kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
wtorek, 28 lipca 2009
GÓWNIANA HISTORIA RELIGII

Idąc na konferencję poświęconą interreligijnemu dialogowi pewien człowiek wdepnął w gówno. Lekko zdeprymowany wszedł na mównicę i zapytał  zgromadzonych w sali przedstawicieli różnych religii, wyznań i filozoficznych prądów, co o tym sądzą.

Ci zaś mu odpowiedzieli:

Taoista: No cóż, zdarza się wdepnąć w gówno.

Konfucjanista: Konfucjusz napisał: „Zdarza się wdepnąć w gówno”.

Muzułmanin: Wdepnąłeś w gówno, bo taka była wola Allacha.

Hinduista: Wdepnąłeś w gówno, bo taka jest twoja karma.

Buddysta z Tybetu: Wdepnąłeś w gówno, by innych wyzwolić od wdeptywania w gówno.

Buddysta ze Sri Lanki: Wydaje ci się tylko, że wdepnąłeś w gówno.

Buddysta zen: Nie wiesz, w co wdepnąłeś.

Katolik: Wdepnąłeś w gówno, bo jesteś grzeszny. Wyspowiadaj się natychmiast!

Mnich kościoła prawosławnego: To było katolickie gówno. Nie przejmuj się.

Protestant: Musiałeś wdepnąć w gówno, gdyż nie przyjąłeś Jezusa! Nawróć się! Tylko On cię z niego oczyści.

Judaista: Jakie gówno? Czyje? Za ile? Kiedy?

Kabalista: Odrzuć z gówna literę „gimel”, wstaw na jego miejsce literę „resz” , a równo wyjdziesz z gówna.

Bhakta Hare Kryszna: Równo gówno, gówno równo, Hare Hare, gówno równo!

Rastafarianin: Ziom, sztachnij się tym gównem!

Agnihotar: Ususz to gówno i spal je o zachodzie słońca. Om, Gównaje swaha…!

Mormon:  Sprawdzimy, czy twoi przodkowie wdeptywali w gówno. To kosztuje 10 tysięcy dolarów.

Ateista: Stary! Przecież nie ma w co wdeptywać!

Agnostyk: Może jest w co wdeptywać, a może nie.

Stoik: Mnie tam wszystko jedno, czy wdepnąłeś, czy nie wdepnąłeś  w gówno.

Świadek Jehowy: Zaproś mnie do domu, a nauczę cię, jak nie wdeptywać w gówno.

Gnostyk: Cały jesteś w gównie. Poznaj to, a wyjdziesz z gówna.

Alchemik: Pogrzeb w gównie, a znajdziesz kamień filozofów.

Wyznawca Bahai: Gówno nie istnieje, ale nikt nam nie wierzy.       

Przedstawiciel New Age: Pokochaj swoje gówno, to gówno pokocha ciebie.

Regreser: Wszedłeś w gówno, gdyż takie były twoje ukryte intencje.

Kahun: Zapytaj Wyższej Jaźni, czemu wdepnąłeś w gówno.

Mistrz Feng Shui: Przebuduj swój dom, a unikniesz wdeptywania w gówno.

Mistrz reiki: Oczyszczę cię z gówna. To kosztuje dwa tysiące dolarów.

Szaman: Oczyszczę cię z gówna za darmo, pod warunkiem, że dasz mi swego laptopa.

Okultysta: Oczyszczenie z gówna nie jest tym samym, co gówniane oczyszczenie.

Teozof: Od gówna wszystko się zaczyna i na gównie kończy.

Antropozof: Hm… Muszę sprawdzić, co o gównie napisał Rudolf Steiner.

Ekolog: Wdeptywanie w gówno świadczy o tym, że wracasz na łono natury.

Anarchista: Wszystko to gówno prawda!

Rodzimowierca: Najważniejsze, by było to rodzime gówno. Inne gówna są gówno warte!

Kapłan woodu: Rzucę to gówno na kogoś, to się od ciebie odklei.

Talib: To gówno podrzucili nam Amerykanie. Zniszczymy ich! Allach Akbar!

Marksista: Gówno to produkt kapitalistów gnębiących masy pracujące.

Liberał: Dbaj o wolność wdeptywania w gówno, chyba, że jest to gówniany interes.

Racjonalista: Przeanalizujmy to. Odpowiedzmy sobie najpierw, czym jest gówno…

Chaota: Czy to ważne czym się upaćkałeś? Najważniejsze, że śmierdzisz…

W tym momencie na sali pojawił się ochroniarz i wrzasnął: Wypierdalaj z tym gównem natychmiast, cuchnący śmierdzielu!!!

Na tym konferencję zakończono.

wtorek, 05 maja 2009
DIALOG INTERELIGIJNY

 List Mehmeda IV, sułtana osmańskiego i najwyższego przedstawiciela islamu przesłany w 1676 roku do Kozaków zaporoskich:

.

W imię Allaha miłościwego i litościwego. Ja, sułtan, syn Mehmeda, brat Słońca i Księżyca, wnuk i namiestnik Boga, Pan królestw Macedonii, Babilonu, Jerozolimy, Wielkiego i Małego Egiptu, Król nad Królami, Pan nad Panami, znamienity rycerz, niezwyciężony dowódca, niepokonany obrońca miasta Pańskiego, wypełniający wolę samego Boga, nadzieja i uspokojenie dla muzułmanów, budzący przestrach, ale i wielki obrońca chrześcijan - nakazuję Wam, zaporoskim kozakom, poddać się mi dobrowolnie bez żadnego oporu i nie kazać mi się więcej Waszymi napaściami przejmować.

Podpisał: Sułtan turecki Mehmed IV

.

.

Odpowiedź Atamana Koszowego Iwana Sirko i Kozaków do sułtana Mehmeda IV:

.

W imieniu Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, zaporoscy Kozacy do sułtana tureckiego! Ty, sułtanie, diable turecki, przeklętego diabła bracie i towarzyszu, samego Lucyfera sekretarzu. Jaki z Ciebie do diabła rycerz, jeśli nie umiesz gołą dupą jeża zabić. Twoje wojsko zjada czarcie gówno. Nie będziesz Ty, sukin Ty synu, synów chrześcijańskiej ziemi pod sobą mieć, walczyć będziemy z Tobą ziemią i wodą, kurwa Twoja mać. Kucharzu Ty babiloński, kołodzieju macedoński, piwowarze jerozolimski, garbarzu aleksandryjski, świński pastuchu Wielkiego i Małego Egiptu, świnio armeńska, podolski złodziejaszku, kołczanie tatarski, kacie kamieniecki i błaźnie dla wszystkiego co na ziemi i pod ziemią, szatańskiego węża potomku i chuju zagięty. Świński Ty ryju, kobyli zadzie, psie rzeźnika, nie chrzczony łbie, kurwa Twoja mać. O tak Ci Kozacy zaporoscy odpowiadają, plugawcze. Nie będziesz Ty nawet naszych świń wypasać. Teraz kończymy, daty nie znamy, bo kalendarza nie mamy, miesiąc na niebie, a rok w księgach zapisany, a dzień u nas taki jak i u was, za co możecie w dupę pocałować nas!

