kalendarze na bloga

Centrum Terapii Uzależnień Duchowych
czwartek, 09 grudnia 2010
42 IMIONA BOGA - MODLITWA

Kabalistyczna modlitwa Ana B'Koach zbudowana jest z 7 wersetów formujących 42-literowe Imię Boga. Według  tradycji została ona napisana w pierwszym wieku n.e przez Rabbiego Nehonia. Odmawia się ją codziennie, zazwyczaj trzy razy.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010
PIEŚŃ MOJEJ DUSZY...

środa, 03 lutego 2010
CZEGO CZŁOWIEK POWINIEN SZUKAĆ?

Zapytano kiedyś pewnego starego chasyda, czego człowiek powinien szukać. Chasyd podrapał się po brodzie i rzekł po chwili zastanowienia:

- Jedni ludzie sądzą, że trzeba szukać bogactwa. Lecz cóż to jest bogactwo? Dzisiaj je masz, jutro ci je zabiorą, a na dodatek spalą dom i wygnają precz tylko dlatego, że jesteś Żydem. Inni twierdzą, że nie bogactwo jest ważne, lecz szczęście. Lecz cóż to jest szczęście? Kiedy ja jestem szczęśliwy, inni są nieszczęśliwi, więc trapię się z tego powodu i szczęście odchodzi. Jeszcze inni uważają, że nie bogactw i nie szczęścia, ale Boga, niech Imię Jego będzie błogosławione, człowiek powinien szukać. Lecz czym jest szukanie Tego, który jest wszędzie? To jakby pogoń za własnym cieniem – nigdy go nie pochwycisz. Słyszałem o takich, którzy znaleźli Jedynego, niech Imię Jego będzie błogosławione, ale ich nie spotkałem. Może się ukrywają? Lecz czemu mieliby to robić? Powiem ci. Bo to wielki grzech znaleźć HaSzem. Dlaczego? Gdyż wtedy On powiada: „Skoro znalazłeś Mnie, to jak Ja mam ciebie znaleźć?” I kiedy człowiek to słyszy, zaczyna się wstydzić. Tak, jak Adam w Gan Eden, chowa się w krzaki i siedzi tam dopóty, dopóki nie usłyszy boskiego wołania: „Człowieku, gdzie jesteś?”. Wychodzi i powiada: „To Bóg mnie znalazł”.

A teraz powiem ci, czego człowiek powinien szukać. Mądrości. Lecz cóż to jest mądrość? Ja jestem głupi Żyd, więc nie wiem. Bo gdybym był mądry, byłbym jak moja żona, Rywka. Popatrz na nią. Kręci się po domu i nie traci czasu na durne pytania. Kiedy mi czegoś brakuje wie, gdzie to znaleźć. Kiedy o coś ją pytam, wie co odpowiedzieć. Dlaczego? Ponieważ Bóg, niech Imię Jego będzie błogosławione, od razu stworzył kobietę mądrą, mężczyzna natomiast mądrości musi się dopiero uczyć. Szatan dobrze o tym wiedział i nie od Adama, lecz od Ewy rozpoczął kuszenie. Pomyślał: „Jeśli mądrość zawiedzie, głupota stanie się jeszcze głupsza”. Miał rację! Jednego tylko nie przewidział. Tego, że mężczyzna i kobieta lgną do siebie, jak ciało do duszy. Ilekroć więc ciało trawi czas na daremne szukanie czegoś, dusza woła - „Wracaj i mną się zajmij”. Oto czemu napisano w Talmudzie: „Szabat zaczynaj od uszczęśliwienia żony”. Kiedy nią się zajmujesz, pokój szabatu i mądrość zapełniają twoje serce, gdy ją zaniedbujesz - odchodzą. Dlatego mężczyzna musi szukać mądrości. Kobieta już ją posiada. Jedyne co musi, to szukać cierpliwości, by móc znosić głupotę mężczyzny.

piątek, 29 stycznia 2010
CZEGO UCZY KABAŁA?

Gdyby mnie ktoś spytał o to, czego uczy kabała, odpowiedziałbym mniej więcej w ten sposób:

Po pierwsze – właściwego ukierunkowania.

Po drugie – właściwego odniesienia

Po trzecie – właściwego postępowania

Po czwarte – właściwego czynienia

Poproszony zaś o rozwinięcie tych, enigmatycznych z pozoru, punktów, rzekłbym:

Właściwe ukierunkowanie oznacza, że cokolwiek czynisz, twoje serce i twoje „wewnętrzne oczy” są skierowane ku Żywemu Bogu, który Jest, choć nie wiesz jaki Jest, dlatego „widząc” Go blisko i daleko zarazem upodabniasz się do kogoś, kto idzie skrajem przepaści i choćby nawet o niej zapomniał, wciąż pozostaje ona jego punktem odniesienia i czymś „niezmiennie obecnym”, acz niepojętym w swojej istocie i głębi.

Właściwe odniesienie jest „czynną formą ukierunkowania” i wyznacza relację między tobą a Bogiem. W szerszym znaczeniu oznacza to, że cokolwiek czynisz, stawia ciebie „w obliczu” Boga ( jest więc twoją „duchową praktyką” ). W węższym i bardziej konkretnym znaczeniu jest to modlitwa, która może mieć rozmaity charakter (rytualny, spontaniczny, indywidualny, zbiorowy, „słowny” i „bezsłowny”). Wyraża się ona zewnętrznie ( postawa ciała, skupienie na sercu, gesty, stała pora modlitw itp. ) i wewnętrznie. Jej „wewnętrzność” koreluje czterema światami Drzewa Życia ( światem emanacji, kreacji, formowania, czynienia ) i służy ich „połączeniu”. Tym, co je „łączy” są: 1/ bojaźń boża; 2/ teszuwa (skrucha, nawrócenie, żal za popełnione błędy), 3/ kawana (ukierunkowanie woli i świadomości na modlitwie, a poprzez to na Tym, do kogo się modlisz), 4/ dziękczynienie Bogu oraz błogosławienie ludzi.

Właściwe postępowanie warunkuje typ twojej relacji z samym sobą i tym wszystkim, co ciebie dotyka. Jego podstawą jest czwarty „filar” modlitwy, który sprawia, że dźwigasz się z największego nieszczęścia oraz wyradzasz wolę przebaczenia i prośbę o to, by nikt nie poniósł zgubnych konsekwencji czynów, które ciebie zraniły. Przebaczając innemu człowiekowi, sam siebie chronisz przed „raną braku przebaczenia” ( jej najgorszą „formą” jest nienawiść ), i otwierasz mu „furtkę” teszuwy ( czy z niej skorzysta, to już inna sprawa ). Znajdując dystans wobec trudności i powierzając je Bogu, zyskujesz szansę nowego życia, nie to jest bowiem ważne co cię dotknęło, lecz to, co z tym zrobisz i jak wobec tego postępujesz. Możesz biadolić nad rozlanym mlekiem, możesz cieszyć się, że zostało ci kilka kropel. Wybór należy do ciebie.

