duchowe poszukiwania nawet wtedy, gdy wywołują one jedynie cierpienie oraz  pogłębienie wewnętrznej pustki.

     Na przeciwległym biegunie usytuowana jest duchowa postawa określana przeze mnie mianem „boskiego pieszczocha”. „Boski pieszczoch” różni się diametralnie od „duchowego sieroty”, uważa bowiem, że będąc ukochanym dzieckiem Boga winien z tego faktu czerpać same korzyści.

     Bóg jest Jednością, która szuka przejawu, i tak Jednia rozdziela się na dwie spolaryzowane istoty, żeńską i męską, na - i +, na Boga Ojca i Boga Matkę – stwierdza  na przykład. - Łączą się oni ze sobą i tworzą Boga Dziecko, które w zabawie i radości kreacji tworzy Światy. Historia ta ciągle się powtarza, i tak powstają mali Bogowie, którzy tworzą swoje światy. Tymi małymi Bogami jesteśmy my (...). Jeśli uświadomisz sobie, że w Nadprzestrzeni masz również swoich Rodziców Kosmicznych, Twoje życie może nabrać zupełnie nowego wymiaru (...). Oni są tak samo realni jak ziemscy tutaj, jednak ich poziom świadomości nie wprowadza niczego innego do relacji z Tobą, jak tylko miłość akceptację i tolerancję (...). Z nimi można bezpiecznie poszukać rozwiązań, oczyścić relacje ziemskie, udać się do Mistrzów, poprawić stan swojego zdrowia (...). Podam przykład. Kiedy byłem bardzo mały bardzo chorowałem i absolutnie nic nie chciałem jeść. Lekarze nie wiedzieli co mi jest. Którejś nocy zobaczyłem w półśnie dwie świetliste istoty. Odebrałem myśl, że jutro przyjdzie ktoś by mi pomóc. Następnego dnia pojawił się doktor i zielarz w jednej osobie i wydał jedno jedyne zalecenie: "Nie dawajcie mu mięsa, bo go to zabije”. Cudownie ozdrowiałem..

     O ile „duchowe sieroctwo” pociąga za sobą poczucie „wygnania z Raju” i wiedzie człowieka ciernistymi ścieżkami ewangelicznego „marnotrawnego syna”, postawą „boskiego pieszczocha” rządzi przekonanie, że nigdy nie opuścił Edenu i zawsze był w posiadaniu  duchowej pełni. Wyrosłe na tym gruncie SDU „boskiego pieszczocha” ma zatem cechy „duchowego onanizmu”, ponieważ  duchowość służy mu przede wszystkim do samozadowolenia. „Boski pieszczoch” ufa ponadto, iż wszystko  co pochodzi ze światów subtelnych nosi sygnaturę Bóstwa, nie żywi przeto żadnych obaw przed ich penetracją, a nawet uważa, że tylko w ten sposób można realizować siebie jako „małego boga”. Nastawienie to cechuje się różną amplitudę optymizmu, począwszy od naiwnej fascynacji i ślepej wiary w te pewniki, skończywszy na „duchowym eksperymentatorstwie” i „zabawie w duchowość”. Charakteryzuje ono głównie kręgi New Age, a zwłaszcza tę jego mutację, która lokalizując Boga zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz ludzkiej istoty, ukierunkowana jest na mistykę Orientu lub/i jej teozoficzne hybrydy.

    Mimo swych odmienności obie te postawy przynoszą podobny owoc: ekstatyczne doznanie wyzwolenia i rodzicielskiej opieki bóstwa:

      Bóg jest! Bóg jest boski, wspaniały, doskonały, kochający, odmładzający niczym przyjemny prysznic w letni, upalny dzień, odmładza, dodaje energii. Kocha i jest Cudowny w tym, jak to robi. Jest po prostu DOSKONAŁY! I czuję Jego obecność jak nigdy przedtem! Moje serce jest cały czas cieplutkie kiedy myślę o Nim i piszę to. Trochę nawet się zarumieniłem... Ach... Mówię Wam Kochani, BOG JEST!  Wszystko mi pokazuje, że On jest, że Opiekuje się mną i że mnie Prowadzi i Chroni i ... Zawsze mi towarzyszy we wszystkim co robię. Bosko jest! – oznajmia "boski pieszczoch" .

     Nie wiedziałem, że noszę na sobie tak wielki wór z kamieniami... Co za ulga... Co za wolność! Jezus w tym momencie stał się moim Zbawicielem. Zdjął ze mnie tak olbrzymi balast. Poczułem olbrzymią radość, popłynęły łzy. To puste miejsce we mnie, po tylu latach poszukiwań zamieszkał Ten, który powiedział: Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną – wtóruje mu „duchowy sierota” .