Podpisali: Ataman Koszowy Iwan Sirko ze wszystkimi zaporożcami.

.

J

środa, 16 stycznia 2008
ŁYK HERBATY

 

- W co wierzysz? - zapytano kiedyś pewnego taoistycznego mnicha.

Mnich podrapał się w głowę, sięgnął po stojącą przed nim filiżankę i rzekł:

- W to, że następny łyk herbaty mi nie zaszkodzi...

piątek, 26 października 2007
PYTANIA UCZNIA

   Pewnego dnia uczeń przyszedł do mistrza i zapytał:

   -  Mistrzu, powiedz mi, co stanowi największą przeszkodę w drodze do oświecenia?

   -  Strach – odpowiedział mistrz.

   Uczeń wziął słowa mistrza do serca i przez długie dni wojował z lękiem, aż wreszcie, uznawszy, że go pokonał wrócił do mistrza i oświadczył:

   -  Mistrzu, pokonałem strach, mogę bez przeszkód zmierzać ku oświeceniu.

   Mistrz pokiwał głową i rzekł:

   -  Została ci jeszcze lekkomyślność.

   -  O tym mi nic nie mówiłeś! – zawołał uczeń.

   -  Bo wtedy jeszcze jej nie miałeś.

   -  Jak jej się pozbyć?

   -  Trzeba dać się pokonać strachowi.

   -  Kiedy już go nie mam – zmartwił się uczeń.

   -  To, czego nie ma, zabija to, co jest, a to, co jest, nie może zabić tego, czego nie ma – odpowiedział zagadkowo mistrz.

   Uczeń wziął sobie słowa mistrza do serca i udał się w góry, by medytować nad nimi. Po dwóch latach wrócił i oznajmił:

   -  Myślałem, że tego nie mam, a miałem. Myślałem, że to mam, lecz nie miałem. Teraz już wiem, że mogę sam siebie oszukiwać i być oszukanym…

   Usłyszawszy to mistrz pokłonił się uczniowi i go na zawsze opuścił…   

wtorek, 07 sierpnia 2007
O POŻYTKU POSIADANIA DŁONI

     Przez wiele lat uczeń słuchał nauk mistrza, o tym, że prawda o świecie i Bogu znajduje się w każdym człowieku. Pewnego dnia udał się doń i nie zważając na to, iż mistrz zajęty jest podlewaniem ogrodu oznajmił:

     - Mistrzu, zrozumiałem

     - Cóż takiego zrozumiałeś? – zapytał mistrz.

     - Zrozumiałem, że posiadam prosty dostęp do sekretów natury świata i Boga.

     - A gdzież on jest?

     - Tutaj – uczeń pokazał mistrzowi swoje dłonie. – Na każdej z nich znajduje się pięć palców. Razem tworzą dziesiątkę. W dziesiątce zawierają się wszystkie liczby, a w nich odzwierciedla się natura wszechświata i jego Stwórcy…

     - To interesujące – stwierdził mistrz. – Wyjaśnij mi to proszę.

     - Istotą wszystkiego jest zero – oznajmił uczeń i zwinął obie dłonie w pięści. – Symbolizuje ono pustkę i nieoznaczoność Boga…

     -  A jedynka?

     - Jedynka, czyli jeden palec, mówi nam, że wszystko wynurza się z Jedności i ku jedności powraca.

     - Dwójka?

     Uczeń pokazał dwa palce.

     - Dwójka to dwa przeciwieństwa, które wzajem się dopełniają - oświadczył.

     - Trójka?

     - Trójka obrazuje syntezę tamtych dwóch.

     - Niech ci będzie. Czwórka?

     - Czwórka uświadamia nam, że to, co duchowe zmierza ku materializacji.

     - Piątka?

     - Piątkę bardzo lubię – uczeń podniósł dłoń w górę – ponieważ uosabia ona skrytą esencję zmysłowej rzeczywistości.

     -  Jasne! – roześmiał się mistrz. – A szóstka?

     - Szóstka zawiera w sobie troistą matrycę przeciwstawnych punktów, które wzajem się przenikając, konstytuują wszechświat.

     - Siódemka?

     - Siódemka reprezentuje związek makro i mikrokosmosu.

     - Jestem pod wrażeniem… Ósemka?

     - Ósemka jest liczbą materii, która poszukuje ducha.

     - Brawo! Co powiesz o dziewiątce?

     - Dziewiątka – uczeń odgiął następny palec - mówi mi o dziewięciu bramach duchowej doskonałości.

     - Świetnie! Świetnie! Dziesiątka?

     - Będąc złączeniem zera i jedynki dziesiątka wprowadza mnie w mistyczne sekrety przejawionego Boga…

     -  Wystarczy – przerwał mu mistrz. – Odpocznij i napij się wody.

     - Nie mam kubka – zmartwił się uczeń.

     - Ale masz dłonie, nadstaw je tedy…

     Uczeń nadstawił dłonie, lecz woda wyciekła z nich im zdążył zanurzyć w niej usta. Widząc jego zafrasowaną minę mistrz wybuchnął śmiechem.

     - Tyle wiesz – rzekł – a nie potrafisz pochwycić tego, co przecieka ci między palcami…

czwartek, 04 stycznia 2007
O TYM, JAK FRANCISZEK Z PARYŻU DO ŚWIĘTOŚCI DOSZEDŁ I CO Z TEGO WYNIKŁO

  Wielu ma świętych Kościół, Matka nasza i ciało Chrystusa zarazem,  wszyscy zaś sławni są pokorą, męczeństwem i cnotami rozmaitymi, nie dziw przeto, iż uznać ich trzeba z ozdobę ołtarzy, przed którymi wierni co dzień klękają, by patrząc na ich oblicza na deskach i płótnach odmalowane ku Bogu nieść swe westchnienia, a potem idą relikwiom im należny hołd oddać. Tak jest teraz i tak było drzewiej, a zwłaszcza w wiekach, którym niesłusznie miano ciemnych nadano, światło bowiem z nich i zdrój mądrości wciąż bije, czego cnym przykładem jest ta oto historia pewnego mnicha, który do świętości doszedł, acz nijakiej relikwii po sobie, ku naszemu żalowi nie pozostawił.

 Mnich ów z Paryżu pochodził, zaś imię Franciszka na chrzcie mu dano, by miał za wzór sławnego Biedaczynę i założyciela zakonu franciszkanów. Jak chcieli jego rodzice, tak też się stało. Franciszek z Paryżu od maleńkości jedynie komunią świętą się żywił,  skromnie ją wodą święconą popijając, a za lekturę miał tylko Brewiarz oraz Pismo Święte na łacinę przełożone i Wulgatą zwane. Już jako odrostek z franciszkanami się skumał, mnichem wkrótce został i poddał srogiej dyscyplinie, by z głowy swej młodzieńczej wszelkie zdrożne i pożądliwe myśli do cna wyrugować. Powiodło mu się to znakomicie, jednego tylko nie mógł przeboleć, tego mianowicie, iż mimo postów i umartwień tuszą potężną grzeszył i do chudości ascetycznej nijak dojść nie mógł. Rychło wszakże doczekał się rekompensaty za tę cielesną ułomność, pewnego dnia bowiem objawił mu się sam Chrystus z anielskimi skrzydłami u ramion i obiecał, że niechybnie świętym zostanie oraz imię Pana pośród niewiernych głosić będzie.