Właściwe czynienie leży u podstaw tamtych trzech. Lecz cóż to znaczy - "właściwie czynić"? Odpowiedź brzmi: sprawić, by intencją twojego czynienia stało się miłosierdzie. Bez miłosierdzia nie możesz ani przebaczyć, ani otrzymać przebaczenia. Nie możesz w sposób właściwy się modlić, nie możesz stanąć w prawdzie właściwego ukierunkowania. Miłosierdzie nie jest miłością i nie jest też altruizmem. Jest czynieniem dobra bez oczekiwania, że ich owocem staną się „zasługi” ( u Boga, u ludzi ). Nie chodzi tu, byś czynił wszystko darmo , lecz o to, żebyś nauczył się nie przywiązywania wagi do swych „dobrych” czynów. Kabała uczy, że Mesjasz nie nadejdzie dopóty, dopóki ostatnie ziarnko piasku nie znajdzie się we właściwym i przeznaczonym sobie miejscu. Jeśli od tego zależy restytucja kosmicznego porządku, nie ma różnicy między takim „drobiazgiem” jak pogładzenie po głowie płaczącego dziecka, a męczeńską śmiercią „za miliony”. W czynieniu kryje się tajemnica tego, po co zaistniałeś i poprzez czyn sekret ten się manifestuje Rób zatem to, co masz robić, czyń to, do czego cię powołano. To jest najważniejsze pytanie, jakie powinieneś sam sobie zadawać i tego należy szukać. Nie Boga, nie zbawienia czy oświecenia, lecz  sekretu przyczyny, dla której tu jesteś. Tylko o to zapyta cię Bóg, kiedy przed nim staniesz i jeśli odpowiesz wtedy – „myślałem, że Ty mi to powiesz, po co żyłem”, odrzeknie – „Owszem, mogę. Problem w tym, mój drogi, że ty już nie żyjesz…”

poniedziałek, 25 stycznia 2010
NAJWIĘKSZA TAJEMNICA KABAŁY

Kabała jest bardzo prosta. Jej przesłanie wspiera się na dwóch filarach wyznaczających rodzaj relacji z Bogiem i z innym człowiekiem. . Pierwszy, sformułowany w modlitwie Szma Israel, mówi o miłości do Jedynego. Drugi – o kochaniu bliźniego tak, jak się kocha samego siebie. Ten drugi jest ważniejszy. Najpierw człowiek, potem Bóg. Nigdy na odwrót. Reszta – to komentarze.

Kiedy Jedyny stworzył Pierwszego Adama, istotę hermafrodyczną i nierozdzielną, przyprowadził przed jego oblicze wszystkie istnienia, by Adam każdemu z nich nadał szem (hebr. imię), będące jego „duchową podstawą”, a jednocześnie „lustrem”, w którym się odbija ( Gen. 2.19 ). A potem „podzielił” Praczłowieka na dwie części Adama i Ewę ( Gen. 2.22 ), gdyż wszystko w kosmosie wspiera się na dwójce i od litery beth ( wartość liczbowa 2 ) zaczyna się akt kreacji opisany w Torze ( hebr. Bereszit Bara Elohim… - Na początku Bóg…, Gen. 1.1 ). Odtąd  ( Gen. 2.23 ) Adam był mężczyzną ( hebr. isz ), Ewa – kobietą ( hebr. isza ). Z tą też chwilą zyskali oni możność bycia jednym „ciałem” i jedną „duszą” w dwóch – jeśli tak można rzec – jaźniach ( Gen. 2 24 ). Od tej, wątłej i uwarunkowanej wolą dążenia ku sobie relacji zależy los świata, albowiem inny człowiek jest dla mnie moim szem ( a ja dla niego ). Nie jedność zatem z Bogiem, lecz spotkanie dwojga ludzi wprowadza ład w kosmosie i warunkuje ludzką relację  z Tym, który Jest Jeden.

Dlatego rzekłem – dwa filary.

Najpierw ten drugi, potem pierwszy.

Ot i cała „tajemnica” kabały :)

Tagi: kabała
11:26, suljan , Kabała
Link Komentarze (6) »
wtorek, 16 czerwca 2009
JEDEN

     Pisanie o Żywym Bogu przychodzi mi z trudnością. Może dlatego, że Życia nie daje się opisać. Opisywane życie nie jest życiem, Bóg, którego próbujemy zdefiniować nie jest Żywym Bogiem. Dlatego lepiej mówić kim/czym On nie jest, niż jest. My wszakże lubimy nazywać Go „miłosiernym”, „świętym”, „najwyższym”, „odwiecznym”, „nieskończonym”, „wszechmocnym”, „królem”, „panem”, „ojcem” itp. Im bardziej przywiązujemy się do tych określników, tym potężniejsze nasz umysł produkuje wyobrażenia i myślokształty. Wówczas miejsce Żywego Boga zajmuje egregor. To ku niemu ślemy nasze modlitwy, do niego adresujemy prośby i uwielbienia. To w nim koncentruje się energia naszych medytacji. Już nie mamy doi czynienia z Żywym Bogiem. Uprawiamy idolatrię.
     Głównym problemem duchowej praktyki jest zatem nie tylko nazywanie Boga, ale i również odróżnienie kim On nie jest. Jak to czynić, skoro punkt odniesienia (Bóg Żywy) pozostaje niedefiniowalny? Kiedy spotykam jakiegoś człowieka pytam go o imię. Słucham tego, co mówi, odczytuję mowę jego ciała. Wszystko to sprawia, że zaczynam go poznawać, uczę się go, kształtuję w sobie jego obraz. Z Żywym Bogiem nie mogę tego uczynić. To znaczy mogę, lecz jaką mam pewność, że to właśnie z Nim mam do czynienia? Dlatego, że jawi mi się jako „miłosierny ojciec”? Bo mi pomaga, wysłuchuje modlitw, próśb, błagań? A jeśli nie? Jeśli pozostaje głuchy na moje wołania? Co wtedy robić? Jakim przyzywać Go imieniem?
     Pytanie to wciąż do mnie powraca, zazwyczaj wtedy, gdy mam do Niego jakieś pretensje. Weźmy prosty przykład. Zbliża się weekend, szykujemy się z Olą do wyjazdu na festyn, żeby tam handlować. Przez pięć dni tygodnia świeci piękne słońce, w sobotę zaczyna padać, pogoda robi się pod psem albo i pod dwoma. W czasach, gdy hołubiłem rozmaite egregory przyjąłbym ten fakt jako coś naturalnego. Nie żywiłbym do nich o to najmniejszego żalu. Przeciwnie. Czułbym dumę z tego, że zgadzam się z ich wolą i z uśmiechem na gębie pakowałbym do samochodu przemoknięty namiot. Teraz jednak coś buntuje się we mnie „Cholera jasna, czy nie mógłbyś przesunąć tego deszczu na poniedziałek? – burczę pod nosem. – Serdeczne dzięki za ten deszcz. Pogięło Cię, czy co?”. Tak, wiem, zachowuję się głupio i śmiesznie. Do Boga nie wolno żywić żadnych uraz. Właściwie niby dlaczego? Ponieważ jest święty, potężny i niepoznawalny? W porządku, niech sobie będzie. Ale niech sprawi, że zaświeci słońce. Mnie, do jasnej cholery, jest to bardzo, ale to bardzo potrzebne!
     W takich chwilach jestem zły na Niego i złości tej nie ukrywam. Skąd mi się to wzięło? Zapewne stąd, że odkąd pamiętam, mój stosunek do Boga wyrażał się silną potrzebą z Nim obcowania oraz całkowitym niemal brakiem wewnętrznej pokory. Pokorę owszem, czułem, lecz wobec rozmaitych egregorów, do których przez długie lata lgnąłem niczym ćma do lampy i mucha do miodu. „Dziej się wola twoja” – powtarzałem każdego poranka, im częściej zaś to mówiłem, tym większa ogarniała mnie nuda. Powiem wprost – nie znoszę nudy i nie jestem lemowskim Kobyszczem. Do bezkrytycznego wielbienia „Pana” nie nadaję się wcale. Bo ja, szanowni Państwo, lubię się z Bogiem pokłócić. Spierać się można tylko z kimś żywym. Egregory są martwe. Czułem to zanim jeszcze nauczyłem się je rozpoznawać.
     O egregorach napisałem sporo, nie ma więc po co do nich wracać, wspomnę tylko, że Bóg nie jest tym, czym one są, a że są takie, jakie są, niech spadają na drzewo. Ich zniknięcie nie rozwiązuje dylematu kim jest Ten, do kogo miewam pretensje. Jak Go poznać, określić, opisać? Trop biegnie w różnych kierunkach, ja wszakże nie byłbym sobą, gdybym nie szukał go w kabale. Nie dlatego, że jest to „jedynie słuszna” duchowa tradycja. Dlatego, że w przeciwieństwie do wielu innych, operuje ona precyzyjnym językiem nazywania Nienazywalnego.
     Punktem wyjścia będzie jeden z najistotniejszych fragmentów Tory, a dokładniej –  czwarty akapit szóstego rozdziału Księgi Powtórzonego Prawa ( Dewarim 6.4 ). Stanowi on początek  żydowskiego wyznania wiary i najważniejszej modlitwy, którą należy odmawiać kilka razy dziennie. Od pierwszych jej słów zwie się ona Szma Israel – „Słuchaj Izraelu”. Formuje ją kilka fragmentów Starego Testamentu. Oto ona:

Słuchaj Izraelu, JHWH jest naszym Bogiem, JHWH jest jedyny.
Będziesz kochał JHWH, twojego Boga - całym Twoim sercem, całą twoją duszą i z całej twojej mocy. I te rzeczy, które Ja przykazuję ci dzisiaj - będą w twoim sercu. Powtarzaj je twoim dzieciom i mów o nich, gdy będziesz siedział w domu, i gdy będziesz szedł drogą, i gdy będziesz się kładł, i gdy będziesz wstawał. Przywiąż je jako znak na twojej ręce i niech będą ozdobą pomiędzy twoimi oczami. I wypisz je na odrzwiach twojego domu i twoich bram.
( Pwt 6.4-9; Pwt 11, 13-21; Lb 15, 37-41 ).

W języku hebrajskim jej pierwszy akapit brzmi następująco:

Szma Israel, JHWH Elocheinu, JHWH Echad.

Na język polski tłumaczy się go różnie:

Słuchaj Izraelu, Pan jest Bogiem naszym, Pan jedynie! (Biblia Brytyjskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego);

Słuchaj Jisraelu – Haszem jest naszym Bogiem, Haszem jest Jedyny (żydowski modlitewnik w tłumaczeniu Ewy Gordon);

Słuchaj Izraelu! Wiekuisty, Bóg nasz, Wiekuisty – jedyny! (przekład Tory Izaaka Cylkowa);

Słuchaj, Jisraelu – Adonai jest naszym Bogiem, Adonai jest Jeden [i ucz się, żebyś poznał, w jaki sposób jest Jedyny] (Tora Prades Lauder, przekład rabina Sachy Pecarica).

     Łatwo zauważyć, że różnica między tymi przekładami dotyczy dwóch słów. Pierwszym z nich jest imię Boga (JHWH), którego się nie wypowiada i zastępuje synonimami, takimi jak Pan (hebr. Adonai), Haszem (Imię) lub Wiekuisty. Drugim - jest słowo echad. Oznacza ono „jeden”, jednakże z teologicznych i, jak się zaraz okaże, praktycznych przyczyn, tłumaczy się je zazwyczaj jako „jedyny”. Tylko Sacha Pecaric przekłada echad jako „jeden”, lecz uzupełnia swoje tłumaczenie komentarzem, w którym radzi czytelnikowi, by uczył się poznawać w jaki sposób przejawia się boska jedyność.
     Dlaczego „jeden” (hebr. echad) zastąpione zostało „jedynością” (hebr. jachid)? Otóż dlatego, że słowo to mocniej uwypukla fakt, iż Bóg Izraela jest jedynym Bogiem i aczkolwiek wiąże się ze stworzoną przez siebie rzeczywistością  rozmaitymi swoimi emanacjami i energiami, to wszystko od Niego pochodzi i w Nim się tylko koncentruje. Ku Niemu jedynie należy słać modlitwy i ku Niemu się zwracać. Nie można mieć innych „bogów” obok Niego. Każde inne ukierunkowanie kończy się idolatrią.
     W pełni zgadzając się z treścią owego nakazu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że temu, kto go sformułował, o coś więcej jednak chodziło. Gdyby chciał podkreślić wagę jedyności, użyłby słowa jachid – jedyny. On wszakże wybrał słowo echad ( jeden ) i uczynił to nieprzypadkowo. Dlatego w Szma Israel napisano:

Słuchaj Izraelu, JHWH Bogiem naszym, JHWH – jeden.