     I nic dziwnego, ponieważ każdy z nich, na swój sposób, odnalazł pokój i bezpieczeństwo w ramionach boskiego rodzica. De facto ów „boski rodzic” to po prostu obraz Boga zakorzeniony w prenatalnym wspomnieniu bezpiecznego pobytu w łonie matki i ukształtowany przez wrodzone człowiekowi łaknienie miłości ( wszyscy chcemy być kochani, niewielu chce kochać ). Duchowe byty doskonale znają nasz głód „bycia kochanym” i go wykorzystują, utwierdzając w ludziach postawy „duchowego sieroctwa” albo „boskiego pieszczocha”. Ich manipulacja jest bezczelnie prosta. Wystarczy jednorazowy akt wybaczenia udzielony udręczonemu "sadomasochistycznym" SDU człowiekowi. Starczy jedno, „cudowne uzdrowienie” dane zadowolonemu z siebie  "boskiemu pieszczochowi". Starczy nagłe i niespodziewane obdarzenie go ciepłem opiekuńczej miłości. Wystarczy tylko tyle, ażeby zwiedzeni obrazem "boskiego rodzica"  ludzie ci "przylgnęli" w miłosnym uścisku do tych, którzy oczekują, że z zasianego ziarna zbierać będą wkrótce pomnożony plon...

poniedziałek, 31 lipca 2006
EGZORCYZMY

   Zjawisko, które chcę opisać często nazywane jest psychozą na tle religijnym, ale często też jest sprzeczne z wiedzą człowieka na temat chorób psychicznych. Zamierzam tutaj subiektywnie spojrzeć na problem opętania człowieka przez szatana, demona lub inne anormalne stworzenie (...) – pisze na Forum INSOMIA http://www.insomnia.pl/temat165443/ jeden z jego użytkowników. - Otóż byłem kiedyś na czymś w rodzaju oazy, w miejscu gdzie dużo się ludzie modlą. Całe spotkanie minęło spokojnie, jedna dziewczyna tylko nie chciała swojej zdrowaśki odmówić, ale to zrozumiałe; nie każdy musi. Już wychodziliśmy z przykościelnej kapliczki, kiedy ktoś wrócił prowadząc tą dziewczynę pod rękę, bo "zasłabła". Ale kapłan, który był z nami od razu rozpoznał, albo rzucił podejrzenie czegoś innego niż zwykłe zasłabnięcie, ponieważ gdy tylko podszedł do niej ona zaczęła unikać jego spojrzenia, a stan omdlenia pogłębiał się. Nie wiem nawet jak, ale zaczęliśmy się modlić nad nią, a ona wpadła w jakieś dziwne konwulsje, i jęczała tak nieprzyjemnie. Sam nie wiedziałem wtedy, co się dzieje, ale byłem przerażony. Przestaliśmy się modlić, żeby dać jej spokój, kapłan powiedział, że zajmie się tą sprawą, a ja poszedłem do domu.

     W następnym tygodniu nie mogłem przyjść na spotkanie, ale następnego dnia spotkałem kapłana; cały odrapany i trochę potłuczony. Spytałem, co się stało, a ten odparł, że przyszła ta sama dziewczyna i ataku dostała przy modlitwie, i że nie mogli jej w kilka osób utrzymać. Atakom towarzyszyły konwulsje, ryk męskim głosem i słowa w dziwnym języku, jak się później okazało rzucane w języku arabskim i aramejskim obelgi. Jej siła była nadludzka, zdolna ona była powalić kilku mężczyzn, a wygląda naprawdę jak okruszynka.

     Sprawa przycichła, nie pozwolili księża jej chodzić na spotkania, a opiekun naszej grupy udał się do jej domu, aby wybadać sytuacje powiedzieć rodzinie, w czym rzecz i co podejrzewają. Skierowano ją do egzorcysty, na badania psychiatryczne i do psychologa.

     Dziewczyna wykazała się bardzo dużym poziomem inteligencji, zarówno tej wrodzonej jak i nabytej. Psycholog nie stwierdził, żadnych odchyłów od normy, psychiatra odciął się od całej sprawy mówiąc, że nic nie widzi w jej przypadku, a w takie sprawy jako naukowiec nie wierzy. Dziewczyna trafiała do niego kilkakrotnie, badali ją też inni psychiatrzy, ale najwyraźniej była zdrowa więcej nie komentuję.

     U psychiatry poszło gładko, testy przeszła, ale wywiad egzorcysty, czyli opiekun naszej grupy, udał się do domu rzekomo opętanej osoby. Porozmawiał z rodziną, obejrzał mieszkanie. Rodzice powiedzieli, że ona nie śpi po nocach, chodzi po mieszkaniu zamiast spać, a w jej pokoju znaleziono przeróżne akcesoria do czarnej magii. Znaleziono księgę z klątwami, zaklęciami, różnymi satanistycznymi tekstami i Bóg wie z czym jeszcze. Znaleziono jakiś ołtarzyk i laleczki; jedna z nich to powieszony nasz ksiądz. Ale sutanna ponoć chroni przed złymi mocami niczym szkaplerz.