 Od tej pory fama świętości przylgnęła do Franciszka z Paryżu jak lniane giezło do ramion spoconej ladacznicy. Za fama poszły cuda, o których wiele gadać by można. Żeby więc darmo nie strzępić języka wspomnę jeno o tym, że Franciszek srogiego wilka w owczarka pasterskiego zamienił, dzikiego byka w łagodne zwierzę pociągowe przeistoczył, a nawet orłom skutecznie nakazał żywić się listkami jabłoni, która tak cudnie pachniała, że spoczął pod nią niedźwiedź koło maleńkiego źrebiątka, wszystko zaś po to, by ludzie uwierzyli w słowa proroka Izajasza, że w dniach ostatnich lew i owca razem pasać się będą na zielonych niwach.

  Zazdrościli Franciszkowi tego wszystkiego jego zakonni bracia, najbardziej zaś  przeor klasztoru. Tenże, zwiedziawszy się, iż Bóg nie jego ku świętości powołał, lecz Franciszka z Paryżu zeźlił się okropnie i ciupasem do Afryki biedaczynę zesłał, by tam pogan czarnych niczym diabły do wiary świętej przywrócił.  Cóż było robić. Wsiadł Franciszek na statek ku Afryce płynący i po jakimś czasie na jej brzegu wylądował. Traf chciał, albo raczej wola Boga to była, że akurat zmierzchało. Chcąc więc przed zachodem słońca do misji gdzie franciszkanie mieszkali trafić, ruszył szparko przez pustynię.

  Szedł posapując z powodu tuszy i rozglądając się bacznie wkoło, wiedział bowiem, że okolice te liczne lwy-ludojady nawiedzały. Droga skręcała w wąwóz. Zanurzył się tedy Franciszek w jego wężopodobne sploty i raptem ujrzał siedzącego na głazie, który na ścieżce spoczywał, ogromnego lwa. Zoczywszy Franciszka lew ryknął wściekle, mnich zaś nie tylko w lot pojął jego krwiożercze zamiary, ale również i to, że nie zdoła mu uciec i zostanie pożarty przez grzeszącemu przeciw prawdziwemu Bogu potwora. Wzniósł więc ramiona ku niebu i zawołał:

- Święty Franciszku, wyproś u Ducha Świętego tę łaskę, ażeby to pogańskie bydlę natychmiast na wiarę chrześcijańską się nawróciło!

  Szast, prast i cud nastąpił. Lew padł na kolana, skulił się z pokorą, żegnać się znakiem Krzyża świętego prawą łapą począł, mamrocząc coś pod nosem. Kiedy Franciszek z Paryżu to zobaczył podziękował Niebu za tak cudowny gościniec. Minęła minuta, dwie, potem trzy i więcej, slońce juz prawie zaszło, jednakże lew wciąż klęczał, coś mamrotał i Krzyżem Pana naszego, Jezusa Chrystusa znaczyć się nie przestawał. Zniecierpliwiony ździebko Franciszek zbliżył się do bydlęcia i nadstawił ucha. Ono zaś, z oczami ku górze wzniesionymi powtarzało po arabsku tę oto chrześcijańską modlitwę:

- Duchu Święty, dziękuję ci za te tłuste dary, które zaraz będę spożywać. Duchu Święty, dziękuję ci za te tłuste dary, które zaraz będę spożywać. Duchu Święty…

wtorek, 02 stycznia 2007
PUPA HENRYKA

Tego poranka ktoś zapukał do mych drzwi. Kiedy je otworzyłem, ujrzałem zadbaną, ładnie ubraną parę ludzi. Mężczyzna odezwał się pierwszy: - Cześć! Ja jestem Jan, a to Maria.

Maria: - Cześć! Przyszliśmy by zaprosić cię, byś pocałował z nami pupę Henryka.

Ja: - Przepraszam?! O czym wy mówicie? Kim jest Henryk, i dlaczego miałbym chcieć całować jego pupę?

Jan: - Jeśli pocałujesz Henryka w pupę, da ci on milion dolarów; a jeśli nie, spierze cię na kwaśne jabłko.

Ja: - Co? Czy to jakieś wariackie rozruchy?

Jan: - Henryk jest miliarderem i filantropem. Henryk zbudował to miasto. Henryk posiada je całe. On może zrobić wszystko co zechce i chce ci akurat dać milion dolarów, ale nie może póki nie pocałujesz go w pupę.

Ja: - To zupełnie bez sensu. Dlaczego...

Maria: - Kim jesteś by poddawać w wątpliwość dar Henryka? Nie chcesz miliona dolarów? Czy nie są one warte małego pocałunku w pupę?

Ja: - No cóż, może, jeśli to prawda, ale...

Jan: - A więc chodź pocałować z nami pupę Henryka.

Ja: - Czy często ją całujecie?

Maria: - O tak, cały czas...

Ja: - I dał wam już te miliony dolarów?

Jan: - No cóż, nie, nie można dostać pieniędzy póki nie wyjedzie się z miasta.

Ja: - A więc czemu jeszcze z niego nie wyjechaliście?

Maria: - Nie możesz wyjechać póki Henryk ci nie pozwoli, albo on nie da ci pieniędzy i stłucze na kwaśne jabłko.

Ja: - Czy znacie kogokolwiek, kto pocałował Henryka w pupę, wyjechał z miasta i otrzymał milion dolarów?

Jan: - Moja matka całowała Go w pupę całe lata. Rok temu wyjechała i jestem pewien, że dostała pieniądze.

Ja: - Nie rozmawiałeś z nią od tamtej pory?

Jan: - Oczywiście że nie, Henryk nie pozwala na to.

Ja: - Dlaczego więc sądzicie, że ktokolwiek dostaje pieniądze, skoro nigdy z nikim takim nie rozmawialiście?

Maria: - No cóż, dostajesz troszkę przed wyjazdem. Może będzie to podwyżka, może wygrasz coś na loterii, może po prostu znajdziesz dwudziestaka na ulicy.

Ja: - A co to ma wspólnego z Henrykiem?

Jan: - Henryk ma pewne znajomości.

Ja: - Przykro mi, ale pachnie mi to jakimś monstrualnym oszustwem.

Jan: - Ale to przecież milion dolarów, czy możesz przepuścić taką szansę? Poza tym pamiętaj, że jeśli nie pocałujesz Henryka w pupę, zbije cię on na kwaśne jabłko.

Ja: - Może jeśli bym mógł zobaczyć Henryka, pogadać z nim, uzyskać więcej bezpośrednich informacji...