     Drobiazg? Nie dla kabalisty. Najpierw dlatego, że słowo echad ma tę samą wartość liczbową  co słowo ahab – miłość (wartość liczbowa – 13). Bóg jest Jeden, Jeden jest Miłością, Miłość domaga się od człowieka, by Ją całym sobą kochał. Nić bosko-ludzkiej relacji wysnuwa się z miłości i wyraża „usytuowaniem” boskich przykazań w sercu człowieka. Wtedy dopiero mogą być one przekazywane dalszym pokoleniom.
     Po wtóre z tego powodu, że „jeden” to liczbowa wartość litery alef, jedynej (nomen omen) samogłoski hebrajskiego alfabetu. Z literą tą wiąże się zapisana w księdze Zohar opowieść, wedle której Bóg oświadczył, że z alefem stanowi jedno. Przypomnijmy w tym miejscu, że każda hebrajska litera jest zarazem liczbą, co oznacza, że zapisany nimi tekst Tory to nic innego, jak jeden, wielki, matematyczno-słowny algorytm. Każda z jego litero-liczb ma wartości „dodatnie” i „ujemne”, co wyraża się tym, że początkuje znaczeniowo „dobre” i „złe” słowa. I tak, na przykład od litery szin zaczyna się boże imię Szaddaj (Wszechmocny) oraz szeker – kłamstwo. Natomiast pe niesie w sobie „dobro” słowa pode – odkupiciel, i „zło” słowa pesza – bunt, sprzeciw. Dwoistość ta dotyczyła niegdyś także alefa, początkującego słowa – anochi – „ja” (tak o sobie mówi w Torze Bóg) i arur – przeklęty. Według jednego z midraszy, dowiedziawszy się o tym alef pokutował (hebr. teszuwa) przez 26 pokoleń (26 to liczbowa wartość imienia JHWH). Dopiero wtedy Bóg oznajmił mu, że aczkolwiek Tora zaczyna się od litery beth ( wartość liczbowa – 2 ) i wszystko, co stworzone podlega prawu tej liczby, jedynie „Ja (hebr. anochi) jestem Jeden (hebr. echad) i ty jesteś jeden”. Wtedy też po raz pierwszy przejawiła się moc teszuwa – nawrócenia, które – obok Tory – legło u podstaw stwarzanego świata. To do niego odnosi się pierwsze przykazanie Dekalogu: „Ja (hebr. anochi) jestem JHWH, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, domu niewoli” (Wj 20,2). Pierwszą literą tego przykazania jest „pierwszy nawrócony” - litera alef.
      Oto czemu alef (jeden) pełni w kabalistycznej arytmozofii (mistyce liczb) tę samą funkcję, co w matematyce zero. Zaciekawionych tą informacją odsyłam do znakomitej książki Amira D. Aczela Tajemnica alefów. Matematyka, kabała i poszukiwania nieskończoności (Poznań 2002). Tu starczy powiedzieć, że alef-jeden najpełniej odzwierciedla naturę Boga. Jej istotą nie jest „pojedynczość”, ani tym bardziej „samotność”, lecz „niezróżnicowana całość”. Kiedy mnie o nią pytają, porównuję ją do geometrycznego punktu. Nie ma niczego, w czym nie można by go odnaleźć. Nie istnieje nic, w czym by go nie było. Wszędzie ten sam - niemierzalny i nieuchwytny. Konkretny, a zarazem ulotny. Jak miłość.
     Tym właśnie różni się Bóg od wszelkiego stworzenia, które realizuje swój byt jako „całość zróżnicowanych części”. Z tej też racji daje się ono podzielić ( wewnętrznie skłócić ) i się dzieli - rozmnaża, multiplikuje. Ta pierwsza skłonność owocuje "grzechem" i „śmiercią”. Ta druga stanowi odpowiedź na boskie błogosławieństwo: „Rozradzajcie się i rozmnażajcie się i napełniajcie wody w morzach, a ptactwo niech się rozmnaża na ziemi” (Gen 1,22). Stworzenie jest przeto bytem ograniczonym biegunami swojej złożoności, podczas gdy Bóg jest Bytem Niezłożonym, a poprzez to – nieskończonym. Oba te byty dzieli nieprzebyta zdawałoby się przepaść. Lecz oto, jak czytamy w Szma Israel, ów Niezłożony Byt oznajmia nam, istotom niepełnym i podzielonym, iż jest „naszym Bogiem”. Nie „twoim”, nie „moim”, lecz Bogiem większej niż „ja” czy „ty” złożoności. Cóż to za złożoność? Jest nią „rozpięta” w przestrzeni i czasie zbiorowość dusz ludzkich. Wedle kabały każda z nich była niegdyś cząstką duszy Pierwszego Człowieka (hebr. Adam ha-Riszon). Czyżby zatem ludzkość miała być w oczach Boga jednym człowiekiem? Ciekawa konstatacja, bo przecież imię Adam zaczyna się od litery alef. Na dzisiaj starczy jednak „suljanowego kabalizowania”. Tą sprawą zajmę się  kiedy indziej.
Pozdrawki J

poniedziałek, 16 lipca 2007
Z BOŻĄ POMOCĄ...

"Kiedyś, w późny wieczór letni, rabbi Icchak Meir przechadzał się ze swoim wnukiem po dziedzińcu uczelni. Księżyc był na nowiu, zaczynał się pierwszy dzień miesiąca Elul. Cadyk zapytał, czy dęto dziś w róg, jak to należy czynić na miesiąc przed Nowym Rokiem. Po czym rzekł: "Kiedy ktoś jest przywódcą, musi mieć wszystko, co potrzeba: uczelnię i pokój, i stoły, i krzesła, ktoś musi być zarządcą, ktoś służącym i tak dalej. I wtedy przychodzi zły przeciwnik i wyciąga tkwiący najgłębiej punkcik, a wszystko inne pozostaje nadal jak było, i koło kręci się, tylko brak tego najgłębiej tkwiącego punkcika". Rabbi podniósł głos: "Ale z Bożą pomocą nie wolno dopuścić, aby to się zdarzyło...".

Zacytowana wyżej chasydzka opowieść należy do moich ulubionych, ponieważ dotyka nie tylko istoty funkcjonowania wszelkich duchowych zgromadzeń, kościołów czy innych, religijnych grup, ale i, a może przede wszystkim sygnalizuje to, iż przestrzeganie pewnych, tradycyjnych zachowań względem Boga nie musi stać w sprzeczności z wolnością od duchowych matrixów ( że o egregorach nie wspomnę ). Wszystko zależy od tego, czy posiadamy ów, wspomniany przez rabbiego "tkwiący najgłębiej punkcik". Czym on jest? Nie wdając się w zbyt długie rozważania powiem tak: jest nim to coś, z czego wyrasta cały nasz świat. Nie chodzi mi o uwarunkowania psychiczne, charakter, typ ekspresji, wiedzę, nawet wiarę ( choć bez wątpienia jest ona bardzo ważna ). Chodzi mi o coś całkiem innego, podstawowego; o coś, co się ma lub nie ma.

O tym „czymś” wspomina Jezus w ewangelii Tomasza w słynnym logionie, który zacytuję z pamięci: „Jeśli macie to coś, to coś was ocali, a jeśli tego nie macie – to coś czego nie macie was zabije”. Jak może człowieka zabić coś, czego nie ma? Odpowiedź na to pytanie jest prosta. To „coś” istnieje zawsze, lecz można to „coś” mieć albo nie mieć i jeśli się „tego” nie ma, w jego miejsce wkracza nicość i to ona „zabija” człowieka. Na tym polega  tajemnica tego, co dzieje się między Tym, Który Jest, a tą, która także jest, czyli ludzką duszą. W tym tkwi sekret ukierunkowania o jakim wielokrotnie pisałem. Jeżeli go masz, możesz robić wszystko. A jeśli go nie masz? „Z Bożą pomocą nie wolno dopuścić, aby się to zdarzyło…”

.

A tak poza tym zapraszam wszystkich na KABAŁĘ CHASIDIM, bo toczy się tam ciekawa dyskusja... :-)

czwartek, 15 lutego 2007
RADOŚĆ CHASIDIM

Szukając czegoś w necie znalazłem parę dni temu na jednym z portali artykuł Ewy Bażanowskiej Motyw ukrzyżowania w twórczości Marca Chagalla na podstawie wybranych obrazów, a w nim takie oto, odnoszące się do chasydów stwierdzenie, które przykuło moją uwagę:
    