     Potem nastały egzorcyzmy. Co tam się nie działo. Mówiła w obcych nieznanych jej językach. Nagrano ją na dyktafon i później przetłumaczono, mówił demon, głowinie rzucając w nich obelgami. Dziewczyna niemalże zdemolowała pokój, w którym to się odbywało, ponoć nawet lewitowała wstając jak Neo w matriksie. Różaniec zgniotła tak, że każdy koralik był oddzielnie, a czterech silnych, dorosłych księży nie mogło jej utrzymać.

     Po egzorcyzmach sytuacja poprawiła się, demon ustąpił, ona zaczęła nas odwiedzać na spotkaniach. Ale nie. Jedno spotkanie odbyło się bez kapłana. Wtedy wydarzyło się najgorsze, co ja widziałem. Już w czasie zapalania świeczki - symbolu obecności Chrystusa - ona została jakby odepchnięta od świecy. Przez całe spotkanie się trzęsła jakby z zimna, dawali jej ludzie swetry, ale nie chciała. Pod koniec nastąpiło najgorsze. Atak był taki jak opisywałem powyżej. Prawdę mówiąc, nie wierzyłem, nie dowierzałem dopóki sam nie zobaczyłem takiego ataku. Nie będę więcej o nim pisał, bo aż mnie dreszcze przechodzą po plecach.
     Teraz już chwilkę nic o niej nie słyszałem, odkąd uznano, że demon ją opuścił. Ale naprawdę od tamtej pory zacząłem się więcej modlić, a zabawę w wywoływanie duchów zacząłem traktować bardzo poważnie. Nawet przestałem stosować metodę budzenia, którą polecił mi katecheta w podstawówce; zmówić wieczne odpoczywanie za najbliższą duszę, która potrzebuje modlitwy i poprosić o budzenie w wyznaczonej godzinie. Nigdy nie zawodziło, ale nie wiem czy to było dobre. Miejcie się na baczności!!!

     Czytając tę opowieść ją odnosiłem wrażenie, że znów oglądam, oparty na autentycznych i udokumentowanych, wydarzeniach film „Egzorcyzmy Emily Rose”. Nie dlatego, że poruszają się one w tych samych „klimatach”, lecz z tego powodu, że  stanowią znakomity przykład podstawowych błędów, jakie popełniają wszelkiej maści egzorcyści, którzy jednego ducha wyrzucają mocą drugiego ( co dzieje się nawet wówczas, gdy – jak twierdzą – korzystają z „czysto-boskiej” energii ) i w pełnej krasie obrazuje ona niezrozumienie zjawiska opętania. Analizie tego ostatniego problemu poświęcę oddzielną notkę. Wspomnę zatem tylko, że autor tej opowieści miał do czynienia z opętaniem demonicznym, wywołanym przez byt pochodzący z  arymanicznej hierarchii duchów. On też opisaną tu „grę w egorcyzmowanie” rozpoczął, napawając swego „nosiciela” niechęcią do modlitwy i sakramentów. Akcja wywołała reakcję, czyli interwencje księdza, który jako przedstawiciel „dobrej strony” rozpoznał w „lokatorze” dziewczyny przeciwnika Boga, czyli „diabła”, po czym przystąpił do działań, w których wyniku „diabeł” natychmiast się uaktywnił. Błąd egzorcysty polegał na tym, że nawet nie próbował dociec prawdziwych przyczyn opętania. Przyczyny zaś mogły być rozmaite, począwszy od rodowego dziedzictwa ( odziedziczona po przodkach „klątwa” ), skończywszy na wrodzonych lub nabytych inklinacjach do „podczepiania się” pod ten rodzaj duchowych hierarchii. Zamiast wniknąć w istotę sprawy egzorcysta zastosował chrześcijańskie metody uwalniania od demonów i czynem tym „ukierunkował” działanie arymanicznej istoty na „katolicki astral” ( z którego kapłan czerpał moc egzorcyzmu ). A ponieważ „rezydującemu” w dziewczynie bytowi nie chodziło o to, by być wyrzuconym, lecz o to, by nachapać się jak najwięcej ludzkich emocji, modlitw, mentalnych energii itp., zaczął zachowywać się tak, jak „diabeł” powinien. Tak oto na oczach wszystkich rozegrał się teatralny spektakl, w którego wyniku przekonali się, że „chrześcijański bóg” ma moc nad „chrześcijańskim diabłem”, modlitewne spotkania Oazy mają głęboki sens, są rzeczy na świecie, o których nie śniło się filozofom, trzeba więc intensywniej się modlić do... „chrześcijańskiego boga” ( tego samego, który – wedle katolickich teologów – zezwala „diabłu” dręczyć ludzi - patrz historia Hioba ).  Destrukcja ustąpiła miejsce konstrukcji: „demoniczne” ( arymaniczne ) opętanie przeobraziło się w opętanie „boskie” ( lucyferyczne  ), któremu uległa cała zbiorowość, zaś ksiądz spełnił swoje zadanie, do którego od początku był przeznaczony...