Maria: - Nikt nie widział Henryka, nikt z nim jeszcze nie rozmawiał.

Ja: - A więc jak całujecie go w pupę?

Jan: - Czasem posyłamy po prostu całusa, myśląc o jego pupie. Czasem całujemy w pupę Karola i on przekazuje to dalej.

Ja: - Kim jest Karol?

Maria: - Naszym przyjacielem. To on nauczył nas wszystkiego o całowaniu pupy Henryka. Wszystko co musieliśmy zrobić, to po prostu zaprosić go do nas kilka razy na obiad.

Ja: - I tak po prostu uwierzyliście mu na słowo, kiedy powiedział że jest Henryk, że Henryk chce byście pocałowali go w pupę i że zostaniecie za to wynagrodzeni?

Jan: - O nie, Karol miał list który Henryk wysłał mu wiele lat temu, w którym wszystko zostało wyjaśnione. Tutaj jest jego kopia, sam ją zobacz.

Jan podał mi kserokopię ręcznie zapisanej kartki, w której nagłówku stało: "Z notatnika Karola". Było tam wypisanych jedenaście punktów.

1. Pocałuj Henryka w pupę, a dostaniesz milion dolarów gdy opuścisz miasto.
2. Używaj alkoholu ze wstrzemięźliwością.
3. Bij na kwaśne jabłko każdego, kto jest inny od ciebie.
4. Zdrowo jadaj.
5. Henryk osobiście podyktował ten list.
6. Księżyc jest zrobiony z zielonego sera.
7. Wszystko co Henryk powiedział jest prawdą.
8. Myj ręce po skorzystaniu z toalety.
9. Nie pij.
10. Jadaj swe parówki wyłącznie w bułkach, bez żadnych dodatków.
11. Pocałuj Henryka w pupę, albo zbije cię on na kwaśne jabłko.

Ja: - Ale to wygląda na pisane w notatniku Karola.

Maria: - Henryk akurat nie miał papieru.

Ja: - Mam wrażenie, że gdybyśmy sprawdzili, okazałoby się to pismem Karola.

Jan: - Oczywiście, ale to Henryk to podyktował.

Ja: - Mówiliście przecież, że nikt Henryka nie widział?

Maria: - Teraz nie, ale wiele lat temu przemawiał on do niektórych ludzi.

Ja: - Mówiliście, że jest on filantropem. Co za filantrop bije ludzi na kwaśne jabłko tylko za to, że są inni?

Maria: - Tego chce Henryk, a on ma zawsze rację.

Ja: - Skąd to wiecie?

Maria: - Punkt 7 mówi, że "Wszystko co Henryk powiedział jest prawdą". To mi wystarczy!

Jan: - Może wasz przyjaciel Karol po prostu zmyślił to wszystko?

Jan: - Nie ma mowy! Punkt 5 mówi "Henryk osobiście podyktował ten list". Poza tym, punkt 2 mówi "Używaj alkoholu ze wstrzemięźliwością", punkt 4 "Zdrowo jadaj", i punkt 8 "Myj ręce po skorzystaniu z toalety". Każdy wie, że te stwierdzenia są prawdziwe, a więc i reszta taka musi być.

Ja: - Ale punkt 9 stwierdza "Nie pij", co nie pasuje zbytnio do punktu 2. Punkt 6 zaś mówi "Księżyc jest zrobiony z zielonego sera", a to jest totalna bzdura.

Jan: - Nie ma sprzeczności między 9 i 2 - 9 po prostu uściśla 2. A co do 6, to przecież nigdy nie byłeś na Księżycu, a więc nie możesz wiedzieć na pewno.

Ja: - Naukowcy udowodnili przecież, że Księżyc jest zrobiony ze skał...

Maria: - Ale nie wiedzą czy przybyły one z Ziemi, czy z głębi kosmosu, więc równie dobrze może to być zielony ser.

Ja: - Naprawdę nie jestem tu ekspertem, ale wydawało mi się, że teoria iż Księżyc powstał z fragmentów Ziemi, została obalona. Poza tym, niewiedza skąd skała przybyła nie czyni jej jeszcze zielonym serem.

Jan: - Aha! Właśnie przyznałeś, że naukowcy często się mylą, lecz my wiemy, że Henryk ma zawsze rację!

Ja: - My wiemy?

Maria: - Oczywiście że tak! Punkt 5 przecież tak mówi.

Ja: - Mówicie że Henryk zawsze ma rację, ponieważ tak mówi list, a list jest prawdziwy ponieważ Henryk go podyktował, ponieważ tak mówi list. To okrężna logika, w niczym nie różniąca się od stwierdzenia: "Henryk ma rację, ponieważ powiedział, że ma rację".

Jan: - Wreszcie zaczynasz rozumieć! To takie radosne widzieć kogoś przybliżającego się do myśli Henryka.

Ja: - Ale... ech, nieważne. A co z parówkami?

Maria się zarumieniła. Jan mi zaś odpowiedział: - Parówki, w bułkach, bez dodatków. To po henrykowemu. Każdy inny sposób jest zły.

Ja: - A co, jeśli nie mam bułki?

Jan: - Nie ma bułki, nie ma parówki. Parówka bez bułki jest zła!

Ja: - Bez przypraw? Bez musztardy?

Maria zamarła porażona. Jan krzyknął: - Jak ci nie wstyd używać takich słów! Wszelakie dodatki są złe!

Ja: - A więc wielki stos kiszonej kapusty z kawałeczkami parówek jest nie do przyjęcia?

Maria zatkała sobie uszy palcami mrucząc: - Nie słyszę tego, la la la, la la, la, la, la.

Jan: - To obrzydliwe. Tylko jakiś potworny zboczeniec mógłby to jeść...

Ja: - To dobrze! Ja jem to bardzo często.

Maria omdlała. Jan zdążył ja pochwycić i wysyczał: - Jeślibym wiedział, że jesteś jednym z tych, nie marnowałbym swego czasu. Kiedy Henryk zbije cię na kwaśne jabłko, ja tam będę, licząc swe pieniądze i głośno się śmiejąc. Na razie jednak pocałuję Henryka w pupę za ciebie, ty bezbułkowy, parówkokrojący pożeraczu kapusty!

Mówiąc to, pociągnął Marię do ich samochodu, i odjechał.


Autor tekstu: Robert Anton Wilson
Tłumaczenie: Eimi Kion

Źródło: link

 
Mała uwaga dla tych, którzy nie "zajarzyli":

Henryk = Bóg
Całowanie w pupę = modlitwa
Miasto = nasz wszechświat
Wyjechanie z miasta = śmierć
Milion dolarów = niebo
Pranie na kwaśnie jabło = piekło
Karol = twórca religii, może Chrystus?
Notatnik Karola = Biblia wraz z przykazaniami
Parówki = seks

wtorek, 19 grudnia 2006
BRODA

Pewnego niebiańskiego dnia Jezus zwrócił się z tymi oto słowy do swojego Ojca:

- Ojcze. Siedzę tu w niebie po Twojej prawicy już z dwa tysiące lat, dawno na ziemi nie byłem i nie wiem nawet, czy ludzki rod o mnie pamięta.