W czasie wojny „chasidim” tańcząc i śpiewając wchodzili do komór gazowych. Udało im się w ten sposób dowieść, że nawet w samym środku piekła do końca pozostali ludźmi, że nie dali się okaleczyć, ani poniżyć – ABY NIE UMRZEĆ ZANIM ZGINĄ.
     Czytając je można odnieść wrażenie, iż owi pląsający i śpiewający pieśni chasydzi byli wariatami, ludźmi omamionymi jakąś „mistyczną ekstazą”, religijno-mesjanistycznym matrixem, który kazał im w ten sposób się zachowywać w obliczu Holokaustu. Mnie ono wszakże skojarzyło się z innym wydarzeniem: z „męczeńską” śmiercią rabiego Akiby, wielkiego kabalisty i człowieka wierzącego, iż Bar Kochba, przywódca antyrzmskiego powstania ( 132 – 135 r. po Chrystusie ), jest oczekiwanym przez Żydów mesjaszem, a który aresztowany przez Rzymian z uśmiechem i pogodna twarzą wszedł na szafot, gdzie po zadaniu mu mąk został stracony. Męczeńska śmierć stoi w całkowitej sprzeczności z wszystkimi „kanonami” judaizmu. Męczeństwo nie przynosi żadnemu Żydowi sławy, chwały, nie mówiąc już o „niebiańskiej nagrodzie”. Uczniowie Akiby dziwili się przeto i gorszyli zachowaniem mistrza. No cóż, tak to bywa z niektórymi uczniami…
     Czemu jednak rabi Akiba oraz wspomniani wyżej chasydzi w taki właśnie sposób przyjmowali śmierć? Co sprawiło, że miast uczynić z niej coś więcej fakt zadania im bólu i śmierci, poddali się „nieuchronnemu”, jednakże owo „poddanie się” nie było zwyczajnym pogodzeniem się z losem, lecz czymś zgoła dziwnym, bo niemal radosnym? Rozumiemy, że  szafot, komora gazowa, krzyż, szubienica mogą w jakiś sposób cieszyć tego, kto oczekuje w zamian za swe poświęcenie jakiejś nagrody ( sławy, chwały, zbawienia, udziału w bożych łaskach itp. ). Rozumiemy, że może z godnością dać się posiekać na kawałki ktoś, kto spełnia w ten sposób swoją misję i wierzy, iż „ziarno wpierw musi obumrzeć, zanim wyda plon”. Zrozumiałą dla nas jest dobrowolna śmierć za kogoś kochanego bądź za „bliźniego”. Możemy zaakceptować akt samospalenia buddyjskiego mnicha sprzeciwiającego się wojnie i uznać je za dowód jego duchowego wyzwolenia czy oświecenia. Stracenie Akiby, zagazowanie chasydów nie miało jednak najmniejszych cech „ofiarniczego widowiska”. Niczemu nie służyło i do niczego się nie przyczyniło. Nie było nawet „szlachetnym przykładem”, godnym do naśladowania przez  innych.
     Skoro nie chodzi tu o męczeństwo w chrześcijańskim tego słowa znaczeniu, ani o ukazanie, czy zamanifestowanie czegoś, nie o jakąkolwiek nagrodę, to u licha o co?  Odpowiedź jest banalna. O nic. Nie w śmierci i nie w jej okolicznościach bowiem rzecz, lecz w stosunku do niej. A może nie tyle do niej, co do świata w ogóle ze w wszystkimi jego przymiotami zła i dobra, jakie on ze sobą niesie. Ten „stosunek” nazywam „duchową radością”, która wszakże nie wyraża się radością z czegoś, lecz wynika ze zwyczajnego faktu „bycia tu i teraz w obliczu Boga”. Przejawy owego „bycia” mogą być rozmaite: śmieszne, wesołe, tragiczne, traumatyczne,  nieuchronnie prowadzące ku zagładzie, jednakże w każdej z tych chwil pozostaje się w świetle Źródła Życia i nie próbuje się uciec od śmiechu albo łez, lecz „wnosi się” w nie tę właśnie „duchową radość”. Kabała nadaje jej oczywiście wymiar „wysoko duchowy”, mówiąc o wydobywaniu rozproszonych iskier Blasku ze świata ciemności. Tyle teoria, praktyka zaś okazuje się znacznie trudniejsza. Powiedziałbym nawet, że im silniej ciąży na niej „teologia” i „ezoteryka”, tym więcej w niej fałszu i widowiskowości. „Duchową radość” bowiem albo się ma, albo się jej nie ma. I nie można jej w sobie „wypracować”.
      Są jednak tacy, którzy twierdzą coś przeciwnego i tak o tym piszą (
link ):
      Pierwszym stopniem na twej drodze medytacyjnego poznania siebie i rzeczywistości powinno być rozważanie oraz osiąganie stanu radości i uniesienia duchowego (entuzjazmu!). Na tym poziomie zaawansowania przekonasz się, że bez afirmacji nie uda ci się utrzymać tego stanu przez czas dłuższy niż dwa tygodnie. Całe dobre samopoczucie będzie sabotowane przez twoje podświadome przekonania, mówiące ci np.: „to nie w porządku, że ty tu się lenisz, podczas gdy inni pracują, cierpią” itd. To tak silne przyzwyczajenie, by zajmować się cudzymi głupotami, będzie cię odciągać od medytacji i długo nie pozwoli osiągnąć stanu szczęścia, wewnętrznego spokoju, radości i entuzjazmu. Taki stan szczególnie trudno osiągnąć ludziom, który byli przez lata przyzwyczajeni do chrześcijańskiego cierpiętnictwa i polskiej niemożności…
     Nie wiem, co zostałoby z tej „wypracowanej” afirmacjami radości w przedsionku gazowej komory. Nie wiem, jak ja zachowałbym się, gdybym nagi, odarty z godności, pędzony razem z tłumem przerażonych ludzi, musiał wejść do miejsca kaźni. Wiem za to, że autor tych słów myli „duchową radość” z rozanielonym uśmiechem samodoskonalącego się samoluba, który „trenując” swą podświadomość mniema, iż niczego złego ku sobie nie przyciągnie, a ci, których to spotyka sami są sobie winni. Przykłady tych, którzy tak robili i w związku z czym nic złego się im nie przytrafiło, kłaść można nie tyle między bajki, co między opowieści o ludziach, którym pomogły modły do Matki Bożej i papieża. Nie dlatego, iżby praktyki te były  nieskuteczne i nie pomagały. Owszem, czasami pomagają. I co z tego? Za setkami tych, którym pomogły, stoją setki tysięcy ludzi, których modły nie zostały „wysłuchane”, a „prokurowanie” dobrego samopoczucia i dobrej „karmy” się nie powiodło…
     Z „duchową radością” jest tak, jak z miłością. Miłości nie daje się  „zafirmować, można ją sobie natomiast wmówić, jednakże przy pierwszej, ostrzejszej konfrontacji  z realnym życiem cała ta „miłość” ulatuje. Miłość bowiem pojawia się nagle, sama z siebie, najpierw jako zakochanie, z którego dopiero może się ( ale nie musi ) wykluć. Podobnie ma się rzecz z „duchową radością, którą poprzedza jej ekstatyczny przejaw. Kiedy dotknęła mnie w dniu  „przebudzenia”, niemalże tańczyłem. Cieszył mnie każdy drobiazg, każde dotknięcie, spojrzenie, wszystko, cokolwiek widziałem, czułem i robiłem. Potem dopiero przyszedł czas wyciszenia i gruntowania się „duchowej radości” w sercu. To nic nadzwyczajnego. Nic wzniosłego. Doprawdy, trudno to opisać…
     Może dlatego wydaje mi się, że jakoś rozumiem rabiego Akibę i owych chasidim. „Duchowa radość” jest darem, który otwiera człowieka na wszystkie dary Darczyńcy. Pielęgnowana nie pyta: Dlaczego? Po co? Co z tego będę miał? Czy widzą to inni? Nie skłania do „cierpiętnictwa”. Nie jest wyrazem misji i heroicznego czynu. I nie ma nic wspólnego z ofiarą albo z pewnością zbawienia. Nie jest „wewnętrznym uśmiechem” taoistów, choć bywa do niego podobna. Ona po prostu godzi człowieka z tajemnicą tego, co go tu spotyka. A jeśli jest to złem, poniżeniem, albo zagładą? Jest, więc cóż z tym zrobimy? Możemy tylko żyć, zanim umarliśmy. W ten oto sposób, rzekłby kabalista, „duchowa radość” zstępuje z nami nawet na dno piekieł. Ich otchłań nie ma „duchowego sensu” i niczemu służy. Duchowy sens ma to, co idąc tam ze sobą wnosimy…

niedziela, 10 grudnia 2006
MÓJ SZABAT

 