- Martwi ciebie to? – zatroskał się Bóg Ojciec.

 - A i owszem – odparł Zbawiciel. – Umarłem za nich na krzyżu, zmartwychwstałem, zesłałem ku nim Pocieszyciela, czyli Ducha Świętego, ostatnio jednak jakoś mniej ich modlitw do mnie dociera. Może już zapomnieli o synu Maryi …

- Cóż więc chcesz zrobić?

 - Znów zstąpię na ziemię jako człowiek, by osobiście rzecz tę sprawdzić.

Powiedziawszy to Jezus dał nura w niebiańską otchłań i wylądował na padole łez zwanym ziemią. Traf chciał, że miejscem jego lądowiska stała się jedna z praskich dzielnic stolicy bogobojnych Lechitów. Czując twardy grunt pod nogami i widząc nocne niebo nad sobą ruszył na poszukiwanie ludzi. Szedł pośród blokowisk skulony nieco, ponieważ wiał zimny wiatr i zacinał chłodny, nieprzyjemny deszczyk. W pewnym momencie dostrzegł, że na ławce w parku siedzi kilku młodych ludzi. Podszedł do nich śmiało, z uśmiechem na ustach, po czym przyjrzał się im uważniej. Młodzi ludzie palili skręta, z ich ust zaś dobywał się dym o dziwnym, lekko słodkawo-ziemistym zapachu. Jezus natychmiast zorientował się, że ma do czynienia z grzesznikami, którzy popalają marychę.

- Cóż wy robicie? – zagaił. – Czyżbyście nie wiedzieli, że palenie maryśki  to śmiertelny grzech, który upadla ludzką duszę?

Siedzący najbliżej chłopak spojrzał na Jezusa mętnymi oczami i rzekł pobłażliwie:

 - Broda, nie pierdziel…

 - Ale…. – zaoponował Jezus.

- Broda, daj spokój. Co żeś się doczepił jak rzep do ogona? 

- Bo nie pojmuję czemu to robicie – stwierdził Syn Boży. – Marycha to przecież narkotyk i…

- No kurwa, Broda, naszło cię, czy co?

- Ale ...

- Broda, kurde, człowieku, posadź wreszcie dupę i skręć sobie dżointa…

Jezus zawahał się, doszedłszy zaś do wniosku, że dopiero wtedy, gdy stanie się jak owi grzesznicy zrozumie, czemu z taką lubością nurzają się w grzechu siadł koło nich, skrecił dżointa, zapalił go i głęboko zaciągnął się dymem marychy.

Jarał ją przez prawie kwadrans, a kiedy skończył wstał i oznajmił:

- Słuchajcie chłopaki, muszę wam coś ważnego powiedzieć…Otóż oświadczam, że ja jestem Jezus, syn Maryi…

- No widzisz...? - roześmiał się jeden, kiwając głową z zadowoleniem. A drugi dodał:

- I o to chodzi, Broda. O to właśnie chodzi…

czwartek, 07 grudnia 2006
AFIRMACJA

 Nie tak dawno temu żył sobie w pewnym mieście student o i mieniu Józio, człek niskiego stanu, ubogi, który chwytał się rozmaitych zajęć, ażeby zarobić na czesne, wszelako jego pracodawcy albo mu nie płacili, a jeśli już, to tylko połowę obiecanego wynagrodzenia. Cierpiał tedy Józio biedę okrutną, czuł się poniżany i niedoceniony, prosił więc Boga o pomoc w potrzebie. Bóg wreszcie wysłuchał jego modlitw - chłopak otrzymał propozycję udzielania korepetycji córce miejscowego księcia za 120 guldenów miesięcznie. Dla Józia był to prawdziwy majątek. Podziękowawszy Bogu szybko udał się do pałacu nowego chlebodawcy, gdyż chciał jak najszybciej wykazać się przed nim swymi umiejętnościami..

Znalazłszy się w jej pałacu oniemiał z zachwytu. Takiego przepychu i bogactwa nigdy na oczy nie widział. W jeszcze większe osłupienie wprawiła go księżniczka – pięknolica i powabna niczym anioł Grizelda. Józio zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i, w naiwności swojej, natychmiast jej to wyznał.  Ona wszakże, będąc dziewczyną rozkapryszoną i wyniosłą z pogardą traktowała jego amory, poskarżyła się ojcu, ten dał Józiowi za fatygę 40 guldenów i kazał lokajom wyrzucić za drzwi zuchwalca.  

Zrozpaczony wracał do swej ubogiej izdebki, gdy nagle jego wzrok przyciągnął napis na afiszu przybitym do grubych, dębowych drzwi.

Jesteś biedny, ubogi, upokorzony  i chcesz zmienić swoje życie? Metoda „Oł! Dąż!” to sprawi! Koszt terapii – jedyne 40 guldenów. W przypadku nieskuteczności Wielki Mag  zwraca pieniądze.

Niewiele myśląc Józio wszedł do środka. W owalnym, pomalowanym na ciepłe kolory pokoju ujrzał siedzącego za stołem brodatego mężczyznę  w czerwonym płaszczu i szpiczastą czapka na głowie, na której widniał napis WIELKI MAG.

 - Witaj – Wielki Mag uśmiechnął się serdecznie, a jego niewielkie, okrągłe oczka rozbłysły palącym żarem. – W czym mogę ci pomóc?

- Chcę zmienić swoje życie – zawołał Józio. -  Chcę być księciem, bogatym księciem, mężem księżniczki równie pięknej jak Grizelda.

- Mój drogi. Ty już nim jesteś, tylko o tym nie wiesz. Po prostu ty nie chcesz być bogaty. Nie chcesz być księciem. Dlatego nim nie jesteś.Masz zakodowane w podświadomości bariery, które ci to uniemożliwiają. Pozwól, że ci pomogę. Otóż – mówił Wielki Mag, pobrawszy od Józia 40 guldenów - moja metoda składa się z dwóch części. Część „Oł!” pozwoli ci dostrzec kody twej podświadomości i je oczyścić. Przyniesie ci to nieco bólu, dlatego zwie się ona "Oł!. Natomiast część „Dąż!” pozwoli ci skutecznie i bezboleśnie dążyć do ich przełamania i uczynienia z ciebie człowieka radującego się wszelkimi dobrami, jakie nie uwarunkowana miłość boża nam, ludziom przeznaczyła...

Terapia „Oł!” trwała kilka godzin, a kiedy się skończyła spłakany i roztrzęsiony Józio ujrzał siebie w całkiem innym świetle. Z tym większym zapałem chciał przejść w fazę „Dąż!”. Zoczywszy to Wielki Mag powiedział:

- Oto, Józiu, twoja afirmacja, którą masz co dzień, przed zaśnięm czytać głośno przez czterdzieści dni. Jeśli po tym czasie nie staniesz się bogatym księciem i mężem księżniczki  gotów jestem nie tylko zwrócić ci 40 guldenów, ale i zjeść własną brodę.

I tak, leżąc na wąskiej, twardej pryczy w swojej ubogiej izdebce przez czterdzieści wieczorów  Józio czytał ofiarowana mu przez Wielkiego Maga afirmację, która zaczynała się od słów:

Boże, uzdrawiaj Moją samoocenę, wznoś ją na wyżyny najwyższej jakości. Boże, rozpuszczaj wszelką Moją niegodność, uwalniaj Mnie od myśli i wzorców niskiej samooceny. Ja, Józio pozwalam Sobie przebaczyć takie myślenie. Wiem, że jestem bogaty. Wiem, że jestem księciem. Wiem, ze jestem godny tych zaszczytów, które pragnę bezinteresownie wykorzystywać tak, by napełniony boską miłością dzielić się nieskończonym bogactwem z księżniczką w Mym pięknym pałacu...

Czterdziestego pierwszego dnia Józio obudził się później niż zwykle. Uniósł głowę. Leżał w szerokim łożu z baldachimem ustawionym po środku ogromnej, lustrzanej sali. Obok łoża stała sofa, a na niej spoczywał rzucony niedbale olśniewająco biały mundur ze złotymi epoletami, a obok niego leżała wysadzana diamentami szpada. „Jestem księciem!” – pomyślał Józio z radością - I mieszkam w pałacu!” Usiadł. Drzwi sali otworzyły się nagle. Józio zamrugał powiekami, a jego serce zbiło radośnie, sunęła ku niemu bowiem odziana w długą suknię cud urody niewiasta. "Ani chybi, księżniczka" - przemknęło Józiowi przez myśl. Tymczasem kobieta pochyliła się nad Józiem i pocałowawszy go w czoło rzekła niecierpliwie:

- Arcyksiążę, pośpiesz się! Jedziemy dziś do Sarajewa…

niedziela, 03 grudnia 2006
TRZY ŻYCZENIA

     Żył kiedyś bogobojny Żyd o imieniu Iccak, który całymi dniami modlił się, ślęczał nad Talmudem, cały zaś majątek odziedziczony po rodzicach roztrwonił kupując kabalistyczne księgi i opłacając nauczycieli, którzy wprowadzili go w tajniki mistycznych przekazów tej świętej i duchowej wiedzy. Codziennie też bywał w synagodze, ażeby tam oddać cześć Panu, niech Imię Jego będzie błogosławione i prosić Go o rozmaite dobra. Jego żona, krasnolica Rywka, pozwalała mu  zajmować się kabałą, kiedy jednak bieda i głód zajrzały im w oczy ze słodkiego anioła przemieniła się w straszliwą megierę i nie było dnia, by nie napominała go tymi oto słowy:

     - Leniwy durniu! Spójrz jak wyglądasz. Chałat połatany, dziura na dziurze. W komorze pusto, w kieszeni wiatr hula, a ty, niegodziwcze nie masz nawet miedziaka, by móc dać mi go, bym mogła kupić sobie nową kieckę. Spójrz na kupca Blomberga i jego żonę. Opływają w dostatkach, chodzą obwieszeni zlotem. A krawcowa Steinbach? Też od nich nie gorsza, choć większość jej pierścieni to zwyczajny tombak. Mnie nawet na to nie stać, ty świątobliwa łachudro! Weź się do roboty, zarób jakiś grosz i zostaw wreszcie te zakurzone papiery!

     Sęk w tym, ze Icchak nie miał głowy do interesów, a poza tym tak przyziemne sprawy w ogóle go nie interesowały. „Nic to – myślał sobie, słuchając utyskiwań Rywki – w Przyszłym Świecie moja żona zrozumie, że dobrze czynię oddając się świętej nauce i Bogu. Jej niewieści umysł nie potrafi teraz tego pojąć, że Bóg kocha tych, którzy Go kochają i obdarza ich nieskończenie. Nadejdzie czas, gdy Bóg wysłucha moich modlitw i obsypie nas wszelkimi dobrami bez miary. Trzeba mieć tylko cierpliwość i pokorę w sercu”.

     Mijały lata. Z pięknego młodziana Iccak przemienił się w wychudłego starca, a i Rywce nie przybyło urody. Przeciwnie. Jej zmierzwione, nigdy nie myte włosy oraz haczykowaty nos upodobniły ją do wiedźmy z bajki. Nie mniej szpetny stał się jej charakter, nie dość bowiem, że każdego dnia pomiatała biednym Icchakiem, to na dodatek, w każdy piątek biła go, kopała i drapała paznokciami, ażeby – jak mówiła złośliwie  – godniej rozpocząć obchody szabatu. Na domiar złego nawet święta nauka kabały przestała koić serce zbolałego Iccaka. Czytał księgi i nic nie rozumiał. Modlił się gorliwie, lecz odnosił wrażenie, że słowa modlitwy ulatują w pustkę, Odechciało mu się nawet chodzić do synagogi. Tylko głód i nędza doskwierały mu coraz potężniej.

     Pełen rozpaczy i zwątpienia powlókł się pewnego wieczora do bóżnicy i padłszy na twarz zawołał do Boga, niech Imię Jego będzie błogosławione:

     - Królu Wszechświata! Czemu ciągle spadają na mnie tylko nieszczęścia, kiedy innym tak dobrze się powodzi? Pomóż mi! Cóż to dla Ciebie? Spraw, ażebym mógł wreszcie dać bogactwo Rywce i pierwszy raz od dawien dawna do syta się najeść.

     W tejże chwili niebiańskie światło rozbłysło nad jego głową i dobiegł zeń gromki głos:

     - Oto jestem!. Proś, a spełnię twoje trzy życzenia.

      W pierwszej chwili Icchak zaniemówił, potem wszakże oprzytomniał ździebko i powiedział:

     - O Królu Wszechświata, niech Imię Twoje będzie błogosławione. Chcę, żeby Rywka mieszkała w pałacu.

     - Załatwione – ozwał się niebiański głos. – Czego chcesz jeszcze?

     - Żeby była anielsko piękna, jak dawniej…

     - Załatwione. A trzecie życzenie?

     Iccak zawahał się, albowiem straszliwe podejrzenie zalęgło mu się w głowie. Ileż to razy czytał w kabalistycznych księgach, że przeciwnik Pana lubi się doń upodabniać i zwodzić na manowce świętych mężów i nauczycieli. Jego rozmówca wyczuł to wahanie.

      - Nie wierzysz mi? – zagrzmiał.

     - Wierzę, wierzę – wydukał Icchak, czując, że mu łydki dygocą ze strachu. – Jednakże pozwól Panie, bym sprawdził, czy moje dwa życzenia się spełniły.

     - Niedowiarku! – zaryczał tamten. – Idź i patrz, skoro mi nie ufasz!