Wieczór… Siedząc w swoim pokoju słucham piosenek świętego chasyda, Shlomo Carlebacha.  Słucham go ze skurcznym sercem, a jednocześnie gęba mi się śmieje od ucha do ucha. Shlomo miał rację, kiedy mówił, że „nie ma radości bez łez, nie ma łez bez radości”. Tak właśnie jest. Śmiech i łzy. Łzy i śmiech. Tak właśnie jest… Tak jest… Dziś rozumiem to jaśniej niż kiedykolwiek wcześniej… J

No cóż, chciałem napisać zupełnie inny tekst. Poważny, pełen rozmaitych odniesień i tzw. duchowej mądrości. Nawet go nie zacząłem. Bo po co? Dziś jest dzień  porządkowania czegoś w sobie, a nie wymądrzania się na rozmaite tematy. Dzisiaj jest mój szabat. Dzień, w którym moje serce wraca do Gan Eden ( hebr. ogród rajski ) i otwiera się na  olam haba ( hebr. Przyszły Świat ). Dzień, w którym z uśmiechem na ustach i ze łzami w oczach... 

Starczy... Pozwólcie, że nie będę opisywał mojego szabatu… 

środa, 01 listopada 2006
MODLITWA DLA A.

Psalm 91

1 Kto przebywa w pieczy Najwyższego
i w cieniu Wszechmocnego mieszka,
2 mówi do Pana: "Ucieczko moja i Twierdzo,
mój Boże, któremu ufam".
3 Bo On sam cię wyzwoli
z sideł myśliwego
i od zgubnego słowa.
4 Okryje cię swymi piórami
i schronisz się pod Jego skrzydła:
Jego wierność to puklerz i tarcza.
5 W nocy nie ulękniesz się strachu
ani za dnia - lecącej strzały,
6 ani zarazy, co idzie w mroku,
ni moru, co niszczy w południe.
7 Choć tysiąc padnie u twego boku,
a dziesięć tysięcy po twojej prawicy:
ciebie to nie spotka.
8 Ty ujrzysz na własne oczy:
będziesz widział odpłatę daną grzesznikom.
9 Albowiem Pan jest twoją ucieczką,
jako obrońcę wziąłeś sobie Najwyższego.
10 Niedola nie przystąpi do ciebie,
a cios nie spotka twojego namiotu,
11 bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie,
aby cię strzegli na wszystkich twych drogach.
12 Na rękach będą cię nosili,
abyś nie uraził swej stopy o kamień.
13 Będziesz stąpał po wężach i żmijach,
a lwa i smoka będziesz mógł podeptać.

14 Ja go wybawię, bo przylgnął do Mnie;
osłonię go, bo uznał moje imię.
15 Będzie Mnie wzywał, a Ja go wysłucham
i będę z nim w utrapieniu,
wyzwolę go i sławą obdarzę.
16 Nasycę go długim życiem
i ukażę mu moje zbawienie.

... pamiętaj :-)

czwartek, 26 października 2006
MODLITWA

 

     Powiedz nam jak powinniśmy się modlić – proszą apostołowie Jezusa, ten zaś radzi im, by nie naśladowali ostentacyjnie pobożnych faryzeuszy, którzy modlą się na rogach ulic tak, by wszyscy to widzieli, lecz modlili się w ukryciu, najlepiej w spiżarni bądź w innym, zacisznym pomieszczeniu, po czym przekazuje im tekst tej modlitwy. Znamy ją wszyscy. Zaczyna się ona od  słów: „Ojcze nasz…”.

     Od tamtej pory napisano tyle o modleniu się i modlitwie, że można by sądzić, iż nic już nowego na ten temat nie da się powiedzieć. Tym bardziej zdumiewa fakt, że kiedy przychodzi co do czego – nie wiemy jak zabrać się do modlitwy. Nie dlatego, iżbyśmy nie znali modlitewnych tekstów ( tych jest aż nadto dużo ). I nie dlatego, że nie umiemy modlić się własnymi słowami ( spora grupa ludzi preferuje ten właśnie rodzaj modlitwy i odrzuca jej sformalizowaną formę ). Dlatego, że niewielu „ludzi modlitwy” ( do jakich niewątpliwie należał Jezus ) przekazuje innym wiedzę na temat jej „technicznych aspektów”.

     Nie jestem „człowiekiem modlitwy”, tym niemniej spróbuję o niej opowiedzieć. Modlitwa to, według mnie, taki rodzaj relacji Boga i człowieka, w którego trakcie obaj zbliżają się do siebie i coś sobie komunikują. Istotą modlitwy jest wzajemne ukierunkowanie na siebie stworzenia i Stwórcy, w którego trakcie żaden z nich nie narusza wytyczonych tą właśnie gradacją granic. Człowiek pozostaje stworzeniem, Stwórca – Stwórcą obecnym transcendentnie „na zewnątrz” stworzenia i przejawionym immanentnie w stworzeniu poprzez jego duszę ( stworzoną „na obraz i podobieństwo” Boga, lecz nie będącą Bogiem ). W tym sensie modlitwa nie ma nic wspólnego z mistycznym unio misticae, z odnajdywaniem boskiego pierwiastka w człowieku, w stawianiu znaku równości między atmanem i brahmanem, bądź z samoidentyfikacją z „wyższym ja”, „Chrystusem we mnie”.  Nie ma ona również żadnego związku ( poza formalnym podobieństwem ) z afirmacjami, słownymi dekretami, przyzywaniem Boga czy Jego emanacji lub inkarnacji do siebie, przemawianiem w imieniu boskich sił itp. Prawdziwie modlący się człowiek nie występuje bowiem w roli lucyferycznego uzurpatora, którym kieruje wola „bycia jak Bóg”, ani też arymanicznego „rozkazodawcy”, czy „kreatora swej rzeczywistości”. Nie jest on „eksplorerem ducha”, „przekaźnikiem duchowych mocy” albo „pośrednikiem między Bogiem a ludźmi”. Jest kimś, kto zawierzywszy całego siebie Bogu przyjmuje wobec Niego postawę „bądź wola Twoja”.

     Istotne w modlitwie nie są zatem formuły, lecz ta właśnie postawa; skrucha serca określana w kabale mianem teszuwa. Słowo to, jak pamiętamy, oznacza  „odpowiedź” oraz „nawrócenie” ( powrót na ścieżkę wytyczoną przez Boga ). W modlitwie chrześcijańskiej wiąże się ono z wyznaniem grzechów, tu wszakże chodzi o coś innego. O wgląd we własną niedoskonałość, o przyjęcie postawy człowieka ułomnego i świadomego tej swojej cechy. Teszuwa nie wynika z lęku przed Kosmicznym Sędzią i z chorobliwego doszukiwania się w sobie winy. Inicjując modlitwę, pozwala ona wyznaczyć właściwe miejsce naszym uczynkom, które prześwietla światło Tory. Dokonujemy teszuwa nie po to, by obciążać się wyrzutami sumienia, lecz po to, by z pokorą zwrócić się wprost ku Bogu, bo tylko On ma moc uwolnienia nas z "mroku grzechu".