      Nie namyślając się długo Icchak pognał do domu. Lecz domu nie było. W jego miejscu stał złocisty pałac, a przed nim stado lokai w jedwabnych uniformach. Ujrzawszy biednego Żyda w wypłowiałym chałacie skierowali go ku drzwiom kuchennym, Iccak wszakże przedarł się przez nich i wszedł na marmurowe schody. Tam zamiast Rywki, którą znał ujrzał piękną jak anioł kobietę o kruczoczarnych włosach i powabnym uśmiechu, która przyglądała mu się krytycznie. Zerknął w lustro. No cóż, rzeczywiście nie pasował ani do niej ani do pałacu. Odwrócił się więc na pięcie i pędem pobiegł z powrotem do synagogi.

     - Królu Wszechświata! – zawołał. – Wszystko się spełniło! Mam jeszcze ostatnie życzenie!

     - Jakie? – spytał sennym głosem Bóg.

     - Chcę wyglądać jak dawniej, być młodym, bogatym i pięknym.

     - Załatwione – odpowiedział Król Wszechświata i ziewnął.

      Szast, prask, w jednym ułamku sekundy Icchak doznał cudownej przemiany. Pełen niewymownej wdzięczności wybiegł z synagogi, ażeby jak najszybciej znaleźć się u boku cudnej Rywki w nie mniej cudownym pałacu. Jednakże kilka przecznic dalej najechał nań rozpędzony wóz z wodą i go rozgniótł na miazgę.

     Wnerwiony do nieprzytomności, wściekły i rozżalony przekroczył Iccak wrota Nieba, roztrącił strzegące Bożego Tronu anioły i archanioły i stanął wygrażając pięściami przed Obliczem Pana.

     - Boże! – wrzasnął. – Cóżeś mi zrobił? Czemu Twój anioł śmierci pozbawił mnie w takiej chwili żywota?

     Bóg zakrył swoją twarz dłonią, po czym, jąkając się rzekł zakłopotany:

    - Iccak, ja cię bardzo, ale to bardzo przepraszam. Zmieniłeś się tak szybko, że ciebie q… nie poznałem…

OCHUYENIE

  Posłuchajcie piękne Panie i nadobni Panowie opowieści minstrela, który wiele zacnych krajów zwiedziwszy zawitał w te gościnne progi, by uszy Wasze bawić a rozum ćwiczyć opowieściami, których bohaterami są godni uwiecznienia w królewskich annałach cni herosi.

Żył niegdyś w kraju mlekiem i miodem płynącym rycerz dzielny, Jurem z Ochuynego Zdroyu zwany od pewnej przygody, która mu się w tych, nawiedzanych tłumnie teraz, a drzewiej całkiem pustych okolicach przydarzyła.

 Jur wielkim był wojennikiem  i pogromcą Maurów oraz innych nieprzyjaciół Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Już w młodych leciech pociąg do wojaczki czuł silny, ledwie więc podstrzyżyn się doczekał natychmiast z krzyżowcami, którzy ku Ziemi Świętej ciągnęli, by Grób Pański z rąk niewiernych wyrwać, na szlachetną wyprawę wyruszył. Wojował lat dwadzieścia i pięć, sławą niepomierną się ozdobił, albowiem nie tylko ślubu dokonał i krwią wyznawców Mahometa grzechy swe zmazał, ale i na dodatek wiele księżniczek i królewien z opresji wszelakiej ocalił. Doprawdy siła by o tym opowiadać i ksiąg by nie starczyło, by wszystkie jego przygody spisać. Jednego mu tylko brakowało. Nigdy nie zmierzył się ze smokiem, wciąż przeto gorszym się czuł od takich bohaterów jak Lancelot, Beowolf. Król Artur, a nawet królowa Ginewra.

 Kiedy więc na daremnych  poszukiwaniach smoka upłynęło mu ponad ćwierć wieku, w prostacyję popadł i do domu postanowił wracać. Jechał powoli, południowym duktem, przez czarną gąszcz lasu, a ponieważ skwar mu dopiekał, zbroja ciążyła i niewyspany był, drzemał kołysząc się na siodle swego dzielnego rumaka. Wtem rumak stanął jak wryty, zaś mężny Jur omalże nie fiknął koziołka przez jego głowę.

- O żesz ty bydle przeklęte! – wrzasnął oprzytomniawszy ździebko. – Na świętego Jacentego! Czemu stajesz bez ostrzeżenia?

Kon wszakże, będąc mało rozumnym i nie posiadającym nieśmiertelnej duszy bydlęciem nie odpowiedział mu na to pytanie, co go różniło o sławetnej oślicy proroka Bileama, która, jak zapewnia Pismo i Kościół nasz Święty przemówiła doń ludzkim głosem. Stał jeno w miejscu i mimo połajań nie chciał postąpić naprzód ni jednego kroku. Zdeprymowany zachowaniem zwierzęcia rycerz z trudem podniósł zardzewiałą przyłbicę, ażeby samemu przekonać się czemuż to rumak tak nagle znieruchomiał. Zaraz też zagadka została rozwiązana. Oto bowiem dukt rozdwajał się niczym język węża, co Adama i Ewę pokusił owocem poznania, zaś tuż przed nosem rycerza sterczał umieszczony na potężnym balu drogowskaz takoż się rozwidlający. Jur zamrugał powiekami i przypomniawszy sobie składanie liter zwolna przesylabizował napis:

W prawo – księżniczka i pół królestwa. W lewo – ochuyenie.

Zaiste – pomyślał Jur – przygoda się jakowaś szykuje. Co robić? Jechać w prawo? Wszak kilka królewien i pół królestwa już miałem, a raz nawet, jeśli dobrze pomnę, zdarzyło mi się na odwrót. Ochuyenia zaś nigdy nie zaznałem. Pojadę tedy w ku lewicy i niech mnie Bóg prowadzi.

Tak oto podążył mężny Jur w poszukiwaniu przygody, którą mu ów drogowskaz zapowiadał. Nie minęły dwa pacierze a zanurzył się w bór tak gęsty i mroczny, że innemu już dawno dusza w pięty i ostrogi by uleciała, on jednak, chrobrego serca będąc niczego się nie lękał; przeciwnie, rumaka poganiał, byleby szybciej do celu dotrzeć. Nagle ujrzał przed sobą polanę, a na niej bagniste jeziorko, zaś po środku onego jeziorka wysepkę, na której rósł dąb wiekowy, tysiącletni. Nie to wszakże przykuło uwagę wojennika, lecz przebrzydły smok, który nucąc coś i pomrukując, z błogim uśmiechem malującym się na pysku w tymże bajorku się taplał.

 - Ha! – ryknął rycerz, dobywając miecza. – Marzenie spełnione, tuś mi gadzie przeklęty! Stawaj do walki na śmierć i życie!

Z tym okrzykiem runął na ohydnego potwora, który zoczywszy nacierającego nań wojownika zerwał się na równe nogi i skrył się za dębem.

- Zatrzymaj się, tchórzu! – krzyknął rycerz. – Dokąd uciekasz, potworo!?

Odpowiedziało mu milczenie. Jur zsiadł z konia i ruszył biegiem w kierunku smoka. Wszelako bestia, miast jak Pan Bóg przykazał stawić czoło rycerzowi, uciekała dalej, okrążając wyspę. Jur pognał za nim. I tak przez długie godziny jeden uciekał, drugi nie ustawał w pogoni, obaj zaś biegali wokół rzeczonej wysepki. Atoli steranemu na krzyżowych wyprawach Jurowi szybko zbrakło sił. Spocony, zziajany, półprzytomny upadł, zarył nosem w błoto i wypuścił z dłoni swej rycerskie oręże. Ujrzawszy to smok stanął i podobnie jak on ciężko dysząc pochylił się nad nim.

- Ochuyałeś?  – zapytał i popukał się w czoło. – Kąpiącego się smoka nie widziałeś, czy co?

piątek, 01 grudnia 2006
ZŁOTA ŚRUBKA

 Dawno, dawno temu, tak bardzo dawno, że już nie pamiętam kiedy, w pewnej indyjskiej wiosce urodził się chłopczyk. Chłopczyk ten niczym nie różnił się od innych chłopców poza jednym drobiazgiem. Zamiast pępuszka miał… złotą śrubkę. Ujrzawszy to rodzice chłopca zafrasowali się wielce, po czym udali się do wioskowego bramina, by spytać go cóż może znaczyć to, że ich syn przyszedł na świat ze… złotą śrubką zamiast pępuszka. Bramin wzniósł modły do 33 milionów hinduskich bogów, lecz żaden z nich nie udzielił mu odpowiedzi.

 - Doprawdy – rzekł, bezradnie kręcąc głową. – Nie wiem, czemu wasz syn urodził się… ze złotą śrubką zamiast pępuszka. Idźcie na pielgrzymkę do świątyni Mahadewa Śiwy w Waranasi, może przebywający tam słynni jogini i asceci powiedzą wam czemu ten chłopiec zamiast pępuszka ma… złotą śrubkę.

Rodzice chłopczyka ze zlotą śrubką zamiast pępuszka posłuchali rady wioskowego bramina, powędrowali do Waranasi, odprawili pudżę, czyli ofiarę nad brzegami Gangesu, wykąpali się w jego świętych wodach, stracili majątek, rozdając jałmużnę tysiącom rezydującym w świętym mieście ascetom, lecz wrócili do domu z niczym.  Nikt nie umiał im powiedzieć czemu dali życie synowi, który zamiast pępuszka miał… złotą śrubkę.

Mijały lata. Chłopiec dorastał, zaczął chodzić do jednej szkoły, potem drugiej, trzeciej, jednakże w każdej z nich czuł się nieswojo, ponieważ śmiano się zeń, gdyż zamiast pępuszka… miał złotą śrubkę. Daremnie pytał swych nauczycieli, świętych mężów, a nawet prowadzących jedną ze szkół jezuitów o to, czemu zamiast pępuszka … ma złotą śrubkę. Zrozpaczony postanowił zignorować ten problem, wyjechać do Anglii, studiować na politechnice i samemu znaleźć rozwiązanie zagadki. Tak też uczynił. Cóż stąd, skoro żadna z nauk, które pobierał nie przybliżyła go do rozwikłania tej tajemnicy. Zrozpaczony, bliski popełnienia samobójstwa wyszedł kiedyś na spacer i spotkał pewnego starszego pana, autora poczytnych ówcześnie opowiadań o detektywie Holmesie. Nie wiedzieć czemu zwierzył się mu ze swej boleści i ze zdumieniem spostrzegł, że zamiast jak inni ryknąć śmiechem lub drwić z niego, starszy pan  spojrzał nań przyjacielsko i rzekł z troską:

- Rozumiem, czemu się martwisz, chłopczyku. Niestety nie wiem czemu zamiast pępuszka masz… złotą śrubkę. Słyszałem wszelako, że w Indiach mieszka pewien słynny nauczyciel o imieniu Śri Śri Śri Nagananda Prabhupada Oshopatra, który zna wszystkie tajemnice świata. Jedź do niego i zadaj mu pytanie czemu zamiast pępuszka masz… złotą śrubkę.

I tak chłopczyk, który zamiast pępuszka miał… złotą śrubkę ponownie znalazł się w swym ojczystym kraju. Dotarłszy do Kalkuty wsiadł w pociąg i pojechał na północ, ku Himalajom, tam bowiem znajdował się aśram Śri Śri Śri Naganandy Prabhupady Oshopatry. Po miesiącu oczekiwania zyskał wreszcie łaskę audiencji u mistrza. Zoczywszy go skłonił się przed nim nisko, po czym zadał pytanie czemu zamiast pępuszka ma… złotą śrubkę. Usta mistrza zadrgały i z trudem ułożyły się w świątobliwy uśmiech, zaś jego oczy powlekła boska mgła życzliwości. Mistrz przestał dłubać w nosie  ( co miał we zwyczaju czynić w czasie codziennych darśianów i audiencji ) i rzekł zakłopotany:

 - Chłopczyku, zaiste nie wiem czemu zamiast pępuszka masz… złotą śrubkę. Wiem jednak, że dwa dni drogi stąd znajduje się święta góra Nilgiri, której szczyt każdego dnia nawiedza wielki bóg słońca i blasku, Sawitar, który rozjaśnia nasze myśli. Idź tam i spytaj go czemu zamiast pępuszka masz… złotą śrubkę.

 Zrozpaczony brakiem odpowiedzi chłopczyk wyruszył w stronę Nilgiri. Na jej wierzchołek dotarł trzeciego dnia, tuż przed zachodem słońca. Zwrócony twarzą ku zachodowi padł na kolana i wzniósłszy wysoko ramiona zawołał z rozpacza w glosie:

 - O wielki boże słońca i światła, Sawitarze, który rozjaśniasz nasze myśli! Powiedz mi czemu zamiast pępuszka mam… złotą śrubkę.

Odpowiedziała mu cisza, jednakże chłopczyk nie rezygnował i im bliżej słoneczny dysk znajdował się zachodniej grani horyzontu, tym głośniej i rozpaczliwiej wołał:

  - O wielki boże słońca i światła, Sawitarze, który rozjaśniasz nasze myśli! Powiedz mi czemu zamiast pępuszka mam… złotą śrubkę?!!

 Słońce tymczasem zachodziło, niknęło już za widnokręgiem okryte czerwoną poświatą. Niemal tracąc wiarę, resztką sił chłopczyk wołał dalej:

- O wielki boże słońca i światła, Sawitarze, który rozjaśniasz nasze myśli! Powiedz mi czemu zamiast pępuszka mam… złotą śrubkę?!!

 Nagle, gdy już ledwie rąbek słońca wystawał zza oblanych purpurą gór z jego skraja wyrosła wypustka. Wypustka wydłużała się, wydłużała coraz bardziej w kierunku chłopczyka. Nie była to wszakże żadna wypustka, lecz złota rączka, trzymająca w palcach złoty śrubokręcik. Rączka zbliżyła się do chłopczyka, przyłożyła złoty śrubokręcik do złotej śrubki, po czym zaczęła ją odkręcać. Odkręcała tak i odkręcała, kiedy zaś ją wykręciła to chłopczykowi dupa odpadła…