   Teszuwa pozostaje jednak pustym gestem lub słowną jedynie deklaracją jeżeli nie towarzyszy jej dewekut. Hebrajskie słowo dewekut  oznacza „przylgnięcie”, stan bliskości duszy z Bogiem, przez uprawiających mistyczną kabałę chasydów pojmowane zaś było jako pragnienie powrotu duszy do źródła swego pochodzenia, czyli do Boga. Tym, co ją na tej drodze wspiera jest kawwana  ( hebr.  nastawienie, ścieżka ) —  wyrażona właściwym ukierunkowaniem woli intencja przylgnięcia całym sobą do Stwórcy. Jeśli więc postawa  teszuwa stanowi odpowiedź człowieka na głos Boga mówiący „nawracajcie się do mnie”, kawwana jest tej postawy wolicjonalną manifestacją – przywoływaniem Boga do siebie.

    Teszuwa i kawwana owocują dewekut – przylgnięciem. Przylgnięcie wywołuje poczucie bożej bojaźni ( hebr. hen ), gdyż wiedzie ono człowieka na skraj życia i śmierci, ku czemuś „ostatecznemu”, przed czym stajemy nadzy i bezbronni i wobec czego, a właściwie Kogo, możemy przyjąć postawę tylko najwyższego oddania. Dopiero w tym stanie kawwanna przeistacza się – jeśli tak można rzecw  kanał, którym podążają myśli i słowa kierowane ku Bogu. Płyną one wprost z serca, czasami wartko, niczym litania lub psalm, a czasami tracą formę zwerbalizowanej modlitwy. W takim przypadku jest to  modlitwa „słów bez słów”, nie nadaje się ona zatem do zapisania w modlitewniku. Również odpowiedzi i przesłania od Boga mogą przybrać formę wyraźnych wskazówek albo "bezsłownego słowa" ( przebłysku zrozumienia, pocieszenia, miłości, wsparcia ). Modlitwa zawsze bowiem pozostaje rozmową, rozmowa - spotkaniem dwojga osób w jihud ( hebr. jedność ). Jihud oznacza, że każda z nich działając w jedności myśli, słów i czynów chce trwać w intymnym kontakcie z tą drugą osobą, wciąż pozostając tym, kim jest: jedna człowiekiem, druga - Bogiem...

piątek, 15 września 2006
BOJAŹŃ BOŻA (1)

     Gdyby mnie ktoś spytał, którą z ksiąg Biblii uważam za najbardziej tajemniczą i nieodgadnioną, a poprzez to fascynującą odrzekłbym, że jest nią Księga Hioba. Powodów takiej oceny mógłbym wymienić kilka, począwszy od tego, że to właśnie w niej po raz pierwszy uwidoczniono to, że szatan może działać tylko w takim zakresie, na jaki pozwala mu Bóg, skończywszy na tym, że sam swego czasu czułem się takim, podrzuconym przez Boga i nękanym przez diabła Hiobem, choć, w odróżnieniu do niego, nigdy nie uważałem siebie za kogoś, kto nie pokalał się żadnym grzechem i wypełnia wszystkie boskie przykazania. I tu właśnie najgłębiej wyraża się paradoks tej księgi, ponieważ z punktu widzenia żydowskiego prawa Hiob bez wątpienia nie zasłużył na swój los. Przeciwnie, jeśli brać poważnie wszystkie obietnice, jakich nie szczędzi sprawiedliwym biblijny Bóg, winno mu się doskonale powodzić i nigdy nie przytrafić to, co stało się w jego życiu.

     Z tematem tym zmagało się wielu teologów i ezoteryków. O Księdze Hioba pisał Freud, fascynowała ona także Junga. Nic dziwnego. Pozostawiwszy na boku jej mitologiczną otoczkę trzeba bowiem przyznać, że dotyka ona problemu niezwykle ważnego. Oto pobożny i sprawiedliwy człowiek, który nie skalał się żadnym występkiem ( w tym względzie bez wątpienia nie byłem Hiobem ), zaznaje rozmaitych nieszczęść i wadzi się z Bogiem, pytając: „Czemu mi to robisz?”. Miast go wesprzeć jego przyjaciele wytykają mu pychę,  twierdzą, że w boskich oczach nikt nie jest doskonały, nakłaniają go, by się pokajał i błagał o przebaczenie, wszystko to zaś uzasadniają cytatami z rozmaitych ksiąg Biblii. Hiob uznaje ich słowa za stek niedorzeczności. Pouczę was o działaniu Boga, nie zataję tego, co zamyśla Wszechmocny – powiada, po czym opisując kary, jakie spotykają bezbożników stwierdza, ze najcenniejszym skarbem, jakiego winien szukać człowiek jest mądrość i dodaje: Bóg wie o drodze do niej, tylko On zna jej siedzibę, bo tylko On patrzy na krańce ziemi i widzi wszystko, co jest pod niebem. Gdy nadawał wiatrowi wagę, gdy deszczowy wyznaczał prawo i szlak dla błyskawicy, wtedy ja widział i zgłębił, ustalił i wypróbował, i rzekł do człowieka: Oto bojaźń Pańska, ona jest mądrością, a unikanie złego rozumem ( Hioba, 28, 23 – 28 ). Cóż stąd jednak, że Hiob o tym wszystkim wie? Niewiele. Nieszczęścia spadają nań jedno za drugim, spiera się więc z Bogiem tak długo, aż wreszcie objawia mu się On w swej nieskończonej potędze. Dopiero wtedy Hiob wypowiada te oto zagadkowe słowa: Któż jest w stanie zaciemnić twój zamysł nierozsądną mową? Aleć to ja mówiłem nierozumnie o rzeczach cudownych, których nie rozumiem (...). Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię, przeto odwołuję moje słowa i kajam się w prochu i popiele ( Hioba 42, 3-6 ).

     Owocem doświadczeń Hioba jest zatem poznanie tego, co znał „z teorii”. Poznanie zawdzięcza bożej bojaźni. Czym jest owa „bojaźń”?

     W niektórych językach – pisze Rudolf Otto – istnieją wyrażenia, które częściowo w sposób wyłączny, a częściowo w sposób szczególny określają ten strach, który jest czymś więcej niż strachem. Na przykład hikdisz – „uświęcać” w języku hebrajskim. Słowo to oznacza „uświęcenie w sercu swoim”, wyróżnienie się uczuciami szczególnej bojaźni nie dającej się zastąpić innymi rodzajami bojaźni (...). Stary Testament posiada wiele obocznych wyrażeń na to uczucie. Na szczególną uwagę zasługuje emat Jahwe – „strach Boży”, którym Jahwe może pałać, a nawet zsyłać go jak demona, a który obezwładniając człowieka opanowuje członki i przypomina całkowicie deima panikon ( paniczny strach ) Greków.” 

     Doznanie „bożego strachu” – powiada dalej autor "Świętości" – doświadczane jest przez człowieka jako misterium tremendum i misterium fascinosum. To pierwsze budzi w nim wrażenie własnej znikomości, grzeszności, to drugie – popycha ku zawiązania bliższej więzi z objawiającym się bóstwem. Jakie to światło prześwieca mnie chwilami i uderza o moje serce, nie czyniąc mu krzywdy? – pyta święty Augustyn. – Mrozi je lękiem i rozpala miłością. Lękam się w tym stopniu w jakim  jestem do niego niepodobny, i o tyle miłuję, o ile jestem podobny”. Bóg zdaje się przyciągać człowieka, a jednocześnie porażać swoją żywą obecnością.

    Są dwa zupełnie podstawowe wymiary bojaźni – pisze Marian Grabowski - Człowiek świadom swej słabości, kruchości własnego istnienia będzie boleśnie przeżywał doznanie bliskości Boga, będzie go ta obecność zachwycać, a zarazem będzie go wstrząsać i przerażać nastawanie mocy Bożego istnienia. Będzie rozpoznawał do bólu, że przed Bożym obliczem jest nicością, prochem. Bolesność kontaktu z transcendującym nas stworzonym światem jest niczym wobec przeraźliwie przejmującej potęgi Bożego istnienia. Zachwycająca, a zarazem wstrząsająca jest obecność Bożego istnienia. Oddalenie od Boga każdego z nas jest tak potężne, że to uczucie w potędze swej intensywności jest ludziom praktycznie obce(...). To pierwszy wymiar bojaźni.

     Drugim jest świadomość własnej nicości moralnej wobec Bożej świętości. Człowiek rozpoznaje, że nie ma w nim tego, co pozwala na udział w Bogu, na chociażby trwanie w Jego obecności. Rozpoznaje to poprzez doświadczenie własnej niegodności, radykalnego braku świętości. Ludzie o uwrażliwionym sumieniu pragnący gorąco Boga rozpoznają swój brak prostoty, miłości, pokory(...). Bez zbliżenia Boga, bez odpowiedniej bliskości Boga jesteśmy na ten obraz własnego wnętrza generalnie ślepi. Szymon, który mówi do Jezusa: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek  grzeszny”(Łk 5,8), doskonale wyraża to, o co tu chodzi.

część druga:

BOJAŹŃ BOŻA (2)

     Dwoistość ta znajduje pełne odzwierciedlenie w języku hebrajskim, gdzie na określenie „bożego strachu” najczęściej używa się dwóch słów: pachad oraz emat. W kabalistycznej egzegezie Pisma to pierwsze wiązane jest z początkującą je literą pe oznaczającą „twarz” i występującą w takich sformułowaniach jak pe El pe lub panim El panim ( twarzą w twarz z Bogiem ). Litera pe pojawia się również w słowie purkan – ocalenie. Pachad objawia się w stanie panim El panim, jego owocem jest purkan. Prawidłowość tę najpełniej wyrażają słowa, które wypowiada Jakub po zwycięskiej walce z Bogiem: Oglądałem Boga twarzą w twarz (panim El panim), lecz ocalało( purkan ) życie moje ( Genesis. 32,30 ).

    To drugie bliskie jest etymologicznie słowu emet – prawda oraz amen – zaprawdę, doprawdy. Korelacja ta może być odczytywana w ten sposób, że dopiero doznanie emat (strachu bożego) obnaża prawdę ( emet ) o właściwej relacji człowieka z Bogiem. Ma ona jednak głębsze sensy, do których odnosi się ta oto wypowiedź Salomona: Bojaźń Boża źródłem życia i sideł śmierci pozwala uniknąć ( Prz. 14.27 ). Czemu „boża bojaźń” miałaby być źródłem życia, a jej brak powodować śmierć, skoro i tak wszyscy, bezbożni czy bogobojni, umieramy? Otóż – odpowiedziałby na to pytanie kabalista - nie o śmierć fizyczną  Salomonowi chodzi. Słowo emet  początkuje litera alef, z którą – wedle Księgi Zohar – Bóg stanowi jedno. Odjęta od emet przeobraża to słowo w mot – śmierć. Brak alefa powoduje „duchową śmierć” ludzkiej istoty, czyli oddalenie od Boga, źródła życia. To właśnie stało się, wedle Biblii, w edeńskim ogrodzie, kiedy to po zerwaniu owocu poznania śmierć zagościła w świecie. Bramą powrotu doń ( hebr. teszuwa ) jest emat ( „boża bojaźń”), dzięki której alef znów zajmuje w człowieku swoje właściwe miejsce i przyczynia się do poznania prawdy.

     Jeśli szukać jej będziesz jak srebra i poszukiwać jej jak skarbów ukrytych, wtedy zrozumiesz, czym jest bojaźń Boża i będzie ci dane poznanie Boga – mówi dalej Salomon (Prz. 2,4-5). Niech ten, który szuka nie ustaje w poszukiwaniu, aż znajdzie. I kiedy znajdzie zadrży, a jeśli zadrży, będzie się dziwił i będzie panował nad Pełnią – wtóruje mu Jezus z ewangelii Tomasza ( 31.15 ). Prawda nie jest bowiem duchową wiedzą ( tę Hiob posiadał ). Prawda przede wszystkim jest duchową mądrością ( hebr. daath ), którą w kabalistycznym systemie sefirotycznego Drzewa Życia Daath uznaje się za jedenastą, ukrytą sefirę (emanację) Bożej Istoty identyfikowaną niekiedy z oświeceniem.

     W tym sensie Księgę Hioba trzeba traktować jako opowieść o jej poszukiwaniu. Opowieść tę wszakże można rozumieć opatrznie jeśli przyjmiemy, iż tak w niej, jak i w ewangelii Tomasza chodzi o jakieś niezwykłe, ezoteryczne, teozoficzne, okultystyczne, mistyczne czy gnostyczne poznanie Boga i Jego tajemnic. Tak uważa znakomita większość współczesnych „poszukiwaczy Ducha” oraz ich mentorów, z jakimi się zetknąłem. Dążenie to nie budzi w nich żadnej bojaźni bożej. Identyfikują ją ze zwykłym strachem, jaki wywołuje w niedostatecznie duchowo rozwiniętym człowieku kontakt z Bogiem i żywią przekonanie, iż  miast bożej bojaźni, relację z Nim  wyznacza  „boża jaźń”; jaźń Boga, w którą – jak wierzą - bez żadnych obaw i przeszkód swobodnie wstępują, by się nią w pełni rozkoszować.

     No cóż, jak napisano w Talmudzie: Wszystko jest w ręku Boga prócz bojaźni bożej (Berachot 33). To nie Bóg w nas ją wzbudza, lecz to my pomagamy Mu ją wzbudzać aktem wolnej woli. Warto również zauważyć, że mówiąc o bojaźni Hiob nie używa do jej określenia słów pechad ( strach ) i emat ( lęk ), lecz słowa hen – bojaźń, drżenie. Do jego zapisu użyto liter  he oraz nun, jednakże fonetycznie brzmi ono tak samo jak słowo chen – łaska, piękno, wdzięk ( w zapisie: chet, nun ). Chen to jedno z imion sefiry Tifereth, która w kabalistycznym systemie koreluje z sercem Boga i sercem człowieka. To w sercu  człowieka bowiem, jak twierdzę, dokonuje się wybór między pyszną zatwardziałością” ( negacją, odrzuceniem bojaźni bożej ), a „skruchą”, "nawróceniem" ( hebr. teszuwa ), o których wcześniej pisałem. Bo to teszuwa pociąga za sobą bożą bojaźń - pełną pokory odpowiedź na łaskę doznania obecności żywego Boga. On zaś, przenikając nas swoim światłem, objawia się jako ktoś ze wszech miar Inny, a jednocześnie bardzo Bliski...

*

poranna modlitwa

pokój w sercu

jego skurcz i drżenie...

bojaźń boża

jej miłosny pocałunek

przynosi ukojenie...

 

 J